Wisła 2010 - blaski i cienie

Paweł 2011-01-01 Opowiadania

...
2010. To był szalony rok na Wiśle! Wielka Rzeka pokazała jak jest… wielka!
Ogromna woda poczyniła wiele szkód. Woda jakiej nie pamiętają najstarsi ludzie.
Przerywała wały, topiła wsie, wdzierała się nawet do miast.
W pamięci mamy jeszcze te liczne tragedie, których byliśmy świadkami.
Wiele rodzin straciło dobytek całego życia.
Po raz kolejny natura pokazała, że nie można jej lekceważyć, że człowiek przy niej taki malutki jest…
A przy okazji pokazało się jak człowiek potrafi głupi być……..
Nie zdając sobie sprawy jakim żywiołem może być Rzeka.
Powiedzenie: „Mądry Polak po szkodzie” nabrało po tych wydarzeniach jeszcze bardziej realistycznego znaczenia.
Chciałoby się wierzyć, że z takiej lekcji ten Polak będzie potrafił wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Choć ja chyba wątpię…………



No dobrze, a jakie dla mnie, wędkarza znad Wisły, miały znaczenie te wszystkie wspomniane wcześniej „szaleństwa” naszej Królowej?

Odpowiedź jest prosta i oczywista: ogromne znaczenie miały!!!

Wędkarski rok został przewrócony do góry nogami!

Przez całe wędkarskie życie starałem się kontrolować stan wód mojej ukochanej Rzeki. Kiedyś z uwagą słuchałem radiowych komunikatów o stanie wód głównych rzek Polski. Polskie Radio, program pierwszy, godz. 11.58, przed hejnałem z Wieży Mariackiej z Krakowa. Ostatnio to już kontrola w Internecie na stronie pogodynka.pl.
A w tym roku nie musiałem się o to martwić. Codzienne komunikaty miałem w telewizji, radio, internecie….
Przez połowę sezonu zwiastowały one kolejne kłopoty, kolejne dni bez wiślanego wędkowania.

Jedynie wczesnowiosenne wędkowanie można określić jako normalne, sukcesy i porażki porównywalne były z poprzednimi sezonami. Gdybym mógł cofnąć czas –temu okresowi poświęciłbym znacznie więcej uwagi.



Ale już w maju nie zdążyłem powalczyć na Wiśle! Po powrocie ze Szwecji zrobiłem sobie tydzień odpoczynku od wędkowania. I to był błąd! Bo zdążyłem odbyć tylko jeden spływ i… czarne chmury zaczęły gromadzić się nad Królową.


A z tygodnia wypoczynku zrobiły się prawie dwa… miesiące.
Oczywiście, przybory są wpisane w dzieje Wielkiej Rzeki, ale nie aż takie.



Dopiero na przełomie czerwca i lipca woda zeszła do stanu dającego możliwość w miarę spokojnego łowienia.




Ale niedługo dane było się nam, Wiślakom, cieszyć z tego stanu rzeczy! Kolejny wielki przybór, kolejny wiślany post. Kolejne czarne chmury…


A jak woda zaczęła już opadać, to mi akurat wypadł zasłużony urlop.
A po urlopie kolejny, na szczęście ostatni, przybór!
I dopiero jesienią Rzeka uspokoiła się i pozwoliła w planowy sposób powędkować.
Ostatni zawód związany z Wisłą to niemożność pobiegania za sandaczem w grudniu. No, ale to już nie wina Rzeki, że Jej wody skuł lód….

Ale wróćmy do meritum....

Niezwykle ciekawie przedstawia się analiza ukształtowania koryta i dna Rzeki po każdym przyborze. Mogę to ocenić bardzo dokładnie, gdyż po każdej dużej wodzie robiłem sobie spływ pontonem, oglądałem brzegi, sprawdzałem echosondą dno.

W tekście o sandaczach zasygnalizowałem w skrócie jak to się odbywało w tym roku. A teraz rozwinę ten wątek, bo być może warto wyciągnąć jakieś wnioski i spostrzeżenia na przyszłość.

Pierwsza majowo-czerwcowa powódź w moich, przedwarszawskich okolicach, wyżłobiła rynnę na całej szerokości Rzeki! I to jaką rynnę! Megarynnę! Nie poznawałem swoich miejscówek, pływając w lipcu wzdłuż i wszerz – wszędzie było równe 5-7 metrów głębokości. Zacierałem ręce myśląc o grubej jesiennej wodzie! W wielu miejscach na dnie pokazał się żwir, odkryły się kamienie. W wielu miejscach namierzyłem ogromne zaczepy, prawdopodobnie stare drzewa, które leżały przykryte piaskiem przez długie lata. Według mojej oceny takie dno było ponad 20 lat temu, albo i więcej!!! Piękne dno!

A brzegi? W niektórych miejscach nurt poobrywał burty, dziki brzeg stał się… jeszcze bardziej dziki!

Natomiast brzeg na odcinku, który był uregulowany (główki, opaski) został zasypany piaskiem, tak jakby cały piasek z dna został wyniesiony na brzeg!


Najlepszym przykładem może być opaska zawadowska, której kamienie na pierwszym jej kilometrze zostały całkowicie zasypane piaskiem!
duża woda 15


Natomiast wysokie burty w wielu miejscach zostały mocno nadszarpnięte. Wiele nadrzecznych dróg przestało istnieć!
duża woda 32


Bardzo optymistyczne dla mnie było to, że płynąc z sondą nie namierzyłem żadnego gwałtownego uskoku (przykosy), więc miałem nadzieję, że nic tej pięknej wody nie zasypie.

Drugi przybór nie poczynił większych zmian, aczkolwiek z niepokojem dostrzegłem zaczątki przykos. Dość wysoko co prawda w górę Rzeki, ale niepokój zaczął się tlić w moim wędkarskim serduchu.
Ciekawostką tego całego okresu (pierwszy i drugi przybór) może być fakt, że nurt w bardzo wyraźny sposób przeniósł się bliżej wschodniego (prawego) brzegu.

Woda cały czas szła raczej mętna, szczególnie dobrze to było widać w okolicach dopływów. Porównanie wody Świdra i Wisły daje niezbyt ciekawy obraz.
duża woda 33

A trzeci, ostatni przybór, sporo zepsuł. Kilka przykos wyraźnie już ruszyło w dół Rzeki, powoli przesypując piasek. Statecznie płynąca dotąd woda, nabrała w moich okolicach wartkości, co jest zrozumiałe, wszak wypłyciło się znacznie. Niestety, w tym czasie nie łowiłem na grunt, więc trudno jest mi ocenić czy „sypało” piaskiem. Ale echosonda poniżej przykosek trochę wariowała, więc przypuszczam, że piasek przesypywał się dość mocno!
duża woda 16

Dołki za główkami oczywiście pozostały, ale klatki między nimi bardzo się wypłyciły. Owszem, wiem o istnieniu kilku głębszych fragmentów, ale po pierwszej dużej wodzie rokowania na grubą jesienną sandaczową wodę były dużo, dużo bardziej optymistyczne……
duża woda 17


Ale ja i tak zgrzeszyłbym gdybym narzekał nba Wisłę 2010!!!

Bo paradoksalnie wędkarsko to był dla mnie udany rok!
Zarówno koniec pierwszej powodzi (początek lata) jak i drugiej – obfitowały w wędkarskie sukcesy. Może nie takie wychodzone, wypracowane, a raczej partyzanckie, ale ryba na wędce zawsze cieszy!

Bo kto by pomyślał, że tak dobrze można połowić boleni w lipcu? Żerowały jak normalnie w maju!

Bo kto by pomyślał, że letnie i wczesnojesienne szczupaki mogą zrobić tak wielką niespodziankę i dość często (jak na mnie) czepiać się moich spinningowych zestawów?

Bo kto by pomyślał, że złapię tak pięknego okonia w Wiśle, czy fajnego sumka na rozpoczęcie jego sezonu?

Bo kto by pomyślał, że na jesieni sandacze będą tak dobre i…. Choć nie, przecież jesień to jest właśnie czas dobrego żerowania mętnookiego. Tak, tak, jesień była w porządku…….
Efekty jesienne wypracowane były i wychodzone.

Oczywiście, jak byłbym malkontentem mógłbym ponarzekać, że wszystko to były ryby średnie.
Największy w sezonie 2010 boleń miał ledwie 72 cm, szczupak 68, sandacz 66, okoń 35, sumek 95. Żadnych okazów! Ale za to sporo ich było, w pewnych okresach powtarzalność niezwykle przyjemna! Dodam jeszcze do tej wyliczanki wiosenny, po macoszemu potraktowany w tym sezonie, białoryb: karaska 40, świnka 35, certa 33, płotka 33, leszcz 45 cm.

Więc cieszę się, że mimo tak wielu przeciwności – Wisła obdarowała mnie dość hojnie tego roku.

Pomijając jesień, którą poświęciłem całkowicie sandaczom, w pozostałej części sezonu zdecydowanie najlepsze brania drapieżników były w okresie opadania wody, niekiedy jeszcze dość mętnej. Tłumaczę sobie to tym, że czas tak wielkich powodzi, jakie nawiedziły nasz kraj tego roku, jest dla wodnych stworzeń również czasem postu. Większego lub mniejszego, ale jednak jest to czas, w którym ryby bardziej walczą o przetrwanie niż myślą o tym, co by tu zjeść na kolację! Dopiero czas uspokajania się Rzeki, powolnego klarowania się wody przypomina rybkom (zwłaszcza drapieżnikom), że jest coś takiego jak konsumpcja. No i konsumują na potęgę. Uklejkę, płoteczkę, kiełbika, rapalkę, mannsika…...
Poza tym mętna, poprzyborowa jeszcze woda, pozwala wędkarzowi znacznie łatwiej podejść ostrożną rybę. Kilka boleni złapałem w tym roku prawie pod nogami, stojąc transparentnie na szczycie ostrogi. W lipcu!!! Normalnie w letnie miesiące, przy klarownej wodzie, te rapki ochlapały by mnie porządnie, pokazały miejsce w szyku!

A jakie jeszcze inne aspekty tegorocznych kaprysów Królowej można wynotować?

Ryby przez sporą część sezonu miały tylko jednego przeciwnika: Rzekę. Ale pewnie natura tak to układa, że wodni mieszkańcy w naturalny sposób umieją sobie w trudnych warunkach radzić. Giną tylko słabsze osobniki, mocne i zdrowe dają sobie radę! Bo tego najgorszego wroga – człowieka – Rzeka bardzo skutecznie odsunęła od swoich zasobów! Czyli wędkarze nie zdziesiątkowali tak rybostanu jak co roku.
Aczkolwiek straty w rybach mogły być i tak spore, spływając pontonem zdarzało mi się oglądać tak smutne obrazki.
duża woda 18


Przybory następowały w takich momentach, że ryby miały gdzie odbyć tarło, a jednocześnie - przy kolejnym przyborze – bezpiecznie wrócić do koryta, nawet jeżeli przez jakiś czas pozostały odcięte od swojego macierzystego środowiska, gdzieś w dołkach międzywala. Tej jesieni, chodząc wieczorkami po Wiśle, obserwowałem ogromne ilości narybku. Dobrze to rokuje na następny rok.

Ogromne przybory wyczyściły koryto rzeki z zalegających mułów i innych nieciekawych substancji zalegających dno. Pokazało się więcej żwirku i kamieni na dnie. Myślę, że to będzie miało przełożenie na większą populację w przyszłości takich ryb jak świnka, certa czy brzana, wydaje się, że i sandaczowi taki stan rzeczy nie powinien przeszkodzić.

Nie sposób nie wspomnieć o tych okropnych krwiopijcach, komarach! Miały tego roku rewelacyjne warunki do wylęgania się, wysokie temperatury i mnóstwo wody na łąkach. Nie dość, że było tych latających stworzeń mnóstwo, to jeszcze były wielkie jak wróble (no dobrze, przesadziłem – jak młode wróble!). Były momenty w tym sezonie, że zwyczajnie nie dało się przebywać nad wodą. Nawet podczas spływów pontonem po Wiśle zawsze jakieś stado towarzyszyło mi w żegludze! Żadne wynalazki do psikania czy smarowania nie pomagały. Jakimś wyjściem był kapelusz z moskitierą, ale raz, że udusić się w tym można w upały, dwa, że jak jakiś egzemplarz dostał się jednak pod siateczkę – można oszaleć jak to bzyczy i kąsa! Dopiero jesień dała wytchnienie od tych bestii! Do plusów należy zaliczyć, że z kolei meszek było jakby mniej!

Innym problemem było błoto, a raczej ił wiślany. Po każdym z wylewów Rzeki - na brzegach odkładały się pokłady mazistego błota, które dopóki nie wyschły były ogromnym utrudnieniem dla wędkarzy. Ba, nawet zagrożeniem, bo jakże łatwo było zjechać do wody. I myliłby się ten, kto by pomyślał, że jak to już wyschło to problem zniknął. Skądże! Wystarczył lekki deszczyk, o czymś większym nie wspomnę, i koszmary błotne wracały!
duża woda 19

duża woda 20

Nie zapomnę tych kilku nocnych jesiennych wycieczek za sandaczem w deszcz. Samo przejście od wału do wody to już było wyzwanie, przecież tam rzeka też naniosła ogromne ilości błota, iłu. A nałożone to na naturalny składnik podłoża, jakim w moich okolicach jest glina, dawało piorunujące efekty!!! Ciężko było utrzymywać się na nogach. I o ile późnym latem, jak trochę podeschło, przejechałem się kilka razy rowerkiem, to jak zaczęły się jesienne szarugi odpuściłem, piechotą chodziłem. Dawało to szanse na niepołamanie sobie nóżek. Dopiero jak spadł śnieg zdobyłem się na odwagę i znowu posiłkowałem się rowerem!
duża woda 21


Ale czy to chodząc czy jeżdżąc – nie miałem problemu z dostrzeżeniem jakże pięknego w tych czasach faktu: mnóstwo wszelakiej zwierzyny w tym roku okupowało międzywale! Zwierzyny, dodam, różnorakiej…

Zaskakująca była ilość bobrów po tak ciężkim wiślanym roku. Nigdy wcześniej tyle ich nie było! Prawie każdemu wieczornemu wyjściu nad wodę towarzyszyły odgłosy obgryzania pni, przeciągania krzaków, po zmroku co chwila przepływała bobrza jednostka pływająca. Gdzie one się chowały jak były te powodzie? Nie mam pojęcia! Bo jak woda wracała do koryta to one rzeczywiście miały tam raj! Takiego sajgonu nad Wisłą to nie było chyba od odległych praczasów. Dodatkowo wędkarze dużo mniej niepokoili te zwierzątka. Na szczęście duża populacja bobrów nie jest zagrożeniem dla tak ogromnej wody jak Wisła.

Również zaobserwowałem mnóstwo dzików w nadwiślańskich chaszczach. Kilka razy, jeszcze późnym latem, przebiegały mi, spłoszone, przed rowerem. Również ogromne połacie zrytych łąk są świadectwem nad wyraz licznego ich występowania! Akurat o tych zwierzątkach wiem gdzie przeczekały wielką wodę. Otóż całe stada wałęsały się na łąkach po drugiej stronie wałów, podchodziły pod posesje……

Dopełnieniem nadwiślańskich klimatów są łosie, lisy, sarny… Szczególnie łosie dostarczyły mi jednego razu sporo emocji!

Stoję sobie w krzaczorach, późny październikowy wieczór, ciemno… I nagle czuję za plecami ruch w krzakach, słyszę łamiące się gałązki, blisko, coraz bliżej, czuję, ba, słyszę, że serce ciut za szybko i za głośno bije… I nagle, może z 10 metrów ode mnie stadko łosi wskakuje do wody, bezczelnie przepływa mi przez moje sandaczowe łowisko, po czym obiera kierunek na drugą stronę Wisły. Dwa dorosłe i jeden albo dwa małe, w ciemnościach nie dostrzegłem wyraźnie….

Natomiast mało widziałem ptactwa typu bażant czy kuropatwa………

No dobrze.
Był sobie rok 2010. Był sobie czas wielkiej wody. Był sobie człowiek. Był sobie wędkarz ……

Czy ten wędkarz może wyciągnąć wnioski z tak dynamicznego sezonu?

Tak, na pewno. Ba, on musi wyciągnąć wnioski.

Bo wystarczy wyjrzeć przez okno – jest początek zimy – a już tyle śniegu.
Wystarczy spojrzeć do piwnicy, żeby się przekonać, że wody gruntowe są bardzo wysokie.
Wszystkie znaki na ziemi wskazują, że takich powodzi czy przyborów będzie więcej i więcej…
I to my musimy się dostosować. I to my musimy nauczyć się jak najlepiej wykorzystywać wędkarsko czas przyborów.

A jakie ja wyciągnąłem wnioski z tegorocznych doświadczeń?

Kiedyś u mnie było tak:
Jak wyczaiłem, że będzie przybór, potrafiłem nawet z pracy się urwać. I leciałem nad Wisłę… ze spławikiem. Za białą rybą. Bo początek przyboru to czas, kiedy można pięknie połapać blisko brzegu. Napływ główki czy przybrzeżne krzaczory to jest to! Tam ryba podchodzi na żer i tam łatwo ją łapać. Właściwie wszystkie największe klenie czy leszcze poławiałem właśnie w taki czas.

Pamiętam taki przybór wiele lat temu. Typowa Janówka, w połowie czerwca gdzieś. Od rana stałem na główce, łapałem na napływie. O szóstej główka była jeszcze sporo nad wodą. Woda przybierała, ale płocie i leszcze pięknie brały, nawet nęcić nie trzeba było. O dziewiątej woda zaczęła mi się nalewać już w kalosze! Ale ryby brały nadal. A w południe stałem w wodzie już po pas i zaczęły płynąć wodą gałęzie i drzewa – dopiero wtedy odpuściłem.

Spinningu na początek przyboru nie wyciągałem nigdy!

Później przychodzi już duża i mętna woda. Ten czas zawsze odpuszczałem zupełnie (mowa tutaj o przyborach dwu i więcej metrowych). Przenosiłem się na inne zbiorniki.

A jak woda już zaczynała opadać – starałem się być pierwszym nad wodą. Nie wnikając, że błoto, że niewygoda, itp. I zawsze wtedy z…. gruntówkami! I nawet jak jeszcze woda była mętna – ryby spokojnego żeru zawsze nadrabiały stracony przez przybór czas.

A za spinning brałem się dopiero wtedy jak już woda sklarowała się nieco….

Miniony sezon bardzo zachwiał moje przemyślenia na temat wędkowania w czas przyboru.
Bo o ile czas wzrastającej wody nadal będę wykorzystywał jako najłatwiejszy i najbardziej efektywny czas na polowanie na klenie, jazie, leszcze i płocie blisko brzegu to już kolejne fazy przyboru chyba jednak warto w całości poświęcić drapieżnikowi!

W roku 2010, jak już wcześniej wspomniałem, najlepsze efekty miałem na wodzie opadającej, ale często jeszcze mocno mętnej. Do tej pory wydawało mi się, że mętna woda utrudnia drapieżcy polowanie. Ale doświadczenia ostatniego sezonu nie potwierdzają tego.

I to jest zadanie na rok przyszły. Sprawdzić to. Nie raz czy dwa, ale konsekwentnie.

Dodam jeszcze, że mam też przemyślenia na temat przynęty w taki czas. Ale co jest najdoskonalszą przynętą, moim zdaniem, do połowów spinningowych w mętnej wodzie….napiszę w kolejnej części mojego podsumowania minionego sezonu……
Kończąc opisywanie wrażeń o mojej ukochanej Wiśle roku 2010 – wiem jedno.

Jest to moja Rzeka!!!
Najpiękniejsza, najcudowniejsza!!!

duża woda 22

duża woda 23

duża woda 24

duża woda 25

duża woda 26

duża woda 27

duża woda 28

duża woda 29

duża woda 30


I to ja jestem tu szeryfem!!!

duża woda 31


Paweł

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (13)

bandzior, 2011-01-03 19:43:27
Pawciu super artykuł!!! To zdjęcie suma mnie przybiło...:beczy: taka piękna sztuka! A czy nie które fotki nie było robione na Tarcho?
bysior, 2011-01-03 19:59:05
Pawełku, tfuuuu, Szeryfie! Jestem pełen podziwu dla Twojego sezonu wędkarskiego A.D. 2010. Podziwiam Cię za Twój zapał wędkarski - który realizujesz bez względu na przeszkody, podziwiam Twoje spływy pontonem, podziwiam to w jaki sposób utożsamiasz się z Twoją Wisłą.... :oklasky: Mam więcej wniosków - ale pozwolę sobie przeczytać to co najmniej jeszcze jeden raz.
Bizonik, 2011-01-03 20:00:57
Bomba Pawełku pokazałeś mi w tym roku trochę inna Wisłę niż znałem i nie ukrywam że też się w niej zakochałem. Nie ukrywam że liczę na dalsze wspólne wyprawy. A że Wisła piękna jest to nie trzeba już drugi raz nikomu powtarzać.
Paweł, 2011-01-03 20:06:57
Przemku, nie. Wszystkie fotki (poza mostem kolejowym) to moja przedwarszawska Wisełka. Jam miłosnik tego właśnie odcinka, od Świdra do maksymalnie Siekierkowszczaka:hura:
bandzior, 2011-01-03 20:18:50
Kurcze zmyliło mnie jedno foto...dał bym sobie łapkę uciąć że to Tarcho...oczami wyobraźni widziałem siebie włażącego pod tą górę piachu tfu! Jak Bozia da to piszę się na spływ na Twojej Wisełce Szeryfie na dwa pontony :okok::okok::okok:
Paweł, 2011-01-03 20:44:18
Spływ po Wiśle chodzi juz jako pomysł od jakiegoś czasu. W 2010 nie było raczej szans, Wisła była zbyt nieobliczalna:beczy:. Ale jak 2011 będzie bardziej łaskawy - to spływ letni warto by zrobić:okok:. Napewno kilka jednostek by sie zebrało wśród Drakersów:hejka:
Wozik77, 2011-01-03 21:00:23
No Pawełku. Bardzo ciekawy i wnikliwy artykuł, jednak zza kurtyny jego praktycznej części bije Miłość, jaką obdarzasz tę wodę. I ja Cię rozumiem :kwadr: , bo swoją rzekę darzę podobnym uczuciem. Dodam tylko jeszcze jeden fakt. Wyrosłeś w moich oczach na fachowca od tekstów tzw "praktycznych" :oklasky::oklasky:, a nie takiego bajania, jakie to ja praktykuję. Muszę i ja swoich sił spróbować w tej materii :mysli::mysli: Gratulacje sezonu i życzę jak najwięcej wniosków z niego na te następne wędkarskie lata
mario, 2011-01-04 06:12:16
Super tekst:oklasky::okok: Podziwiam cię za szczegółowość , ja nie pamiętam kiedy byłem na rybach :zly: , a u ciebie wszystko dokładnie gdzie kiedy i jakie ryby brały.
tymon, 2011-01-04 07:37:58
Super Paweł. W całej rozciągłości się z Tobą zgadzam, że Wisła to piękna rzeka, ale z roku na rok coraz bardziej kapryśna. Ale jak to się mówi " kto chodzi i łowi - ten złowi". Tekst pierwsza klasa. Szkoda, że ja nie mam teraz na tyle czasu, żeby być z Wisłą tak blisko jak Ty. A odnośnie spływu wodami Wisełki, jestem jak najbardziej za. Jeszcze raz wielkie :oklasky:
galieni, 2011-01-04 08:58:42
Super Paweł miło się czyta takie opowiadanie i może się przekonam do Wisły :oczko:
Kaz, 2011-01-04 19:42:02
Naprawdę miałeś przebogaty ten zeszły rok adm.2010.Tylko pozazdrościć takieg sezonu.Pięknie to wszystko opisałeś Pawełku, co powiem tylko mogę Ci pogratulować.:oklasky::oklasky::oklasky:
Mariano, 2011-01-10 00:59:27
Bardzo bardzo fajny artykuł o Wiśle.Napisany tak,ze chłonie sie go bez opamiętania.Ładnie podsumowałeś ten cieżki sezon,gratuluje zapału i wytrwałości do wypraw nad wode mimo przeszkód ze strony natury.czekam na cz.2 pozdrawiam
andrew, 2011-01-18 01:19:07
Paweł super podsumowanie :oklasky:. Całkiem dobry miałeś ten Wiślany sezon. Coś tam się działo w krótkich przerwach miedzy przyborami. Nurt przeskoczyl ewidentnie po pierwszej powodziowej fali na prawa stronę praktycznie od pierwszej główki za piaskarnia na Zawadach zostawiając masę piasku ma opasce. Ale w przyszłym sezonie sobie odbije. I myśle ze w swoich spływach nie będziesz sam :kwadr: paru Drakersow chętnie przetestuje swoje pontony na Wiśle mając takiego szeryfa za przewodnika:haha: