Wiosna nad Wieprzem

Puzio 2010-08-04 Wyprawy wędkarskie

...
Dla mnie otwarcie sezonu wędkarskiego, zresztą już od dobrych kilku lat zwykle zaczyna się wczesną wiosną. Łowię wtedy wyłącznie "białoryb" metodą DS. Wybór łowiska w tym okresie jest niezwykle trudny, bowiem pogoda bywa zaskakująco zmienna. Zazwyczaj stawiam na rzekę, rzekę średniej wielkości, jaką jest niewątpliwie Wieprz. Chociaż do Bugu mam również blisko z racji zamieszkania, to nigdy wiosną tam nie łowię, ponieważ rzeka niesie wysoką i zarazem brudną wodę, która zdecydowanie utrudnia wędkowanie. Po zatem te wszystkie dojazdy do "dobrych" łowisk są niezmiernie utrudnione z uwagi na grząskość terenu.

Jeziora i inne "oczka" ze stojącą wodą sobie odpuszczam z prozaicznie prostej przyczyny, bowiem tutaj na wschodzie jeszcze większość z nich w tym czasie pokryta jest lodem. A jak bym miał czekać do maja to pewnie usechłbym z tęsknoty do wędkarstwa. Zresztą, co tu dużo mówić wystarczy mi zimowa absencja. Przygoda, którą mam zamiar Wam przedstawić miała miejsce prawie rok temu. A było to tak.

Wiele ciekawych informacji usłyszałem od kolegów wędkarzy o Wieprzu, który płynie poniżej zapory zalewu w Nieliszu. Drogą dedukcji postanowiłem sprawdzić plotkę, bowiem nigdy wcześniej tam nie wędkowałem a ciekawość bardzo mi dokuczała. Na Wieprz wcześniej nie zapuszczałem się daleko, ponieważ mam bliżej domu ciekawe i rybne miejsca chociażby w Dobryniowie lub w Dworzyskach. Lubię łowić metodą DS. w rzekach, a Wieprz jest dobrym łowiskiem wiosną, ale tylko wtedy, kiedy w rzece utrzymuje się odpowiednio "dobry" stan wody. W tym sezonie będę pierwszy raz łowił w Wieprzu.

W niedziele 22 kwietnia wczesnym rankiem spakowałem "graty" wędkarskie i ruszyłem na spotkanie z rybami. Dzień wcześniej zakupiłem, co trzeba tzn. zanętę i przynęty. Nad rzeką pojawiłem się rano około godz. 7,00. Było zimno i wiał silny wiatr. Pogoda raczej odstraszała a nie zachęcała. Nie mniej postanowiłem, że się nie poddam i poszedłem na poszukiwania dobrej miejscówki. Trochę byłem w szoku, kiedy na brzegach stwierdziłem brak jakichkolwiek drzew nie wspomnę o krzakach.

Krajobraz tutaj przypomina ten rodem z "księżyca". Melioranci nieźle tutaj narozrabiali. Na szczęście nie wyprostowali koryta, ale za to dokładnie go wyczyścili z wszelkich bobrowych pniaków, powalonych "czasem" drzew i innych naturalnych przeszkód. Całe szczęście, że rzeka na tym odcinku pięknie meandruje. Mnóstwo jest tutaj zakoli, zakrętów i rynnowych prostek ten widok trochę mnie uspokoił. Mój Boże, skąd się biorą głupie pomysły na meliorowanie dzikich rzek? Tyle się ostatnio mówi o Rospudzie i o ochronie przyrody, o wstrzymywaniu bezsensownej melioracji, która zwykle przynosi więcej złego jak czyni dobrego, bez sensu...

Przepraszam, ale odbiegłem nieco od meritum. W końcu znalazłem miejscówkę, kawałek prostki z wyżłobioną rynną tuż przed kolejnym zakrętem. I ta wydała mi się całkiem słuszna. Rozłożyłem feedera, uzbroiłem go w kołowrotek.
Założyłem koszyk 20g. Dowiązałem przypon z plecionki (średnica 0,10) z haczykiem nr 10 Gamakatsu, który połączyłem z żyłką główną za pomocą krętlika. Następnie wbiłem podpórki tak, aby wędka spoczęła na nich prostopadle do nurtu rzeki. W końcu przyszła pora na zanętę. W sklepie wędkarskim kupiłem zanętę na płoć (czarna) a drugą do feedera na rzeki oraz atraktor płociowy. Całość po wymieszaniu i namoczeniu przetarłem przez sito, następnie dodałem 1 litra pinki. Koszyk zarzuciłem bliżej brzegu w odległości około 15 m od stanowiska w miejsce gdzie nurt wyżłobił w dnie "rynnę".

Na początku brania były bardzo delikatne prawie nie zauważalne, dopiero po jakimś czasie stały się bardziej sygnalizowane. Wtedy też zorientowałem się, że zanęta zaczęła działać i przyciąga w łowisko większe ryby.
Przez pewien okres regularnie łowiłem płocie, które nie wszystkie udawało mi się doholować do podbieraka, niektóre z nich zrywały się podczas holu albo zaraz po zacięciu. Od razu nasuwały mi pytania o przyczynę a potem wyciągałem wnioski. Jedną z przyczyn mógł być zbyt mały haczyk, ale kiedy założyłem o numer lub dwa większy to brania nagle ustały. Drugą przyczyną było zbyt szybkie zacięcie i tutaj należało trochę odczekać aż płoć ponowi atak na przynętę.

Bardzo ważnym elementem jest sposób zakładania białych robaków lub pinki. Otóż robaki zakładane za tzw. "oczy" były bardzo szybko wchłaniane przez ryby tym samym skuteczność dobrego zacięcia równała się zeru. Reasumując robaki wyssane - haczyk pusty. Postanowiłem, iż robaczki będę zakładał na haczyk za bok. Dwie czasem trzy pinki w zupełności wystarczyłyby całkowicie zakryć długość haczyka od grotu z trzonkiem włącznie.
Taki sposób zakładania robaków uchronił mnie przed kolejnymi "pustymi" braniami. Po eksperymentach postanowiłem odpocząć od wędki robiąc sobie krótką przerwę na posiłek i na kubek gorącej herbaty. Ale szybko wróciłem do łowienia. Zarzuciłem zestaw i czekałem.

W dalszym ciągu łowiłem płocie, ale brania już nie były takie regularne. Czas oczekiwania na kolejne wydłużał się. Pomyślałem że to już pewnie koniec z dobrym żerowaniem i pora zakończyć łowienie na dzisiaj ale, po którymś z rzędu kolejnym sygnalizowanym braniu odruchowo zaciąłem i poczułem duży opór. Pierwsza myśl-nareszcie jest coś większego, ale to nie płoć? Skupiłem się na holu, nie chciałem jej stracić. Ryba ciągle trzymała się dna, a potem zaczęła uciekać z nurtem zmuszając wędzisko i ma się rozumieć mnie do pracy. W końcu wyciągnęła z kołowrotka dobre kilkanaście metrów żyłki.

Słabnąc popłynęła pod drugi brzeg i za nic w świecie nie chciała się ruszyć. Przed zakrętem po drugiej stronie brzeg jest łagodniejszy a z wody wystają trawy i to właśnie tam rybka znalazła sobie azyl. Długo nie czekałem.
Chwyciłem pod pachę podbierak i poszedłem kilkanaście metrów w dół rzeki na przeciw miejsca gdzie ryba utknęła w zielu. Dalsze wydarzenia potoczyły się błyskawicznie, bowiem udało mi się rybę wyprowadzić z traw i sprawnie wprowadzić do podbieraka. Obawiam się, że gdybym się nie ruszył mógłbym ją stracić. Byłem w lekkim szoku, przecież złowiłem pięknego Jazia i to na początku sezonu. Obowiązkowo zmierzyłem Jazia, miał równe 47cm.

W tym dniu miałem jeszcze kilka "mocnych" brań. Straciłem też rybę życia, którą widziałem przez chwile mieniącą się na powierzchni wody. Potem stwierdziłem, że był to największy Jaź w tym dniu, którego długość szacuję na minimum 50cm.

Wędkowanie zakończyłem po godzinie 17,00. Zmarznięty, ale niezwykle szczęśliwy postanowiłem wracać do domu. Reasumując, dawno nie przeżyłem tylu wrażeń jednego dnia.

Puzio

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (1)

waldi-54, 2011-01-18 21:22:02
Witaj Puzio. Brawo :oklasky:za ciekawe opowiadanie i opis wieprza ,tak dobrze mi znany. Łowię w tej rzece już kilkadziesiąt lat,bo zaczynałem będąc nastolatkiem.Masz rację mówiąc,że melioracja więcej szkodzi jak pomaga.Ta wycinka drzew po wielu interwencjach wędkarzy,wreszcie ustała.Ja często wędkuję w okolicy Łęcznej i wyżej,bliżej Łańcuchowa. Woda naprawdę piękna i rybna,płoć czy jaź jak się trafi to naprawdę jest co w podbierak brać a i kleniak ładny nie należy do rzadkości. pozdrawiam - waldi-54