Z Szalonej punktu widzenia

Szalona 2010-08-04 Wyprawy wędkarskie

...
Moje spotkanie ze Shrap-Drakersami rozpoczęło się pod Auchanem na Modlińskiej... Stamtąd to Rapowska zielona strzała ( Nissan ) pilotowała mnie, wraz z siedzącą za kierownicą błękitnej (Punciakowej) strzały moją siostrą, ku wędkarsko-rekreacyjnej przygodzie. Na miejscu nasza podwójna ekipa była troszkę po godzinie 18:00. Po wyjściu z samochodów Rafał poinformował nas, że z powodów rodzinnych, nie będzie z nami bysiora... Przykro mi się trochę zrobiło, gdyż jeszcze kilka dni wcześniej, podczas rozmowy telefonicznej, żegnaliśmy się z Tomkiem słowami: "Do zobaczenia na Okoniu"...

Chwilę później nastąpiło szybkie przetransportowanie sprzętu i różnego rodzaju asortymentu i zaraz wszyscy siedzieliśmy już w okolicy wiaty, która później okazała się być centrum integracyjnym Za moment pojawiły się pierwsze nie reagujące na żadne specyfiki – krwiopijcze komarzyce... Szczególnie dziewczynom dały się one w tym momencie we znaki. Częste bywalczynie wodnych szuwarów – jak ja i żona Kazika, jakoś znosiłyśmy ataki skrzydlatych wampirów. Do godziny 20:00, o której rozpoczęło się wejście na stanowiska do łowienia, wszyscy uczestnicy spotkania zapoznawali się z przywiezionymi przez ekipę Rap – przynętami, dipami, zanętami i wszystkimi innymi dobrodziejstwami.

Największą furorę zrobiły jak się później okazało – sproszkowane dipy o smaku ananasowo-wątrobowym i bananowo-halibutowym. Później nastąpiło wręczenie oryginalnych koszulek, nowo wybranym członkom Team Rapa. Jako jedna z wybranych, otrzymałam także kołowrotek do testowania, który załatał moją wtedy obecną - sprzętową lukę. Całość pięknie dopełniał wykład Kazika - odnośnie wszystkich aspektów wędkarstwa karpiowego – od prezentacji kulek począwszy , na pokazywaniu namiotu od środka skończywszy? Karpiowy specjalista sporządzał uczestnikom skomplikowane zestawy z przyponami i z chęcią doradzał i pomagał zakładać pellety i kulki - przez całą noc. Tutaj moje wielkie podziękowania za cierpliwość – nawet o 3:00 nad ranem.

Po całej części merytorycznej – nastąpiło wybieranie pomostów, pierwsze zarzucanie zestawów i Kazikowe indywidualne podnęcanie z łódki. Każdy mógł wybrać sobie miejsce nęcenia oraz dowiedzieć się jaka głębokość jest w wybranych fragmentach zbiornika. Za chwilę zawody zostały formalnie otwarte – szybkim porzeczkowym toastem. Następnie udałam się na swój pomost, by do końca zawodów ( południe następnego dnia), schodzić z niego tylko w celu wymiany przynęty lub pomocy kolegom

Kilka pierwszych godzin nie przyniosło żadnych efektów – chyba, że za takowy można było uznać kilkaset komarzych ukąszeń. Tak, tak – komary całą chmarą grały nad powierzchnią zbiornika i Offy, Autany i Muggi nie robiły na nich żadnego wrażenia... W międzyczasie kolega Bodzio przyniósł mi przekąskę prosto z ogniska (dziękuję), a koledzy z chęcią odwiedzali mnie na moim stanowisku i wspólnie rozmawialiśmy o rybach. Później usłyszałam, że Bodzio wyjął karpia – pewnie to nagroda za dobry uczynek.

W międzyczasie obok przechodzą 3 burze, ale każda z nich tylko straszy gromami z oddali i raz po raz rozświetla całe niebo. W pewnym momencie idę rozprostować kości i zmierzam ku Kazikowi z moim feederem w ręku. Spławikówkę zostawiam samą, leżącą na pomoście – w końcu od początku nic się z nią nie dzieje. Na miejscu - oczywiście dostaję to po co przyszłam – pellet o smaku halibuta z truskawką? Wracam na pomost i uderza mnie widok wędki opierającej się kołowrotkiem o ostatnie deski. Nie szukam świetlika na tafli, tylko szybko podnoszę kij i rzeczywiście - coś znajduje się na drugim końcu zestawu. W myślach przechodzi mi jakiś karaś, czy leszcz – w końcu na haku znajdują się 2 ziarnka kukurydzy i 3 białe robaki. Chwilę później okazuje się, że na taką kombinację połakomił się mały sumek, a ja przez zaledwie 5 minut – prawie nie straciłam kija...

Dwie szybkie fotki zrobione przez Pawła i wąsaty rybiszon wraca skąd przybył, oczywiście z przykazaniem przyprowadzenia babci... Czego niestety nie zrobił ;( Kolejne godziny upływają, moje wędki milczą, a towarzystwo pod wiatą staje się coraz głośniejsze i w pewnym momencie cichnie... Wtedy dopiero znacznie ucichają komarze bzyczenia wokół uszu – najwidoczniej wampiry ruszyły nakłuwać śpiących towarzyszy Rano okazało się, że właśnie tak było... Noc upływa bez większych emocji, na nogach są oprócz mnie tylko Paweł i Rafał. Co do Rafała to mam pewne wątpliwości, czy się chwilę nie zdrzemnął, bo jakoś go na trochę wcięło z mojego punktu obserwacyjnego – z drugiej strony – ktoś przecież musiał pilnować dogasającego ogniska ;)

Po świcie dobiegły do mnie odgłosy małego zamieszania – z pobliskiego pomostu Pawła. Wychylam się ze szczytu swojej miejscówki i już wiem o co chodzi. Biegnę by pomóc koledze w podebraniu ryby. Rafał za pomocą aparatu szczegółowo dokumentuje to co się dzieje na szczęśliwym pomoście. Ja wraz z samym łowcą oczekuję zdobyczy. Kij Pawła był bardzo miękki, a ryba oprócz dużej siły , miała jeszcze jednego asa pod płetwą - około 10 metrów głębokiej wody. Co Paweł podciągnął ją pod powierzchnię – rybą murowała. Tak minęło 10...20...30... Minut. W końcu ryba kilkakrotnie pokazała się kilkadziesiąt cm pod powierzchnią. Nie pozwoliło to jednak określić jej gatunku. Rafał utrzymywał ,że jest to jesiotr – z racji, że zauważył biały brzuch. Moje próby sprecyzowania były bardziej rozbieżne – wiedziałam jedno – jest to ryba karpiowata. Tak więc zdobycz Pawła była dla mnie sazanem, póżniej "może jaziem" ,a na samym końcu amurem, tołpygą i jeszcze raz amurem... Dopiero przy ostatnim podciągnięciu – okazuje się ,że to amur – sprawne podebranie i szczęśliwy łowca sam musi wyciągnąć ciężkiego rybiszona na pomost. Moją rolą było tylko podebranie? Chwilę później następuje przełożenie zdobyczy do worka, waga pokazuje około 6,42. Szybka sesja i pięknołuski amur, machnięciem ogona żegna się z łowcą, podbieraczką i fotoreporterem. Ja żegnam się z Pawłem słowami uznania: " Gratulacje, takimi rybami wygrywa się zawody"...

Wracam na swoje stanowisko, siadam i cały czas mam przed oczami sytuację z pomostu obok, moje wędki milczą jak zaczarowane. W końcu nie mam "papierowych robaków" pomyślałam, uśmiechnęłam się sama do siebie i na nowo zaczęłam opędzać się od komarów. Przed zawodami Paweł opowiadał o swojej hodowli robaków – w papierowych warstwach kartonu... Utkwiło mi w głowie zabawne stwierdzenie " papierowe robaki Pawła". Nie pamiętam dokładnie ile minęło, ale nie trwało to długo... Słyszę prośbę Rafała o podbierak. Twierdził, że ma leszcza i wolałby go wyjąć odpowiednim sprzętem. Podaję koledze podbierak, zerkam szybko na złowionego leszcza i udaję się na swój pomost. W końcu zaczęły się brania – trzeba przerzucać i kombinować pomyślałam.

Nie zdążyłam usiąść, zaczęły dochodzić do mnie odgłosy większego niż leszczowe zamieszania. Słyszę pośród drzew magiczne słowo " KARP!" i już lecę na ten sam pomost, na którym byłam przed dwiema minutami – pomost Rafała. Twierdzi on , że ma na kiju właśnie karpiszona, ale na pewno nie cięższego niż złowiony niedawno amur. Cóż miałam zrobić – wzięłam podbierak w dłoń i służyłam pomocą, walczącemu z rybą koledze. Chwilę później, karpiszon jest już na brzegu i wizualnie wydaje się być porównywalny do złowionego wcześniej amura. Następuje szybkie przełożenie ryby do worka i.... no właśnie – okazuje się, że wagę szlag trafił i po prostu nie działa! Wpadam szybko na pomysł, że to pewnie wina baterii. Rafał informuje mnie i Pawła, że taki sam model akumulatorka ma w sygnalizatorze brań. Szybka wymiana, waga zaczyna działać.... i pokazuje zadziwiająco małą wagę... Rafał jest znieszmaczony, ale szybko godzi się z werdyktem wagi. Moja prośba o powtórne zważenie rozwiewa wszelkie wątpliwości. Karp ma ponad 7 kg, a waga źle się wytarowała po zmianie baterii. Oto mamy nowego zwycięzcę, który pozostanie nim – już do końca zawodów...

Wracam nad moje milczące stanowisko i pozostaje na nim do południa. W międzyczasie zaczyna padać – jedyny plus – to brak komarzej ingerencji w mój pobyt na pomoście. Czas się zbierać pomyślałam i razem z wszechobecną od kilku godzin siostrą – zanosimy sprzęt pod wiatę. Wkrótce wszyscy jemy "pieczone na deszczu" kiełbaski i pakujemy swoje dobytki. Następuje podział niewykorzystanych dobrodziejstw ( zanęty, robaki) oraz ogłoszenie zwycięzcy, którego wspaniały karp utarł nosa pięknołuskiemu amurowi Pawła... Rafałowi zostaje wręczony ręcznie rzeźbiony jesiotr, który tego dnia jest dopełnieniem jego wędkarskiego szczęścia. Monika robi nam pamiątkowe zdjęcie i chwilę później wszyscy jesteśmy już na rozjeździe. Żegnamy się, a RAPY obiecują, że wkrótce nastąpi kolejne wspaniałe spotkanie

Szalona

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!