Za szczupakiem - po śladach sentymentalnych

Bombel 2010-08-04 Wyprawy wędkarskie

...
Pierwsze dwa dni długiego weekendu niestety w pracy. Szczególnie 1 maja ciężko przeżyć. A to z powodu zazdrości. Tak, zazdrości. Nie dość, że pogoda znakomita, to jeszcze telefon przynosi wieści od ekipy zebranej na beloniadzie: pogoda wymarzona, bezwietrznie, bezchmurnie, nastroje wyśmienite, piwusio doskonale schłodzone... Ech, a ja w pracy kwitnę! Drugi dzień już łatwiej przeżyć - mazowieckie niebo zaciągnięte ołowianymi chmurami, co chwila przelatują kolejne fale deszczu. Brr! Aż się nie chce wychodzić na powietrze. I dobrze, przynajmniej tęsknota za machaniem wędą nieco ostudzona.

Ale kolejny dzień obowiązkowo będzie stał pod znakiem spinningu! Od grudnia czekałem, doczekać się nie mogąc. Wreszcie jest! Rano - kierunek Pułtusk. Byłem tydzień wcześniej, z "bujanego" mostu zerkałem na "kacze dołki", z nadzieją zerkałem w wąską perspektywę "starej Narwi". I obmyślałem, obmyślałem, obmyślałem... Choroba, już z piętnaście lat sobie dumałem, by ponownie tam zajrzeć. Lecz zawsze goniło mnie gdzieś dalej, gdzie ciszy więcej, a ludzi mniej. Może i tym razem by znów pogoniło. Ale wyraźnie podniesiona woda z pewnością powyłaziła na odcinkach, na których zazwyczaj poszukuję szczupaków. Tak więc przynajmniej nie mam dylematów, że może by się wybrać gdzie indziej, bo może tam byłoby lepiej. Pogoda nie nastraja optymistycznie. Niby ciepło i prawie bezwietrznie, ale przelatują kilkuminutowe mżawki. Bez deszczoodpornej kapoty ani rusz. Gdy się nie ma, co się lubi... Dopiero koło dziesiątej melduję się nad wodą. Zerkam na przesmyk oddzielający dwa dołki. Okolice tego zwalonego drzewa pachną mi szczupakiem. Ale... za diabła nie pamiętam, jak tu jest z głębokością. Trzeba więc zacząć od przynęty, którą da się wysondować łowisko w zasięgu rzutu. Gum celowo nie zabrałem, tylko blaszki i woblery. Więc blaszka. Oczywiście na pierwszy ogień idzie niezawodna, moja ukochana "lepperka" nr 3. Gdy kończę zbroić wędzisko, mija mnie jakiś spinningista. Jak wyniki? U niego zero, nawet brania. Wyżej widział kilku żywczykarzy, też nic nie mają. No, jakieś niemiarki się skusiły.
Pierwszy rzut - pod naniesiony przez wodę pień. Płytko, sporo roślinności. Drugi rzut nieco bardziej w prawo - tam nieco głębiej. Trzeci rzut wzdłuż linii brzegu, zupełnie w prawo, między pojedyncze liście wschodzących grążeli. Kilka łatwych do przewidzenia, "roślinnych" przytrzymań. Kolejny rzut po skosie, dalej od brzegu. O, jaka niespodzianka! Blaszka dość długo opada, więc wody będzie ze trzy metry z okładem. Przypominam sobie o podstawowych sztuczkach przy prowadzeniu. Więc przerwa, by blaszka wróciła na dno, delikatne poderwanie, kilka lekkich, nieregularnych szarpnięć i... miękkie, jakby roślinne, ale nieco inne przytrzymanie. Kwituję lekkim, odruchowym zacięciem i... szczytówka gwałtownie kłania się wodzie, a żyłka nagłym susem zaczyna przemieszczać się w lewo.

Więc jednak! Siedzi! Początkowo słaby opór gwałtownie narasta, ryba przyśpiesza i... zaraz nagłym susem, kursem prawie prosto na mnie, wbija się w zielsko. Niedobrze! Wodery nie pomogą, dno opada gwałtownym uskokiem. Więc mogę tylko czekać i manewrować kijem. Podciągnięcie - lekkie odpuszczenie - podciągnięcie - odpuszczenie... Coś drgnęło. O pół metra, o metr. I znowu stop. Ale ryba dalej obecna, czuję wyraźne pulsowanie. Cierpliwości! - powiadam sobie - Cierpliwości! Znowu podciągnięcie, delikatne odpuszczenie, podciągnięcie... Już widzę grzbiet, już coraz więcej widać. Zębaty trzęsie łbem, nieświadomie przybliżając swój kres. Sam oczyszcza miejsce wokół siebie, wspomagając moje starania o wydostanie go z gąszczu. Wyszedł. Teraz tylko szybkie podciągnięcie szczytówką, na "krótkiej smyczy". Ślizgiem wyciągam go na trawę.
Pierwsze wrażenie - radość. Pierwszy szczupak po prawie pół roku spinningowego postu! Na pewno miarowy, ale trzeba sprawdzić. Pierwsze, pośpieszne mierzenie wykazuje 52 cm. A w pierwszej chwili, tuż po zacięciu myślałem, że będzie niemiarek. Dopiero po paru sekundach, gdy ostro zaatakował i ruszył w bok, zacząłem mieć nadzieję, że jednak będzie miarowy.
Na pewno nie będzie amnestionowany. Kilka szybkich puknięć trzonkiem noża sprawia, że cętkowana jego zbójecka mość nieruchomieje. Czas na małą sesję fotograficzną i powtórne, już spokojne mierzenie. A jednak o pół centymetra mniej, tylko 51,5 cm. Myślałem, że trafi mi się typowy dla początku maja chudzielec, wymęczony tarłem. Ale nie, ten już odpasiony, typowo letni. Znaczy to, że tarło odbyło się już w początkach kwietnia? A może jeszcze niewytarty, więc dlatego taki gruby?

Szybkie patroszenie wyjaśnia sprawę: we wnętrznościach tylko jedna malutka, nadtrawiona płoteczka. Nawet śladu po gonadach. Więc jednak zębaty już dawno po prokreacyjnych figlach, już zdążył się odpaść.

Czas się wziąć za dalsze łowienie. Będzie tu jeszcze jeden? Nie ma. A przynajmniej nie ma takiego, który zainteresowałby się wirówką. Więc może zainteresują się innym modelem? A może wahadełkiem? A może woblerkiem? Precyzyjnym, gęstym wachlarzem obławiam wszystko, co jest w zasięgu rzutu z pierwszego stanowiska. Niestety, nawet brania. I tylko gul zaczyna mi podskakiwać, bo na uwadzie tracę najpierw trzy wirówki, potem jeszcze trzy woblery. Cholera! Żyłka nowiuśka, dopiero co nawinięta. Fakt, to tylko popularna Mikado Dino, ale nominalnie ma 6,2 kg wytrzymałości. Cholera, nominalnie! Faktycznie nie ma nawet czterech. Skoro kolejne węzły strzelają przy kręciołku ustawionym najwyżej na połowę nominału, to znaczy, że wciśnięto mi zleżały, zeszłoroczny szajs. Do groma ciężkiego! Oj, "przejadę" się ja na sprzedawcy! Pal licho te kilka złotówek za żyłkę. W głupi sposób zostawione w wodzie przynęty warte były wielokrotnie więcej. A przecież to dopiero pierwsza godzina łowienia. Co będzie przez resztę dnia? Ile jeszcze przyjdzie mi stracić?! Jedyne, co mogę zrobić, to "odpuszczenie" hamulca na 1 nominalnej wytrzymałości liniowej. Tak, by przy zacięciu czy przy próbie uwolnienia wabika z uwady za pomocą szarpnięcia szczytówką, nie ryzykować kolejnego rwania. Co i tak niewiele daje, jako że do końca dnia w ten sam irytujący sposób tracę jeszcze kilka przynęt.

Wstępnie planowałem, że lewym brzegiem przejdę się wzdłuż rozlewisk, spróbuję zajrzeć aż poniżej mostu drogowego, na tamtejsze dołki. Nie byłem tam już ze dwadzieścia lat. Tylko pamięć mnie ciągnie. Ech, kiedyś się tam działo! A teraz? Niestety, powoli tracę zapał. Rozlewisko tuż pod mostem drogowym nie tylko bardzo trudno dostępne, ale i pustawe. Nawet uklejka nie zaoczkuje. Pół godziny czesania wody kilkoma różnymi przynętami nie przynosi rezultatu.

Więc powrót.

Ponownie próbuję na dołkach przy kładce, ale też już bez brania. Nadlatuje kolejna fala deszczu, zrywa się nieprzyjemny, północno - wschodni wiatr. Ale nie odpuszczam. Strasznie korci mnie sama końcówka "starej Narwi", z wypłyceniem i niewielkim bystrzem na środku. Tuż obok pachnące szczupakiem zastoisko. Też puste. Od Narwi wpływa dwóch żywczykarzy. Sądząc z różnicy wieku to chyba ojciec i syn. Trochę mi gul podskakuje na widok żywców ciągniętych za łodzią. Ot, taki niby trolling żywcówką. Jeszcze się wstrzymuję przed komentarzami. Ale kawałek dalej, po kolejnej pół godzinie, trafiam na nich znowu. Co chwila przerzucają zestawy, każdy swój. Ale młodszemu mało, sięga po spinning. Nie wytrzymałem, zapytałem. Oczywiście o to, czy to już tak wolno. Starszy niepewnie gada, że obie żywcówki jego, a drugi tylko spinninguje. Człowieku, z byka spadłeś?! Przecież od pewnego czasu stoję, obserwuję. Więc takie bajki niech dla wnuków zostawi. A gdzie tam, mają mnie tam, gdzie słońce nie dochodzi... Pstrykam więc fotkę, uwieczniam nr rejestracyjny łodzi (może ktoś z zarządu koła się zainteresuje?).

Jeszcze dzwonię do właściwego człowieka, sugerując interwencję z wody. Niestety, teraz nie da rady, nie ma kogo i czym wysłać. No i klops, ci dwaj pazerni, póki co, mogą czuć się bezpieczni. Tyle tylko, że staranie unikają odwrócenia się, okazania pysków do obiektywu...

Potem - spacer brzegiem starorzecza. Spotykam jeszcze dwóch spinningistów. Chodzą zupełnie na pusto. A przynajmniej tak mówią. Co dalej? Prochu to ja tu już nie wymyślę. W dodatku wiatr się wzmaga, dmuchając mi prosto w nos. Ciepła, wodo i wiatroodporna kurtka przestaje wystarczać, paskudnie zimne, mokre podmuchy wdzierają się pod kołnierz. Więc może by tak na drugą stronę, powyżej plaży? Tam zasłonią mnie drzewa, przynajmniej wiatr nie będzie dokuczał. Po drodze małe, raczej niezbyt przyjemne wrażenie. Ta "unowocześniona" fontanna przy Magdalence...

Niemal identyczna jest w Wawce. Ale świetnie wkomponowana w nieco futurystycznie zaprojektowane patio wewnątrz nowoczesnego, wielkiego biurowca. Patio, gdzie przed trzema laty posadzono sprowadzone z Niemiec, w pełni dorosłe drzewa. Których podlewanie też jest sterowane komputerowo (sic!), a na dodatek wykonawca udzielił wieloletniej gwarancji! Rzeczywiście ta fontanna urokliwa, z tymi sterowanymi komputerowo, podświetlanymi strugami tryskającej wody. Ale żeby na pułtuskim Rynku, gdzie każdy kamień przemawia tysiącletnią historią? Nie wiem, może to sprawa moich sentymentów. Może sprawa pamięci o tej starej, gdzie nie raz się wygłupialiśmy już jako licealiści. Gdzie w ciepłe, letnie wieczory siadywało się na ławeczkach, a śmiechom czy pierwszomiłosnym szeptaniom często akompaniowało brzdąkanie gitary... Nie, ta nowoczesność w tym miejscu wybitnie mi nie pasuje. To jakby zabytkową dorożkę udekorować w "grill" od najnowszego modelu mercedesa i jeszcze zamontować na górze antenę od CB... No dobra, nie upieram się. Może to rzeczywiście ma sens i urok? Może tak negatywnie nastawiła mnie tylko ta wredna pogoda, niebo zaciągnięte deszczowymi chmurami i - wreszcie - moje przemarznięcie?

Kanałek i dalej też nie nastrajają mnie zbyt optymistycznie. Sentymenty sentymentami, ale ta wredna pogoda naprawdę robi swoje, psując nastrój i całej okolicy, i mój własny. Ze śluzy zerkam na ujście. Lewa, zarośnięta strona, niegdyś lubiła obdarzyć szczupakiem. Wejść? Sprawdzić? Odpuszczam. Na samym rogu po prawej stronie widać dwóch spinningistów, tuż przy śluzie, niewidoczny w kadrze, trzeci. W ostatniej chwili i po lewej stronie, tuż przy Narwi, dostrzegam kolejnego. Znaczy - pewnikiem przeczesali wodę. Ten spod śluzy twierdzi, że ani on, ani pozostali nie mieli nawet jednego brania. Idę więc dalej. Z nadzieją, że powyżej plaży, w klatkach między główkami, kręcą się jakieś drapieżniki. Już nawet nie tyle chcę upolować drugiego, co bardziej zobaczyć, jak tam teraz wygląda. Woda wysoka, na pewno brzeg podtopiony. Ale może da się wejść? Może da się pomacać w tych klatkach? Niewesoło...

Daje się dojść tylko do skraju szuwarów, dalej nie ryzykuję. Kilkadziesiąt rzutów przed i za główkę - nawet trącenia. Tylko zostawiam na zielsku kolejne przynęty... Czas iść dalej, pozwiedzać, popatrzeć, popróbować. Brnę więc przez jedno wielkie bajoro, przez ledwo widoczną, wydeptaną przez nielicznych poprzedników ścieżkę. A wokół... Brr! Tu to chyba tylko bobrom i wydrom jak w raju. Mokro, ponuro, błotniście... Nie dziwcie się, że fotki takie ciemne. W sobotnie popołudnie rzeczywiście dominowała taka właśnie, ponura kolorystyka. Co na fotki zerknę, co tylko wspomnę... Brr! Od razu nieprzyjemny dreszcz zaczyna wędrować mi po grzbiecie...

Na kolejną główkę jeszcze trudniej wejść. Podchodzę kawałek, rozglądam się... Ciekawie - dla natury. Wybitnie nieprzyjaźnie dla wędkarza. Nawet dla takiego, który lubi włazić w dzikie, trudno dostępne miejsca. By powędkować z daleka od konkurencji, gdzie jeszcze ryby nie zostały przepłoszone. Gdzie prędzej się spotka bobra niż człowieka. Ba! Ale cóż z włażenia, skoro przeprawa przez grząskie, zarośnięte bajoro skutkuje tylko kolejnymi przynętami, z powodu szajsowatej żyłki zostawionymi na miękkim jeszcze, podwodnym zielsku?

Niebawem kończy się wyprawa. O godzinę wcześniej niż planowałem. Za widocznym na środku pniem nie dostrzegłem zamaskowanej zalanymi trawami, bobrowej ścieżki. Jak normalnie miałem wody po kolana, to na poprzecznej trasie futrzaków było jej pod klejnoty. Czyli nieco powyżej krawędzi woderów. I tak cud, że nie wywinąłem orła, niespodziewanie zjeżdżając po krótkim, ale ostrym spadku. I na tym koniec. Faaaajnie, kurna, się chodzi z paroma litrami wody w woderach, szukając kawałka w miarę suchej wysepki! Wrr! Bo przecież trzeba gdzieś posadzić tyłek, żeby wodę wylać, mokre portki wykręcić. Znalazłem. Ściągnąłem wodery, wylałem wodę. Ściągnąłem i spodnie, wziąłem się za wyżymanie i... zakładałem je trzy razy szybciej niż zdejmowałem. Komary się o mnie dowiedziały. Nawet chyba minuta nie minęła, gdy zostałem otoczony dosłownie chmurą krwiopijców! Wszystko, co było odkryte, czyli w szczególności nogi, ściachały mi w mgnieniu oka! Gdy piszę te słowa - jest wtorkowe południe. A ja do tej pory z najwyższym trudem powstrzymuję się przed drapaniem. Ale i tak łapy i kopyta wyglądają tak, jakby mnie wściekła ospa wietrzna dopadła...

Nic to. I tak, jak zawsze, było warto! I dla pamięci odświeżenia, i dla wybornego smaku filetów ze szczupaka, obsmażonych w cieście własnego pomysłu (mąka i bułka tarta pół na pół, dwa jajka, nieco soli), na koniec skropionych sokiem z cytryny. A jeszcze podlane dobrze schłodzonym browarkiem.... Palce lizać!

Niebawem, gdy czas się znajdzie, a wędkarski zew nie zagoni mnie w jakieś inne rejony, powrócę. I te zabagnione, trudno dostępne dołki poniżej mostu drogowego mnie ciągną, i ta - zalana teraz - ścieżka wśród krzaków, od ujścia kanałku wiodąca w górę, w stronę jego początku, z nieodpartą mocą przywołuje...
Jeśli dobrze pamiętam, to te główki po drodze już porozrywane, w klatkach między nimi płytko i zarośnięte, te odcinki z pionowymi skarpami... No i jeszcze ta piekielnie trudno dostępna, kamienista opaska tuż poniżej wlotu kanałku... Tylko skąd na to wszystko czasu? Nic to, sezon dopiero się zaczął!

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!