Wędkowanie bez wędki. Rzecz o ,,Zapomnianej dziewicy” i kilku prawnych regulacjach.

dariusz-bereski 2011-12-04 Raporty znad wody

...
Pisanie polega nie na umiejętności pisania, lecz na umiejętności wykreślania tego, co jest źle napisane. I analogicznie wędkarstwo nie polega na umiejętności łowienia, lecz na umiejętności oddawania naturze tego, co w niej najlepsze, co nienaruszone.

Idąc za wskazówką mistrza piszę i wykreślam, stawiam przy laptopie kolejną herbatkę, znów wykreślam. Przeglądam ostatnie fotografie, słoneczne pożegnanie późnej jesieni. Zatrzymany w kadrze ruch. Łyk gorącej herbaty rozgrzewa duszę, koncentruje uwagę, skupia rozbiegane myśli. Rozważam o przemijaniu. Czy w ogóle istnieje?

Czy tylko zmienia swoją barwę, stan skupienia i tylko na chwilę rozwiewa swoje ego, aby w zaskakującej chwili powrócić, trochę odmienione, by znowu stać się tu i teraz? Może to jedna i nieskończona teraźniejszość? Porównuję wywołany film z kliszy z obrazem żywym. Właściwie taki sam... W tym przypadku przemijanie to rodzaj powtarzalności. Dziś ja, jutro ty . Zawsze ktoś. Obraz pozostał. Na kliszy i w rzeczywistości.

Zabrakło tylko cienia na starej fotografii.

W swoim pierwszym publikowanym artykule na Shrap Drakers dotknąłem tematu metafizyki, która przenika mnie podczas wypraw, wspominałem o wyostrzonym spojrzeniu na przyrodę, o tym zwielokrotnionym pulsie i podnieceniu, które towarzyszy mi zawsze wtedy, kiedy szykuję się do kolejnej wyprawy. Odczuwacie podobny stan? Zawsze bardziej rozgrzewa mnie droga niż dojście do celu, opowiadanie dowcipu a nie pointa, przygotowanie roli, nie efekt końcowy. Innymi słowy proces, który mogę dowolnie przedłużać i delektować się nim. Cała reszta bywa formalnością, postawieniem przysłowiowej kropki nad i. Spróbujcie wsłuchać się w ciszę i w symfonię dźwięków, które tej ciszy towarzyszą. Szelest wiatru, echo ciężkich kroków, niespodziewany plusk wody, pojękiwania samotnej olchy, lot wyschniętych liści. Gotowa partytura na niejeden koncert w Teatrze Wielkim.

Przerywam pisanie i korzystam z wolności. Rozpoczynam odpowiedni do wrażeń proces przygotowania do jesiennej wyprawy. Cel określony samoistnie, choć tkwił we mnie od pewnego czasu. Precyzyjny jak w optycznym celowniku snajpera. Dołki przy Wiśle. Okolice miejscowości Grabowiec w pobliżu Torunia.

Niektóre doktryny nakazują snajperowi oddychać głęboko przed strzelaniem, potem w czasie celowania i w momencie strzału wypuścić powietrze utrzymując płuca puste. Odnajduję w tym analogię. Pomiędzy kolejnymi uderzeniami serca przygotowuję akcesoria. Dopijam ledwie ciepłą już herbatkę, wyłączam laptopa. Reszta dzieje się już sama. Z namaszczeniem przeglądam spinning. Z pieczołowitością sprawdzam elastyczność żyłki. Zadra na porcelanowej przelotce w szczytowym elemencie wędziska zaniepokoiła mnie. Przesunąłem żyłkę między przelotkami. Jedna z nich kaleczy delikatną powłokę. Precyzja. Spin trafi do renowacji. W pokojowym narożniku kolejna debiutantka, rzekłbym dziewica. Jeszcze nie używana. Bez naprężeń, żądna akcji. To jej dzień. Późno jesienny debiut ponad dwumetrowej węglowej powłoki o ciężarze wyrzutu 10-20 g. No i oczywiście kołowrotek. Zacznijmy od tego, że każdy, który ma być funkcjonalny, musi mieć konkretną ilość obrotów szpuli podczas zwijania. Bardzo ważna jest prędkość zwijania żyłki. Im więcej obrotów szpuli żyłki na jeden obrót korbą tym lepiej. Ciało i dusza, innymi słowy wędzisko i kołowrotek są spójne i nierozłączne. Tak przynajmniej to widzę a potem potwierdzam na łowisku.

Dostrzegam drobiny piasku, świadectwo ostatniej wyprawy. Wyschnięty, pod wpływem domowej temperatury daje się bez problemu usunąć. Wędkarski plecak jak samochodowa apteczka zawsze w pogotowiu. Z jedną tylko różnicą. Do tego pierwszego zaglądam znacznie częściej. Zrzucam winę na przedmioty. Zawsze lubią się bałaganić. Szczególnie kotwice woblerów w napastliwy sposób haczą, kiedy tylko uwalnia się je z opakowań. Gorzej, gdy dzieje się to na łowisku. A stalowe wolframy przy nieodpowiednim położeniu trwale zaginają się i prowadzą później przynętę pod nieodpowiednim kątem. Większość niezbędnych akcesoriów na stałe przebywa w obszernym samochodowym bagażniku. Gumowe buty, znające tylko szlaki nadwodnych tras, wysłużony podbierak z siatką pełną oczek i zasuszonych patyków, wełniana czapka służąca zazwyczaj tylko podczas największego zimna, puchowa kurtka wypełniona zapomnianymi przynętami i okruchami ciemnego pieczywa. Opuszczony stalowy termos, świadectwo ostatniego pośpiechu i szybkiego powrotu z łowiska. Całość przesiąknięta zapachem konopi (Nie, nie indyjskich), sezamem, koprową melasą czy arachidem. Ta głęboka toń zapachów opanowała wnętrze, przypominając mi letnie mieszanie komponentów. Malowany dzień promieniem słonecznym jak pędzel w ręku impresjonisty ubarwia mi stosunkowo krótką drogę na łowisko. Ledwie 9 kilometrów rozłożonego płótna, stosując nadal metaforę artysty. Dzień budzi się do życia, życie budzi się do dnia.

Filozofowanie to umiejętność zadziwienia. Więc filozofuję spoglądając w obiektyw.

Daleko wysunięte trzciny świadczą o zmienności linii brzegowej. A wszystko to uzależnione jest od przyboru wody, wiosennych podtopów. Ta nieregularność tworzy wędkarską tajemnicę. W zależności od temperatury, aury pogody rozlewiska te przybierają różne kształty i są niepowtarzalne w swoim rodzaju. Te naturalne dzieła natury nie mają swoich kopi. Są warunkiem sine qua non dla poezji, która tu już jest, jeszcze nie wypowiedziana i nie przelana na papier.

Jestem już na miejscu. Paleta barw wymieszała się, tworząc niepospolite kolory. Wszystkie te odcienie kąpią się w porannym słońcu. Światło odbija się od powierzchni wody i załamuje na wysokości uschniętego drzewa. Wędrówka promieni jest magiczna i tworzy wielokolorową mozaikę. Tafla wody lekko zmarszczona , wsłuchuję się w tą majestatyczną ciszę. Momentami przerywa ją silny podmuch wiatru, odgłos przelatujących kluczy ptaków. Czasem tylko plusk wody odwraca moją uwagę. Ziemia- Jej zapach, wilgotność i kolor to jakieś mistyczne połączenie antracytu, cyklamenu, malachitu z indyjską różą i intensywnym spiżem. Kolor zdaje się wsysać świat, a gdzieś obok ugina się korona drzew. Korzenie drzew mocno tkwią w ziemi.

Czas rozwinąć sprzęt, bo aura sprzyja, chwil do pierwszego zmierzchu mam jeszcze sporo. Nie odziewam się zbyt grubo, bo jesienne słońce raduje się razem ze mną i w duszy jakoś cieplej. Podbierak przygotowany, plecak pełen różnorodnych przynęt i obfitych kanapek, jak zwykle oczekuje moich barków. Jeszcze tylko wędzisko, bo premierowy poranek tuż tuż... Gdzie ten spinning? Cholera, gdzie ten spinning? Zaglądam nerwowo do bagażnika i za tylne siedzenie, obchodzę dwukrotnie samochód. Ani śladu. Przecież to nie igła. Zamykam oczy i przypominam sobie w skupieniu wszystkie ostatnie czynności, tuż przed wyjściem z domu. I obraz w myśli staje się klarowny i niemal rzeczywisty. Spinning ma się dobrze. Pozostał w mieszkaniu niezabrany, zapomniany. W pierwszym odruchu zerwałem się w natychmiastowej reakcji, spakowałem pozostały sprzęt i już odpalałem kluczyk w stacyjce...

Nie. Nie będę wracał. Potraktuję to roztargnienie, jako coś, co musiało się stać. Trudno. Zrobię solidny spacer z aparatem w dłoni. No cóż, zamiast drapieżnych, będę dziś łowił myśli. I ruszyłem wzdłuż wiślanych dołów, delektując się pięknem otaczającego krajobrazu.

Lustro wody to cienka linia która oddziela subtelnie dwa światy. Rzut przynętą tylko pozornie niszczy tę granicę a po chwili wzruszeń zachowuje tą sama gładź i przejrzystość. Ale dziś nie wykonam żadnego rzutu. Wędka przecież pozostała w domu. Przemieszczam się wzdłuż kolejnych dołków i pozostawiam blask słońca na swoich plecach. To tu, to tam, ukradkiem błysnę fleszem, zachowując neutralność , skupienie i powściągliwość. Po godzinnym spacerze odezwał się mój żołądek, więc poszukałem urokliwego miejsca na krótki odpoczynek i na skromne śniadaniowe co nieco. Można zapomnieć o wędce, ale zgubić cały nowiutki sprzęt fotograficzny?

Przypomniała mi się historia sprzed kilku laty, kiedy to wybrałem się pospinningować i sfotografować wiślane łowisko. Po kilkudziesięciu rzutach przynętą, zrobiłem parę fotek, znów kolejne rzuty i kolejne zdjęcia. Odchodząc włożyłem sprzęt fotograficzny do plecaka, ale niestety zapomniałem go dobrze zapiąć. Diabeł tkwi w szczegółach- ten fakt przysporzył mi kłopotu i podarował nieoczekiwaną porcję rozpaczy. Po prostu, gdzieś po drodze aparat wysunął się z plecaka. Lustrzanka przepadła w pokrzywach. Nie odnalazłem sprzętu, ale baaaardzo szczegółowo zapoznałem się z terenem, niczym myśliwski, tropiący pies.

Przyglądając się i upajając widokiem rozlewiska wróciła do mnie historia jeszcze innej wędkarskiej wpadki. Wpadki, w pełnym tego słowa znaczeniu. Nad Wisłą, podczas gruntowej zasiadki zsunęła mi się skrzynka wędkarska z wysokiej skarpy, z pełnym wyposażeniem. Około stu spławików, w tym większość z balsy, haczyki, zapasowe szpule z żyłkami, ciężarki i żeby nie było tak zabawnie z osobistą komórką. Żadnych szans. Rzeka zabrała wszystko w oka mgnieniu a silny nurt zrobił swoje. Wyobraźcie sobie tylko miny wędkarzy, którzy łowili w pobliżu, kiedy to, te sto spławików wynurzyło się, przykrywając powierzchnię całej zatoki między wiślanymi główkami. O swojej minie już nie wspomnę. Jeszcze długo słyszałem powtarzający się niczym echo śmiech sąsiadów o kiju, którym wtórowała rzeka.

Dopadła mnie i poważniejsza refleksja, którą na koniec artykułu pragnę się z Wami podzielić.. Siedząc tak i rozmyślając sięgnąłem do bocznej kieszeni plecaka. Tam w pogotowiu spoczywa wysłużone pióro i mały podręczny notatnik. Zacząłem pisać, aby to co przyszło mi na myśl umieścić w tymże artykule. Bądźcie łaskawi przeczytać a uznam, że cała ta wyprawa miała jednak jakiś sens.


"...System prawny jakoś nieszczególnie pasuje mi do używania metafor, które tak często stosuję w swoich pisemnych wypowiedziach. Więc aby było czytelniej, częściowo, bądź nawet całkowicie z nich zrezygnuję. Ale tylko na czas poruszania się w obrębie prawnych regulacji. A te były w znaczącym stopniu przedmiotem wolnych wniosków w czasie trwania Walnego Zgromadzenia Sprawozdawczego mojego Koła. Tu z racji objęcia funkcji Przewodniczącego Zebrania miałem swobodny dostęp do mikrofonu i szansę rozwinięcia nurtującego mnie zagadnienia. Zresztą inwokację przygotował sam Prezes Okręgu, goszczący na zebraniu i to uczyniło mnie tylko kontynuatorem napoczętego tematu, który poddałem pod powszechną dyskusję.

Mianowicie rzecz dotyczy regulacji prawnej miedzy innymi tych starorzeczy, które z pasją uwieczniłem na przedstawionych zdjęciach. Otóż dopiero w Nowym Roku 2012, na szczęście w pierwszej dekadzie rzecz ma ulec prawnym sprecyzowaniom i zapisom. Do tej pory wędkarze poruszający się w obrębie popularnych przelewów, dołków, terenów zalewowych, a myślę tu o Wiśle w Toruniu mieli trudny orzech do zgryzienia. Niektóre z tych popularnych i co tu dużo mówić najbardziej atrakcyjnych miejsc zostały oddane w dzierżawę. O tej dzierżawie trudno było się precyzyjnie dowiedzieć w almanachach naszych wód, więc łowiło się z narażeniem na niecenzuralne słowa, ba czasami na agresję miejscowych dzierżawców. Zaznaczyłem już i podkreślę raz jeszcze, że te przelewy ciągną się kilometrami, ulegają optycznym zmianom, w zależności od stanu i poziomu wiślanej macierzy. Jednocześnie nie istnieją aktualne i szczegółowe mapy topograficzne tych rozległych obszarów.

Na niektórych popularnych dołkach postawiono tablice, gdzieś w połowie sezonu. Te były okupowane przez właściciela ale i przez rozległą brać z pobliskiego , skądinąd pięknego Grabowca. Potem czystki, bo rzecz jasna sieci, duże i małe,oznaczone plastykowymi pięciolitrowymi butelkami, szpecąc krajobraz, a w sieciach wszystko co się rusza, do ostatniej spłoszonej płotki i wygłodzonego trzydziesto centymetrowego essoxa. Absolutna samowolka jak w znamienitym filmie Feliksa Falka o tymże samym tytule. Ktoś powie - Co cię to obchodzi?, przecież jest właściciel i ma do tego prawo. A ja zastanawiam się i głośno myślę. Zaraz, zaraz a kto zarybia te dzierżawione dołki. Właściciel? Chyba nie. Przecież tylko i wyłącznie natura, no i przy skromnym wysiłku w jakimś stopniu wszyscy członkowie wód PZW, składający się rok rocznie na opłaty wędkarskie- w tym przecież i na realizację zarybieniowego programu. A tu mowa o naprawdę sporych kwotach. Zdjęcie poniżej utrwala mężczyznę ściągającego sieci. Dzierżawca? Może, tylko dlaczego samochód którym przyjechał miał zasłoniętą tablicę rejestracyjną?

Coś mi się tu kłóci z moją wędkarską etyką. Nie wnikam już głębiej w temat - Kto wydawał zezwolenia? Czy miał w tym jakiś interes? Dlaczego miasto wyraziło na to zgodę? Bo tymi aspektami zajmą się prawnicy i kompetentne instytucje. Rzecz pocieszająca, że interes nas wędkarzy kompiluje jak najbardziej ze stanowiskiem Prezesa Okręgu. Oczywiście proces tej prawnej regulacji wcale nie będzie taki łatwy, jak np. decyzja odprowadzenia ścieków do Portu Drzewnego - (Tarliska ryby wszelkiej) przez Ojca Tadeusza Rydzyka, przy absolutnym sprzeciwie Okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego, ale to już oddzielny temat. Zabranie dzierżawy to za każdym razem sprawa sądowa, a co za tym idzie wysokie koszta odszkodowań. Czy stać będzie na to Okręg? Bo któż za to zapłaci? Obietnica i dobra wola jest. Kiedy sprecyzowane i ustalone zostaną prawne regulacje? - to pytanie z cyklu - Czy zdążymy z autostradami na Euro. Ale od czego Bozia dała optymizm? W każdy razie ja trzymam kciuki. Oczywiście w obu przypadkach. I kolejna z trudnych spraw, z którą jako praktyk spotykam się bardzo często nad opisywanymi przeze mnie wodami. Sprawa bez precedensu. Możliwość dojazdu nad ukochaną wodę. Oczywiście nie jestem zwolennikiem wjeżdżania niemal w łowisko, trzepania drzwiami i nastawiania mocnego sprzętu w jakie wyposażone są te całkiem już nowoczesne środki dojazdowe. Ale osoby starsze? A niepełnosprawne? A co z ciężkim ekwipunkiem? Oczywiście wszyscy znamy prawne zapisy i wiemy, przynajmniej tak sądzę, jak stosować się do nich. Ale walka trwa. Do ostatniego centymetra miedza jest zaorana ciężkim sprzętem rolniczym, a wąski pasek drożynki to trzęsawisko dostępne tylko ciągnikiem, bo robota w polach trwa.

Częstokroć przerzucona przez taką drogę kłoda nie daje żadnych szans nawet najbardziej terenowym pojazdom wędkarzy. I zjawisko to zalega nie na dwustu metrach od potencjalnego łowiska, ale nie rzadko kilka kilometrów przed ewentualnym dojazdem.

Takich spraw jest dużo, nawet bardzo dużo. Sądzę, że nie tylko w moim Okręgu ale w wielu rejonach Polski. Wszyscy wędkarze od czasu do czasu borykają się z tymi problemami. Ale musimy o tym mówić, bo wciąż żyjemy w okresie głębokich przemian. Nie wiem. Może włożyłem przysłowiowy kij w mrowisko, może ktoś poczuje się urażony, ale zrobiłem to świadomie. Podzieliłem się nie tylko tym, co uważam za piękne, ale i tym co mnie boli. Wędkarstwo to poważna sprawa. Nie możemy być tylko użytkownikami wód ale ponosimy i współodpowiedzialność za to, co po sobie zostawimy. Mamy też prawo do radowania się i korzystania z naszych wód w sposób jak najbardziej cywilizowany ale i nie pozbyty przyjemności i relaksu..."


Zamknąłem kajet, bo jakoś ciemno się zrobiło. Spojrzałem przed siebie. Słońce chyliło się ku zachodowi. Cóż, pora wracać, obowiązki domowe czekają. Ptaki ucichły. Jeszcze tylko wiatr grał jak z nut jesienną balladę.

Kończę jak zawsze wędkarskim "Połamania Kija"

dariusz-bereski

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (12)

gusto, 2011-12-08 11:58:36
Niesamowita relacja z bezkrwawych łowów:krzyk: ,piękne zdjęcia i głębokie szczere przemyślenia i doznania problemy o których piszesz dotyczą nas wszystkich ,ale najpierw musimy zmienić się sami i swoje podejście do matki natury,wędkarstwa.:oklasky::oklasky::oklasky:
, 2011-12-08 12:35:26
Dzięki za komentarz.:oklasky:
Paweł, 2011-12-08 13:39:31
Darku, ja na razie mogę tylko pogratulować kolejnego ŚWIETNEGO tekstu na Shrapie:oklasky: Przeczytałem kilka razy i za każdym razem dostrzegam coś nowego… Nową refleksję, spostrzeżenie, problem… Wnosisz na nasz portal nową jakość przekazu, inną formę postrzegania… Zazdroszczę Ci, że potrafisz tak sformułować swoje myśli, tak ubrać je w słowa, cieszę się, że nie boisz się, nie masz obaw nam tego przekazać w takiej formie… Gratuluję Ci tej duszy artysty… Każdemu „w duszy coś gra”, ale nie każdy potrafi to wydobyć z siebie. Ty zdecydowanie to potrafisz… I to na razie tyle ode mnie… Na pewno jeszcze coś od siebie dodam (merytorycznie a propos tekstu), ale nastąpi to dopiero wtedy, kiedy naprawdę będę mógł poświęcić Twoim słowom więcej czasu, wolnych myśli, spokoju, dystansu… :kwiatek::kwiatek::kwiatek:
Kaz, 2011-12-08 17:01:26
Darku wspaniały następny tekst wyszedł z pod twojego pióra, moi porzednicy już prawie wszystko napisali to co chciałem też napisać i tylko pozostało mi oddać Ci słowami jedno słowo BRAWO!!! BRAWISIMO!!! Mh może dwa słowa:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
, 2011-12-08 17:52:58
Pawle-Wielkie dzięki.Wszystkie komentarze niezwykle motywują do kolejnych pomysłów. Kaz- Również dziękuję. Bardzo się cieszę, że trafiłem do Shrap-Drakers, bo odczuwam dużą nić porozumienia właśnie z Wami-Pasjonatami wędkarstwa. Mój publiczny, mocno emocjonalny zawód zmusza do codziennego kontaktu z ludźmi, czasami nawet interpersonalnego. Pewnie dlatego wędkarstwo traktuję jako odskocznię od codzienności czy wręcz,,samotnię''. Każdy z nas potrzebuje wyciszenia, ale wymiana refleksji, jest absolutnie niezbędna. I nawet w najprostszym tekście, ale pisanym szczerze odnajdujemy dla siebie i innych to ,,coś'':papa2::papa2:. Pozdrawiam Was.
Bizonik, 2011-12-08 19:43:19
Darku do bardzo podobnych refleksji dochodziłem chodząc wraz z ojcem na polowania. On z naładowana bronią gotową do strzału a ja z aparatem. Zawsze mnie cieszyło to że przez kilka chwil obejrzałem sobie sarenkę i dziczka. Czasem nawet celowo je płoszyłem wiedząc co może im sie stać. W obecnym czasie potrafię isc tak jak Ty nad Wisłę czy inna wode usiąść na kamieniu i słuchać. W stolicy znalazłem kawałek dzikiej wody i tam czeto uciekam aby naładować akumulatorki. Dziękuje za tekst który pozwolił oderwać sie od wielkomiejskiego hałasu i pozwolił zrelaksować sie zastanowić sie nad dalszym celem moich wypraw nad dziką wodę. Jeszcze raz dzięki Ci.
Wozik77, 2011-12-08 21:24:25
Ho, ho, ho. :oklasky: Darku. Głęboko wszedłeś w tematykę symbiozy wędkowania i postrzegania przy tej okazji otaczającej nas przyrody. Na tyle głęboko, że część z nas dopiero idzie tą drogą, w stronę zrozumienia tej relacji , tej symbiozy, tej wewnętrznej potrzeby tego obcowania. Fakt. Masz niezwykły dar ubierania w piękne myśli i słowa, tego co głęboko w wielu nas siedzi. Brawo, naprawdę brawo. :oklasky: Przy tym Twoim tekście moje są mizerną próbą przekazania swojego patrzenia na naszą pasję. Łączy je napewno faktm, iż są wydobyte z zakamarków ludzkiej duszy. Brawo :oklasky::oklasky:
, 2011-12-08 21:52:03
Najpierw krótko do Bizonika. Dziękuję za piękny komentarz. Jeśli zrobiłeś to w stolicy, to jest to dowód na to, że możemy a nawet powinniśmy rozejrzeć się już wokół siebie. Jeśli w tak dużej aglomeracji możesz i Ty znaleźć swoją ,,oazę'', świadczy to przede wszystkim o Twojej wrażliwości.Chciałbym tu przywołać komentarz jednej wrażliwej duszyczki, która skomentowała kiedyś mój wiersz pt.,,Moja Kartuzja" Komentarz do: Moja Kartuzja Autor: D.Bereski | Data dodania: 2010-05-03 02:08:03 Komentował: Hosanna ,,Człowiek potrzebuje samotni pustyni i oderwania od tego co na co dzień tylko to daje mu odpoczynek od nadmiaru bodźców który nas ogłusza a zarazem usypia monotonią tylko to daje dystans pozwalający zobaczyć właściwe proporcje zniekształcone zaangażowaniem i bliskością perspektywy.''. Pozdrawiam Cię
, 2011-12-08 22:12:22
Komentarz do WOZIK 77- Dziękuję za komentarz. Piszesz teksty bardzo szczerze i z wyczuciem, i to jest najcenniejsze. Z przyjemnością je czytam. Mówią, że o gustach się nie dyskutuje.Też tak sądzę. Już sam fakt dzielenia się swoimi spostrzeżeniami, pasją jest najważniejszy. Choć Paulo Coelho mawia, że tańca nie da się pisać [...] taniec trzeba tańczyć, my wszyscy komentatorzy WĘDKARSTWA mamy prawo się z tym nie zgadzać. No i rzecz jasna pisanie nie polega jedynie na wyrażaniu myśli, to także głęboka zaduma nad wymową każdego słowa.Pisz, pisz,pisz..Pozdrawiam...I oczywiście publikuj...
Bizonik, 2011-12-09 00:14:18
http://shrap-drakers.pl/artykul/co-ja-im-zrobilem/ Darku tu masz opis jednej z tych chwil o których wspominałem w komentarzu. do miejsca relaksu i zapomnienia mam 10 minut samochodem wiec prawie środek miasta.
pablotor, 2012-01-08 00:44:05
Ileż to godzin spędziłem siedząc na kamieniu z wędką opartą o korzeń wpatrując się w otaczającą mnie przyrodę... obok przepłynie zapracowany bóbr... gdzieś dalej chlapnie polująca rapka... gdzieś w górze szybują rozśpiewane ptaki... przy brzegu ochocza harcują małe rybki... wszystko takie poukładane... wszystko ma swoje miejsce i czas. Niestety nie potrafię ubrać w słowa swoich refleksji tak pięknie jak w tym artykule. Cudnie się to czyta. Dziękuję i czekam na więcej Z dojazdami w Toruniu i okolicach faktycznie bywa tragicznie. Walka o drogę w Grabowcu to już chyba standard. To samo Kaszczorek, Złotoria, dojazd do ujścia szyjki portu drzewnego... ehh
, 2012-01-08 07:32:26
Dzięki Pablotor. Kolejny artykuł czeka na publikację o miejscach, które są Ci z pewnością dobrze znane.:papa2::papa::papa2::papa::haha:Pozdrawiam