Wędkarstwo nieuleczalna choroba. Poszukiwania.

Bizonik 2011-04-13 Opowiadania

...
Jako osoba już pełnoletnia i samofinansująca pozwalam sobie na częstsze wypady nad wodę. Najpierw zwiedzam okoliczne jeziorka...

Brak zdecydowania do konkretnej metody, kompletna nieznajomość wód, powoli zaczynam powątpiewać w swoje umiejętności. W głowie kołacze się myśl - przecież umiesz łowić ryby, tylko w tych wodach ich nie ma – choć wiem, że są, wielokrotnie widziałem wygrzewające się liny czy karpie, ludzi łowiących szczupaki czy okonie. Okazuje się, że są to wody trudne technicznie i szybko się zniechęcam.

Zakup pierwszego samochodu pozwala na więcej, staję się niezależny od innych, jeżdżę na ryby gdzie i kiedy chcę. Pierwsze wyjazdy nad Zalew Zegrzyński i z niedowierzaniem udane połowy leszczy, krąpi. Czasem trafiał się linek czy karpik i tak wsiąkłem w gliździarstwo. Praktycznie każdy wolny weekend spędzam nad wodą. Spinning potraktowany po macoszemu leży w szafie, czasem zabierany na gruntowe wypady nie daje sukcesów. Coraz większa presja na karpie i liny doprowadza do zmiany sprzętu. W wędkarskim arsenale pojawiły sie typowe wędki i kołowrotki karpiowe, łóżko oraz fotel i cała masa sprzętu karpiowego. Toż to juz wariactwo - mówi żona. Sprzęt zajmuje 1/3 garażu. W lodówce robaki ciasto i kulki proteinowe. W szafkach pochowane składniki zanęt. Tak, tak, mieszkanie zamienia się w składzik wędkarza.

No i zaczęło się, wyjazd na 2, 3 dni i mamrotanie żony, że co weekend ginę gdzieś za tymi rybami. Oczywiście proponuję jej wspólne wyjazdy, ale korzysta z nich tylko jak jest ciepło i nie jadę za wcześnie – ot taki kobiecy wymysł. Szukam dalej, szukam wody, która przyniesie te upragnione duże liny i karpie. Wszelkie wody Mazowsza a potem i mazurskie jeziora i okazuje sie że najciekawszą wodę mam pod samym czubkiem nosa. Tak, to Zalew Zegrzyński, sztuczne jezioro powstałe po spiętrzeniu wód Narwi i Bugu. Obfituje w ryby, tyle że trudne do namierzenia. Wraz ze znajomymi znajdujemy piękną zatoczkę i stale w niej nęcimy, praktycznie któryś z nas jest tam co 2 dzień. Zadany trud przynosi efekty. Regularnie zaczynamy łowić karasie liny i pojedyncze karpie. W 2001 roku gwałtowna przerwa w życiorysie, wypadek samochodem, długotrwały pobyt w szpitalu i potem komplikacje. Do wędkarstwa wracam po roku czasu, ale tym razem juz niestety stacjonarnie, noga w gipsie, brak kondycji, dodatkowe kg wagi. Ale twardym trzeba być i nie poddałem się, o kulach z nogą w gipsie zwiedzałem łowiska specjalne w slangu wędkarskim zwane burdelikami, gdzie mogłem odreagować psychicznie oraz utrwalać zdobytą wcześniej wiedzę. Powoli zaczynam robić się coraz bardziej mobilny, gipsu brak, z kul pozostała jedna, coraz mniej juz przeszkadza w poruszaniu się. Wspólne wyprawy nad zalew czy inne jeziora upewniają mnie, że jestem ciężko chory na wędkarstwo.

Zaczynam zauważać że ryb jest coraz mniej, rabunkowa gospodarka, a także kłusownictwo robią swoje. Ale były też i sukcesy, linki od 1kg do prawie 2kg, największy 1.92kg, karpiki rożnej maści w tym największy 13.60kg (życiówka), takich kolo 10 kg było kilka. No to i człowiek wsiąkł w to na maksa. Późną wiosną i latem często towarzyszy mi na wyprawach córka, na razie traktuje nasze wspólne wyjazdy jako zabawę. Zabiera za sobą zawsze zabawki do piasku i tak spędzamy piękne chwile nad woda. Często obserwuje mnie i podpytuje się o rożne rzeczy związane z wędkowaniem, ale jest jeszcze za mała aby móc łowić, ale wiem ze przyjdzie czas i na nią. Kwestia czasu.

Spontaniczny wyjazd na ryby. Znajomy wyciąga mnie na Zalew Zegrzyński za drapieżnikiem. Założenie było takie, płyniemy za szczupakiem, a przyłowem ma być okoń. Jaka to była frajda poczuć nagle uderzenie zębatego na kiju, czy delikatne trzepanie szczytówką pasiastego przyjaciela.

Wtedy to właśnie zrozumiałem ze spinning wraca do łask. Po latach poszukiwań wróciłem do Tego roku, zmodernizowałem ciut sprzęt spinningowy, trafiły do mnie wędki typowo na okonie jak i szczupaki. Wyniki nie były oszałamiające, ale był jeden plus. Na wypad nad zalew potrzebowałem góra godzinę, żeby wrzucić graty do samochodu, gdzie na wyjazd karpiowy trzeba było się umówić na kilka dni wcześniej.

Także spontaniczne wyjazdy nad woda zaczęły przynosić przyzwoite wyniki. Rok później udało mi sie trafić sporego szczupaka, mały drobiażdżek cale 108 cm długości, co prawie pokryło sie z moim młodzieżowym rekordem. Kilkanaście mniejszych zębatych, zalewowy sandacz jak na moje możliwości to olbrzym - 81 cm i 5,1kg wagi.

No i okoń, niestety nie zważony, ale za to zmierzony, całe 52 cm, uwierzcie to już olbrzym. A było to w lipcowe upalne popołudnie. Zapakowałem łódkę i ruszyłem do wcześniej namierzonej zatoki. Płytka zatoczka z mnóstwem powalonych drzew wśród których wygrzewały się na słoneczku pięknie wybarwione wzdręgi i stada innej drobnicy. Zatoczka kończy się ostrym spadem do 11m, a na nim leżą dwa spore pnie drzew. Echosonda czasem się przydaje, aby zlokalizować takie cuda na dnie. Dopływam do zatoczki i juz jestem zły, na moim miejscu stoi rower wodny i dwóch panów z wędkami. Omijam ich sporym łukiem, ale bacznie obserwuję co i jak łowią. Okazuje się, że wiedzą, że są tam ryby, ale metoda i sprzęt raczej nie odpowiada przebywającym tam rybom. Łowią ciężko, duże obrotówki i gumy lecą daleko na głęboki stok. Co jakiś czas wyjmują niedużego okonka. Staje sobie na głębokiej wodzie i zaczynam spinningowanie. Najpierw w ruch idzie spinning szczupakowy, obrzucam stok, ale bez efektu. Rzut za rzutem, ale nawet dotknięcia nie mam. Kątem oka widzę zbierających się wędkarzy, w duszy cieszę się, że zaraz będę miał wolne swoje miejsce miedzy pniami. Jeszcze kwadrans i melduję się na swoim miejscu, kilka rzutów w kierunku płytkiej wody i na meppsika wyjmuje wymiarowego szczupaczka. Jest, będzie kolacja, ale fajnie. Jeszcze kilka rzutów i zmieniam wędkę, biorę w rękę okoniowią delikatną paprochówkę Team Dragona. Wiążę boczny troczek i zaczynam zabawę z okonkami. Praktycznie co rzut wyciągam pasiaka, uwielbiam taką zabawę, stoją wzdłuż pni. Rzut, czekam, aż opadnie na dno i puk puk po dnie i zassanie. Jest, siedzi okonek, jeszcze chwila i ląduje w ręku, całus i do wody.

Przebieram w pudelku, eksperymentuję z gumkami, ale one jednak wolą wszelkie jasne, białe, perłowe, żółte, seledynowe są chętnie jedzone, a te bardziej naturalne jakoś są omijane. Zakładam perłowe portki z brokatem, rzut i czekam. Puk ciężarek opadł na dno, nagle uderzenie, nawet nie zdążyłem ruszyć korbka i już mam luz na wędce. Zwijam i nie ma przynęty szczupaczek obciął zestaw. Wiąże od nowa zastaw, zakładam perłowe portki i do wody. Wyjmuje ze dwa okonie i juz widzę ze portki są zdemolowane przez pasiastych łobuzów. Z lenistwa nie chce mi sie ich zmienić, jeszcze raz rzucę. Zestaw leci daleko, ściągam go powoli długimi podskokami. Mam przytrzymanie, ale takie inne, tępe, zacinam, wędka wygina sie i zaczyna pracować. Pięknie wygięty blank, delikatny szum kołowrotka i to piękne uczucie w reku. Zmagania z rybka trwają chwilę, jestem więcej niż pewien że trafił się szczupak. Przysuwam sobie nogą podbierak i juz tylko chwile dzielą nas od zakończenia pojedynku. Wtem w promieniach zachodzącego słońca widzę pięknego okonia z wystającymi perłowymi portkami z pyska. Serce bije jak szalone, ręce drżą, a on sobie poprostu nurkuje pod łódkę zabierając kilka metrów żyłki z kołowrotka. Jeszcze chwila i znowu jest pod powierzchnią, już nie ma tyle siły, biorę podbierak i delikatnie wprowadzam rybę do podbieraka. Jest wielki, piękny, zielono oliwkowy, prawie nie widać na nim pasków. Biorę go do ręki, jest olbrzymi, dwoma rekami trzymam go i nie wiem co mam zrobić. Nie mam aparatu ze sobą, a ten co jest w telefonie to jakąś porażka. Kładę garbusa na dnie lodki, wyjmuje miarkę i oczom nie wierzę - 52 cm.

Olbrzym, największy jaki dotychczas złowiłem. Odpinam okonia i wkładam go do podbieraka, jeszcze chwilę obserwuję go w wodzie, po czym wypuszczam go. Patrzę jak powoli odpływa w toń. Łza w oku się kreci, ręce drżą, serce wali jak młot kowalski, a ja ledwo żyje. Siedzę chwile w zamyśleniu, zbieram wędki, wyciągam kotwice i zaczynam płynąc do domu. Przy pomoście stoi córka ze szwagrem. Czekają juz na mnie. Daje im szczupaka i kilka okoni na kolacje, zbieram sprzęt z łódki i idę do domku. Siadam przy grillu z piwem w ręku, zamykam oczy i wciąż widzę tego garbusa. Cóż to była za ryba – mam nadzieję ze do dnia dzisiejszego ma się dobrze i pływa sobie w jeziorze.

I tak minął kolejny sezon zarażonego człowieka, przyszła pozna jesień i co tu robić. Kolega z pracy wyciąga mnie na wieczorne spinningowanie nad Wisłę ( nie widzę sensu, no ale może i ma rację) i faktycznie trafiamy na fajną miejscówkę, on z kilku rzutach zapina 2 sandacze takie około 50 cm i kilka mniejszych, ja bez brania. Tyle, że on łowi nieznana mi metodą, tak zwanym opadem. Dwa następne dni skutecznie spędzamy nad wodą, ja bacznie obserwuję prace kolegi, jego wędki i coraz bardziej wnerwia mnie to, że on łowi, a ja nie. Mam nawet brania, ale nie jestem w stanie zaciąć w tempo. Szybka wizyta w sklepie i wracam do domu z nową wędką ( oczywiście nie obyło się bez komentarza żony ). Pogoda nie dopisuje, kilka dni przerwy i wracamy nad wodę i ku mojemu zdziwieniu wędka pracuje jak telegraf, przekazuje każde dotkniecie przynęty o kamyk czy inne badziewie na dnie. Branie, strzał sandacza poczułem aż w łokciu zacinam automatycznie, wędkę wygina sie i wiem ze już mam rybę. Szybki hol i jest pierwszy sadaczyk, całe 44 cm. Dumny i blady wracam do domu. I tak do pierwszego lodu praktycznie co wieczór siedzę nad Wisłą, rzeką którą zawsze traktowałem źle. Nie lubiłem jej kaprysów, jej zapachu. Przez zimę robię zakupy potrzebnego sprzętu, dokupuję gumki, główki, dodatkową torbę, bo niestety mało miejsca się zrobiło w tej co mam. Żona tylko kreci głową i co jakiś czas - Znowu Cie wzięło, wariat jesteś! Ale co ja na to mogę poradzić. Jestem chory na wędkarstwo i to nieuleczalnie chory. Byle do wiosny. Wiosenne wypady za białorybem nad Narew i Bug, ale nie mogę się doczekać 1 maja i początku sezonu szczupakowego. 1 maja jedziemy ze znajomymi na przedłużony weekend na Podlasie. Cel wiadomo, szczupaki, jest ich tam bez liku, tyle ze to gluty.

I tak mija maj, czerwiec, potem letni urlop wraz z rodzinką i pierwsze kroki córki z wędką.

Dostaje 3m bacik i z pomostu ćwiczy drobnicę. Obserwując Ją łza się w oku kreci Ja też tak zaczynałem. Cieszy się z każdej rybki. Jak tylko widzi, że wybieram się nad wodę, zaraz pakuje się i leci ze mną posiedzieć, obserwować, uczy się. Towarzyszy mi w większości letnich wypadów.

Ja juz wiem, ale czy i ona sobie zadaje z tego sprawę.

Czas pokaże ...

Kto nie czytał poprzedniej części zapraszam do lektury.
http://www.shrap-drakers.pl/artykul/wedkarstwo-nieuleczalna-choroba-poczatki/

Z wędkarskim pozdrowieniem
Paweł Bizonik Ciołek

Bizonik

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (8)

spining, 2011-04-13 07:46:17
Bizonik, czytając Twoje Opowiadanie poczułem się jakbym prawie czytał swój wędkarski życiorys Różni nas to, że ja od początku spinningowałem a spławik i żywiec to tylko epizody. Nawet z okoniem miałem prawie tak samo też łódka, boczny trok i prawie 52 cm oraz trzęsące się ręce na jednym z mazurskich jezior. Kurcze ja też jestem chory ;(:D W roku 2099 pięknego poranka poszedł mi tuż przy burcie taki okoń z 6.. na przodzie, ale wtedy to się zacząłem już cały trząść Sandacza mam prawie takiego samego na koncie 82 cm z "mojej" narwiańskiej miejscówki. Oj zbliżone te nasze żywota. Pięknie opowiedziałeś przebieg swojej choroby. Gratuluję!!! Może i mi uda się zarazić potomnych... Dziękuję za świetny tekst. Pozdrawiam,
gusto, 2011-04-13 08:32:21
Ja też doskonale pamjętam swoje wypady z tato i jego braćmi ,artykuł świetny zarówno 1jak i 2 odsłona:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
waldi-54, 2011-04-13 08:41:22
Super tekst Pawle.:okok: Chyba każdy z nas tak jak Ty zachorował na wędkarstwo dawno temu bo w dzieciństwie i trzyma nas ta choroba do dzisiaj. Nie będę pisał o swoich wynikach "chorobo-twórczych" bo przez większą część mojego wędkarskiego życia byłem tak zwanym "drobnicowcem", którego bawiło samo przebywanie nad wodą i zabawa wędką. Po kilkunastu latach tej zabawy doszedłem do wniosku że pora się przestawić na "Tankowce" czyli, karpie, liny i szczupaki. przeprosiłem stary spining i dokupiłem trochę innego sprzętu na coś grubszego i narazie to tak trwa. Czyli objawy choroby mam prawidłowe tak jak u ciebie.:hura: Brawa za tekst i piękne fotki :oklasky: :oklasky::oklasky:
Paweł, 2011-04-13 22:18:59
Tak, Pawle, to odkrywanie coraz to nowych możliwości w naszym hobby jest piękne! Człowiek myśli, że to już to, ta metoda, to łowisko... A okazjue się, że mozna odkryć coś nowego. Jak nie spłwik i płotki to karpie i zasiadki, jak nie jezioro to rzeka! Myślę, że każdy wędkarz, który ma za sobą określony bagaż doświadczeń z przyjemnością czyta Twoje wspomnienia odnajdując w pamięci podobne zdarzenia... Brawo, Pawle:oklasky:! Czekam na ciąg dalszy...:okok:
bysior, 2011-04-14 22:49:39
Świetne opowiadanko, ciekawa ewolucja wędkarska, wielkie brawa za wciągnięcie Córy w tą nieuleczalną chorobę, jak widać przenoszoną drogą płciową ;) A najbardziej zadziwia mnie jedna rzecz - ja również łowię od małego - ale do Twoich rekordów brakuje mi jeszcze duuuużo czasu spędzonego nad wodą. Brawo Bizonik :oklasky:
hapnik, 2011-04-15 00:06:25
Bardzo ciekawe wspomnienia ;)
tymon, 2011-04-15 10:45:13
:oklasky::oklasky::oklasky: kawał :okok: roboty.
moczykij, 2011-10-16 19:12:07
Mam chyba , najbardziej zaawansowane stadium tej choroby :ROTFL: ale nie zamierzam tego leczyć :D ... Świetnie się czytało :okok: