Wędkarzu, dokąd zmierzasz... Część 2 - Co z Rybą

Paweł 2013-02-11 Obok wędkarstwa

...
Lata włóczenia się nad naszymi wodami dały mi bardzo dużo do myślenia w temacie wędkarstwa… A dokładniej w temacie wędkarza. A każda jesień z szarpakowcami w tle czy też każda wiosna z łowcami boleni i innych drapieżników pod ochroną - przelewają czarę goryczy...

Myślą przewodnią dzisiejszego tekstu jest oczywiście ryba i o Niej rzecz będzie. Jednak, jako że cały cykl traktuje głównie o wędkarzu – od wędkarza właśnie zacznę dzisiejsze przemyślenia. Na początek, dla potrzeb tego tekstu - uproszczę nieco rzeczywistość i bardzo subiektywnie podzielę wędkarzy na kilka kategorii, „segregując” ich (nas) właśnie pod kątem podejścia do złowionych ryb:
1. zdeklarowani zwolennicy „złów i wypuść” (dalej c&r), wypuszczający wszystkie ryby, nie uznający innego podejścia niż ich – umowna moja skrócona nazwa: FANATYCY C&R,
2. czynni zwolennicy c&r, również wypuszczający wszystkie ryby, dopuszczający jednak inne podejście do naszego hobby –nazwę ich SPORTOWCY,
3. sympatycy c&r, ale czyniący sporadycznie odstępstwa - ROZUMNI
4. biorący ryby w miarę potrzeb czy konieczności, często mający swoje osobiste, zaostrzone wymiary ochronne czy limity – ROZSĄDNI,
5. trzymający się ściśle regulaminów, czyli biorący wszystko wedle przepisów – REGULAMINOWI
6. ci, dla których regulaminy i zdrowy rozsądek nic nie znaczą i biorą wszystko do wora – wędkarscy KŁUSOWNICY.
7. i ci najgorsi – szarapkowcy, prądowcy, sieciarze i tym podobni – w skrócie DEGENERACI.

Oczywiście jest jeszcze jedna grupa pozyskująca rybę - RYBACY. Ale to jest całkiem inny temat, problem który oczywiście dostrzegam, ale nie mam aż tak dogłębnych przemyśleń i rzetelnej wiedzy, żeby w sensowny sposób o tym pisać. Poza tym rybak to jednak nie wędkarz…

Żeby była jasność, szczerość oraz uczciwość i nie było żadnych wątpliwości co do osoby piszącego te słowa czyli mnie… Ja aktualnie umieszczam siebie w grupie ROZUMNI. Jeszcze kilka lat temu charakteryzowałbym się jako ROZSĄDNY. A z roku na rok coraz bliżej mi do SPORTOWCA, choć wcale nie mam pewności czy do tego kiedyś dorosnę… I obym nigdy nie został FANATYKIEM!

No i raz jeszcze zwracam uwagę i przypominam, że jest to mój CAŁKOWICIE SUBIEKTYWNY PODZIAŁ WĘDKARZY w celu łatwiejszego opisania rzeczywistości takiej jaką ja widzę...

Przewrotnie skróconą charakterystykę poszczególnych umownych grup i mój stosunek do nich przedstawię w kolejności... odwrotnej od zapisanej powyżej.

Zacznę od DEGENERATÓW


Oczywistym jest, że najbardziej ich nienawidzę! Według mnie jest to zakała wędkarstwa, najgorszy sort nie tylko jako „wędkarzy”, ale także jako „ludzi”, choć w stosunku do nich użycie słowa „człowiek” czy „wędkarz” jest sporym nadużyciem… I szczerze powiedziawszy jest to tak podły rodzaj „ludzki”, że więcej pisać mi się o nich nie chce, wybaczcie...

Idźmy dalej. KŁUSOWNICY!


Oczywistym jest, że nie lubię ich równie mocno jak szarpakowców! Dla nich ryba jest dokładnie niczym, nie ma dla nich znaczenia, że za mała lub akurat zabiera się do rozrodu. Dla nich jest to tylko mięso, nic więcej. Z reguły nie mają żadnego poszanowania również dla innych wędkarzy, przyrody, otoczenia... Dla mnie kłusownikiem jest już ten, co nawet jedną niewymiarową bądź w okresie ochronnym rybę zabierze. Bo skoro bierze jedną – nie będzie problemem wziąć więcej... Kłusowników tępić się powinno każdym możliwym sposobem, byle skutecznie.

REGULAMINOWI...


Hm... tutaj mam spore wątpliwości. Bo w gruncie rzeczy nie powinno im się zarzucać, że są zgodni z regulaminami. A fakt, że wykorzystują to niekiedy do granic przyzwoitości? Cóż, mają prawo. I powiem szczerze, jeżeli taki gość pójdzie raz czy dwa w tygodniu na ryby i za każdym razem zabierze te dwa regulaminowe szczupaki i je zje (sam czy z rodziną)– nie jestem w stanie go potępiać. Ale jeżeli codziennie wytarga z wody te ryby i rozdaje sąsiadom czy karmi koty w okolicy (a są tacy)… ooo, takich to bym tępił z przyjemnością... Generalnie z Regulaminowymi jest prosta sprawa. Każde zaostrzenie przepisów wędkarskich, każde zmniejszanie limitów dziennych czy zwiększanie wymiarów ochronnych skutecznie zmniejsza ich negatywny wpływ na rybostan. Bo oni po prostu stosują się do tych przepisów. Według mnie jest to zdecydowanie największa grupa wędkarzy.

ROZSĄDNI


Tu już wchodzimy w świat świadomego samoograniczania. Ci wędkarze często są zwolennikami „widełek” i stosują je w rzeczywistości. Moim zdaniem ten etap przejścia z wartości regulaminowych na osobiste ograniczenia jest najważniejszy w świadomości wędkarza. Pierwsza, świadomie wypuszczona ryba ponadwymiarowa tak naprawdę wprowadza nas w nowy wymiar, zaczyna przeciągać nas na tę „jasną stronę mocy”. Odpływający majestatycznie okaz jest widokiem magicznym i daje dużo satysfakcji wędkarzowi. Każde kolejne takie uwolnienie ryby przychodzi z coraz większą łatwością. Duża część wędkarzy pozostaje Rozsądnym na długo, ale wielu robi kolejny krok...

...I staje się członkiem grupy ROZUMNI


I tu już coraz częściej daje się słyszeć to słynne: „złów i wypuść”. Coraz łatwiej nam wypuszczać większość ryb, coraz łatwiej znieść krytykę tej drugiej, „lepszej” połowy czy rodziny, zarzucającej że znowu bez ryby na kolację, pytającej po co chodzisz na te ryby itp… Coraz trudniej uśmiercić karpia na Wigilię... Integralną częścią Rozumnego wędkarza staje się aparat fotograficzny.

No i powoli doszliśmy do czynnych zwolenników C&R, których ja osobiście z premedytacją podzieliłem na dwie grupy i mam do nich bardzo mocno odmienne podejście.

SPORTOWCY


Niesamowicie korzystna dla środowiska wodnego i wędkarskiego grupa ludzi. Oczywiście najważniejszą ich cechą jest świadome wypuszczanie ryb. Piszę „świadome” dlatego, że Ci wędkarze oprócz faktu, że wypuszczają – czynią to w taki sposób, żeby ryba jak najmniej ucierpiała na tej operacji. Główne trofeum Sportowca to fotografia złowionej ryby. Ale Sportowcy, w moim mniemaniu, mają jeszcze jedną bardzo ważną i dobrą cechę. Nie narzucają innym w sposób agresywny swojego zdania na temat C&R. Często próbują wpłynąć na świadomość innego wędkarza , zwracają uwagę na konieczność wypuszczania ryb, zwłaszcza okazów, ale czynią to w sposób kulturalny. I za to ich bardzo lubię!!! I ta tolerancja połączona z chęcią spokojnej edukacji innych wędkarzy odróżnia w sposób istotny Sportowców od ostatniej już grupy wędkarskiej.

FANATYCY


Chciało by się powiedzieć, że równie pożyteczni i lubiani jak Sportowcy. Ale niestety, w moim odczuciu nie do końca tak jest!!! I chyba będę się narażał, ale trudno!

Otóż szanuję każdego kto wypuszcza ryby. Szanuję również tych, którzy w konstruktywny sposób mnie do tego namawiają. Ale jak mi taki Fanatyk krzyczy nad głową i każe mi wypuszczać wszystkie ryby – to sorry, ale ja Go mniej już lubię i szanuję. Cenię oczywiście za to, że ryby wypuszcza, Ale przecież ja mam prawo zrobić z rybą wszystko w ramach regulaminu i oczywiście zdrowego rozsądku!

Może powiem tak. Idea C&R jest bardzo dobra, światła, przystająca do naszych czasów. Ale nie perswazja metodą godną świętej inkwizycji czy moherowych beretów! Na zasadzie, że tylko ja jestem najmądrzejszy, tylko ja wiem najlepiej! Dlatego twierdzę, że taki siłowy, niekulturalny sposób przekonywania do wypuszczania ryb często w naturalny sposób odnosi odwrotny efekt. W tej grupie wędkarzy denerwuje mnie jeszcze jedna rzecz. Uważają się za lepszych ode mnie! I niby w porządku, każdy może w ten sposób się dowartościowywać. Ale jednocześnie, jeżeli ten wędkarz świadomie łamie normy i np. w kwietniu z premedytacją poluje na bolenie? I tłumaczenie na to ma jedno: przecież ja i tak wszystko wypuszczam… No przepraszam, ale mnie to nie przekonuje ani trochę. Bo co, następny w kolejce będzie sum w maju...?

W tym miejscu opowiem taką małą historyjkę, prawdziwą. Kilka lat temu poznałem takiego właśnie Fanatyka C&R. Osoba ta oczywiście wypuszczała wszystkie ryby, ale także praktycznie wymuszała to samo na towarzyszach wypraw wędkarskich. Z czasem mnie to zaczęło męczyć, wszak mam swój rozum i wolę wędkować wedle swoich własnych reguł. I jakież było moje zdziwienie po kilku latach, nagle ta osoba zaczęła ryby zabierać i zjadać (oczywiście nie wszystkie tylko w miarę potrzeb). I co się okazało? Pogorszenie stopy życiowej potrafi diametralnie zmienić podejście do różnych spraw, a szczupak może być dobrym, zdrowym i pożywnym obiadkiem.

Na razie nie będę szerzej rozwijał tematu C&R i mojego osobistego spojrzenia, ale w jednym z kolejnych tekstów cyklu na pewno jeszcze do tego powrócę… Bo jest to temat tyleż ważny, potrzebny co niestety w pewnych przypadkach kontrowersyjny…

A teraz wróćmy do głównego, tytułowego problemu tego tekstu czyli „Co z rybą”.

Ano zbyt ciekawie z tą rybą nie jest. Presja wędkarska, presja rybacka, presja kłusownicza powodują, że z roku na rok ryb w naszych wodach jakby mniej. I ta tendencja trwa już wiele lat. Wszyscy znamy przecież powiedzenie: „Panie, teraz to marnie, ale kiedyś to były ryby...”

Słynne zdjęcia mazurskich szczupaczych i okoniowych pokotów z lat powojennych, które oglądałem jako młody chłopak na łamach Wiadomości Wędkarskich do tej pory wracają w moich wspomnieniach. Wtedy uważałem to za wspaniałą sprawę, teraz myślę o tym w kategoriach totalnej głupoty... Co ci ludzie robili z tymi złowionymi rybami? Jako młody chłopak nie zastanawiałem się nad tym…
Ale wcale nie trzeba wracać tak daleko wspomnieniami. Przecież mając kilkanaście lat i bardzo lichy sprzęt – tak naprawdę łowiłem ryb więcej niż teraz. I skoro ja jestem znacznie bardziej doświadczonym wędkarzem, sprzęt posiadam o niebo lepszy, a ryb łowię mniej – wniosek jest oczywisty:

RYB JEST CORAZ MNIEJ!!! Dlaczego tak się dzieje?


Wielu wędkarzy ma na to bardzo prostą i oczywistą odpowiedź (alfabetycznie): kłusownicy, kormorany i rybacy!!! Z rozmów nad wodą wnioskuję, iż wielki odsetek wędkarzy tak właśnie odpowie. Niektórzy dodają jeszcze (tak bardziej myśląc doraźnie) że wiatr od wschodu lub skoki ciśnienia. A prawie nikt nie wspomni o nas samych: wędkarzach!
Świadomość wędkarska w tym temacie jest bardzo ograniczona.

Aby to zobrazować, a nie sięgać daleko, pozwolę sobie streścić post jednego naszego kolegi Drakersa z wieści z lodu. Otóż w rozmowie z Nim stały bywalec Gnojna nad Narwią skarżył się, że teraz (styczeń 2013) okonie już nie biorą. Opowiadał jak to miesiąc wcześniej (grudzień 2012) łowili po kilkadziesiąt sztuk dużych okoni dziennie. I tak przez wiele dni. Wielu wędkarzy. Wszystkie (albo prawie wszystkie) ryby były oczywiście zabierane. Po kilkanaście (kilkadziesiąt?) kilo na wędkarza... Ktoś może powątpiewać czy aby naprawdę aż tak pięknie brały okonie... Ja nie wątpię, rozmawiałem z kilkoma osobami łowiącymi na pierwszym lodzie na tamtym starorzeczu. I wszyscy opowiadają, że nie pamiętają takiej wspaniałej zimy na Gnojnie… Tak jakby okonie z całej Narwi tam wpłynęły… Ale do czego zmierzam? Otóż przerażająca jest wędkarska świadomość ludzi zabierających tak ogromne ilości ryb. Bo ten osobnik, który tak się chwalił tymi okoniami, na koniec rozmowy diagnozuje dlaczego już okonie nie biorą w styczniu.

Otóż według niego te ryby zwyczajnie… ODPŁYNĘŁY GDZIE INDZIEJ!!!!!!!! I DLATEGO JUŻ NIE BIORĄ!!!!!!!! Świadomość wędkarska - PORAŻAJĄCA!!!!!!!!!!!


Postawa tych „wędkarzy” zabierających te nieprzyzwoite ilości okoni to jedno, nie ma co nawet o tym dyskutować, zwyczajna patologia i pogwałcenie wszelkich reguł, regulaminów i zdrowego rozsądku. Ale… w naturalny sposób nasuwa się pytanie. A gdzie jakiekolwiek organa kontrolne? Przecież Gnojno to na Mazowszu jedno z większych (jeżeli nie największe) tego typu starorzecze. Z jakiegoś powodu objąć tej wody zimowym zakazem wędkowania nie sposób. Ale już egzekwować choćby regulamin można by chyba…? Przecież okoni można zabrać 5 kilo, chyba się nie mylę? Kasy można by zebrać do budżetu pewnie więcej niż na fotoradarach… Ale jak widać woli nie ma… Wszak wędkarz łowiący i zabierający dużo ryb to wędkarz zadowolony. A wędkarz zadowolony chętnie płaci składki, które można przekłuć na interes zarybieniowy…

Inny czas, inne miejsce. Moja rozmowa ze znajomym nad Wisłą późną jesienią 2010 roku. Wlazł mi o zmierzchu na główkę z feederem i szarpie! Zwymyślałem dziada. Przegoniłem z główki. Ale… powiedział mi jedną rzecz jakby w celu wytłumaczenia. „Paweł – mówi do mnie - wszyscy tu szarpią, jak ja tak nie będę robił to inni wyłapią te ryby…”. Straszna to świadomość „wędkarska”, Wam powiem!

Znowu Wisła, lat temu kilka. Późny ranek, latam ze spinningiem po Wiśle. Na jednej z główek spędzam trochę czasu. Gość łowiący u nasady główki zbiera się po wędkarskiej nocy. Złożył gruntówki, złożył cały sprzęt. Ale siedzi nadal na krzesełku. Dziwnie to wyglądało, szczególnie, że siatka wciąż w wodzie. Odszedłem w kierunku następnej główki, ale dość szybko wróciłem. Gość akurat wyciągał siatkę. Ze dwadzieścia małych (20-40 cm) sumków tam było. Powiedział, że tylko takie brały… Ale w końcu wypuścił (wyrzucił) je do wody, zły jak osa…

I już ostatnia tego typu opowiastka. Kolega mi opowiadał w tym roku na lodzie jak to jesienią łowił na spinning na Wiśle. Zatrzymał się na dłużej w fajnym miejscu, nieopodal jakiś gość łowił na grunt. Złowił kilka krąpi i wrzucał je do reklamówki. Nic strasznego, no nie? Ale klient po pewnym czasie się zwinął, a reklamówkę z rybami… powiesił na drzewie! Kolega do niego podszedł i pyta co on robi. A on na to, że tego krąpia to jest dużo w wodzie, a jemu te ryby niepotrzebne…

Niestety, temu podobnych zachowań nad wodą jest dużo, baaardzo duuużo...

Ale żeby trochę optymizmu wlać w serca czytających ten tekst… opowiem o bardzo ciekawym spotkaniu jakiego doświadczył inny Drakers - Bizonik. Będąc w styczniu tego roku na lodzie spotkał autochtona. Typowy miejscowy rolnik, dość zaawansowany wiekowo, w gumofilcach i waciaku. Otóż Paweł, łowiąc nieopodal, zauważył, że ten starszy wędkarz co złowi okonia to wypuszcza. I to fajne okonie, takie po 20-25 cm. Z czasem nawiązała się między nimi sympatyczna rozmowa, w wyniku której Paweł zapytał rozmówcę czy ten nie zabiera wcale ryb… Na to usłyszał odpowiedź: „Coś panu pokażę”. Uniósł pokrywę wiaderka na którym siedział, a tam znajdowały się dwa wcześniej złowione po około 40 centymetrów okonie. Pan wyjaśnił, że woli wziąć dwa-trzy większe niż męczyć się ze skrobaniem kilkunastu małych. Owszem, ktoś może zarzucić, że takie duże to powinno się wypuszczać. Ale mnie urzekła w tej odpowiedzi jedna bardzo ważna rzecz: świadomość tego starszego wędkarza. Tak, łowił ryby, żeby je zjeść. Ale łowił właśnie tyle i takie jakie były Mu potrzebne w tym trudnym dla rolnika zimowym okresie.

I moim zdaniem właśnie taka świadomość leży u podstaw poprawy naszego rybostanu w przyszłości. Jak ktoś nie ma co do gara włożyć – będzie tych ryb więcej zabierał. Zwyczajnie - Jest to dla Niego i Jego rodziny pożywienie.

Ja na przykład mogę sobie pozwolić na wypuszczanie znacznej większości ryb. Stać mnie na to. Ktoś inny lubi zjeść od czasu do czasu rybkę – niech sobie ją weźmie. Ale do cholery - po co gościowi, który ma sprzęt za parę tysięcy i nad wodę przyjeżdża wypasioną bryką co drugi dzień worek leszczy? No za cholerę nie kumam. Zeżre to wszystko???

Temat, który poruszyłem w tym tekście to temat-rzeka, którego nie da się przerobić od A do Z. Zawsze coś się pominie. Ale na pewno jest jeszcze jeden bardzo ważny problem w kontekście naszego szacunku do ryb.

Umówmy się – wędkarz z definicji to osoba, która poluje na rybę. To nie podlega raczej dyskusji. Tenże wędkarz ze złowioną rybą może zrobić tak naprawdę dwie rzeczy. Zabrać Ją lub wypuścić. Sytuacja z gruntu zero-jedynkowa, ryba może pozostać przy życiu lub nie. Cóż, tak ten świat ułożony jest i to trzeba zaakceptować.

Ale wbrew pozorom (pewnie mi się za to stwierdzenie oberwie w komentarzach) nawet jeżeli tę rybę zabieramy możemy okazać przy tym szacunek przyrodzie. Jeżeli łowimy na grunt – używajmy dużych, szerokich siatek. Uśmiercając rybę nie walmy Ją o kamienie czy drzewo. To jest naprawdę masakra! Ktoś spyta – ale co to za różnica dla ryby? Może i żadna, ale ja jednak widzę różnicę. W podejściu. Złowiłeś wędkarzu drapieżnika na spinning i go zabierasz? Uśmierć od razu, przed włożeniem do plecaka. Bardzo przykra to sprawa mijać wędkarza z rybą w reklamówce, która to ryba szamoce się w męczarniach… Miejmy odrobinę szacunku dla tej ryby… Ten temat jest często pomijany, ale moim zdaniem pokazuje jakimi jesteśmy wędkarzami, jakimi jesteśmy ludźmi… I nie chodzi mi o podejście do sprawy różnych ekip proekologicznych uaktywniających się raz w roku na Boże Narodzenie. My musimy tę rybę szanować na co dzień!!!

Druga opcja, która ma miejsce po spotkaniu wędkarza i ryby to sytuacja kiedy to stworzenie wodne chcemy wypuścić. O tym akurat napisano setki artykułów i kilka książek. I na tym polu widzę ogromną zasługę zwolenników C&R, zarówno tych, których nazwałem Sportowcami jak i Fanatykami. To dzięki Nim, w dużej mierze, w świadomości wędkarzy pojawia się konieczność jak najlepszego obchodzenia się z wypuszczaną rybą. Bo jaką wartość ma wypuszczenie ryby, która nie przeżyje? Pomijając sytuacje regulaminowe (ryba w okresie i wymiarze ochronnym musi być wypuszczona bez względu na swoją kondycję) wypuszczenie ryby bez szans Jej dalszego życia jest całkowicie BEZCELOWE! Moim zdaniem jest to sztuka dla sztuki, dowartościowywanie samego siebie, ale właściwie i tak ja nie wiem po co...
Oczywiście pomijam w swoich rozważaniach sytuacje patologiczne, np. specjalne upuszczenie przez wędkarza ryby na kamienie w celu usprawiedliwienia się przed sobą czy innymi. Jakże często słyszymy również, niekiedy bezzasadne: „zbyt głęboko połknął…”. Jako formę usprawiedliwienia. Tylko właściwie przed kim? Przed sobą? Przed innym wędkarzem?

Ale wróćmy do wypuszczania ryby, a dokładniej do naszych z Nią czynności. Naturalną rzeczą jest taki schemat: zacinamy, holujemy, podbieramy, odhaczamy, fotografujemy, uwalniamy. I tak w telegraficznym skrócie przedstawię swoje przemyślenia w tych sprawach, punkt po punkcie.

- Zacinanie. Tutaj niewiele możemy zrobić choć pewnie przyszłością wędkarstwa są haki bezzadziorowe, mi na razie obce, ale mam koncepcję przetestować je na pstrągach tęczowych na łowisku specjalnym. Sprawdzić jak wygląda „spadalność” ryb.

- Holowanie. To już temat poważniejszy. Wszak ryba wymęczona długim holem może mieć problem z „dojściem do siebie”. Powinno się łowić na sprzęt umożliwiający dość sprawne wyholowanie ryby na którą polujemy. Ale nie popadałbym w skrajność. Jak łowię klenie – nie będę zastanawiał się czy może mi przyłożyć w przynętę sum. Na bolenia nie stosuję już, jak kiedyś, żyłki 0,14 mm, ale też nie zawsze będę latał za rapą z kijem do 40 gram! Zależy to od warunków łowiska. Ale już podczas celowego połowu suma – sprzęt MUSI być odpowiedni do spodziewanej ryby. I nie chciałbym się wdawać w dyskusje czy rybie bardziej szkodzi bardzo długi, spokojny hol czy też bardzo gwałtowne „wyrwanie” jej w trzy sekundy z wody. Mnóstwo widziałem dyskusji na ten temat, ale my tak naprawdę nie wiemy co Jej bardziej szkodzi.

- Podbieranie. I znowu mnóstwo koncepcji. Wyślizg, podbierak, ręka, chwytak, osęka… Podbierak żyłkowy, gumowy, siatkowy. Chwytak z obrotową głowicą czy niekoniecznie. Osęka „na ostro” czy łagodnie zakończona, kulką… Czy chwytakiem to uszkodzimy kręgosłup rybie, czy podbierakiem zbierzemy zbyt dużo śluzu. Hm…, to jest sprawa jak ze starej daty proszkami przeciwbólowymi z krzyżykiem (starsi wiedzą o co chodzi). Kiedyś tylko to jedliśmy, a potem się okazało, że to było najgorsze świństwo z możliwych. A prawda jest taka, że warto być przygotowanym na odpowiednie podebranie ryby, ale przecież często jest to wymuszone określonym łowiskiem, warunkami na nim panującymi… Na pewno warto śledzić aktualne trendy w tym temacie, ale jednocześnie nie dajmy się zwariować. Zdarzają mi się przypadki, że np. uznaję, iż jedynym sposobem wyjęcia bolenia z wody jest delikatny wyślizg na wiślany piasek na przykosie. Zwyczajnie oceniam, że tak będzie dla ryby lepiej niż miałbym Jej wsadzać paluchy pod skrzela. I nie będę się tłumaczył, że są sytuacje, że nie mam ze sobą podbieraka nad wodą… W kontekście podbierania mam jeszcze jedną uwagę. Nie ma sensu łowić w miejscu gdzie nie mamy szans tej ryby wyjąć. Czy może być coś gorszego dla wędkarza niż stać na wysokiej skarpie między dwoma drzewami i mieć na kiju sporą rybę nie do wyjęcia w tych warunkach?

- Odhaczanie. Wiadomo, powinno być łatwe, szybkie i przyjemne, choć czasami nie jest to takie proste. Ale wędkarz powinien zrobić wszystko co w Jego mocy, aby rybę odhaczyć jak najsprawniej. Uważam, że psim obowiązkiem wędkarza jest mieć przynajmniej prosty wypychacz oraz długie szczypce. W 90% to wystarczy…

- Fotografia. Temat-rzeka sam w sobie. Wędkarz jest łowcą. Ryba jest Jego zdobyczą. Ale co może być trofeum wędkarskim w przypadku wypuszczenia ryby? Fotografia. Dla mnie zdjęcie ryby jest często integralną częścią zwrócenia Jej wolności. Swego czasu na naszym portalu przedstawiłem swoją koncepcję w tym temacie. Żeby się nie powtarzać – przypomnę tylko linka do tego tekstu sprzed kilku lat: http://shrap-drakers.pl/artykul/autoportret-z-ryba/

- Uwolnienie ryby. Od pewnego momentu mojego wędkarstwa najprzyjemniejsza chwila. Widok odpływającej ryby. Ale żeby miało to sens – trzeba zrobić to z głową. Nie wrzucajmy ryby do wody tylko delikatnie Ją wypuszczajmy. Warto przytrzymać ją delikatnie za ogon, powachlować trochę w stojącej wodzie, ustawić głową pod prąd w rzece. I nie przejmować się na początku, że ryba nie odpływa. Niekiedy trochę to trwa nim ryba wyrwie się nam z rąk. Taka gwałtowna ucieczka upewnia nas, że Ona da sobie radę…

I na wątku o uwalnianiu chciałbym zakończyć dzisiejszy temat pt. „Co z Rybą”. Temat bardzo ważny, ba, najważniejszy w kontekście nowoczesnego spojrzenia na wędkarstwo.

Temat do którego jeszcze wrócę za jakiś czas już w moim całkowicie osobistym wydaniu. Ale tak jak w przypadku naszego spojrzenia na przyrodę za najważniejszą uznaję naszą świadomość proekologiczną – również w tym temacie jest to moim zdaniem fundamentalne podejście.

Bo najważniejsza jest nasza świadomość i szacunek dla stworzenia, które jest celem naszego wędkarskiego hobby – SZACUNEK DO RYBY!!!

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (9)

Bizonik, 2013-02-11 13:31:49
Pawełku przeczytałem to dwa razy i powiem Ci szczerze że dałeś mi sporo do myślenia tym tekstem. Dokonałeś wręcz idealnego podziału wędkarzy i znalazłem dla siebie miejsce. Ukazałeś również jakże problematyczny sposób postępowania ze złowionymi rybami. Na chwilę obecną wiem że moja osobista mentalność się zmienia i jestem dumny z tego. Czekam na kolejny tekst z tego cyklu.
przem, 2013-02-11 16:29:38
według Pana podziału zaliczam się do sportowców i przyznam że jest to dla mnie powód do dumy. Nie namawiam nikogo żeby wypuszczał bezwzględnie wszystko co złowi, nie wyklinam na forach nikogo za zdjęcie z rybą w łazience. Mogę najwyżej delikatnie wyrazić dezaprobatę - uważam że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Ważne że sam mam czyste sumienie. Znam jednak takich co biorą wszystko ponad wymiar, zgodnie z regulaminem, będąc w sezonie niemal codziennie nad wodą! I na nic moje aluzje, moje delikatne upomnienia. Tylko do wora, a potem wieczne rozmowy wieczorami, ile to kiedyś było ryb. Ci REGULAMINOWI to jest dla mnie właśnie największa plaga pustosząca nasze wody. Porównałbym to do słynnego przykładu sprzed lat, kiedy to pewien piekarz rozdawał stary chleb biednym (na pewno wszyscy znają tę, swego czasu głośną, historię) i był za to ścigany przez fiskus. Wszystko w majestacie prawa, ale gdzie tu logika? Gdzie sumienie? Gdzie rozsądek? Setki artykułów, tysiące postów, miliony apeli a jak ryby brali tak biorą. Bieda? Głupota? Zapewne każdy tłumaczy się inaczej, ale trzeba być debilem żeby nie widzieć wpływu wędkarzy na pogłowie ryb. Przecież to rybacy i kormorany! Co będzie następne? Odstrzał wydr, bo jakaś mądra głowa stwierdzi że to one wszystkiemu winne? A może dalsze zaostrzenia przepisów? Tylko kto je wyegzekwuje... Przykro mi na to patrzeć i w sumie cieszę się że zacząłem wędkować 6 lat temu a nie 25, bo pamięć o dawnych połowach tak by mnie frustrowała że pewnie rzuciłbym to w cholerę. A tak obecny stan uważam za normalny bo innego nie zaznałem PS. Wydaje mi się że pewne pokolenie musi odejść, żeby wędkarze XXI wieku mogli w końcu robić swoje bez szkody dla pogłowia ryb. Daleki jestem od uogólniania czy szufladkowania, ale z żalem stwierdzam (na podstawie swoich obserwacji) że najwięksi mięsiarze to głównie wędkarze starej daty, żyjący chyba jeszcze czasami kiedy ryby niemal same wskakiwały do siatki. Rzadko widuję młodszych wędkarzy zabierających ryby, co mnie cieszy i rokuje na przyszłość.
sacha, 2013-02-11 19:38:10
Łapię się do "rozsądnych" , "regulaminowy" nie będę bo jakoś nie zdarzyło się kompletu złowić :bezradny:.Z resztą po co? Jeśli miałbym sandacza powyżej 60cm to po co łowić dalej? na kolację wystarczy. Prawdą jest że w ub. roku takiego nie było i musiałem zadowolić się szczupakiem .Podobnie z okoniami, jeśli miałbym 8-10 takich więcej niż "do zegarka" (a łapę mam jak mały Rom :dokuczacz: nogę)to na 2 osoby wystarczy. Na co mnie "mięsiarzowi" naście krąpi, uklejek czy kilka leszczyków po 25-30cm jak przyjemniej wrzucić na patelnie kilka ładnych płotek. Fanatycy-temat rzeka, ja bym ich nazwał ortodoksi albo inkwizycja :figielek: i doprowadzają mnie do "białej gorączki" ich krucjaty, nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Brak ryb-jednym z powodów oprócz rybaków, wędkarzy, kormoranów, a co tam skopiuje post Artura z PW: "Kiedyś (kilka lat temu) czytałem opracowanie na podstawie badań rybostanu w Bugu i od kiedy zaczęło się psuć. Konkluzja była jedna, dopóki wawka czyli działkowicze i letniki oraz oficjele jeszcze jedynie słusznej partii, nie zaczęłi się budować kupować działek i stawiać domkow nad woda to bylo ok. Źle się zaczęło właśnie od momentu kiedy stalo się to poularne, byli ludzie zaczęło się zaptrzebowanie na świeżą rybkę i okloliczni autochtoni zatracili instynkt samozachowaczy zaczynając rabunkowe kłusownictwo. Wcześniej było tak jak Monk pisze, mimo że nieraz cale wioski żyły z wody, to było brane tyle i potrzeba do zjedzenia. Później brali wszystko czyli tyle ile się dało, co nie sprzedano to albo świnie skarmili albo w bruzdę zaorali." Mnie samemu w Łachach pod sklepem w kwietniu proponowano świeże sandacze i sumy, i nie byłem tam na rybach ale pojechałem coś oglądać. W Lubielu i Rogóźnie też jak się taki letnik zakręci to mu świeżą rybę dostarczą.Na Wiśle w ok. Wilgi czy nawet bliżej bo w Wysoczynie też są ekipy. Jasne że nie jest to główny powód, ale jak razem do kupy pozbierać i wszystko się na siebie ponakłada to tak wychodzi. I nie pomoże w tym żadne C&R.
waldi-54, 2013-02-11 19:38:19
Brawo Paweł za tą jakże trafną klasyfikację.:oklasky: Jak większość z Was wie, jestem wędkarzem, jak pisze @Przem "starej daty", ale też sam siebie mógłbym uplasować tak z ręka na sercu aż w trzech grupach, od "Rozsądni" poprzez "Rozumni" do "Sportowcy" Fakt, jako młody wędkarz byłem "Regulaminowy" ale kto nim nie był?:bezradny: Jeszcze raz Pawełku, moje gratki, za moim zdaniem potrzebny tekst, być może ktoś zechce zmienić swoją klasyfikację po przeczytaniu tego tekstu? :okok: Pozdrawiam waldi-54:papa2:
colednik, 2013-02-11 20:25:29
Paweł po raz kolejny udowodnił swoim tekstem o klasie i kulturze jaką posiada. Jest jedną z niewielu osób, które z forum szanuję od samego początku. BRAWO !!!
bysior, 2013-02-11 21:02:38
Ja z kolei na początku swojej kariery wędkarskiej byłem regulaminowy, a potem od razu stałem się fanatykiem C&R :D :D :D Po jakimś czasie zostałem sportowcem (z nutką fanatyzmu) :P Świadomość wędkarska o której Paweł piszesz (ta z cz. 1 i ta z cz. 2), to wciąż towar deficytowy w naszym kraju. Wciąż to widzę nad swoją rzeką i wiele razy zastanawiałem się jak można to zmienić. To jak mój kamień filozoficzny. Dlatego też po długich wieczorach i rozmowach z różnymi ludźmi przestałem być fanatykiem, który wszystkich ganiał z kijem i chciał najchętniej osękę wsadzić pod żebro - a sportowcem o którym piszesz - który próbuje pokazać swoim zachowaniem jak powinno się postępować nad wodą i jak powinno się postępować z rybami. Oczywiście według mojego poglądu na nasze hobby i ze względu na mój szacunek do ryb. A takie felietony jak Twoje Pawełku, to woda na młyn do oświecenia jeszcze średniowiecznych umysłów ludzi... :oklasky:
chojny83, 2013-02-12 08:30:15
Wielki szacunek dla Ciebie! Największy za zdanie: "Naturalną rzeczą jest taki schemat: zacinamy, holujemy, podbieramy, odhaczamy, fotografujemy, uwalniamy." Nie jak wielu to czyni: Zacinamy, holujem(czasem fotografując), podbieramy, fotografujemy(reklamujemy), odhaczamy i wypuszczamy. Rozumiem, że czasem reklama to część ich pracy, ale bez przesady. Wkurza mnie to, przez co taka reklama wcale na mnie nie działa, a można przecież napisac pod zdjęciem na co wzięła rybka?! Takie moje skromne zdanie. Pozdrawiam i czekam na kolejne teksty.
gusto, 2013-02-12 10:05:04
Kolejna wspaniała lektura do porannej kawy dzięki Pawełku za wspaniały poranek kawa i taki tekst po prostu nie potrzeba nawet bułki z wędliną .Czekam na kolejny tekst.:oklasky::oklasky::okok:
cyrax, 2013-02-12 11:48:46
Bardzo fajny tekst i własne przemyślenia. Niestety najwięcej według mnie jest wędkarzy "Regulaminowych". Nie można im nic złego zarzucić ale przecież ten cały regulamin to się do d...y nadaje.