Wakacyjny powiew PRLu...

Wozik77 2011-08-30 Opowiadania

...
Było to w końcówce lat osiemdziesiątych. Upalny czerwiec, kiedy tuż po zakończeniu roku szkolnego wracałem z podwórka do domu. Piękne, letnie popołudnie. Na stole talerz kanapek, do których przysiadłem bez zastanowienia...

- Umyj ręce – słyszę z kuchni, głos mamy.

Tuż obok kanapek leżała mała kolorowa książeczka, w zasadzie mini folder. Na okładce zdjęcie – drewniany domek wśród iglastych sosen. Napis Ośrodek Wczasowy Rybitwy wskazywał jednoznacznie. To skierowanie na wczasy!


Otworzyłem je z zaciekawieniem. Na pierwszej stronie było moje nazwisko. A więc jednak!!! Wraz z ciocią, wujkiem oraz z bratem jadę na Mazury. Już wtedy potrafiłem to docenić, bo wiedziałem, jaki był to wydatek dla moich rodziców, by w ramach nagrody za dobre wyniki w nauce, taki wyjazd mi opłacić. Całus dla mamy, magiczne „dziękuję” i już mogłem marzyć, marzyć, marzyć....

Oż kurcze. Tam to muszą być ryby. Tyle przecież się naczytałem w tych Wiadomościach Wędkarskich. Przecież tam jest jezioro na jeziorze, a w nich z pewnością pełno płoci, okoni, leszczy, węgorzy no i tych cętkowanych ... hmm... szczupaków. Większość z tych gatunków ryb znałem wówczas tylko z obrazków, ale za to tyle teoretycznej wiedzy, jakiej miałem po przeczytaniu roczników WW wystarczyłoby na obdzielenie kilku młodych adeptów sztuki wędkarskiej.
Tu muszę przypomnieć fakt niepojęty dla młodszych kolegów. A mianowicie. Kupienie w owym czasie wędkarskiego czasopisma w kiosku Ruchu graniczyło niemal z cudem! Jak już miałeś układ z przykładowym Panem Wackiem z kiosku (tak było w moim przypadku), to mogłeś uważać się za szczęściarza! Dodatkowo niczym nadzwyczajnym nie było to, że gazeta trafiała w ręce z dużym poślizgiem, a więc numer powiedzmy sierpniowy miałem w dłoniach w połowie października. W kontekście powyższego musicie sobie wyobrazić, jakie było moje zdziwienie, kiedy jako przykładny uczeń szkoły podstawowej oddawałem makulaturę, a w skupie pod ścianą zauważyłem związany sznurkiem stos starych Wiadomości Wędkarskich!!! Aby je pozyskać, pod młotkiem musiała zakończyć swój żywot świnka skarbonka, natomiast mama nie była zadowolona, kiedy do domu przyciągnąłem stos starych gazet. Kurczę, jaka to była dla mnie skarbnica wiedzy!!! Do dziś pamiętam numery, w których w głowie z dużym prawdopodobieństwem jestem w stanie zobaczyć do dziś, co jest na kolejnej stronie. Czytałem je „od deski do deski”. To one kształtowały mnie jako młodego wędkarza. Uczyły poszanowania przyrody, zapoznawały z metodami połowu, zachęcały do kolejnej wyprawy nad wodę.

A więc tak. Wielka radość, jaka mnie ogarnęła nie miała końca. Niespełna cztery tygodnie później, na placu Bankowym wsiadałem do biało niebieskiego autokaru marki IKARUS podstawionego przez Zakłady MZK w Warszawie i to właśnie ośrodek wczasowy tej firmy był celem naszej podróży. Brat wraz z ciocią i wujkiem pojechali fiacikiem trzy godziny wcześniej i mieli mnie odebrać już na miejscu.

Podróż ta była moją pierwszą w ten region Polski, a oglądane zza szyby okolice Pułtuska, Ostrołęki czy Łomży cieszyły moją duszę.
Dwukrotnie przecinaliśmy działającą na wyobraźnie Narew, a Pisa w mniejszej skali zdawała się być jeszcze piękniejsza i rybniejsza. W autokarze panował iście rodzinny klimat. Czuć było, iż ten wyjazd dla przeciętnej polskiej rodzinny był nie lada wydarzeniem w owym czasie.
W końcu architektura zabudowań zmieniła się na tą, którą jeszcze niedawno podziwiałem w czteroodcinkowym serialu pt „Akwen Eldorado”. Charakterystyczne, czerwone dachówki na domach i zabudowaniach gospodarskich były wszędzie dookoła. Gębula sama się cieszyła. Kilkanaście kilometrów za Kolnem droga wiła się już pośród drzew. Witała nas Puszcza Piska. Był to odmienny obrazek niż ten obecny, zmieniony zupełnie przez huragan, jaki nawiedził te rejony latem 2001 roku. Hektary lasów, gdzie drzewa połamane były jak zapałki. Wszystkie równiutko na wysokości metra.

Ale wtedy. To była prawdziwa puszcza. Zwarta ściana lasu ciągnęła się kilometrami. Ech... Na postoju w okolicy wsi Wincenta natknąłem się na pozostałości po drugiej wojnie światowej. Był to zapomniany przez historię kompleks niewielkich bunkrów poniemieckich, który kilka dni później zwiedziliśmy bliżej. Zaraz za Piszem wjechaliśmy w sosnowy bór, ale właśnie... Zatrzymajmy się na chwilę.

Pisz. Niewielkie, ale bardzo urodziwe miasteczko. Rynek, kościółek, mały CPN. Niewielka mazurska stacja kolejowa, gdzie bodaj po raz pierwszy usłyszałem gwizd prawdziwego parowozu, a dymek z jego komina w momencie ruszania zasłaniał wszystko wokoło. Tak tak – taki parowóz z trzema wagonami kursował wówczas na trasie Ruciane-Pisz-Biała Piska-Ełk. Czy stoi gdzieś na bocznicy jeszcze dziś...?

A ruch? Był niewielki. Same maluchy, duże fiaty, nierzadko koń ciągnący wóz, czasem żuk czy nysa z łączności. Tak jak wszędzie były sklepy Społem, tak jak wszędzie w większości z pustymi półkami. Nowością dla mnie był dzień targowy, kiedy to na niewielkim placyku wrzało jak w ulu. Z biegiem lat (szczególnie po zmianie ustroju) na bazarku słychać było coraz więcej języka rosyjskiego, a na rozkładanych łóżkach turystycznych uginało się od różnorakich produktów radzieckiej myśli technicznej. Mnie najbardziej w tym całym galimatiasie interesował oczywiście sklepik wędkarski. Były wtedy w Piszu bodaj dwa, z tym, że lepiej zaopatrzonym był ten na ulicy Kolejowej.

Wybrukowany mały most nad Pisą i sama rzeka, choć w granicach miasta ujarzmiona betonowym bulwarem, była jednak przejrzysta i tajemniczo ciekawa. No i te klenie, których było tam bez liku. Wówczas myślałem, że to płotki, ale kilka lat później dotarło do mnie, że to one – bodaj herbowe ryby tej rzeki. Wśród wielu średniaków, do spływającego kawałka bułki czy nierozważnego owada nie rzadko podnosił się gruby „kaban”. Jakże inaczej zdawał się płynąć tu czas w porównaniu do wielkomiejskiej Warszawy. Mimo młodego wieku już wtedy zauważałem tą różnicę, nie wiedząc jeszcze wówczas do końca, jak spokój tej krainy pochłonie mnie w miłości do niej bez reszty.

W końcu po paru godzinach podróży z asfaltu zjechaliśmy na piaszczysty dukt. Wokoło piękny las o grubym poszyciu z mchu i jagodzinowych poletek. Kilkanaście minut wyboistej drogi i wreszcie ogrodzenie ośrodka wczasowego. Przy bramie stał już mój wujek z bratem. Wysiadłszy z autokaru pierwsze, co pamiętam, to ten niesamowity zapach świerków przytulonych do ogrodzenia ośrodka.

I właśnie wśród świerków położony był ten ośrodek. Jego główny punkt stanowił budynek stołówki oraz nieco mniejszy budynek recepcji. Tam, po załatwieniu formalności i opłaceniu do dziś nie zrozumiałej dla mnie opłaty klimatycznej mogłem korzystać ze wszelkich dobrodziejstw Ośrodka Wczasowego Rybitwy. Część mieszkalną ośrodka stanowił kompleks drewnianych domków typu MAZUR, usytuowanych na sporej skarpie skierowanej w stronę jeziora. Domki były ustawione w dwóch liniach, więc Ci szczęściarze zakwaterowani w linii pierwszej mieli bezpośredni widok na jezioro. Z nieukrywaną radością wspominam, iż wśród tej grupy, za drugim bodaj razem byliśmy i my.


MAZUR był trzypokojowym domkiem z łazienką i sporym tarasem. O ile w pierwszych latach jego wyposażenie skrzętnie spisane na maszynie i zawieszone w szklanej ramce na ścianie stanowiły łyżki, noże, widelce, talerzyki, szklanki, dwa leżaki wypoczynkowe oraz grzałka elektryczna, o tyle w połowie lat dziewięćdziesiątych wzbogaciło się to o małą lodóweczkę, czajnik elektryczny, a za dodatkową dopłatą telewizor i ogrzewanie w chłodniejszej części sezonu.
Ja z MAZURA pamiętam też zapach zapokostowanych i polakierowanych drewnianych bali, z których był zbudowany. Zapach ten bynajmniej nie był elementem drażniącym. Wprost przeciwnie. Bale poprzetykane były grubym lnianym sznurkiem, a dach pokryty eternitem lub papą. Uzupełnieniem bazy hotelowej były dwa drewniane pawilony typu DWOREK, gdzie cztery rodziny miały swoje pokoje (oczywiście z oddzielnymi wejściami i węzłami sanitarnymi).

Na końcu ośrodka znajdowało się też niewielkie pole namiotowe. Do jeziora prowadziły dwa duże zejścia z drewnianymi, stromymi schodami. Oprócz nich było kilka krętych ścieżek, które były nie lada atrakcją dla młodszych uczestników turnusu.

Na dole znajdował się pawilon rozrywkowy, w którym była mała klubo-kawiarnia z dźwięcznymi przebojami grupy PAPA DANCE, mała wypożyczalnia książek dla wczasowiczów oraz stół do ping-ponga.

Obok pawilonu znajdował się niewielki budynek, w którym było miejsce do skrobania ryb oraz suszarnia grzybów.


Kawałek dalej był hangar i wypożyczalnia sprzętu pływającego, a także mała piaszczysta plaża i duży pomost. Na nim to stanąłem pierwszy raz zachłystując się widokiem jeziora Roś.


Olbrzymią powierzchnię wody marszczyła niewielka falka. Był to rozległy krajobraz zewsząd otoczony lasem i sitowiem. Właśnie w tym sitowiu wycięte były dwie spore zatoki, jakie znajdowały się w obrębie naszego ośrodka. To one były miejscami cumowania łodzi wędkarskich i punktem wypadowym dla miłośników tego hobby. Kilka lat później także ja z bratem mogłem już samodzielnie korzystać z dobrodziejstw i możliwości, jakie otwierało przed nami wędkowanie z łodzi, ale wówczas mogliśmy przyglądać się jedynie odpływającym (czy raczej częściej przypływającym z połowu) wędkarzom.

Właśnie. Wędkarze. Tych poznać można było już chwilę po tym jak opuścili autokar. Różniło od innych mężów czy ojców ich to, że zamiast łapać się za bagaże i podążać do recepcji w celu dokonania czynności meldunkowych, gnali na złamanie karku na przystań, by stanąć w kolejce i wypożyczyć łódź. A z tym nie było tak łatwo, gdyż ilość łodzi z roku na rok malała. Brakowało tego sprzętu jak wszystkiego w PRLu, więc większość wędkarskiej floty ośrodka stanowiły stare wysłużone i poreperowane pomarańczowe krypy. Swoistym ewenementem był osprzęt takiej łajby, a w szczególności kotwica. Jak przystało na ośrodek zakładów MZK, za kotwicę robił spory kawałek szyny kolejowej umocowany na żelaznym łańcuchu. Ile to ustrojstwo robiło hałasu przy opuszczaniu, możecie sobie tylko wyobrazić, podobnie jak to, ile w owych wędkarzach było samozaparcia by po takim harmidrze wierzyć w zasiadkę na liny czy leszcze.

Tuż obok plaży i małego kąpieliska znajdowało się wysypane czerwonawym szutrem boisko do siatkówki, będące areną rozgrywek „Wczasowicze” kontra „Personel”. Ach, co to były za spotkania i jakie emocje!

No właśnie – spotkania. Niedaleko plaży, tuż za małym placem zabaw przeznaczonym dla najmłodszych, było wydzielone miejsce na ognisko, przy którym to podczas pierwszego weekendu turnusu odbywał się obowiązkowo tzw. „Wieczorek Zapoznawczy”. Tam to wczasowicze integrowali się ze sobą, by od kolejnego poranka i spotkania na stołówce, zamiast Pan/Pani mówić sobie po prostu Rysiu, Stasiu, Bożenko, Helenko... Stołówka. To było coś!


Codziennie o 8.00, 13.00 i 18.00 grupki ludzi ciągnęły w jej kierunku. Moment ten oznajmiał donośny dzwon, którego głośnym gongiem kelnerki przywoływały wygłodniałych wczasowiczów. Wywieszane na drzwiach wejściowych menu codziennie się zmieniało, a zapachy z kuchni powodowały burczenie w brzuchach.

Jako osobnik jedzący wszystko nie mogę powiedzieć, że na jedzenie narzekałem. Odwrotnie jak mój brat, który jak tylko mógł wybrzydzał i wymigiwał się z posiłków. A te były naprawdę całkiem, całkiem i do dziś niektóre zapachy i smaki pamiętam. Stoliki z reguły były cztero-osobowe, przykryte kraciastą ceratą. Na stołach zastawa „eleganckich” talerzy i kubków marki GS Społem. A jak smakował z takiego kubka wodnisty kompot wiśniowy. Hmm....

Podczas, gdy chciało się wybrać na indywidualną wycieczkę, można było zrezygnować z posiłków i dostać tzw. suchy prowiant w postaci kromek chleba, wędliny i pomidorów. Korzystaliśmy z tego czasem, gdyż mój wujek to osoba kochająca wręcz zwiedzać okolicę. Dzięki temu mogłem poznać Mazury w dużo większym stopniu niż tylko bliską okolicę ośrodka.

Zwiedzaliśmy wojenną kwaterę Hitlera mieszczącą się w Gierłoży k. Kętrzyna -Wilczy Szaniec, klasztor w Św. Lipce, śluzę Guziankę czy ośrodek PANu w Popielnie. Jeździliśmy na wyśmienite lody śmietankowe do Piszu, Rucianego, Mikołajek czy Mrągowa. Za każdym razem Wujek starał się jeździć inną trasą, dzięki temu miałem okazję poznać jakże pagórkowate ukształtowanie mazurskiego terenu oraz niebieskie jeziora pośród tychże pagórków. Byliśmy nad Śniardwami w Nowych Gutach, nad Nidzkim w Karwicy, nad Łuknajnem, Bełdanami i nad wieloma innymi mniej lub bardziej znanymi jeziorami. Wśród tychże perełek nie mogło zabraknąć rzeki Krutyni, w której pierwszy raz kąpałem się właśnie owego lata i z której przejrzystej toni uciekałem przed rakami. Z wszystkich tych miejsc przywoziłem pocztówki. Z czasem zrobiła mi się z tego piękna kolekcja mazurskich widokówek. Do dziś uzupełniam ją o nowe pozycje i mam obecnie ich ponad 700szt.

Rzeka Krutynia. To osobny temat. Powszechnie uznana za jedną z najpiękniejszych w Europie już wtedy była oblegana przez turystów. Ruch kajakowy jak na Marszałkowskiej, ale wcale się nie dziwię. Widoki nad Jej brzegami do dziś powalają swoją niepowtarzalnością, a ryby, jakie w niej pływają pobudzą każdą wędkarską duszę.

No właśnie. A gdzie w tym wszystkim wędkowanie? Było, a jakże było! Co prawda pierwsze wczasy to był jedynie skrzętnie wypatrzony w lesie kij leszczynowy z przywiązanym na końcu gotowym spławikowym zestawem wędkarskim, nie mniej jednak za jego pomocą pozbawiłem życia kilkanaście płotek i tyleż samo uklejek, których zapach skwierczących na patelni roznosił się wieczorem wokół domku. Poławialiśmy te „okazy” z bratem z pomostu lub z zakotwiczonych przy brzegu łódek. Dokonywaliśmy akrobatycznych cudów, by czymś takim zarzucić jak najdalej. Rozwodniona bułka była przynętą numer 1, bo o czerwonych robaczkach jedynie wówczas marzyliśmy. Dumę, z jaką maszerowaliśmy przez ośrodek z wiaderkiem pełnym rybek pamiętam do dziś, tak samo jak zachwyt z tego, co zobaczyłem pewnego ranka idąc tuż po śniadaniu na pomost karmić łabędzie. Pamiętam tą pomarańczową łódkę, jaka przybiła do brzegu. Wysiadało z niej dwóch wędkarzy, którzy wydawali mi się nie lada ekspertami. Mieli po dwie teleskopowe wędki, duży podbierak i masę innych gratów, których przeznaczenia nie mogłem się wówczas doszukać. Gdy tak to wszystko waładowywali z łodzi podszedłem do niej bliżej. Na jej dnie leżało kilka leszczy, które dziś mimo upływu czasu i biorąc poprawkę na dziecięcą skalę określiłbym jako 5-6 kilogramowe. To były piękne, ciemno stalowe jeziorowe leszcze. Pośród nich leżało kilka płoci, ale co to były za płocie! Duże gruntowe płocie, z których każda zapewne wahała się w okolicy 35cm.

Taki połów, takich ryb był dla mnie szokiem. Zdałem sobie sprawę, co za okazy kryje ta woda i oczywiście zamarzył mi się współudział w takich doznaniach i takim sukcesie.

W kolejnych latach, coraz bogatszy w wędkarskie doświadczenia stawałem nad brzegiem jeziora Roś kilkukrotnie. Leszczynówkę zastąpił ruski (i ciężki jak cholera) teleskop, a spinningu miała nauczyć mnie niemiecka Germina wraz z kołowrotkiem rodzimej produkcji - Relax (a później Czapla). O ile połów białej ryby, za sprawą połowu z łodzi i nęceniu szedł nam coraz lepiej, o ile podpatrzenie wędkarzy zaowocowało pierwszymi nocnymi węgorzami, o tyle na pierwsze spinningowe sukcesy czekaliśmy długooo... Mieliliśmy wodę błyszczami różnej maści w poszukiwaniu okoni, które co wieczór całym stadem atakowały drobnicę tuż obok trzcinowego cypelka. Wysiłki nasze pełzły na niczym, może po części za sprawą tego, że jak się okazało rzucaliśmy także błystkami podlodowymi zakupionymi w Piszu. No cóż. Wiedza wiedzą, a praktyka musiała się dotrzeć. Swoją drogą pamiętam do dziś lekkie zdziwienie sprzedawcy, kiedy to nieświadomy niczego zażyczyłem sobie w środku lipca kilka tych srebrnych podłużnych blaszek. Musiał mieć niezłą polewkę z nas, albo pomyślał, że wpadliśmy na jakiś nowy sposób połowu ryb latem na przynęty zimowe...

I w końcu nadszedł czas, kiedy to zagubiony, monstrualnej wówczas wielkości (46cm) szczupak połakomił się na błystkę, otwierając tym samym moją szczupakową statystykę. Już dzień później moją radość przyćmiły głowy szczupaków, jakie przed hangarem suszył Pan Przystaniowy. Musiały należeć do metrowych okazów, więc pogoń za takim esoxem rozpoczęła się na nowo i trwa do dziś.

Wspominam ten czas z nutką nostalgii. Z punktu widzenia świata oczami dziecka, nie postrzegałem poprzedniego ustroju poprzez jego problemy. Dla mnie były to po prostu piękne młodzieńcze lata niezmącone kłopotami życia dorosłych. Takimi je zapamiętałem. Właśnie wtedy zakiełkowała we mnie miłość do tej krainy, do jej pięknej przyrody, do jej wewnętrznego spokoju. Po latach spędzanych w ośrodku Rybitwy, przyszły wyjazdy pod namiot w grupie sprawdzonych przyjaciół. Poznawałem kolejne mazurskie jeziora, łowiłem coraz więcej. Po pewnym czasie mogłem rzec, iż znam tą krainę jak własną kieszeń, a mimo to nie znudziła mi się ona w ogóle. Z niecierpliwością czekałem na każdy mazurski (ot choćby weekendowy) wyjazd. Pewną tradycją stało się też kwietniowe otwarcie sezonu na białoryb, a mała urokliwa mazurska rzeczka darzyła jak nigdy potem.


Do dziś – będąc na Mazurach – wracam czasem do ośrodka nad Rosiem. Ot na parę chwil, by popatrzeć tamtymi dziecięcymi oczami na jezioro, pomost, domki, sitowie czy świerkowy las.

Przez tych parę minut, kiedy tak tam stoję i nozdrzami szukam niepowtarzalnego zapachu jeziora, zawsze na moich ustach pojawia się uśmiech. Patrzę na kolejne turnusy, kolejnych wczasowiczów i zastanawiam się, czy pobyt tutaj wygląda obecnie tak samo czy też ta nienazwana magia i czar wczasów PRLu, zniknęły bezpowrotnie, pozostając żywymi jedynie w duszy i wspomnieniach osób takich jak ja?

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (17)

Bucek, 2011-08-31 12:43:26
:oklasky: :oklasky: :oklasky: Świetne, oczami wyobraźni byłem tam razem z Tobą :kwadr:
spining, 2011-08-31 14:39:32
Super opowiadanie. Znam i ja ten ośrodek więc przypomniałeś mi moje szczenięce lata. Pięknie to opisałeś. Wyobraźnia się przy czytaniu sama uruchomiła. Wczoraj rozmawiałem z Twoim Bratem, który wspomniał, że się tam właśnie wybiera Oj czasy dzieciństwa i beztroski na Wielkich Mazurach, piękne czasy i cała magia Mazur. Zapachem Mazur będę się delektował już za dwa dni przez cały tydzień
Robson, 2011-08-31 14:59:36
Szacun Piotrek!! Pięknie ujęte czasy których ja również nie zapomnę... Te zapachy, smaki i wszechobecna tandeta .... ale to właśnie kojarzy mi się z dzieciństwem!!
Marcin, 2011-08-31 21:25:30
Masakra artykuł który to miażdży mi łeb do samych pięt. Właśnie się zamyślam i sam wspominam te lata PRL, a raczej to co gdzieś przez mgłę widzę. Widzę wyjazdy do ośrodka wczasowego do Żarnowca. Widzę jak jadę niebieską Nysą do Mielna, trasa ta dłużyła się niemiłosiernie bo była pierwszym wyjazdem nad wielką wodę. Łezka się w oku kręci na wspomnienia tamtych lat. Czy to urok starego ustroju PRL, nie wiem. Czy to urok tych miejsc też nie wiem. Wiem za to że to już nigdy nie wróci, nigdy nie będziemy już młodzi i nie zaznamy podobnej przygody. Jak to powiadają że można człowiekowi zabrać wszystko, wszystko za wyjątkiem wspomnień. Z opowieści, telewizji słyszy się że tamte czasy były gorsze. Że ciężko było coś dostać w sklepach, że gdy ustrój się zmienił to zaczęło się to lepsze. Tylko z czym te lepsze, bo ja już wiem że odkąd było lepsze to i ja już nigdzie na wczasy nie wyjechałem. Rodzice nie dostawali z zakładów pracy tego typu wyjazdów a moje wakacje wyglądały tak że siedziałem miesiąc wakacji u dziadków na wsi a drugi siedziałem w miejskim blokowisku - jeśli mogę użyć tego typu określenia na "metropolię" w której się wychowałem, Pułtusk. Jeszcze raz brawo, brawo za artykuł i obudzenie wspomnień. Bardzo miłych wspomnień. :zlezkawoku::zlezkawoku::zlezkawoku:
, 2011-09-01 09:52:51
I ja tam byłem (Pisz, Roś, Śniardwy) i ryby łowiłem. To była magia. I to już nie wróci, niezależnie jakie jeszcze ryby wyciągniemy.
gusto, 2011-09-01 19:49:37
Pogratulować Piotr piękne wspomnienia:oklasky::oklasky::oklasky:
wojtek_b, 2011-09-01 23:22:51
No Piotrek-super. Dzięki za to opowiadanie
waldi-54, 2011-09-02 15:50:23
Pięknie te czasy nam przypomniałeś Piotrze.:oklasky::oklasky::oklasky: Fajnie się czyta takie wspomnienia, ale szkoda,że to już "se ne wraty" mam na myśli oczywiście młodość i beztroskę z nią związaną.:beczy: pozdrawiam waldi-54:papa2:
Mariano, 2011-09-02 18:01:04
Piotrek.Magiczny opis powoduje,że mozna na chwilę odpłynąć w tą krainę Wielkich Jezior.Masz dar do pisania.Czyta sie lekko i przyjemnie.Gratulacje
Wozik77, 2011-09-04 19:05:58
Dzięki Panowie. Tak sobie właśnie pomyślałem, że wielu z Was mogło przeżywać podobne chwile podczas minionego ustroju. I nie o politykę tu broń Boże chodzi, ale o czasy młodości czy dzieciństwa. Cieszę się że wielu z Was przypomniało sobie tamten czas beztroski bo wspomnienia z dzieciństwa są piękną rzeczą.
Kaz, 2011-09-04 19:26:46
Kurcze Piotruś toż to jak cofnięcie się wczasie,kurcze ile razy ja takie chwilę przeżyłem,z zakładu jechaliśmu autokarem na zakładowy ośrodek wypoczynkowy i zanim dojechaliśmy wszyscy uczestnicy wyprawy wędkarskiej byli poprostu ugotowani . Tak że kierowca miał z nami ubaw do rana.Ale super że takie wspomnienia bywają na naszej stronce jest chwila po wspominać. Dzięki Piotr.:oklasky::oklasky::okok:
garbus, 2011-09-05 08:44:11
Piter czyta się to jakby przeżywać wycieczkę w przeszłość i jakby człowiek stał z boku i przeżywał to wszystko po raz kolejny. Moje wielkie :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: i oby te czasy już nigdy nie wróciły:nie:
Wozik77, 2011-09-05 21:37:40
Kaz, Garbus - dzieki. Cieszę się że i Wy w tym tekscie znaleźliście coś swojego.
bysior, 2011-09-06 12:46:02
W końcu znalazłem chwilę wolnego czasu i z kawą usiadłem do czytania. :muza: Piotruś, wraz z każdym kolejnym zdaniem w głowie przewijały mi się moje wspomnienia, jak stare fotografie w kolorze sepii i z postrzępionymi, białymi krańcami... Świetny artykuł, idealne do niego zdjęcia, aż ciarki przechodzą kiedy człowiek tak sobie przypomni podobne przygody i wycieczki na północ od Pułtuska. Ale mimo tego, że te czasy miały swoją niewątpliwą magię... to tak jak pisze Garbus - chyba lepiej niech już nie wracają... :oklasky: :oklasky: :oklasky:
Wozik77, 2011-09-06 21:29:39
Naczelniku :kwadr:, dziękuję za uznanie :kwadr:
Blanek, 2011-09-07 12:37:09
Artykuł klasa! Ale uważaj, bo historia kołem się toczy i może kiedyś, ktoś powie, że Twoje pisanie było początkiem kolejnego przewrotu... ;) Ale tak sobie myślę, że tamte czasy naprawdę były inne. Ludzie chyba bardziej otwarci, weselsi i mniej zagonieni. I choć wielu rzeczy brakowało to wspominamy je z nostalgią. Wolność, jak wszystko na tym świecie ma swoją cenę... Czy aby nie za wysoką?? Gratulacje!
moczykij, 2011-09-30 20:56:18
Wspomnień czar ... Super się czyta :oklasky::oklasky::oklasky: :okok: