Wędkarzu, dokąd zmierzasz... Część 4 - Wędkarska Świadomość

Paweł 2013-02-24 Obok wędkarstwa

...
Wędkarska świadomość. Dla mnie bardzo ważna sprawa. Opiszę moją długą drogę do obecnego pojmowania wędkarstwa, do wypracowanej przez siebie samego tej właśnie świadomości...

Rozpocznę od przypomnienia, iż obecnie jestem na etapie pobierania ze środowiska naturalnego pewnej (fakt, że niedużej) ilości ryb. W drugiej części tego cyklu (Wędkarzu dokąd zmierzasz?) napisałem, iż ja sam jeszcze niedawno kwalifikowałem się do grupy (posługując się nazewnictwem wtedy zaprezentowanym) ROZUMNI, obecnie uważam się za ROZSĄDNEGO, a może kiedyś dołączę do tej nad wyraz sympatycznej i pożądanej nad naszymi wodami grupy SPORTOWCÓW. Jednak do stanu obecnego, stanu dość dużej i pozytywnej świadomości wędkarskiej dochodziłem szmat czasu. I moim zdaniem nasz prawdziwy stosunek do ryb w głównym stopniu kształtuje świadomość nabyta poprzez osobiste doświadczenia, wzbogacone o rozmowy z innymi wędkarzami, filmy, czasopisma mówiące o naszym hobby, portale wędkarskie i tym podobne rzeczy.

Ryby zaczynałem łowić w latach siedemdziesiątych, w epoce bambusa, a nawet leszczyny, spławika z pióra, kołowrotków obrotowych (stałoszpulowy Delfin był rarytasem) i żyłki tęczówki czyli w czasach dla wielu współcześnie młodych wędkarzy prawie prehistorycznych.

Wtedy złapana ryba standardowo trafiała na patelnię... Z tamtych doświadczeń szczególnie pamiętam wspaniale wyprawy z kolegami z podstawówki nad Świder w celu łapania rękami pod burtami i w korzeniach kleni, okoni i miętusów. Cóż, inne to były czasy... Teraz myślę o tym z lekkim smutkiem, ale nie ma we mnie raczej poczucia winy. Mały dzieciak, niska świadomość, świetna wakacyjna zabawa. Przy czym przyznać muszę (i nie pamiętam już dlaczego) większość ryb ze Świdra (poza miętusami) była uwalniana przez rozchachanych dzieciaków. Choć pamiętam też kolegę, który złapał klenia ogromnego, tak na oko ze... 35 centymetrów miała ta bestia. Dla nas wtedy był wielki. Wiózł go ten kolega w reklamówce zawieszonej na kierownicy roweru. A do pedałowania ze Świdra mieliśmy dobre 20 kilometrów. W pewnej chwili kleń wkręcił się w szprychy, kolega przeleciał przez kierownik. Kolega przeżył. A kleń? Odcięło mu fachowo głowę, oskrobało z łusek, wypatroszyło oraz doszło do wstępnego zmielenia, na kotlety chyba... Ot, wesołe i beztroskie to były lata... Były też w tym czasie oczywiście pierwsze wyprawy z dziadkiem i wujkami nad Wisłę. Gdzie ryb było dużo, ale ja ich łowić jeszcze nie umiałem za bardzo. I wyłączając wspomniane dziecięce zabawy – podczas poważnego wędkowania zabieranie złowionych ryb było czymś całkowicie normalnym. Przy czym chyba raczej zgodnie z regulaminem, choć moja wiedza na ten temat była raczej niewielka jak miałem 10 czy 12 lat... Zresztą regulamin wtedy był bardzo liberalny raczej, niekorzystny dla ryb. Acz przyznać muszę, że dziadek (a więc i ja) na ryby chodził zwykle raz w tygodniu - więc i rybostanu raczej nie przetrzebiliśmy za bardzo...

Później Wisła, już w latach osiemdziesiątych, była coraz brudniejsza, więc (zwłaszcza pod koniec tej dekady) ryb do domu nie przynosiłem, kilka przypadków zapachu fenolo-podobnego podczas smażenia skutecznie mnie (a raczej rodzinę) zniechęciło do zabierania ryb z Wisły. A ryb tych łowiłem sporo, doświadczenie rosło. Coraz częściej też wyprawiałem się nad inne wody Mazowsza, głównie Narew i Bug. Z tego okresu mogę tylko wysnuć przewrotny wniosek, że już wtedy byłem zwolennikiem (z musu) C&R na Wiśle. Innych wód te obostrzenia nie dotyczyły...

Lata dziewięćdziesiąte to stopniowa poprawa jakości wody, zaczęto myśleć o oczyszczalniach, choć najlepiej naszym wodom przysłużyła się transformacja ustrojowa, w wyniku której sporo fabryk zaczęło padać jak ryby podczas przyduchy... Ja byłem coraz lepszym wędkarzem. Więc znowu pewne ilości ryb trafiały do domu, zdarzyło mi się wtedy nawet oddać kilka ryb ciotce, czego akurat żałuję z obecnej perspektywy. Zdarzało się ryby zamrozić. Regulamin cały czas był w świadomości, rozsądek też się budził, ale jeszcze jakby przez mgłę.

Jednak już w XXI wieku kilka przypadków kazało powolutku spojrzeć na rzecz inaczej. A to nie wszystkie usmażone rybki zostały zjedzone. A to dziadek, który zawsze skrobał ryby zaczął niedomagać i sam musiałem skrobać. A to kiedyś po rybach poleciałem na imprezę, nikt nie oskrobał ryb i się zmarnowały. A to się okazało, że ciotka, której sprezentowałem kilka sztuk, powiedziała sąsiadce, że te ryby z Wisły to chyba trujące są. A to po oskrobaniu iluś tam okoni łapy całe pokancerowane były. A to się okazało, że ryba odmrożona po trzech miesiącach smakuje jak leżące obok niej truskawki. A to coraz trudniej było o przyzwoitego sandacza na Wiśle..... A to w gazecie wędkarskiej ktoś napisał o wypuszczaniu ryb. A to na portalu internetowym (to już lata ostatnie) wybuchła zadyma o jakieś Catch&Release... Takich „A to...” było jeszcze wiele...

Ale dopiero wszystkie te powyższe czynniki razem wzięte dały mi szansę na bardziej rozsądne podejście do wędkarstwa i ryb. Aktualnie mogę myśleć o sobie jako o wędkarzu, który potrafi myśleć zarówno o wędkarskiej przyszłości jak i kulinarnych wartościach doczesnych.

A teraz zróbmy szybki przeskok do teraźniejszości. Rok 2012. Dla mnie rok wędkarsko bardzo średni. Złowionych niezbyt dużo szczupaków i sandaczy, przyzwoite ilości okoni, żadnego suma, trochę białorybu podczas wiosennych i letnich zasiadek spławikowo-gruntowych. Bardzo zadowalające były jedynie ilości złowionych ulubionych przeze mnie boleni, choć z wielkością tak sobie. Zdecydowana większość ryb została wypuszczona. Mój rachunek sumienia z zabranych wodzie ryb AD 2012 wygląda dokładnie tak: około dwa kilogramy płotek, krąpi i uklei z jednej z kwietniowych zasiadek, 9 wrześniowych okoni w przedziale 22-26 cm oraz..., z wielkim bólem serca – jeden boleń ok 60 cm., który w lipcu bardzo nieszczęśliwie tak zażarł woblera, że nie było szans przeżycia. No i kilka pstrągów tęczowych złowionych w grudniu na łowisku specjalnym na potrzeby świąteczne (karpia nie lubię)... Jak widać nie pojadłem sobie ryb za bardzo w roku 2012.

Teraz pozornie zmienię temat, ale tylko pozornie...

Mimo, iż jestem doświadczonym wędkarzem z blisko czterdziestoletnim stażem - od dwóch lat zbieram całkiem nowe doświadczenia. Zimowe doświadczenia. Poczynając od zimy 2011 coś mi się przestawiło w głowie. Piszę prześmiewczo „przestawiło się w głowie”, ale poważnie rzecz biorąc – są to poszukiwania nowych wyzwań w starej wędkarskiej pasji. Zima to zawsze był dla mnie czas wypoczynku, czas wędkarskiego lenistwa. Aż tu nagle, od dwóch sezonów, zależnie od pogody, zimowe weekendy spędzam na lodzie lub na trociach. Spyta ktoś: „a co to ma do rzeczy w kontekście przemyśleń na temat tytułowej wędkarskiej świadomości”? Otóż... ma! Skupię się na dwóch rybach: okoniu spod lodu oraz troci z rzeki. Bo te nowe doświadczenia pozwalają mi na świeże, nowe spojrzenie na temat.

Zacznijmy od okonia. Kiedyś zabierałem sporo pasiaków. Ryba łatwa do złowienia na spinning, dużo jej w wodach naszych było. Smaczna. Jednak z każdym kolejnym rokiem zabranie ostatniego okonia w sezonie miało miejsce coraz wcześniej w skali roku. Grudzień, listopad, październik... Dlaczego? Cóż, zabranie ryby z wody jest jednoznaczne z jej oprawieniem. A skrobanie i patroszenie ryby z ikrą czy mleczem jest jednak dość nieciekawym doświadczeniem. Zarówno w sferze estetyki jak i głębszych przemyśleń. Wszak ikra to jednak, w wielkim uproszczeniu, mała rybka w roku następnym. Czy przesadzam z tą wrażliwością? Pewnie tak, wielu się uśmiechnie pod nosem. Ale ja mam zasadniczo gdzieś te uśmieszki! Zwyczajnie przeszkadza mi świadomość, iż oprócz jednego rybiego życia zabieram szanse na kolejne... I wracając do podlodowych łowów. Już samo łowienie okoni, które są miesiąc czy dwa przed tarłem jest dwuznaczne moralnie. Ale cóż, takie hobby, taka pasja wędkarska. Jednak mogę zrobić choć jedną dobrą, pożyteczną rzecz: każdego okonia złowionego pod lodem mogę wypuścić! I tak właśnie czynię ze wszystkimi okoniami złowionymi w zimę. I tak czynić będę zawsze!!!

A troć (i łosoś), kolejne zimowe ryby o których chciałem wspomnieć? Złowiłem do tej pory jedną troć. 61 cm. Zabrałem ją. Świadomie i bez zbytnich zahamowań. Dlaczego nie mam żadnych wątpliwości w tym przypadku?

Kilka racjonalnych swoich przemyśleń przedstawię. Ale zacznę od... najmniej racjonalnej. Otóż nawet fanatyczni wyznawcy C&R zachowują dziwne milczenie przy okazji troci i łososia. I nie ma to znaczenia czy duża czy mała (oczywiście w granicach regulaminu). Nie ukrywam, że nurtuje mnie ta cisza, ale znam co najmniej kilka osób, które na wodach nizinnych wypuszczają każdego (albo prawie) szczupaka, sandacza czy suma natomiast trocie i łososie zabierają regulaminowo (jeżeli będą mieli tyle szczęście złapać komplet dwóch sztuk). I spokojnie o tym mówią i nie widzą problemu. Tyle wywiad środowiskowy...

A przemyślenia racjonalne (a przynajmniej przeze mnie za takowe uznane)?. Pokuszę się o trochę głębsze wejście w temat. Więc dlaczego na nizinach wypuściłem w 2012 roku wszystkie szczupaki i sandacze, a jedynej jak na razie troci 2013 nie zwróciłem wolności? Zacznę od pytania. Z jakiego powodu właściwie chcemy wypuszczać ryby? Dlaczego Je wypuszczamy? Od razu i celowo pominę w odpowiedzi względy moralne. Gdybyśmy tylko tym się kierowali – w ogóle byśmy ryb nie łowili, gdyż wędkarstwo to z założenia zadawanie bólu żywej istocie, nie wnikając jaka to skala bólu jest. Moim zdaniem wypuszczamy ryby z czystego egoizmu. Tak, tak, egoizmu. Bo przecież w tym wszystkim chodzi o to, żeby tych ryb było więcej. A ryba wypuszczona: po pierwsze nadal pływa w wodzie, a po drugie ma szanse na kolejny rozród. A dlaczego tak nam na tym zależy? Bo chcielibyśmy w przyszłości więcej tych ryb łowić! Mam rację? Dodatkowo wypuszczona ryba może nam dać kolejne chwile radości podczas kolejnego holu. Martwa nam szans na to nie daje... Egoizm w najczystszej postaci. Jakżesz to jednak pozytywna odmiana egoizmu jest!!!

Ale powróćmy do tematu troci. Jest to ryba dwuśrodowiskowa. Prosto rzecz ujmując (bo w tym temacie jestem raczej laikiem): żyje w morzu, na rozród wpływa do rzeki. Z różnych źródeł można się dowiedzieć, że tarło troć może odbyć nawet trzy razy w życiu czy też według innych źródeł – średnio raz na około 5 lat (jeżeli jest to niezbyt precyzyjne - wybaczcie). Więc co nam, patrząc z szerszej perspektywy, daje wypuszczenie ryby, która szanse na powrót do tej rzeki na kolejne tarło ma niewielkie (za sprawą chorób, rybaków, kłusowników i oczywiście nas, wędkarzy)? Na przykładzie Drwęcy można to przedstawić tak, że ryba wypuszczona musi wrócić ponad setkę kilometrów do morza, tam kilka lat polować na śledzie by ponownie podjąć próbę przepłynięcia z powrotem Wisłą do Drwęcy.
Brutalnie rzecz ujmując. Wolę wypuszczać prawie wszystkie drapieżniki złowione przez siebie w Wiśle, Narwi czy Bugu a zabrać troć z Drwęcy czy Słupi niż odwrotnie. Szczególnie, że nad rzekę łososiową w roku pojadę może trzy, może pięć razy i muszę mieć dodatkowe szczęście, żeby rybę złowić, natomiast szczupaków czy sandaczy u siebie w sezonie łowię o wiele więcej. I swojej rzece, poprzez częsty pobyt nad Nią, mogę zrobić określoną krzywdę swoją pazernością na mięso, natomiast rzece łososiowej takiej krzywdy nie zrobię na pewno! Szczególnie, że każdym wyjazdem nad taką wodę swoimi opłatami licencyjnymi przyczyniam się jednak do zwiększenia potencjału finansowego, który może być bezpośrednio przekładany na lepszą ochronę wody oraz obfitsze zarybienia małymi trociami-smoltami.

Jeszcze jedna sprawa, która bardzo dobrze wpisuje się w moje przemyślenia. Otóż nie raz to już mówiłem w rozmowach ze znajomymi wędkarzami, również tymi, którzy propagują (sportowo lub fanatycznie) ideę „złów i wypuść”.

JEŻELI NADEJDZIE KIEDYŚ DZIEŃ, W KTÓRYM ZŁOWIĘ NP. 60-CIO CENTYMETROWEGO SZCZUPAKA NAD NARWIĄ, WYPUSZCZĘ GO POD WPŁYWEM PRZEMYŚLEŃ NA TEMAT C&R, A POTEM W DRODZE DO DOMU ZAKUPIĘ W SEROCKU U RYBAKA PODOBNEGO SZCZUPAKA – CZAS BĘDZIE UZNAĆ, ŻE Z MOIM ZDROWIEM PSYCHICZNYM COŚ JEST NIE TAK!!!

Bo to będzie oznaczało, że robię coś mechanicznie, bez zrozumienia rzeczy. Pozornie wypuszczam rybę, ale w środowisku wodnym i tak będzie o jedną rybę mniej, ja napędzał będę koniunkturę niechcianemu przeze mnie rybakowi, a dodatkowo stracę pieniądze... na rzecz tegoż rybaka. Bez sensu...!!!

I po raz ostatni wracając jeszcze do tej jedynej złowionej dotychczas troci... Już wiem, że 60 cm to jest absolutne minimum dla mnie, w kontekście zabrania takiej ryby. Czyli już świadomie podniosłem sobie wymiar ochronny troci-kelta. Z regulaminowych 35 cm. na 60 cm. Bo jak już zabrać rybę to taką, żeby to sens miało jakiś. O srebrniakach i górnym wymiarze dla takiej ryby jeszcze sobie nie umiem wyrobić zdania. Nie widziałem, nie wiem jak zareaguję...

Dlaczego tak szczegółowo rozpisałem się o jednym przypadku czyli troci? Z prostego powodu. Chciałem opisać moje przemyślenia, mój tok rozumowania na konkretnym przykładzie unikając jakże częstego teoretyzowania. Być może te przemyślenia nie zawsze są słuszne. Ale pozwalają mi dość świadomie kontrolować swoje ludzkie słabości. Bo dla mnie bardzo istotna jest świadomość człowieka, świadomość wędkarza, świadomość naszego miejsca w przyrodzie. Mojego miejsca w przyrodzie...

Zdaję sobie sprawę, że odwoływanie się do świadomości wędkarskiej może wywołać uśmiech politowania u wielu czytających ten tekst, szczególnie gdy się patrzy na tych wszystkich wędkarzy nie przepuszczających żadnej rybie, śmiecących nad wodami, itp. Wiem to. Ale umówmy się: mamy do wyboru tylko dwie opcje, żeby było lepiej. Jedna to poprawa tejże świadomości wędkarzy. A druga to policjant przy każdym wędkarzu!

Wiemy dobrze, że jeszcze długo nad naszymi wodami nie będzie odpowiedniej ochrony i kontroli. Nie ma pieniędzy, nie ma możliwości, wydaje się, że i chęci do działania odpowiednich władz też nie ma... A na świadomość wędkarską możemy oddziałowywać codziennie. Nad wodą czy w Internecie. Swoim zachowaniem. Swoim postępowaniem...

Bez tej świadomości bez sensu jest narzekanie na wędkarzy, którzy co prawda wydają się porządni bo łowią zgodnie z regulaminem, ale poprzez bardzo częste wypełnianie regulaminowych ilości zubożają nasze wody w stopniu ogromnym. Oni nie rozumieją o co pretensje do nich. Nie rozumieją, że za parę lat będzie już pełna tragedia w wodzie. Im trzeba to uświadomić, pomóc rzecz zrozumieć. Wytłumaczyć, że karmienie złowionymi rybami całego bloku w którym mieszkają i stada kotów pod nim jest zwyczajnym strzałem we własna stopę, jest pozbawianiem się radości wędkarskich na przyszłość. Tak samo jest z wymiarami widełkowymi. Trzeba wytłumaczyć po co to miałoby być wprowadzone... I jeszcze wiele rzeczy naświetlić we właściwy sposób...

Owszem, rewolucja niekiedy bywa jedyną metodą na zmiany. Ale jeżeli rewolucja jest niemożliwa (a tak jest w przypadku wędkarzy spod znaku PZW) trzeba uznać, że najlepszym rozwiązaniem jest... ewolucja! Ewolucja w myśleniu indywidualnego wędkarza.

Oczywiście temu wędkarzowi warto pomóc, warto uświadomić parę fajnych spraw, warto nad nim popracować. Ale też trzeba uważać, żeby nie przeholować w tym wszystkim. Argumentem musi być słowo, sytuacja, określony przypadek... Nie krzyk, bejsbol i słabo merytoryczny argument: „NIE bo NIE”!!!
Mam nadzieję, że choć trochę wytłumaczyłem się dziś ze swojej ewidentnej sympatii do zwolenników wypuszczania ryb, którzy próbują edukować innych wędkarzy (SPORTOWCY C&R), a niezbyt przychylnego spojrzenia na tych bezkompromisowych (FANATYCY C&R).

Wiem, że moja droga do obecnej świadomości wędkarskiej w takim wydaniu jak opisałem była długa. Zbyt długa. Wynikająca również z czasów w jakich zaczynałem wędkować. I wiem, że nasze wody nie mogą czekać kolejnych wielu lat. Że są już zbyt zdegradowane i trzeba działać jak najszybciej i najsprawniej. Ale jest wiele przesłanek ku temu, że można to zdecydowanie przyspieszyć! Dlaczego tak myślę? O tym napiszę niebawem...

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (8)

Bizonik, 2013-02-24 21:05:38
Widzisz Pawle wielu wędkarzy podobnych nam wiekowo miało taką sama drogę wędkarska i Ci mądrzejsi już doszli do tych "ROZSĄDNYCH", młode pokolenie ominęło kawałem naszego czasu i w ten sposób skrócili sobie tą drogę i ciut łatwiej mają bo nie byli uczeni co złowisz to do domu przynieś. Myślę że każdy z nas powinien dążyć do tego aby poprawić ilość ryb w wodzie ale nie gadaniem tylko czynem. Czas zmian w PZW czas zmian mentalności wędkarzy i wychowanie młodego pokolenia w idei sportowego połowu ryb.
sacha, 2013-02-24 22:04:07
No dobrze, też coś koło 40 lat albo lepiej wędkuje i czytam, no może nie wszystko ale zdarza mi się przeczytać o C&R. To że nie będę tego stosował to już chyba wiadomo i nie kryję się z tym. Nikt propagujący C&R nie ma pomysłu jak i gdzie kupić świeżą rybę którą można zjeść.
tomek79, 2013-02-24 23:47:33
Apropos tych okoni z ikrą. Jeżeli ktos nie bierze ryb bo mają ikrę i szkoda mu tych nienarodzonych igiełek to warto uświadomić sobie, ze ryba z ikrą i ryba bez ikry to jest dokładnie ta sama ryba (zakladając ze łowimy ryby tej samej plci ;). Pani okon zlowiona w czerwcu nie ma ikry, a zlowiona w listopadzie bedzie miala ikre na bank. Czy ryba z ikrą czy bez ma dokładnie ta samą wartość i bedzie taka samą stratą w przypadku jej zabicia.
Paweł, 2013-02-25 07:42:42
Tomek79 - masz całkowitą rację! Ale od czegoś wszak trzeba zacząć:prosi: I skoro mnie takie właśnie przemyślenia doprowadziły do bardzo pozytywnych zmian - uznałem, że warto to przekazać w takiej właśnie formie
waldi-54, 2013-02-25 08:22:59
Brawo Paweł za kolejną dawkę porannej lektury:oklasky::oklasky::oklasky: Całkowicie się z tobą zgadzam, potrzebna jest ewolucja myślowa, ludzie muszą zrozumieć, że wszystko się kiedyś kończy. Jeśli chodzi o zabieranie ryb z łowiska, to owszem zabieram i ja, ale jest to tylko i wyłącznie biała ryba lub sumik karłowaty, czyli tak zwany "koluch" Na pewno nigdy nie wezmę do domu okonia i nie ważne czy ma ikrę czy nie, tak jak nie wezmę lina czy wzdręgi. Jeszcze raz Paweł wielkie brawa za całość:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
, 2013-02-25 20:05:40
Wybacz Waldi nowemu te kilka zdań. Nic mi do zabierania ryb przez kogokolwiek. Ale ciśnie się w oczy: białoryb to wolno, drapieżne to nie. Mnie martwi pazerność łowców płotek po 5 kg. Z egoizmu, małe płocie i ukle świetnie tuczą drapieżniki. I tak można w kółko. Macie jednak niewątpliwą rację. Jak wędkowanie nie zacznie sprawiać radości bez " wewnętrznej konieczności" dowiezienia do domu złowionej ryby, to będzie tylko gorzej. Aż będzie tak źle z rybą, że wprowadzą całkowity, odgórny zakaz zabierania ryb z łowiska. Nie mam zdania co do tego. Oby nigdy nie było aż tak źle. A optymizmem nad wodą powiewa słabo.
waldi-54, 2013-02-26 07:23:50
@Rol:okok: ale w tym miejscu muszę się wytłumaczyć. Pisząc, że zabieram białą rybę z łowiska, mam na myśli sporadyczną sytuację, gdy trafi się leszcz w przedziale 30\40cm, mniejsze jak i większe wracają zawsze do wody, leszcz dlatego, że jest rybą, która zdominowała zbiornik zalewu na którym czasem łowię i nawet gdybym złowił tak jak mówi regulamin, czyli 10 leszczy, zawsze zabieram jednego, góra dwa, płoć wraca do wody, jaka by nie była, wyjątek stanowi tylko i wyłącznie leszcz. Wędkuję już wystarczająco długo aby móc dostrzec różnicę w ilości poławianych ryb (nie zabieranych) i zapewniam, że bardzo, ale to bardzo jestem przeciwny ogołacaniu naszych wód tak przez "kłusoli" jak i niektórych wędkarzy łowiących dla pieska lub kotka do plastikowych wiader. Pozdrawiam waldi-54:papa2:
, 2013-02-26 07:36:53
@Waldi. Nie wpisałem aby coś pokazać. Tak tylko, luźno w dyskusji. Sam ciągle się motam jak ryba. Widzę że 100% bardziej niż Ty i inni. Dwa razy wypuszczam, a na trzeciej wyprawie zabiorę. Wracam i się zastanawiam, potrzebnie czy trzeba było sobie darować. Wypuszczam bo sprawianie ryby po b.późnym powrocie jest upierdliwe. Innym razem bo warto, niech płynie. A potem ,innym razem żal wypuścić. Jak panna na wydaniu, raz tak, raz inaczej. Może mam spóźnione dojrzewanie wędkarskie.:glupek: