Wędkarstwo nieuleczalna choroba. Początki

Bizonik 2011-02-22 Opowiadania

...
Każdy z wędkarzy wie czym jest ta choroba. Nieprzespane noce, zimne i mgliste poranki, wieczory pełne komarów. Przedzieranie się przez tak gęste krzaki, że 100 metrów robi się w godzinę. Każda wolna chwila poświęcona studiowaniu wędkarskich lektur. A wszelkie wolne dni spędzone nad wodą. Nieważne są święta, rocznice czy inne imprezy rodzinne. Tak każdy z nas na to choruje, a choroba postępuje wraz ze zdobywanym doświadczeniem. Jest szczupakoza, sandaczowa, salmonoidoza karpioza i wiele wiele innych, ale to wszystko jest choroba zwana wędkarstwem. A ja chory od zawsze przechodzę różne stadia, ale lekarz nie widzi szansy na wyzdrowienie.

WĘDKARSTWO, hm..., w moim wydaniu wyssane razem z mlekiem matki.

Przekazane w genach z pokolenia na pokolenie. Dziadkowie wędkowali, ojciec wędkował, nawet i mamie się czasem udawało, nie mówiąc o jej braciach. Także od małego miałem styczność z wędkami i wypadami na ryby. Mieszkając nad Wisłą, Królową Rzek trudno było nie biegać z tatą nad wodę jak tylko nadarzała się okazja - a było to dość często.

Wakacyjne urlopy spędzane na jeszcze dziewiczych mazurach. Bez tych warczących motorówkę i skuterów. Jedyne jednostki na silnikach to były łodzie policyjne oraz rybacy. I jak tu nie zachorować na tę nieuleczalną chorobę. Pamiętam czasy wędek z bambusa, z którymi biegałem nad Wisłę i łowiłem ukleje, kiełbie oraz inny drobiazg.

Człowiek dorasta, a razem z nim dorastało wędkarstwo. Wędka z pierwszym kołowrotkiem o ruchomej szpuli, potem pierwszy teleskop produkcji ZSRR. Na 10-te urodziny w prezencie od dziadka dostałem spinning, cóż to była za wędka, sama ryby łowiła wyposażona w kołowrotek Rex oraz żyłkę z Gorzowa .
Do dziś nie zapomnę nauki spinningowania, a właściwie rzucania blachą. Wielkie pole na środku ułożone z worków, pole wielkości koca i ja wraz z dziadkowym spinningiem oraz kołowrotkiem marki Rex.

Rzucałem dotąd, aż za każdym razem byłem w stanie trafić w wyznaczone pole. Następnego dnia niezapomniany ból pleców i przedramienia. W końcu nastał ten dzień, starszyzna czyli tata z wujkiem stwierdzili, że nie będę stwarzał zagrożenia na łódce. Cóż to była za frajda pierwszy raz móc płynąć na okonie i szczupaki. Z czasem wprawiłem się w połowach jeziorowych drapieżców. Już w pierwszym roku wędkowania udało mi się złowić szczupaka o wadze 1,5 kg i niezliczone ilości mazurskich pasiaków. To był dobry czasu na naukę, ryb nie brakowało.



Na tych właśnie pasiakach doskonaliłem swoje umiejętności, ćwiczyłem różnego rodzaju prowadzenie przynęt, jak i same przynęty, z których największym kilerem okazała się blaszka ręcznie robiona przez dziadka. Rok później udało mi się poprawić szczupakowy rekord na całe 2,5 kg i 77cm, złowić nieznajomą rybę. Ową nieznajomą okazała się sieja i to nie byle jaka, całe 3,2 kg, do chwili obecnej została rekordową i zapewne już nigdy nie zostanie pobity mój prywatny rekord. Praktycznie każde wakacje spędzaliśmy na mazurach, a ja uganiałem sie za drapieżnikami od czasu do czasu robiąc drobne przerwy na zasiadki na leszcza lina czy inną białą rybę. Mija kolejny wakacyjny sezon.

Przychodzą święta Bożego Narodzenia i pod choinkę dostaję ówczesne cudo - kompozytowy spinning marki DAM długości 2,10 oraz kołowrotek firmy Cormoran, a także duże pudełko różnorakich przynęt. Szczęśliwy po uszy w zimowe wieczory planuję kolejne wakacje i oczami wyobraźni widzę jak na każdą z tych blaszek łowię coraz to większe ryby. Tak mijały kolejne wakacje, doskonaliłem swoje umiejętności, uczyłem się zachowań poszczególnych gatunków ryb.

Zakochałem się w wakacyjnym spinningu. Już jako pełnoprawny wędkarz, mając kartę wędkarską, dalej trenowałem jeziorowe drapieżniki. Miałem jedną podstawową przewagę nad tatą, ja miałem 2 miesiące wakacji a on tylko 2 tygodnie wiec dość szybko podszkoliłem się pod okiem wujków i znajomych.

Do dnia dzisiejszego nie zapomnę wspólnej wyprawy na mazurskie esoxy. Był ciepły sierpniowy dzień, wypłynęliśmy z tatą i wujkiem na ryby. Kotwiczymy łódkę na skraju podwodnej górki. Po kilku rzutach tata wyjmuje szczupaczka takiego kolo 50 cm, za chwilę takiego samego ręką wyjmuje wujek. Mija kilka chwil, tata wyciąga następnego i stwierdza, że trzeba się przestawić bo nie ma tu tych dużych. W tym samym miejscu dzień wcześniej wyjęli we dwóch kilka sztuk, w tym 5,7 kg, 5,5 kg i 7,1 kg. Gdy wujek podciąga kotwicą, ja kończę zwijać swoją przynętę i nagle czuję delikatne przytrzymanie, zacinam, wędka zaczyna pracować. Tata widząc sytuacje każe wujkowi położyć kotwicę i bacznie we dwóch obserwują moje zmagania. Chwila milczenia i pytają się czy jest duży. Kiwam głową i za chwilę ukazuje się szczupaczek ciut większy niż męski but z dodatkowym balastem w postaci wodorostów. Obydwaj wybuchają śmiechem. Odpływamy, przestawiamy się na drugą stronę górki, w pierwszym rzucie mam przytrzymanie, zacinam i wędka pracuje. Tata się pyta czy duży, chwila ciszy i odpowiadam taki sam jak tamten. Wujek z przekorą się pyta czy ma mi podać podbierak. Chwilę później dociągam do łódki rybkę i słyszę głos taty - i tak by się do niego nie zmieścił.
Wujek podejmuje rybę rękami, wkładają ją do łódki, widzę, że to olbrzym. Kotwica blachy sterczy mu w samym kąciku pyska, ryba praktycznie w ogóle nie szarpie się. Odpinam ją i...... no właśnie zaczyna sie, jakby rażona piorunem zaczyna skakać i tłuc się po łódce. Tata przykrywa szczupaka ścierką i ten się uspakaja. Jest chwila na mierzenie i ważenie. Waga pokazuje 10.10kg, a miarka, cóż była za krotka, na 1 metrze sie kończy, robimy znak nożem na wiośle i stwierdzamy, że pomiar zrobimy w domu. Ryba ląduje w wodzie, długo dochodzi do siebie, po czym odpływa w zielono niebieską głębię jeziora. Siedzę na ławce i nie mogę uwierzyć, ręce mi sie trzęsą, serce bije jak dzwon. Starzy gratulują mi udanego połowu oraz zachowania zimnej krwi podczas holu. Zerkam na zegarek jest południe, skwar leje się z nieba. Pozostajemy jeszcze chwilę na łowisku, ale ja już nie mam chęci na łowienie. Widząc to panowie proponują powrót do domu. W przystani Tata opowiada znajomym o moim spotkaniu ze smokiem, wszyscy mi gratulują. Mierzymy wiosło, miarka w przystani pokazuje 110 cm. Ów szczupak staje się rodzinnym rekordem. Całe 110 cm i 10,10kg wagi. Każdy następny złowiony wydaje się maluszkiem przy tym potworze. Wiem, że tam są większe, ale czy uda mi się kiedyś je przechytrzyć - czas pokaże. Na chwilę obecną pozostaje on moim rekordem życiowym.

Następne lata upływają na poszukiwaniu tego większego, ale niestety nie dane jest mi złowić większą rybę. Trafiam kilka 80 i 90 cm ale metrówki żadnej. Praktycznie każde wakacje stoją pod znakiem szczupaka. Juz wiem gdzie ich szukać, te największe pływają w toni za stadami sielawy, ale to trudne ryby. Jestem świadkiem złowienia szczupaka 124 cm, wagi ponad 18 kg i olbrzymiego okonia, myślę że miał grubo ponad 65 cm.

Wakacyjne wieczory zazwyczaj były też na rybach, tyle ze tym razem poświęcone innej tajemniczej rybie. Tak tak, o węgorzu tu mowa. Pierwszego złowiłem 13 lipca w piątek, nie był duży, ale jego siła zaimponowała mi. Postanowiłem poświecić mu trochę więcej czasu. Nie udało mi sie złowić nic dużego, ale takich 80 cm było kilkanaście sztuk. Praktycznie co wakacje mogłem pochwalić się złowieniem kilku ładnych węgorzy.



No dobra, wakacje wakacjami, ale co z resztą roku?

Tu pozostało chodzenie z tatą nad Wisłę i sporadyczne wypady nad Bug lub Narew. Czasem wycieczki nad pobliskie jeziorko kamionkowskie.
Ale to nie było to co tygryski lubią najbardziej. Jak ktoś raz spróbował spinningu to wie o co chodzi.
Nie dane mi było za młodu nauczyć się spinningować w rzece, nie było na to czasu i brakowało też nauczyciela. Ja byłem za młody, aby samemu zwiedzać wiślane zakamarki, a tato wolał w rzece poławiać ryby z gruntu lub na spławik. Więc i mnie ta metoda się tez udzieliła, ale jednak zawsze czekałem do wakacji kiedy to będę mógł uganiać się ze spinningiem po jeziorze za pasiakami i kaczodziobymi. Wiślane połowy zazwyczaj przynosiły leszcze, świnki, certy sporadycznie inne ryby szczupaki, sumy, brzany oraz sandacze. Co się później okaże - to właśnie te ostatnie ryby staną sie moimi faworytami i dla nich będę jak wariat biegał po nocy i deszczu.

Tak minęła szkoła podstawowa i średnia, potem przyszedł czas na inną miłość i wędki trafiły do szafy. Wyjmowane sporadycznie obraziły sie na mnie. Kilka lat przerwy spowodowały, iż straciłem wyuczone nawyki i instynkt łowcy. Przyszedł i na mnie czas, dostałem wezwanie do wojska i trafiłem do dużej jednostki w Bemowie Piskim. Właśnie tam ponownie spróbowałem wędkarstwa. Kapitan, dowódca plutonu uwielbiał łowić ryby i czasem jeździliśmy z nim nad jezioro na poligonie. Łowiliśmy wspólnie różne ryby. Po 6 miesiącach zostaję przeniesiony do Warszawy i tu wędkarstwo schodzi na dalszy plan. Ważniejsze okazuje się zakończenie szkoły i zdanie matury, na co w wojsku dostałem zgodę. Powrót do wędkarstwa nastąpił zaraz po wyjściu z wojska. Szkoła skończona, matura zdana, pozostaje czas na pracę i wędkarstwo. Człowiek targany myślami chciał spróbować każdej metody, a to spławik, a to drgająca szczytówka, a to spinning.
Okazja nadążyła się na wspólnym wyjeździe na mazury. 2 tygodniowy pobyt nad samiutkim jeziorem pozwolił przypomnieć sobie jak to jest fajnie posiedzieć z wędka nad wodą. Nieważne były ryby, ważna była ta cisz, spokój, obcowanie z dziką naturą. I to było właśnie to!
Powrót do domu a w głowie i duszy niedosyt.

Chcę więcej...

Wiecie, teraz po latach jak to opisuję, kręci mi się łza w oku i zaczynam żałować, że nie mam zdjęć z tamtych lat. A szkoda, bo było by co wspominać, a tak to jedynie zostaje w pamięci. Tak, to były czasy, gdzie człowiek nie myślał o zdjęciach, co by potomnym pokazać jakie kiedyś były ryby. A szkoda....

Bizonik

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (21)

waldi-54, 2011-02-22 20:13:31
Ach to były czasy. :okok: Super napisane wspomnienia, łezka się w oku kręci,:beczy: Gratuluję artykułu :okok: pozdro. waldi-54
Paweł, 2011-02-22 20:47:06
Pawle, fajnie tekst napisałeś! Latamy teraz na te ryby, w tempie niesamowitym, ze sprzętem masakrycznie świetnym...:boisie: A wystarczy cofnąć się do lat dzieciństwa i... ta łza się w oku kręci... Kurcze, wtedy każdy bambus, każdy okonek czy płoteczka, każdy ranek nad wodą... jak to wszystko cieszyło:okok:!!! I jak to z czasem ewoluowało... Czy na lepsze:bezradny:? Pod jednym wzgledem tak, ale ta magia, którą sie pamięta z dzieciństwa nigdy już nie wróci... Może jedynie w takich wspomnieniach jak Twoje... Czekam na dalsze Twoje losy:cwaniak: A za początki nieuleczalnej choroby - :oklasky::oklasky::oklasky:
Kaz, 2011-02-22 21:52:44
Tak mogę sam potwierdzić , bo miałem taki sam kołowrotek typu REX i tak samo uzywałem żyłki z Gorzowa:okok: .To były wspaniałe czasy dla wedkarstwa.:kwadr:
Wozik77, 2011-02-22 21:58:37
O tak tak. Wtedy to były czasy, czasy dziecinnej czy młodzieńczej beztroski. MOżna było myśleć tylko o rybach i o niczym więcej. Dziś tą chorobę - choć może się nam wydawać że nie do końca - musimy dzielić z pracą zawodową, życiem rodzinnym czy innymi jeszcze ważny w życiu dorosłego aspektami. Tym bardziej potrafimy docenić chwile spędzone nad wodą i niedługo po tym jak wrócimy do domu już zaczynamy tęsknić, wspominać czy znów planować. Ech... :oklasky::oklasky::oklasky:
tymon, 2011-02-22 22:21:34
Nie ma to jak powrót do swoich początków. Och jakie to były piękne czasy. Jak mi za nimi tęskno. Paweł, super opowiadanko. Nic dodać, nic ująć. A rekord szczupłego naprawdę imponujący :oklasky:
bysior, 2011-02-22 23:51:46
Czytając Twoją historię, sam cofnąłem się do czasów, kiedy na bambusową wędkę łowiłem uklejki na pułtuskim bulwarze..., kiedy pierwszy raz z Tatą płynąłem pychówką siedząc na dnie w starym kapoku, bo się bałem że wypadnę do wieeeelkieeej rzeki Piękne masz wspomnienia Pawełku - nie wspominając o Twoim szczupaczym rekordzie - imponujący! Czekam na ciąg dalszy :oklasky: :oklasky: :oklasky:
morouk, 2011-02-23 08:57:30
Taaak, bambusówki rządziły! Sam pamiętam jak brat mojej mamy wróciwszy z ryb z jednego z mazurskich jezior z połamaną wędką bambusową opowiadał roztrzęsiony historię, jak to ogromny okoń załatwił mu delikatny bambus ... Kołowrotki Delfin to było coś Pierońsko ciężkie, ale i szalenie nowatorskie jak na tamte czasy, kiedy przy bambusach przede wszystkim widywało się kręciołki z ruchomą szpulą ... A pamiętacie polski kołowrotek stałoszpulowy Prexer? Jak ktoś go miał wówczas, to tak, jakby kupił sobie Mercedesa, tak przynajmniej ja, kilkunastoleni zaledwie młokos - postrzegałem nielicznych właścicieli tego kołowrotka. Na tle Delfinów robił wrażenie mega nowatorskiego i był duuużo lżejszy. Jak ja patrzyłem z zazdrością na ten sprzęcik ... Pierwsze ciułanie kasy na kołowrotek DAM SE (miał tylko 1 łożysko, ale do dzisiaj mi służy!), kupowanie pierwszego poważnego spinningu po kryjomu przed mamą w porozumieniu z jej bratem na raty w zaprzyjaźnionym sklepie wędkarskim ... Ech ... :papa2:
Bizonik, 2011-02-23 09:04:26
Prexera miałem i to nie ukrywam wersje eksportową jedne z pierwszych egzemplarzy jakie wyszły z łódzkiej fabryki. Specjalnie jeździliśmy z tatą do łodzi po te kołowrotki. Pewnie jak bym poszukał dobrze w torbach garażu i rodziców to bym znalazł trochę tego staromodnego sprzętu. Hm pomyśle i może by tak zrobić galerie. Zapewne każdy z Was coś takiego ma u siebie w kąciku.
morouk, 2011-02-23 09:21:50
Ja mam stare błystki wahadłowe, które dostałem w prezencie od teścia bratam mojej mamy, który był aktywnym członkiem PZW w Przasnyszu i zasiadał we władzach struktur związkowych na tym terenie. Są to stare karlinki, gnomy, wydry ... Jest tego sporo. Trzymam je wszystkie razem w jednym pudełku jak relikwie i ... trochę szkoda mi je zakładać, żeby nie urwać ... Mam do nich wielki sentyment, ponieważ są baaardzo stare, a ja dostałem je blisko 10 lat temu, gdy teść brata, bardzo już chory wówczas, chciał komuś przekazać swój sprzęt wędkarski. Choroba skutecznie usidliła go w domu i już wówczas chyba przeczuwał najgorsze. Niestety w jego rodzinie nikt nie zaraził się pasją wędkarską. Ja wtedy byłem młodym napaleńcem wędkarskim i czułem się bardzo zaszczycony tym podarkiem ... Zmieniłem im kotwiczki, ale żal mi je wrzucać do wody ...
krzyko, 2011-02-25 17:25:00
Poruszyłeś problem z którym borykam się kilka razy w roku.Mianowicie wędkarską rutyną, która pozbawia mnie tego dreszczyku jaki kiedyś odczuwałem przed wyjściem na ryby,tego uniesienia które goniło mnie prawie biegiem nad wodę i tej radości z każdej złowionej rybki a nie tylko takiej powyżej 2kg.Do tej pory pamiętam te dziecięce przeżycia i żałuję że nie jestem już zdolny do takich odczuć.Cóż życie takie :bezradny:. A co do staroci to sporo tego u mnie starocia by się znalazło.Samych wahadłówek ze trzy kilo albo i więcej a pewnie znalazłoby się kilka z produkcji tuż powojennej.Zbierałem kiedyś wahadełka i leżą na pawlaczu bardzo długo, tak długo że już pewnie zapomniały do czego służyły.
avallone, 2011-02-25 20:43:33
Trochę to jest dziwne bo teraz łowiąc suma mniejszego niż 30kg w ogóle nie odczuwam emocji. Kiedyś skakałem ze szczęścia za 19kg suma a teraz jak nie ma pow. 40 to nie wywołuje radości a jedynie fotka zostaje jako trofeum. Czasem spory Leszcz z racji tego że okazowy cieszy bardziej niż sum pow 20kg Piękne o były czasy kiedy pierwszego leszcza złowiłem na bambus Józka Wirkusa, kilka lat miałem i był to dla mnie potwór, przeżywałem to tygodniami i każdy wypad nad wodę cieszył. Teraz też cieszy bo dzieciaki wyszaleją się ale ryby już nie cieszą tak jak wtedy kiedy byłem dzieckiem. Dlaczego dopada nas rutyna?? Co zrobić żeby znów cieszyła nas każda ryba tak samo jak wtedy kiedy byliśmy dziećmi??
, 2011-02-25 20:52:08
To były takie piękne, słoneczne czasy. Te szczupaki wygrzewające się na wodzie po kolana przy pomoście, te liny dwójkami patrolujące zatokę, kilogramowe leszczowe łopaty, które nieraz widywałem łowiąc krasnopiórki przy trzcinach... Eh łza się w oku kręci. Wtedy to była jakaś magia. Dzisiaj to "tylko" hobby.
bysior, 2011-02-25 21:00:38
A ja się chyba jeszcze nie wypaliłem. Za każdym razem kiedy idę nad wodę czuję tą nutkę podniecenie i niewiadomej. Za każdym razem kiedy mam branie reaguję z wielkimi emocjami czy to spinning, grunt czy spławik. Może dlatego - że nie nałowiłem się jeszcze... może dlatego że ciągle mi mało... może dlatego że to kocham
avallone, 2011-02-25 22:22:46
Myślę że żaden z Nas się nie wypalił, to nie to, po prostu cały czas dążymy do czegoś bardziej ekscytującego a łowiąc jakąś rybę w dużych ilościach powszednieje nam. Ja też podrywam się do 15cm ploteczki zatapiającej spławik, kiedy złowiłem płoć ponad kilo to znów tańczyłem mimo iż miałem już na rozkładzie sumy prawie 50kg. Czegoś jednak mi brakuje, nie wiem czego ale z czasem może znajdę.
morouk, 2011-02-26 10:51:25
Myślę, że sposobem na brak wypalenia jest szukanie nowych wyzwań tak jak napisał avallone. Ktoś kto łowi przede wszystkim sumy, może popróbować zacząć łowić np. bolenie, ktoś kto specjalizuje sie w szczupakach, może pogonić za kleniami etc. To są zupełnie inne wędkarskie światy, inne podchody, metody, klimat. Myślę, że to jest właśnie sposób na zabicie wędkarskiej rutyny. Ja kiedyś jak wariat biegałem za szczupakami i okoniami. Miałem na tym punkcie bzika. Po ożenku i przeprowadzce - odkryłem kleniowanie. To było to! Pierwszego barania kleniowego na Wkrze nie zapomnę do końca życia, to była nowa jakość, strzał, aż w łokciu niemal chrupnęło. I wsiąkłem we Wkrę i jej klenie. Marek Kaczówka i Marek Szymański w Wędkarskim Świecie wielokrotnie pisali na ten temat. Szymański odnalazł na nowo pasję jak zaczął pływać po Wiśle, Kaczówka - jak chwycił za muchówkę. Ja w tym roku myślę o pstrągach, boleniach w maju, sandaczach, bo tych ryb praktycznie nie łowiłem dotychczas. To są dla mnie nowe wyzwania, tak jak dla Pawła - sandacze w zeszłym roku. No i brzany... Ech, odkryć tajemnicę Dariusza Małysza w połowie tych ryb na spinning! Nasze hobby na szczęście jest tak bogate w sposoby, metody, że każdy może odkrywać swoją pasję na nowo Czego wszystkim Drakersom szczerze życzę!
krzyko, 2011-02-26 12:09:41
Dobrze Michał prawisz.Wiosna i nowe wyzwanie,bat i Gigantyczne....no zgadnijcie co? Pawły wiedzą i nie podpowiadają :paluszkiem:
Paweł, 2011-02-26 12:20:54
Tak,tak:kwiatek:!!!! Ogromna, piękna wiślana UKLEJA też może być wiosenną mega inspiracją:hura::hura::hura:!!!!!! I wielką odskocznią od rutyny:okok:!
morouk, 2011-02-26 12:28:20
O własnie! :ROTFL: Załozy się nawet oddzielną galerię na Shrapie dla uklei, powstaną pierwsze sztuczne przynęty uklejowe, Andzia wymyśli i opatentuje nowy rodzaj mini - wobka na te rybki... Rany, ileż wyzwań ...! :szok: :ROTFL:
Bizonik, 2011-02-26 15:30:10
a może i dzieci nad wodą i dodatkowa nauka dla mlodzieży
andrew, 2011-02-28 22:42:45
Fajny tekst Pawel. Wspomnienia z dzieciństwa sa bezcenne. Moja pierwsza wędka do spiningu to była muchowka bo spiningu nie moZna było dostać w tamtych czasach. Ale ile okonkow na taki zestaw z Rexem, Stilonem i czarna rurką ze zwirowni wyciagalismy! Ech to były czasy!
Blanek, 2011-03-08 21:17:18
Podobało mi się! Pobudziłeś moją tęsknotę za wędkowaniem, oj pobudziłeś... Dobrze, że wiosna już za płotem...