Weekendowy maraton

Mottle 2010-08-04 Wyprawy wędkarskie

...
Przed świętami wielka nadziej troszkę wolnego i czas na rybki z niecierpliwością sprawdzam pogodę. Niestety prognozy nie są optymistyczne huśtawki ciśnienia a dodatkowo opady śniegu. I tak jak zapowiadali synoptycy sprawdza się najczarniejszy scenariusz. Zazwyczaj nie zważam na pogodę ale chyba dopadają mnie objawy starości wyglądając za okno rezygnuję ze wcześniej zaplanowanego wyjazdu. No cóż trzeba czekać do pierwszego weekendu. Ten o dziwo nadchodzi dość szybko wstępne plany dotyczą soboty wspólnie z Mekamilem, Novisem i moim kumplem knujemy plany zasiadki. Z uwagi na chęć nauki castingu wybieramy Rydwan. Jak postanowiliśmy tak też czynimy, pobudka o 4:30 to lubię najbardziej zgarniam po kolei cała świtę i ustawiamy azymut na nasze ulubione łowisko. Drogę pokonujemy dość szybko i po około godzinie jesteśmy na miejscu. Z góry zajmujemy upatrzone pozycje i do dzieła

Regulacja, nastawianie i inne dziwne rzeczy które przy spinningu są zbędne tutaj muszą być dopracowane i sprawdzone. Ok. czas na pierwszy rzut w wodę w wielką nadzieją że nie zobaczę tzw. brody !? Uff, udało się pierwszy rzut i bez brody nowa nawinięta plecionka ładnie układa się na szpulce. Na początek w ruch idą najcięższe przynęty jakie mamy w pudełku. Z każdym rzutem odległość jest coraz większa niestety do odległości którą spokojnie uzyskiwałem spinningiem i tą sama przynętą brakuje i to sporo. Ale nie ma co narzekać i tak jest nieźle jak na pierwszy raz.

Po godzinnym biczowaniu wody zero efektów a jakże było by miło jak na nowy sprzęt uwiesił by się jakiś wypasiony garbusek. I z tą nadzieją upływa kolejna godzina. Kolega który nastawił się na białoryb również na zero ??!!? Pogoda zaczyna wariować i na przemian z silnym wiatrem pojawia się deszcz. Robimy sobie wspólną fotkę i decydujemy się na zmianę łowiska. Wybór pada na Bzurę oddaloną o około 15 km od nas. Szybkie pakowanie i po 30 min jesteśmy nad rzeką. Zmiana sprzętu na bardziej finezyjny i do dzieła. Jedynie Kamil pozostaje przy castingu. Rzeka wygląda obiecująco a i pogoda zaczęła się klarować.

Dwóch po jednej stronie dwóch po drugiej obławiamy znane miejscówki niestety bez efektu. W ruch idą woblerki i małe błystki. Zmiana miejsca i próbuję swojego nowego kenarta drugi rzut pod drugi brzeg i potężne uderzenie jest ?!?!!!! Mam nadziej że to nie zębaty, który mógłby popsuć zabawę. Chwila walki i już wiem że to cel mojej wyprawy piękny kleń kapituluje na brzegu. Cholera ciężki brzeg do lądowania ryby a na dodatek aparat został w torbie. Ale nic straconego naprzeciwko łowi Novis który spokojnie podczas odhaczania zrobi fotkę.

Szybka prezentacja i rybka wraca do wody. Jest !! pierwszy kleń sezony zaliczony bez miarki oceniam go na około 38 cm nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Ważne że zameldowała się rybka na którą świadomie się nastawiłem. Niestety dalsze łowienie i zmiana miejsc nie przynosi rezultatów w postaci kontaktu z rybkami. Przynosi natomiast kontakt z miejscowym burakiem który przyjechał sobie traktorkiem do swojego dołu nad rzeką wywalić śmieci. Szybko rozkręca się pyskówka, która kończy się ?????? no właśnie pominę tę kwestię. Niestety ciężko zmienić mentalność ludzi tym bardziej mieszkających na wsi i takie obrazki są na porządku dziennym.

Po około godzinie decydujemy się na powrót do domku, po drodze zahaczamy jeszcze o znaną żwirownie kilka szybkich rzutów z drugiego brzegu nie przynosi upragnionych efektów. Za to bardzo szybko zbierają się czarne chmury i ledwie zdążamy dojść do autka. Po 1,5 godzince jesteśmy w domku. No cóż tak oczekiwany wyjazd minął bezpowrotnie. Przypadkowo zdzwaniam się z Wujem_Piotrkiem i okazuje się ze jest szansa na powtórkę w niedzielę chłopaki wybierają się nad Bzurkę. No tak tylko co ja powiem księgowej sobota niedziela cały weekend na rybkach a rodzina ??!?!? Przekonuję żonę samochodem i zakupami. Tak też o 5 rano w niedzielę melduję się w samochodzie u Piotrka zabrana godzinka daje się we znaki ale to nic odpocznę nad wodą zbieramy ekipę i startujemy.

Nowe miejsce powala mniema kolana tak samo jak ranna aura, która okazuje się troszkę mroźna. No myślę sobie takie miejscówki muszą zaowocować dobrymi wynikami. Poza tym słoneczko budzi się i od razu pokazuje na co go stać piękny dzień się zapowiada. Panowie nastawiają się na stacjonarne łowienie ja wędruje w górę. Jedna miejscówka, druga kolejna i nic zero kontaktu nawet nie widziałem ogona niewymiarowego okonka. Widać natomiast pracę kolegów bobrów. No fajnie ptaszki śpiewają słonko grzeje a po rybkach ani śladu. Pora wracać i zobaczyć jak tam białoryb ?? Z oddali sprawdzam możliwości dziesięciokrotnego zumu. Efekt zadowalający.

No i cóż, Panowie również nie maja dobrych wieści kilka płotek na feederka jedna ukleja na bata. Szybki posiłek wzmacniający i pora się pakować wszyscy poumawiali się na obiadki rodzinne a czas nieubłagalnie gna do przodu. Jeszcze godzinka drogi powrotnej i melduje się w domku. No cóż jutro poniedziałek trzeba się troszkę zregenerować wspólny spacer i małe piwko na wieczór dopełniają miłego zakończenia dnia. Byle do piątku i kolejnej wyprawy na wielkie klenie C. D. N.

Mottle

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!