Wędkarzu, dokąd zmierzasz... Część 5 - PZW. Oddane walkowerem!

Paweł 2013-03-03 Obok wędkarstwa

...
Polski Związek Wędkarski. Temat – rzeka. Z jednej strony można by wiele pisać. A z drugiej strony najlepiej by spuścić zasłonę milczenia. Niestety... Postaram się jednak nie pisać za dużo o najwyższych szczeblach tylko wzrok skieruję ku szeregowemu członkowi PZW...

Nie będę pisał o historii PZW bo to zasadniczo nie ma sensu czy większego znaczenia. Kto chciał ją poznać to poznał, kto nie ma takiej potrzeby – też nie ma wielkiego problemu. Co było w przeszłości źle czy dobrze – jakie to ma znaczenie obecnie? Może dla wyciągnięcia wniosków jedynie – jak pewnych spraw robić się nie powinno. Ale tak naprawdę nas, wędkarzy współczesnych, winno interesować głównie „tu i teraz” oraz przyszłość (najbliższa i ta odleglejsza). Bo od tego głównie zależy czy będzie nam dane za kilka (kilkanaście) lat łowić ryby czy tylko będziemy jeździć rekreacyjnie nad wodę...

Jednak chciałbym uświadomić wielu osobom, osobom tak psioczącym na tę organizację: Polski Związek Wędkarski to również my!!! Ba, zasadniczo to przede wszystkim MY!!!! Łowimy na wodach PZW, wnosimy opłaty do PZW, stosujemy regulaminy PZW, działamy prężnie..., ups, poniosło mnie z tym działaniem...

No właśnie. Narzekamy wciąż na PZW. Słusznie narzekamy! Bo jest źle! Źle się dzieje nad wodami, źle jest z rybami, źle jest z porozumieniami międzyokręgowymi, źle jest z ochroną naszych wód (również przed wędkarzami), można by jeszcze wiele podać przykładów.
Ale... od samego narzekania nic lepiej nie będzie!!! Ryb nie przybędzie!!!

W tytule dzisiejszego odcinka - do „PZW” pierwotnie miało być dopisane: „Walka pokoleń”. Ale w trakcie przemyśleń jak tu temat ugryźć – wyszło mi inaczej, znacznie gorzej! I rzetelnie patrząc na obecną rzeczywistość bardziej adekwatnym tytułem jest: „PZW. Oddane walkowerem!”. Również awatarek nie jest przypadkowy...

Bo tak naprawdę co przeciętny, ten głównie narzekający wędkarz, ma wspólnego z Polskim Związkiem Wędkarskim? Opłata w kasie PZW. Koniec. Kropka. I za rok znowu! Okienko w kasie. I już! Koniec! No, teraz jeszcze ten nieszczęsny rejestr połowu trzeba oddać wypełniony... Przy czym od razu zaznaczam – ja jestem nie lepszy!!! Tych, którzy czynnie biorą udział w życiu PZW przepraszam oczywiście za to uogólnienie. Ale prawda jest taka, że pewnie więcej niż 95% członków PZW nie robi nic, a co najmniej połowa z nich tylko narzeka...

Obecnie celem wędkarzy patrzących w przyszłość winno być działanie w celu zmian. Wziąć w swoje ręce sprawy, które do tej pory oddawaliśmy walkowerem właśnie! Bo nam się nie chciało, bo tak wygodnie, niech sobie inni działają i tak dalej...

Oczywiście to nie jest tak, że nic nowego się nie dzieje. Tutaj ktoś rzuci pomysł usunięcia rybaków, komuś prężnemu uda się wpłynąć na zarządzanie kołem czy nawet okręgiem... Powoli to przynosić będzie efekt. Wiem, dużo fajniej byłoby jakby zrobić to jakoś szybciej. Raz dwa – i zmienia się wszystko... W poprzednim tekście napisałem taki fragment, który i w tym miejscu będzie bardzo pasował, cytuję:

„Rewolucja niekiedy bywa jedyną metodą na zmiany. Ale jeżeli rewolucja jest niemożliwa (a tak jest w przypadku wędkarzy spod znaku PZW) trzeba uznać, że najlepszym rozwiązaniem jest... ewolucja!”

Tylko pamiętać trzeba: o ile rewolucja często jest kojarzona ze zrywem, jednorazową akcją - o tyle ewolucyjne zmiany wymagają dużo większego nakładu pracy, systematycznej pracy, często od podstaw. Nikt świadomie oczekujący zmian nie powinien patrzeć jak za niego robią to inni...

Polski Związek Wędkarski w naturalny sposób kojarzy mi się z bardzo skostniałą organizacją, organizację której brak jest odrobiny nawet nowoczesności, kojarzy się z organem nie przyjmującym do wiadomości zmian jakie zachodzą na świecie (jak również w wodzie). To taki, w mojej ocenie, jeden z ostatnich bastionów czasów przeszłych... Przewrotnie PZW jakoś nie kojarzy mi się z wędkarzem i Jego potrzebami. Raczej z zebraniami, statutami, operatami wodno-prawnymi, odłowami kontrolnymi, zarybieniami karpiem itp. Niestety, to moje spojrzenie w dużej mierze jest oparte na wypowiedziach najważniejszych osób w Związku. Jak czytam rozmowy z Prezesem w gazecie, jak czytam odpowiedzi Rzecznika na forum – czuję się jakbym wracał do czasów bardzo przeszłych, czasów kiedy myśl wodzów była jedynie słuszna, a reszta to nic nie znaczący plebs... Wybaczcie, ale takie odnoszę wrażenie. Często odnoszę też wrażenie, że wędkarz jest niepotrzebnym dodatkiem do działalności, a jego potrzeby i oczekiwania są problemem jego samego (tego wędkarza)...

Ja oczywiście wiem, że nie do końca jest to prawdziwy osąd. Bo w PZW działa też sporo osób, wędkarzy, którzy patrzą (a może chcieliby patrzeć) na nasze sprawy inaczej. Których interesuje los naszych wód, którzy chcieliby, żeby ryb było więcej. I tym ludziom trzeba zwyczajnie pomóc!!!

Czego my wędkarze potrzebujemy do szczęścia? Tak naprawdę jednej tylko rzeczy: rybnych wód! I, moim zdaniem, nasze marzenia wcale nie są takie nierealne. Bo spójrzmy na kilka przykładów, przykładów, które są zauważalne dla mnie, wędkarza z Mazowsza (ale zaznaczam: nie dotyczą one wód Okręgu Mazowieckiego)

Od kilku lat Okręg Ciechanowski jawi się w jako jeden z pierwszych objawów... normalności w wędkarstwie. Tam widać gospodarskie działania. Wprowadzono sporo ograniczeń (np. widełki czy zmniejszenie limitów ilościowych dla poszczególnych ryb), pojawiają się już łowiska, z których ryb zabierać nie wolno. Tamtejszy odłam naszej organizacji dzięki prężności ludzi (i Ich wysiłkowi – pamiętajmy o tym) jawi się bardzo korzystnie i nowocześnie.

Inny przykład. Okręg Toruński, osobiście mi znany jedynie z jednej rzeki: Drwęcy. Jeszcze bodajże dwa lata temu była wielka awantura m.in. o tę rzekę. Wydawało się, że sytuacja bez wyjścia. Niewiele czasu potrzeba było, żeby to świetnie wyprostować. Dziś z rozmów nad wodą daje się słyszeć spore zadowolenie. Że ciąg troci fajnie przypilnowany, że odbywają się sprawne zarybienia. Bez problemu można opłacić licencję przez Internet, nad wodą kilkukrotnie widziałem straż kontrolującą wędkarzy. Tam naprawdę chce się jechać te 200 kilometrów w jedną stronę i nie żal tych 25 złotych za dzień licencji...

I ostatni z przykładów. Taki bardziej lokalny w swoim wymiarze. W Okręgu Siedleckim jest fajna, spora woda zarządzana - z przyjemnością wymienię - przez koło w Sobieniach-Jeziorach. Na tym akwenie prawie za każdym wędkowaniem jestem kontrolowany. Ta woda naprawdę ma prężnego gospodarza. Ba, kilkakrotnie zdarzyło się nam spotkać nad wodą wiceprezesa bodajże, który po gospodarsku przechadzał się po lodzie. I nikomu nie przeszkadza, że podniesiony został wymiar ochronny dla szczupaka, ograniczono ilości zabranych ryb...
To są tylko przykłady. Miejmy nadzieję, że takich łowisk, okręgów czy postaw będzie nam przybywało w szybkim tempie. Choć dla mnie, jako członka Okręgu Mazowieckiego, jest to na razie tylko w sferze marzeń. Ale tym bardziej trzeba coś z tym zrobić...

Działania lub ich brak to jedna sprawa, ale jak jest nad wodami w ramach tego naszego Związku Wędkarskiego, wśród wędkarzy? Wyraźnie widać coraz większą polaryzację postaw wędkarskich. Z jednej strony (pomijając oczywiście patologie typu szarpakowcy czy prądowcy) ogromna rzesza zasiedziałych gruntowców raczej starszej daty, a na przeciwnym biegunie Ci młodzi, ekspansywni wędkarze, w przeważającej części spinningiści. Ci pierwsi przyzwyczajeni do tego co jest, biernie przyglądający się pogarszającej rzeczywistości. Przeciwni ograniczeniom, przeciwni zaostrzaniu regulaminu, żądający tylko zarybień. Ci drudzy z kolei, prężni i młodsi najczęściej, wręcz odwrotnie – chcieliby zmieniać wszystko, często z pomysłem, ale często też próbujący pójść na żywioł bez głowy i realnej oceny obecnego stanu rzeczy. Naturalnie zgadzam się z poglądem, że trzeba działać w miarę szybko bo niedługo nie będzie czego ratować w wodzie. I prawda jest też taka, że obecnie sytuacja wyjściowa do zmian jest o wiele lepsza niż np. czas, gdy ja zaczynałem wędkowanie. Po pierwsze wtedy 100% wędkarzy zabierało ryby, czasy były mimo wszystko trudniejsze, młodzież patrzyła na problem tak samo jak ówcześni starsi wędkarze. Szanse na zmiany wtedy były chyba zerowe. Teraz jest inaczej. Daleki jestem co prawda od częstego „segregowania” wędkarzy na zasadzie, że stary jest zły, a młody to debeściak. Bo tak wcale nie jest. Ale prawdą jest, że odsetek wędkarzy zabierających ryby (w ilościach niekiedy im niepotrzebnych) jest o wiele większy wśród tych starszych niż wśród młodzieży. Problemem jest też fakt, iż starsi ludzie, często na emeryturach, mają wiele więcej czasu na ryby. To, jak by nie patrzeć, generuje możliwość pobierania z naszych wód (mimo coraz słabszej populacji ryb) sporej ilości rybiego mięsa. To z kolei, jak zauważam, bardzo denerwuje młodych.

Jednak apeluję do młodszych, bardziej patrzących w przyszłość wędkarzy. Pamiętajcie, że starszy wędkarz ma określone zachowania wynikłe z przeszłości, wyssane wręcz z mlekiem matki, wynikłe z warunków życia w czasach przeszłych, również z wieloletnich przyzwyczajeń. Trzeba mieć trochę zrozumienia...
Apeluję też do starszych, mniej reformowalnych wędkarzy. Zrozumcie młodych! Pomóżcie Im w lepszej wędkarskiej przyszłości. Zabierajcie tyle ryb ile Wam potrzeba, a nie ile potrzeba wszystkim sąsiadom w bloku i kotom na podwórku. Żeby i Oni kiedyś w przyszłości zaznali takiego rybostanu jak Wy w młodości...

Zmienię teraz nieco temat i zadam pytanie sam sobie. Co ja, jako szeregowy członek tak ogromnej organizacji jak Polski Związek Wędkarski, mogę (i powinienem) czynić aby było lepiej nad wodą i w wodzie? Oczywiście chodzi mi o czynne działania, wykraczające poza podnoszenie świadomości wędkarskiej, o której napisałem tydzień temu. Wydaje mi się, że możliwości jest kilka, postaram się wybrane przedstawić pokrótce. Bo są to też opcje nad którymi ja myślę...

Opcja pierwsza, kusząca, na pierwszy rzut oka mająca duży sens: przepisać się do jakiegoś koła w innym, lepszym i bardziej prężnie działającym okręgu. Tym samym dając pieniądze ludziom, którzy będą wiedzieli jak je dobrze i skutecznie spożytkować. Będzie to widoczna forma poparcia jaką Im dajemy z jednoczesnym pokazaniem swojemu obecnemu okręgowi niezadowolenia na ich działalność. Może liczny odpływ wędkarzy płacących składkę da coś do myślenia, zmusi do działania? Nie ukrywam, opcja przeze mnie brana od jakiegoś czasu pod uwagę. Jednak przy tej opcji skazujemy się, głównie z powodu odległości, na mniejsze możliwości działania w swoim kole. Na większe zebrania może i się zdecydujemy pojechać, ale uczestniczyć w pracach bieżących szanse mamy ograniczone. No i taki ruch ma jeden ogromny minus: wykluczamy się z możliwości zmian na swoim podwórku. Czyli tak naprawdę czynimy gest zaniechania, możemy trochę odmrozić sobie uszy robiąc na złość innym... Choć dla osób, które i tak nie mają zamiaru jakoś aktywniej brać udziału w inny sposób niż opłacenie składki – jest to dobre rozwiązanie. Dość bierne, ale zrozumiałe i jednak pozytywne. Bo jest to w pewnym sensie ruch pokazujący nasz poklask dla normalności i negację nieróbstwa i złego zarządzania.

Opcja druga. Pozostać w swoim kole i zacząć działać. Taki wybór jest dobry. Pozwala nam skutecznie wdrożyć się w prace swojego koła. Daje nam szanse na oddziaływanie na władze koła, pozwala coś pożytecznego zrobić. Warunek jest jednak jeden: musi to być koło, które oceniamy, że daje nadzieję i szansę na zmiany...

Opcja trzecia. Zmienić koło na takie, w którym jest mi najłatwiej coś zdziałać! Opcja, ku której ja się obecnie przychylam najbardziej i prawdopodobnie wprowadzę w czyn (oficjalnie dopiero w roku 2014 z racji opłacenia składek, w czynnej praktyce jednak powinno udać się to już w tym roku). Należę do sporego warszawskiego koła, z którym nie łączy mnie dosłownie nic! Po prostu na Twardej opłacam składki i fakt zaszeregowania mnie do tego koła w przeszłości był zgoła przypadkowy. Koło opiekuje się fajną wodą, ale jest to 60 km od miejsca w którym mieszkam. Co ja mógłbym robić w tym kole, jak się z nim identyfikować? Więc ostatnio rozpocząłem poszukiwania lepszego rozwiązania. I chyba znalazłem. Inne koło, bardziej lokalne, nawet spore bo liczy ponad tysiąc wędkarzy. Bardzo istotne w tym wyborze są dwa czynniki. Jeden to fakt, że jest to mój teren, nadwiślański. A drugi to taki, że od kilku lat koło to dość prężnie opiekuje się fajną wodą, nad którą rowerem dojeżdżam w 20 minut (notabene z tego akwenu wywodzi się mój tegoroczny lodowy rekord okonia). Czyli, jeżeli zechcę, mogę działać w swoich okolicach. Czyni to rzecz jeszcze bardziej wartą zachodu... Ten rok przeznaczam na poznanie ludzi, mam nadzieję, że uda mi się coś ciekawego dowiedzieć do momentu, w którym będę mógł być pełnoprawnym, z racji opłaconej składki, członkiem.

Czwartą opcją (a wiem, że i takie się zdarzają) jest założenie własnego koła. Niezwykle ciekawa, bardzo trudna zapewne do zrealizowania, wymagająca wysiłku, działania i konsekwencji. Ale jeżeli jakiejś prężnej grupie się to uda – czapki z głów przed Nimi!!!

No i pozostała piąta opcja. Najbardziej bierna. Płacić i koniec na tym. Czyli bez zmian. Umówmy się, nie każdy jest działaczem, nie każdy ma czas, nie każdy jest społecznikiem. I nie ma co krytykować. Jedyne czego trzeba wymagać względem takiego podejścia – to żeby nie przeszkadzali, nie negowali prób zmian mających polepszyć stan naszych wód. Bo bez wątpienia to była, jest i zawsze będzie największa grupa wśród wędkarzy. A z tak liczną grupą liczyć się trzeba...

Na pewno warto pomyśleć, który sposób jest dla nas (indywidualnie) najlepszy, najbardziej efektywny. Jednak samo zapisanie czy przepisanie się do najlepszego nawet koła czy okręgu jest ruchem samym w sobie dość biernym. Takim trochę na poprawę swojego samopoczucia. Dlatego WARTO (a jeżeli oczekujemy realnych, szybszych zmian na lepsze to TRZEBA) zrobić coś więcej. Najpierw włączyć się w działalność takiego koła. Może poprzez uczestnictwo w jakiś zawodach otwarcia sezonu, może pomóc posprzątać wodę, jeżeli koło się czymś takim opiekuje. Pójść na jakieś zebranie czy spotkanie. Może to okaże się dobrym rozruchem. Pogadać z ludźmi. Zobaczyć jakie poglądy reprezentują. Z czasem może zacząć działać odważniej... Nie myśleć od razu o wywracaniu wszystkiego do góry nogami. Ale trzeba też mieć w pamięci i na uwadze te okręgi, które już zrobiły krok w kierunku poprawy naszych wód, naszego rybostanu. To powinno nam dawać nadzieję, że coraz łatwiej będzie o zmiany. Według mnie te obecnie dość widoczne ruchy coraz większej liczby niezadowolonych z obecnego stanu rzeczy wędkarzy są bardzo optymistyczne, dają sporo nadziei. I czym więcej będzie chętnych do działania – tym szybciej zacznie się poprawiać. I trudno w takiej chwili o bardziej banalny slogan: W JEDNOŚCI SIŁA! Ale cóż -proste to lecz prawdziwe!

Wbrew największym niepoprawnym optymistom – od razu nie da się zrobić wszystkiego. Moim zdaniem prawdziwym papierkiem lakmusowym i głównym celem bardziej rewolucyjnych działań winny być Walne Zgromadzenia... za lat cztery, w roku 2017. Nie ma co się śmiać, poważnie piszę i tak myślę. Myślę, że jakby teraz konkretnie wziąć się do działania - w kilka lat sporo można osiągnąć. I wbrew pozorom wcale nie jest to tak odległy termin. Zresztą – jest to pierwszy realny termin na większe zmiany. Natomiast małe kroczki (a jak się uda to i większe) trzeba czynić sukcesywnie. I zaczynać warto chyba głównie od własnego podwórka. U siebie łatwiej i z większą chęcią się pracuje, a efekty są o wiele lepiej widoczne, znacznie bardziej cieszą...
Mam nadzieję, że zarówno ja, jak i wielu innych niezbyt aktualnie „działających” wędkarzy, naprawdę postanowi wziąć swój los w swoje własne ręce... Namawiam do tego gorąco!!!

Na koniec zostawiłem sobie małą konfrontację między rzeczywistością wirtualną a faktyczną...
Początek marca 2013 r. Czyli tu i teraz. Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze mojego koła. Zebrało się prawie 80 osób. Dużo to czy mało? Koło liczy ponad 2,5 tysiąca płacących składki. Czyli na najważniejsze wydarzenie w czteroleciu (bo tyle trwa kadencja) przybyło około 3 % (słownie TRZY PROCENT!!!) mających do tego prawo. Tyle osób wykazało zainteresowanie przyszłością... Wyraźnie było zresztą widać kto przyszedł. Przyszli Ci, którzy uczestniczą w zawodach koła, działacze (zresztą są to często te same osoby) oraz... sporo młodzieży, ale takiej naprawdę młodej... Ale co bardzo istotne: nie widziałem wśród uczestników Walnego Zgromadzenia chyba nikogo mającego zapatrywania rewolucyjne (czytaj: gardłującego w Internecie). Nie będę opowiadał za dużo o samym Zebraniu. Dużo było sprawozdań (których słuchałem z ciekawością), były nagrody dla najbardziej aktywnych członków koła, były puchary za wyniki sportowe itp. Wszystko szło raczej tak jak sobie wyobrażałem...
Natomiast pokuszę się o kilka wniosków dotyczących spraw, które mnie uderzyły i które bardzo mocno pokazują różnice w postrzeganiu problemów wędkarstwa między czynnymi uczestnikami życia swoich kół wędkarskich, a użytkownikami internetowych portali...

Otóż na Walnym Zgromadzeniu koła nie zauważyłem, żeby problemem byli rybacy, kormorany, widełki czy limity ilościowe, oczywiście o C&R też nie słychać. Na poziomie koła mówi się natomiast o tym o czym nie wspominają Internetowi reformatorzy. O pieniądzach na działalność, o podstawowej pracy bieżącej, o zawodach sportowych, o akwenie, ośrodku i stanicy, które koło ma pod swoimi skrzydłami. O konieczności wymiany instalacji w domkach w tym ośrodku. O sprzątaniu swojej wody, pilnowaniu jej. O młodzieży w końcu, o której wcześniej wspomniałem. I tym podobnych sprawach przyziemnych.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo ta rozbieżność w myśleniu jest ogromna! Moje zdanie zapewne już znacie. Ja jestem przekonany, że aby zmiany były możliwe i były one długofalowe – niezbędna jest praca od podstaw. A podstawą jest jednak koło. W kole można dbać o swoją wodę, w kole można szkolić młodych wędkarzy, dbać o Ich świadomość wędkarską i ekologiczną... W kole zdobywa się pieniążki na zarybiania. Ale w kole jest coś jeszcze i tu widzę ten problem. W kole trzeba popracować!
Moim zdaniem nawoływania do wyrzucenia rybaków z naszych wód, zawierania w regulaminach wartości widełkowych czy ograniczania limitów ilościowych są bardzo słuszne i rozwojowe. Ale jeżeli będą to tylko postulaty nie poparte pracą „od dołu” - nie wniosą one żadnych wartości dodanych. Dlaczego? Bo, po pierwsze, chęć takich zmian powinna wyjść od kół, wtedy wyższe instancje (m.in. Okręgi) nie będą miały wyjścia. A po drugie, co z tego, ze takie obostrzenia w jakiś sposób wejdą w życie bez oddolnej chęci zmian? Hmmm, przy obecnym sposobie ochrony naszych wód przed pazernymi wędkarzami oraz niskiej świadomości wędkarskiej – nic to nie zmieni!!!

Dlatego trzeba zrobić wszystko aby połączyć te, na obecną chwilę całkowicie oderwane od siebie, postawy! Połączyć szerszy, przyszłościowy i przystający do naszych czasów pomysł na wędkarstwo nowoczesne z pracą wykonywaną na poziomie koła wędkarskiego!!!

A z moich obserwacji wynika, że aby osiągnąć to oddolne przyzwolenie na niektóre zmiany nie potrzeba wiele. Bo, moim zdaniem, Ci, którzy chodzą na Walne Zgromadzenia daliby spokojnie przekonać się do kilku wniosków, które koło musiałoby przekazać dalej. Moim zdaniem np. rybaków chcieliby wyrzucić wszyscy szeregowi członkowie PZW. Na widełki (pod warunkiem, że byłyby one sensowne) też byłoby przyzwolenie. Nad zmniejszeniem limitów trzeba by popracować. Oczywiście zakaz połowu na żywca czy zakaz używania podrywki nie przeszły by na pewno...

Ale warunkiem koniecznym do tego jest przekonanie tych ludzi do takich zmian. A żeby to uczynić nie wystarczy pokrzykiwać w Internecie. Trzeba spróbować popracować w kole. Tak jak już wspomniałem wcześniej, ale się powtórzę. Niekoniecznie od razu chcieć zostać prezesem czy namawiać do uczynienia wszystkich wód „no kilowymi”... Może pomóc zaopiekować się wodą koła, na wiosnę pójść na wspólne sprzątanie, wpaść na jakieś zawody koła, poznać ludzi. Raz na jakiś czas zajrzeć na cotygodniowe spotkanie (sporo kół na pewno takie organizuje). Porozmawiać z tymi ludźmi. Bo Ci co działają czynnie na co dzień – przyjdą też na Walne. Bo to Oni mogą głosować za zmianami jeżeli Ich do tego przekonamy. Tak, wiem, nawet jak jakieś wnioski wyszłyby z koła do wyższych instancji to mogą one zostać tam ukrócone i nie wzięte pod uwagę. Bo operat, bo odłowy kontrolne, bo analiza naukowa, bo coś tam jeszcze... Ale próbować trzeba!!!

Na koniec tekstu o tym naszym wspólnym PZW pozwolę sobie przytoczyć takie fajne powiedzonko (pewnie ludowe): KROWA, KTÓRA DUŻO RYCZY – MAŁO MLEKA DAJE!!!!

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (3)

Bizonik, 2013-03-04 08:44:55
No i wychodzi na to że PZW to dwa światy świat działaczy i wędkarzy zainteresowanych życiem koła oraz wędkarzy krzykaczy którzy chcieli by dużo ale nie maja pojęcia co Ci od PZW robią. Ja na chwilę obecna szukam mądrej alternatywy i nie wiem czy nie pokuszę się o zmianę koła i choć w niewielkim stopniu prace w nim .
kaczy, 2013-03-04 12:04:30
Dużo mądrych słów Pawle zawarłeś w tym artykule! Choć na przytoczonym przez Ciebie walnym zebraniu koła byłem tylko trochę ponad godzinę, to również zauważyłem tą rozbieżność problemów. Ja chyba wybiorę opcję zmiany koła na bardziej "kameralne", w którym łatwiejsze będzie przeforsowanie postulatów. Niezależnie od wybranej opcji, droga do zmian wymaga porzucenia bierności i przynajmniej minimalnego zaangażowania się w działania związku, nawet jeśli miałaby to być tylko obserwacja i udział w zebraniach! Jak to mówią: "Pańskie oko konia tuczy"!
bysior, 2013-03-06 10:07:30
Moje Koło na przykład jest zupełnym przeciwieństwem. Zebrania mamy regularnie, prezes na nową kadencję jest świetnym wędkarzem, który ma osobiste wymiary widełkowe, poprzedni a obecny vice prezes zbudował i zagospodarował własnym, że tak powiem, potem siedzibę Koła gdzie wędkarze mogą przyjść na grilla, odpocząć, wymieniać się doświadczeniami. Mamy slip do łódek, pomost do ich trzymania, miejsce do zimowania. Skarbnik zaoszczędził sporo kasy na nowy rok dla Koła, zawody rozgrywane regularnie zarówno dla członków i dla dzieci - ścisła współpraca z Burmistrzem i pułtuskim WOPREM. Zarybienia - tyle co daje Warszawa, bo niestety jeszcze parę lat Narew jest Warszawy. Ale za to o wody Okręgu Ciechanowskiego dba niesamowicie Adam Gierej - którego niektórzy z Was mieli okazję poznać na jednym ze zlotów nad Wkrą - a chyba jako jedyny Dyrektor Okręgu wprowadził widełki! Jeśli jest grupa ludzi, która chce dbać o swoją wodę - może zrobić na prawdę wiele. I tak jak Paweł pisze - trzeba robić a nie gadać. Krowa, która cicho muczy dużo mleka daje ;)