Wiślana rewolucja

Paweł 2010-08-04 Metody i triki

...
Wydawać by się mogło, że wędkarstwo to dość stabilne hobby, choć oczywiście podlegające różnego rodzaju zmianom. Coraz to nowe "rewolucje" sprzętowe jak i doświadczenia czysto wędkarskie powodują, że nasze "prywatne" wędkarstwo z czasem, powoli ewoluuje. Spławik zastępuje gruntówka, potem fascynacja spinningiem, muchą.... Mnie natomiast ostatnio trafiła prawdziwa wędkarska rewolucja. Odkryłem w sposób nagły coś czego nie spodziewałem się odkryć. I to, można by rzec, pod nosem. Moja prawdziwie dziecięca Wisła znajduje się kilka kilometrów powyżej Warszawy. Tam czuję się doskonale wędkarsko, niestety jest to już odcinek uregulowany, poprzecinany główkami. Ale i ryb tam sporo, i wędkarze znajomi od dziecka. Pierwszych kilkanaście wędkarskich lat tam spędziłem. Później zaczęły się poszukiwania... Narew, Bug, Wkra, Zalew Zegrzyński. Tylko, że tam ludzi więcej, coraz więcej.... Coraz trudniej o spokój. Więc.... Znowu wzrok zwróciłem ku Wiśle. No i wpadłem na świetny, jak się potem okazało pomysł. Spłynąć pontonem Świdrem do Wisły, no i potem w kierunku stolicy. Jak pomyślałem tak zrobiłem.

Rzeczywistość przerosła wszelkie moje wyobrażenia, ale chyba i marzenia. Jak wypłynąłem na wielkie wody to... normalnie euforia. Strach i euforia. Wieeeelka woda. Niby ten odcinek znałem, przecież zdarzało się tam zapędzić ze spinningiem lub gruntówkami, ale patrząc z brzegu nigdy nie przypuszczałem, że to taki ogrom. Tamtego dnia dopłynąłem do Mostu Siekierkowskiego (czyli ok. 20 km). A na następny dzień z powrotem byłem malutkim żeglarzem na Wielkiej Rzece. I okazało się, że popłynąłem całkiem inną trasą. Kolejny raz jeszcze inaczej. Bo na mojej drodze było kilkanaście wysp, wysepek, łach. Można wybrać kilka tras, szybszą, głębszą, niektóre fragmenty wymagają aby wysiąść z pływadełka i go przepchać przez mieliznę. I wstyd się przyznać, mieszkając tak niedaleko, nie wiedziałem, że jest to rezerwat przyrody. Ba, na odcinku kilku kilometrów są dwa rezerwaty. Wyspy Świderskie i Wyspy Zawadowskie. Postanowiłem poczytać co nieco. I co się okazało? Że łącznie rezerwaty te zajmują ponad tysiąc hektarów. Utworzono je w celu ochrony ekosystemów wodnych w korycie środkowej Wisły. Gniazduje i żeruje tutaj wiele rzadkich gatunków ptaków. Jest to również ostoja zwierząt związanych ze środowiskiem wodnym. Jest wiele restrykcji i zakazów, które muszą cieszyć każdego miłośnika przyrody. Na odcinku kilku kilometrów nie można dojeżdżać samochodem nad samą wodę (stoją tablice z napisem Rezerwat Przyrody). Nie można palić ognisk, wysypywać śmieci, polować, zakłócać ciszy. I co ważne nie można przybijać do wysp! Dzięki temu na tych wyspach naprawdę jest czysto. Tak wygląda przynajmniej z wody. A i na brzegu stałym, ze względu na zakaz wjeżdżania samochodem, śmieci "wędkarskich" jakby mniej.

A co dla wędkarza?

Przede wszystkim spokój. Po gwarze wspomnianych na początku akwenów, po ogromnej liczbie jednostek pływających po Zalewie Z. i Narwii, po tłumach wędkarzy w Kacicach, Łubienicy, Pomiechówku, Kani, itp., czyli wszędzie tam gdzie można dojechać samochodem, Wisła na odcinku Świder - Błota to prawdziwa oaza spokoju!!!

Piękne widoki.

Na takiej wodzie człowiek naprawdę cieszy się życiem. Aż chce się odłożyć wędkę, usiąść, wystawić twarz na słoneczko, wsłuchać się w śpiew ptaków. Podziwiać!!! Co czynię niezwykle często.

No i istota naszego hobby - wędkowanie.

Wydaje mi się, że Wisła na tym odcinku daje spinningiście wielkie możliwości. Szczególnie dla takiego, który lubi urozmaiconą, płynącą wodę i przezwyciężanie wszelkich trudności.
Z tym, że od razu nasuwa mi się podział. Na wędkowanie z brzegu i z wody. I nawet ciężko określić, który sposób jest ....trudniejszy.

Z brzegu.

Jako, że mieszkam po prawej stronie Wisły, ten brzeg jest mi dużo łatwiej opisać. Trudne tu jest spinningowanie. Żadnych opasek, umocnień czy główek (te zaczynają się kilka kilometrów niżej). Dziki brzeg. Wysokie burty na przemian z plażami wchodzącymi daleko w rzekę. Ale również te plaże potrafią być zakończone "burtą". W zasięgu rzutu zarówno szybko płynąca, głęboka woda, która na zewnętrznych, długich łukach pod burtami dochodzi do 5-6 metrów jak i.... równie szybko płynąca płytsza woda na odcinkach prostych. Na szczęście przy samym brzegu sporo jest uspokojeń, odkosów. czy powalonych drzew, które woda rokrocznie zabiera do siebie! No i są jeszcze przykosy, do których można "dobrać" się z brzegu.

Czyli jest gdzie podać przynętę (oj, dużo tych przynęt trzeba posiadać, bardzo dużo), poprowadzić i oczekiwać brania drapieżnika. Tak więc różnorodność wody ogromna. I dodajmy jeszcze do tego, że każdego roku Wisła ma naturalne wahania poziomu wody. W odróżnieniu od innych mazowieckich dużych rzek (Narew, Bug) Wisła swoje źródła ma w górach. Więc wystarczy kilka dni intensywnych opadów deszczu na południu i poziom wody na odcinku warszawskim może podnieść się nawet o 5 metrów (choć najczęściej jest to 2-3 m). Do tego dochodzi przybór wiosenny spowodowany topnieniem śniegu, tradycyjna "janówka" w czerwcu... I tak kilka razy w roku!.
Początek przyboru określiłbym jako rewelacyjny czas, ryba podchodzi pod brzeg. Natomiast jak już woda przybierze metr czy więcej wędkowanie jest bardzo trudne. Przynajmniej dla mnie. Woda mętna, niesie mnóstwo gałęzi, śmieci, piany... itp. Ale po przyborze to co innego. Lubię od nowa poznawać moją rzekę.

Z wody.

Całkiem inna bajka. Najlepszym rozwiązaniem zapewne jest solidna wiślana pychówka. W dalszej kolejności spora łódka z porządnym silnikiem. Ja nie posiadam ani tego ani tego więc mogę opisać jedynie doświadczenia z pływania (a właściwie spływania) pontonem. Oczywiście przede wszystkim zachowanie wszelkich możliwych środków bezpieczeństwa. A więc pontonik niby delikatny, ale jednak pięć niezależnych komór, pompowana podłoga, porządna pompka w pogotowiu, kamizelka ratunkowa na grzbiecie, jesienią, gdy woda już zimna, kombinezon pływający. I zdrowy rozsądek! Pływając zdecydowanie bardziej wypoczywam niż spinningując z brzegu. Nie dźwigam plecaka, do dyspozycji dwie rozłożone wędki, lżejsza i mocniejsza, latem krótkie spodenki, komarów i innych insektów mniej niż na brzegu. Wioseł używam jedynie do przemieszczania się w poprzek, w pływaniu "do przodu" cała pracę wykonuje płynąca rzeka. W ogóle przyjąłem zasadę, że do wielkorzecznego pływania wykorzystuję przede wszystkim dni, kiedy nie pada i nie wieje zbyt mocno (jeżeli pada i wieje - wędkuję z brzegu). I wbrew pozorom to wiatr jest głównym utrudnieniem. Gdy wieje mocno z północy (pod prąd) spływanie pontonem jest niewykonalne, poza tym robi się spora fala, która skutecznie utrudnia dostrzeżenie w porę licznych przeszkód (głównie zwalonych lub naniesionych przez wezbraną wodę drzew). Duży przybór wody również całkowicie uniemożliwia pływanie pontonem.

No dobrze, a co oferuje Wisła na opisywanym odcinku małemu żeglarzowi, gdy pogoda sprzyja a stan wody jest w miarę stabilny? Przede wszystkim liczne wyspy, wysepki oraz przykosy, no i naturalnie oba brzegi. Pływając pontonem szukam miejsc spokojnych, spowolnień przy, i za wyspami, za przykosami. Do brzegu prawego czyli "mojego" raczej się nie zbliżam bo go znam, natomiast lewy brzeg chętnie odwiedzam, są tam dwie czy trzy stare główki oraz opaska.
Ale dla mnie wędkarski spływ Wisłą to głównie przykosy. Po każdym przyborze na nowo jest czego poszukiwać. Jak pływam na już opadającej wodzie to zabieram na pokład echosondę. Służy mi do oceny zmian oraz namierzenia dużych uskoków dna, które na niżówce często zamieniają się w piękne przykosy. A tych przykos jest mnóstwo. W poprzek rzeki, po skosie, a nawet wzdłuż. Niesamowite jest jak taka przykosa ustawiona jest równolegle do brzegu, a nurt omijając np. wyspę ma kierunek "od brzegu do brzegu"! Niektóre przykosy oferują za kantem metr czy półtora metra głębokości, ale są takie i po 4 metry.

Na pewno mankamentem tego odcinka jest generalnie niezbyt duża głębokość wody oraz prawie całkowity brak rafek. Oczywiście są rynny, które mają po 5-7 metrów, znalazłem również dołek, w którym na niżówce sonda pokazała prawie 12 m, ale generalnie sporo jest wypłaceń. Dno w większości jest twarde, ale raczej piaskowe. Żwir i kamienie to niestety rzadkość. W jakiś sposób jest to rekompensowane przez ogromną, zwłaszcza w okolicach wysp, ilość powalonych do wody drzew, które są świetnym schroniskiem dla ryb, a także doskonałą ochroną przed kłusownikami. Wielkim plusem jest zupełny brak konkurencji!!! Na około dwadzieścia spływów w sezonie 2008 widziałem może kilkanaście łódek z wędkarzami, a i to raczej bliżej Warszawy. Niekiedy żadnej! Zapewne duży wpływ na to mają (szczególnie przy niskim stanie wody) liczne wypłycenia i zmiany głównego nurtu. Nawet z pontonu, który ma zanurzenie "po kostki" często muszę wychodzić i przeciągać go nad szczytem przykosy. Ale jest za to konkurencja "niewędkarska". Bo, rzecz dziwna, na Wiśle, szczególnie w weekendy sporo jest kajakarzy, i to często w zorganizowanych grupach. Co do kłusowników z siatkami czy też legalnych rybaków, w moim przypadku brak danych! Nie wiem, nie widziałem, czyżby nie było? Nie chce mi się wierzyć, ale.... Reasumując, pływanie po Wiśle to prawdziwa przyjemność. Totalny odpoczynek od wszystkiego. Szum wody, śpiew ptaków, brak ludzi, spław bolenia, wiatr we włosach.... Eh, rozmarzyć się można. Jednym słowem: POLECAM!!!!!!

Ryby

Dla mnie rybą Wisły jest boleń. Ryba łatwa i trudna zarazem. Łatwa bo nie jest problemem wskazanie miejsca, gdzie ona jest. Najczęściej sama się pokazuje. Uwielbiam obserwować miejsce żerowania bolenia. Jeżeli akurat nie żeruje albo żeruje głębiej nie jest problemem domniemać gdzie może być. Wszelkie zawirowania wody to jest to. Stosunkowo łatwa to ryba do złowienia na początku sezonu. Ale boleń jest też trudną rybą. Ileż to razy rapka każdego z nas doprowadziła do obłędu chlapiąc się pod nogami. Najczęściej w lecie, w środku słonecznego dnia. Często indiańskie podchody są potrzebne, aby jej nie spłoszyć. Poza tym w Wiśle jest mnóstwo uklei, którą boleń uwielbia. Z przynęt najbardziej lubię białe niezbyt duże ripperki na główkach 8-12 gram, nieduże srebrne obrotówki (szczególnie wiosną na podwyższonej wodzie) i wszelkiego rodzaju podłużne wahadłówki (aby dosięgnąć odległe od brzegu przykosy). Czas woblerków dopiero przede mną. Na drugim miejscu postawiłbym sandacza. Bo on tu musi być. Tyle, że w tej wodzie dla mnie jest to zbyt trudny na razie przeciwnik. Za sandaczem najchętniej chodzę parę kilometrów niżej. Aczkolwiek, tak jak w przypadku rapki, na najbliższy sezon nastawiam się na tę wodę "woblerowo". No i są na tej wodzie również klenie i jazie choć o obecności tych ryb wiem na podstawie innych metod połowu (przepływanka, D.S).

Plany na wiślany sezon 2009

Zamierzam kontynuować moją wiślaną rewolucję. Już w sposób bardziej usystematyzowany. Oczywiście głównie spinning. Zacznę pewnie w połowie kwietnia (dopiero wtedy, gdyż wczesna wiosna to jak zawsze wkrzańskie i narwiańskie płocie) nauką tropienia jazi i kleni. Zapewne z brzegu, ale jak pogoda by pozwoliła to myślę, że warto będzie wypłynąć i poszukać tych rybek koło wysp. Maj to boleń. Boleń i jeszcze raz boleń! Choć pod koniec miesiąca pewnie jakiś wypad nad Narew czy Zalew Zegrzyński za okoniem. Czerwiec to kontynuacja szukania rapki na zmianę z próbą przechytrzenia sandacza, choć w tym miesiącu coraz częściej Wisłę i bolenie będę zdradzał na rzecz Narwii i okonia. Lipiec i sierpień mają być wiślanym szaleństwem. Planuję poszukiwać króla tej wody: Pana Suma, i niejako przy okazji będę wypatrywał żerujących boleni. W sierpniu, jak co roku zresztą, kilka razy poszukam w nurcie na przepływankę świnek i cert, ale to raczej inna historia. A od września.... Cóż, co rok obiecuję sobie, że wrzesień to będzie miesiąc mojego ulubionego bolenia, ale.. co roku w tym czasie budzi się we mnie "okoniomaniak", który rządzi moimi poczynaniami do końca roku. Więc od września Wisła to dla mnie tylko niezbyt długie wypady niedzielne (bo blisko). Choć na pewno kilka spływów październikowych i listopadowych zaliczę tym bardziej, że namierzyłem jednak w sezonie 2008 parę ciekawych miejscówek. Poza tym, jako, że do Wisły mam ok. trzy kilometry, zamierzam w tym roku spędzić dużo więcej czasu nad jej brzegami w dni powszednie, po pracy. Rower, spinning teleskopowy (wygoda), parę woblerków (tylko woblerków). Krótko, a często. Może to będzie właściwa taktyka? Cóż, jest tylko jeden problem. Na Wiśle to sobie można oczywiście planować wiele rzeczy, ale najłatwiej to liczne pikniki, grille i co sobie tylko można wyobrazić... na brzegu. Bo wystarczy, że Wisła obdarzy nas kilkoma dodatkowymi, niespodziewanymi przyborami (co przy obecnych szaleństwach pogodowych jest możliwe) i z planów nici!!! Ale za to wtedy dużo więcej uwagi poświęcę pozostałym, pięknym wodom Mazowsza.

Niespodzianka - marzenie

A na koniec zostawiłem sobie krótki opis miejscówki, którą namierzyłem podczas ostatniego, późnolistopadowego spływu sezonu 2008. Środek Wisły. Na tym odcinku zawsze spływałem blisko lewego brzegu, ale teraz ze względu na wiatr płynę po skosie w kierunku prawego. Na sondzie widzę powolne wznoszenie się dna do poniżej metra co oznacza, że zaraz będę mijał przykosę. Więc wiosła w garść i czekam. Przede mną duże uspokojenie wody. Mijam kant przykosy (ponad pół metra wody jeszcze pode mną), a tu nagle... ponad 4 metry!!! Dosłownie ściana! I woda prawie stojąca! Po dokładnym opłynięciu ustalam, że przykosa jest w kształcie klina. Jedno jej ramie ustawione jest niemal równolegle do nurtu, czyli bardziej jest to bok rynny. Rynienka ta ma ponad trzy metry głębokości, a na dnie leży żwir, albo nawet kamienie (guma na 35 gramach obijała się potwornie, ale nie rwałem). Natomiast to drugie ramię przykosy, prostopadłe do nurtu prawie zatrzymuje wodę tworząc spokojne czterometrowe zastoisko. A na dnie kilka ciężkich zaczepów! Miejscówka marzenie, tylko niestety, rok się skończył... I tylko marzę, żeby na przyszły rok się nie zepsuła. Wiem, wiem, na Wiśle to marzenie ściętej głowy. Ale może znajdę inną?

Wisła to piękna rzeka...Co można obejrzeć tutaj: klik

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!