W pogoni za sandaczem

Paweł 2010-12-04 Metody i triki

...
Sandaczowy sezon 2010 okazał się dla mnie bardzo interesujący. Chodząc i pływając po Wiśle za tymi pięknymi rybkami przeżyłem kilka miłych chwil. A jeden jesienny dzień szczególnie utkwił mi w pamięci i będę go wspominał w zimowe wieczory!!!
Ale łatwo to wszystko nie przyszło.
Pamiętać trzeba, przede wszystkim, że Wisła roku 2010 to była bardzo trudna woda. Przybory dokonywały nieustannych zmian w konfiguracji dna, dobre miejscówki to się pojawiały, to znikały, co w konsekwencji nie ułatwiło wytypowania potencjalnych jesiennych miejscówek.
Ale wracajmy do sandaczy. Szczególnie jesień jest dobrym okresem połowu sandacza, ale jest to trudne i uciążliwe zadanie. Bo jesień to wiatr, deszcz, zimno, płynące liście, itp. Do tego sandacz to jednak król nocy. Muszę się przyznać, że do tegorocznego jesiennego sandaczowania bardzo starannie się przygotowywałem.
Późną jesienią zeszłego roku postanowiłem podszkolić się (teoretycznie) w połowie sandacza. Oglądałem fotki łowców tej ryby, również na Shrapie mamy kilku fachowców, starałem się zapamiętywać i zapisywać jak najwięcej faktów. Notowałem sobie w jakich godzinach najczęściej są sandacze poławiane. Jesienią 2009 jeszcze skupiłem się na dotychczas ulubionej mojej rybie jesieni, okoniu, ale sandacz już błąkał się po głowie.
Zimą zaczytywałem się w temacie nocnych sandaczy, nawiązywałem kontakty z osobami, które te sandacze łowią regularnie. Mozolnie dopytywałem o najlepsze przynęty, charakterystykę potencjalnych miejscówek….
Powoli nakreślałem sobie plan działania na kolejny rok.
I marzyłem o takich sandaczach.
1 1marzenie

Marzenie się spełniło!!!!
Sandaczowy początek roku 2010 nie nastrajał optymistycznie, wielka woda skreśliła możliwość zapolowania na czerwcowe sandacze, a na nie również miałem ochotę. Dopiero przełom czerwca i lipca pozwolił popróbować. Ten czas był również dla mnie swoistym testem czy mam się co nastawiać na jesienne, wieczorne sandacze. Bo z zasady jestem wędkarskim samotnikiem i zdawałem sobie sprawę, że większość sandaczowych wypraw odbędę sam, w nocy.
1 Fot noc 1

A wiadomo, w nocy wszystkie koty są czarne, za każdym krzakiem czai się zło, a strach…, no cóż, strach ma bardzo wielkie oczy!
Kilka lipcowych nocy, które spędziłem samotnie nad Wisłą pozwoliły mi uwierzyć, że dam radę i jesienią.
1 Fot noc 2

Również doświadczenia czysto wędkarskie tych kilku letnich nocy okazały się nie do przecenienia.
Nauczyłem się, przede wszystkim, spinningować po ciemku lekkimi przynętami, bo to jest dość trudna sztuka. Początki nie były łatwe.
1 Fot noc 3

Druga rzecz – oderwać się jednak z przynętą od dna. Bo sandacz, jak to drapieżnik, wieczorem na żer wychodzi za drobnicą w płytsze rejony.
No i trzecia, równie ważna sprawa – nauczyłem się dość sprawnie obchodzić w warunkach nocnych z aparatem fotograficznym (aczkolwiek nie ma co porównywać zrobienia sobie fotki z rybą w piękną cieplutką lipcową noc z tą samą czynnością czynioną w wieczorną jesienną szarugę….).
Spotkałem również kilku nieznajomych nocnych wędkarzy, z którymi udało mi się porozmawiać, tym samym poszerzając swoją wiedzę.
Powoli oczy mi się otwierały na nocne spinningowanie, dodatkowo kilka złowionych lipcowych i sierpniowych sandaczy utwierdziło mnie w przekonaniu, że obrałem odpowiedni kierunek.
1 sandacz 1

O tych letnich sandaczach nie będę się za bardzo rozpisywał, były one poławiane niejako przy okazji.
Może wspomnę tylko spływ, podczas którego zaparkowałem na jednej z lewobrzeżnych główek i udało mi się mozolnym obławianiem napływu i zapływu skusić 5 sandaczy w przedziale 45-50 centymetrów
Owszem, chciałem je łapać, ale było to jeszcze na etapie eksperymentalnych nocnych połowów, szukania odpowiednich miejscówek czy dobierania nowych przynęt.
2 sandacz 2

Kolejne powodzie i przybory nie pozwalały jakoś za bardzo się rozwijać, ale z cierpliwością czekałem jesieni wierząc, że dobrze będzie.
W międzyczasie połapałem trochę dziennych boleni czy szczupaków, jednocześnie pilnie obserwując wodę.
3 sandacz wisła

I czekałem na informacje z nad wody, że warto już wybrać się na sandacze.
Lecz nie czekałem bezczynnie. Kilka spływów pontonem można by uznać za sandaczowo bezproduktywne, gdyby nie to, że moim celem było badanie dna za pomocą echosondy. Po każdym przyborze wypływałem i obserwowałem zmiany. A zachodziły one bardzo dynamicznie! Po pierwszym przyborze moja Wisła pogłębiła swoje koryto do nie widzianych przez mnie od ponad dwudziestu lat stanów! Drugi przybór zachował tę korzystną tendencję. Niestety ostatni przybór „zepsuł” nieco rzekę. Wypłycił ją, sporo piasku, który został wyrzucony wcześniej na brzegi – powróciło na dno rzeki. Do tego zaobserwowałem liczne przykosy, których po pierwszych przyborach nie było.
No, ale cóż, to nie Rzeka przystosowuje się do wędkarza, tylko wędkarz musi przystosować się do niej!
To wszystko nie zniechęciło mnie jednak i próbowałem plan realizować. Jesiennym przedsmakiem był początek października, kiedy to kolejnych kilka sandaczy po ciemku udało się przechwycić. Nie były to okazy, a rodzynkiem w tym towarzystwie był piękny sześćdziesięcio jedno centymetrowy sandacz.
4 sandacz 3

Kilka wieczornych wypraw udało mi się przeprowadzić z sandaczowymi shrapowymi wyjadaczami, ale i coraz odważniej zapędzałem się sam nad wodę.
Również z wypiekami na twarzy rejestrowałem wszelkie wieści o złowieniu sporych wiślanych sandaczy w drugiej części października, niestety zbiegło się to w czasie z koniecznością przesiadywania do nocy w pracy, na ryby w tym czasie miałem bardzo mało czasu.
Ale godzina zero zbliżała się wielkimi krokami!
Obiecywałem sobie – listopad musi być mój!
I tak się właśnie stało!
Apogeum mojego jesiennego szaleństwa (mojego i trochę mniej sandaczowego) rzeczywiście nastąpiło właśnie w listopadzie.
Z tym, że poprzedzone odpowiednim wywiadem!
17 października, jak już woda się unormowała – spłynąłem pontonem, mało łapiąc, przede wszystkim obserwując dno na echosondzie. Wtedy to namierzyłem kilka obiecujących miejscówek.
5 sandacz wisła

6 sandacz wisła

31 października zdreptałem to samo na piechotę, uważnie obserwując już z brzegu jak wygląda możliwość połowu w określonych miejscach.
7 sandacz wisła

8 sandacz wisła

No i w ten sposób miałem już wytypowane cztery konkretne miejsca, w których postanowiłem spędzić cały listopad i konsekwentnie je obławiać.
Oczywiście równolegle zbroiłem się sprzętowo, przede wszystkim starałem się wzbogacić swój arsenał przynęt sandaczowych. To o tyle było łatwe, że sandacz gustuje podobnie jak boleń, w niedużych rybkach. A jak przypuszczałem, nocny sandacz zjada przede wszystkim ukleje. A przynęt uklejopodobnych, ze względu na to, że uwielbiam bolenie, miałem pod dostatkiem. Ale dokupiłem też sporo nowych przynęt, wśród nich właśnie była przynęta, która okazała się killerem na jesienne sandacze!
Trzy kije zostały wyczyszczone, na kołowrotki nawinąłem nowe plecionki, drobiazgi też w gotowości.
I w ten oto sposób - już byłem przygotowany do stawienia czoła listopadowym potworom!
Nadszedł listopad!!!
Okazało się, że moja determinacja i chęć połapania sandaczy była wielka. Konsekwentnie, kilka razy w tygodniu wyruszałem po zmroku nad Wisłę. W większości przypadków były to wycieczki samotne. Praktycznie całkowicie odpuściłem ulubione dotychczas ryby jesieni – okonie!
Poniżej przedstawię, w formie notatnika z nad wody, streszczenie (pełną wersję mam w swojej osobistej dokumentacji) moich listopadowych wzlotów i upadków.

3 listopada - pierwsza listopadowa samotna wyprawa - to trzy sandacze, w tym tylko jeden wymiarowy. Ale już wtedy, wzbogacony październikowymi doświadczeniami, miałem swoich przynętowych faworytów. Brań tego dnia miałem więcej, ale zaciąć nie mogłem.
9 sandacz


6 listopada – kolejny wypad. Zmiana zestawu na znacznie lżejszy. Pozostał spory kołowrotek, plecionka odrobinę tylko cieńsza, przynęty bez zmian. Tylko kij diametralnie różny. Z porządnego wiślanego wędziska przerzuciłem się na znacznie delikatniejszy, sandaczowy sprzęt.
I to było to! Ten dzień opiszę trochę szerzej…. bo warto! Bo okazało się, że, mimo tak niesprzyjającej aury, był to najpiękniejszy dzień tej jesieni!
To była sobota, cały dzień padało, wieczorem też, ale wybrać się musiałem. Nie było innej opcji! Nad wodą byłem sam, mimo, że to była dopiero 16.30. Ale fakt, ciemno już było jak u Murzyna… w piwnicy!
Łowisko to taka mini główka, bardziej odkos brzegowy. Ale i tak wysunięty nieco w wodę, brzeg od wiatru nie chronił. Zacząłem jeszcze tradycyjnie, niedużą gumą na lekkiej główce, najpierw perłowym twisterkiem, potem mannsowskim ripperkiem. Nic, żadnego puknięcia. Więc szybko zmieniam na sprawdzonego ostatnio…. tonącego woblera. Trafiony zatopiony można by rzec! Od razu w pierwszym rzucie mam branie. W opadzie, nie podczas prowadzenia! Zacinam nieśmiało i jest! Szybki hol, miarka, jest wymiar. Następny rzut i jest kolejny, tym razem niemiarowy. Kolejne dwa, trzy rzuty bez brania, no i niestety strata woblera. Na szczęście mam kilka takich samych. Więc nie daję mu już dochodzić do dna, skoki robię wyżej, tak w pół wody. Aha, dodam jeszcze, że tam głęboko nie było, jakieś maksymalnie dwa i pół metra, dno raczej czepliwe (kamienie).
Prowadzenie woblera w wyższych partiach wody dało piorunujący efekt! Co kilka rzutów miałem solidne brania. I ryby były coraz okazalsze. Wszystkie dobrze zapięte na kotwiczkach, i co ciekawe – wszystkie za dolną szczękę! Następnej godziny nie potrafię opowiedzieć. Silny wiatr, coraz mocniej padający deszcz oraz… żerowanie sandaczy powodują i we mnie jakieś szaleństwo!
10 sandacz

11 sandacz

W każdym razie, w ciągu niecałych trzech godzin wyholowanych dziewięć sandaczy, w tym siedem wymiarowych, cztery sztuki ponad sześćdziesiąt centymetrów!!! Kolejno: 48 cm, niewymiar, 61, niewymiar, 57, 55, 64, 62 i 66 cm.
12 sandacz

Naprawdę, jak dla mnie istne szaleństwo! Byłem sam nad Wisłą, deszcz w oczy w ogóle mi nie przeszkadzał! Naprawdę, dla mnie było to spełnienie listopadowych marzeń! W końcu, zmoknięty, ale szczęśliwy, bez żalu zakończyłem połów ok. godziny 19.00, mimo, że mogłem jeszcze powalczyć! Uznałem, że rybki też muszą odpocząć! Choć nie ukrywam, rzęsisty deszcz, a także zmoknięcie i całkowite zaparowanie aparatu fotograficznego dopomogły mi w podjęciu decyzji o powrocie do domu.
13 sandacz


7 listopada – odpuszczam, wczorajszego szczęścia było aż nadto

8 listopada – o 17.00 wróciłem z pracy, o 19.30 musiałem być z powrotem w domu. Może i mało czasu, ale…. 5 minut autobusem, 25 z buta, godzina łapania, kolejne 30 z powrotem. Szybka myśl: dam radę!
Godzinka z wędką zaowocowała dwoma wymiarowymi sandaczykami po ok. 50 cm oraz potężnym niezaciętym walnięciem! Pogoda była spokojna, stabilna, bez wiatru , deszczyk lekko siąpił, ciepło, dobre 10 st.
14 sandacz


9 listopada - rozgwieżdżone niebo, chłodniej, godzinka nad wodą (20-21), bez brania. Woda podniosła się o ok. 15 cm. Spostrzeżenie na gorąco: za późno byłem nad wodą!!! O 20.00 woda jeszcze trochę „żyła”, o 21.00 cisza jak makiem zasiał, nawet bobry wracały już do swoich schronisk….
W miejscu tego połowu po raz kolejny zaobserwowałem pojedyncze martwe ukleje na kamieniach, pozostałość po żywczarzach. A może to ma przełożenie na fakt, że dość skuteczną metodą w tym określonym miejscu jest „tonący wobler w dryfie z opadu”? Wszak w opadającym luźno woblerze może być tyle samo życia ile w martwej uklejce! A wędkarze tymi uklejkami podczas zmiany przynęty na nową mogą…… nieźle nęcić (wyrzucając rybki do wody).

10 listopada – przyzwoita pogoda, ciepło, wiaterek raczej słaby. Kolejna godzinka nad wodą (19.30-20.30 obłowienie dwóch miejsc nie przynosi efektów.
Po tym dniu doszedłem do przekonania, że tak właśnie trzeba – godzinka, max dwie nad wodą, i jeśli nie bierze to do domu, a jeśli sandacz żeruje – walka dłużej! I drugie spostrzeżenie: chyba trzeba szukać, nie przywiązywać się do jednej miejscówki, każdego wieczora obrzucać dwa, trzy miejsca.

11 listopada – pogoda paskudna, wiatr zachodni, zmieniający się na północny, deszcz w oczy, znacznie zimnej niż wczoraj. Nad wodą tym razem wcześniej i trochę dłużej(16-18), kolejne dwie miejscówki obłowione, jedyny sandacz (miarowy) wyholowany w jednym z tradycyjnych „trzech ostatnich rzutów”.

Jako ciekawostkę tego dnia traktuję kolejne już wbicie kotwicy woblerka w dłoń. Zawsze w takich momentach ciepło mi się robi na myśl, że może mnie to wyłączyć na kilka dni z wędkowania (szczególnie pod koniec sezonu). Tym razem rzecz tyczyła wskazującego palca lewej dłoni – czyli ważnego narzędzia przy zmianie przynęty zgrabiałymi paluchami. Na szczęście ma się już to doświadczenie i świadomość, że najważniejsza jest… pierwsza minuta. Albo wyrwiesz, albo… zaczynają się kłopoty! Mi szczęście dopisało!

12 listopada – nadal lekko pada, wieje, nad wodą jedno ledwie puknięcie na dwie godziny. Cóż, chyba trzeba odpocząć trochę…..

17 listopada – To się nazywa odpoczynek od ryb! Całe cztery dni wytrzymałem. Ale tym bardziej wyposzczony, korzystam z faktu, że udało mi się wyrwać z pracy „równo z syreną”. O 19.00 nad wodą, bardzo ciepło, ok. 10 stopni, nieustanny siąpik, wiaterek lekki od wschodu, taki „zgniły wyż”. Po półtorej godziny rzucania odwrót, nic się nie dzieje……, nuda……

19 listopada – No i po co ja dzisiaj poszedłem na te ryby? Bliskie spotkanie z szarpakowcami skutecznie zepsuło mi humor na cały weekend. Człowiek niby wie co się dzieje nad wodami, ale jak go to spotka nad swoja wodą – smuci, złości i boli……

22 listopada – dziś godzinka między 16 a 17. Mocno wiało, zaczynało padać, ale poszedłem, żeby się przełamać. Klina klinem, żeby mnie trauma nie trzymała po piątkowym dniu z szarpakowcami. Dobrze zrobiłem, brania nawet nie miałem, ale szczęśliwie żadnego łachudry nad wodą nie widziałem.
Robi się chłodniej, na koniec tygodnia lekki mróz zapowiadają, trzeba być zwartym i gotowym!

24 listopada – dwie godzinki nad wodą, jedno branie, zaczyna się coraz chłodniej robić…..

26 listopada – od 16 do 19 bez jakiegokolwiek kontaktu, sztywniejąca na mrozie plecionka trochę przeszkadza. Wystarczyło odłożyć na chwilę sprzęt (łyk herbaty w takich warunkach jest bezcenny) i już trzeba było rozmrażać cztery najmniejsze przelotki, tak szybko zamarzały. Czyżby sezon się kończył? Niemożliwe!
17 sandacz wisła

18 sandacz wisła


27 listopada – a może jednak możliwe? Praca w domu nie pozwoliła mi wybrać się nad Wisłę za dnia, a o zmierzchu mocno sypnęło śniegiem………..

28 listopada – ależ nasypało śniegu! Obawa, że to może być koniec sezonu kazała mi wybrać się nad Wisłę, być może pożegnać się z sandaczami. Pociesza mnie jedno: ja się z nimi pożegnałem, ale one ze mną nie! Czyli liczą, że jeszcze się tej jesieni (zimy?) spotkamy. I tej myśli będę się trzymał…….
19 sandacz wisła


Kolejne dni to już gwałtowny atak zimy. W nocy spadki temperatur poniżej 20 stopni mrozu, zawieje i zamiecie śnieżne, komunikacyjny paraliż.
Rzeką plynie kra....
Serce podpowiada, że jeszcze da radę w tym roku odwiedzić Wisłę z wędką, rozum niestety kiwa przecząco głową.
Zobaczymy co nam grudzień przyniesie……

Cóż, pozostało mi jeszcze krótko podsumować ten sezon sandaczowy.
Trochę statystyki w naszym pięknym hobby.
Przeglądając notatki wychodzi mi, że wieczorno-nocny sandacz był w tym roku celem moich około trzydziestu wypraw (w tym czternaście listopadowych!). Jak na rok, w którym Królowa długo broniła się przed wędkarzami (kilka powodzi) jest to ilość dość godna. Złapałem około 60 sandaczy, z czego prawie połowa była wymiarowa. Średnio dwa sandacze na wyjście, w tym jeden wymiarowy.
Największy sandacz to ledwie 66 cm, czyli ponad 20 cm mniej niż moja życiówka sprzed kilku lat. Ale wtedy złapałem w sezonie może dwa, trzy sandacze, czyli tamtego dużego sandacza muszę zakwalifikować do grupy wędkarskich fuksów.
Teraz sandaczy złapałem kilkadziesiąt!
Prawie wszystkie tegoroczne sandacze złapałem wieczorem, po zmroku. O ile mnie pamięć i notatki nie mylą, tylko trzy wymiarowe sandacze trafiły się za dnia. Najpóźniejszy jesienny (trzynastego, nomen omen, października) sandacz zagryzł o 22.00 czyli 4 godziny po zmierzchu. Ostatni w sezonie 24 listopada. Żadnego bodajże sandacza nie złowiłem po północy czy nad ranem, ale na to jest logiczne wytłumaczenie: więcej niż 90% wyjść odbyłem wieczorem, bez pozostawania całą noc.
Wszystkie letnie sandacze złapałem na woblery, wszystkie dzienne (3 szt.) sandacze złapane zostały na gumy. A listopad to praktycznie znowu tylko woblery, zwłaszcza jeden model okazał się niezwykle skuteczny. Pod koniec sezonu miałem już dość wąsko wyselekcjonowane przynęty.
21 przynety

Nawet biorąc pod uwagę, że statystyka jest nieco wypaczona dwoma zdarzeniami (lipcowe 5 sztuk i listopadowe 9 sztuk podczas jednego wyjścia), to i tak jestem bardzo zadowolony z sandaczowego sezonu 2010!
Bo to był przecież rok uczenia się nocnego sandaczowania!!!

A przy okazji: Krzysiu (krzyko) i Pawle (Bizoniku) – dziękuję za liczne rady i towarzystwo!

Skrupulatne tegoroczne notatki i zdobyte doświadczenie zaowocują, mam nadzieję, większymi sukcesami w kolejnym sezonie.

Na przyszły rok planuję więcej sandaczowych wypraw, bo wierzę, że następny rok na Wiśle nie będzie już tak nieprzewidywalny jak obecny, a Wielka Rzeka uspokoi się po tegorocznych szaleństwach na kilka lat.

Obiecuję, że za rok, bez względu na efekty, napiszę „W pogoni za sandaczem 2011”
Bo dla mnie wiślany sezon 2011 będzie sezonem SANDACZA!!!!!!
I mając nadzieję, że w bieżącym roku pogoda pozwoli jeszcze połapać w grudniu (choć nadzieja ta z dnia na dzień topnieje) – już czekam na środę, pierwszego czerwca 2011……….

Paweł Popławski

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (13)

Blanek, 2010-12-08 16:48:40
Bardzo profesjonalne podejście do tematu. Artykuł pouczający, zawiera wiele cennych informacji. Życzę Ci super okazów i niezapomnianych wspomnień w 2011! Jakby nie aura za oknem to już bym pojechał...
krzyko, 2010-12-08 17:56:30
Jednym tchem przeczytałem relację z Twojego sezonu sandaczowego i jako nie do końca ukształtowany nocny łowca :haha: mogę stwierdzić że zaiponowałeś mi Pawełku swoim zacięciem w dążeniu do celu.Jeżeli wytrwasz w swoich dociekaniach będziesz łowił z premedytacją przyzwoite sandacze w nocy na sztuczne przynęty.Nocne spiningowanie w kamienistym terenie to łowienie nie dla wygodnickich, a Ty jesteś Wiślanym twardzielem i dlatego oficjalnie na forum obiecuję, że jeśli tylko zechcesz pomogę Ci szybciej zgłębiać tajniki tej trudnej sztuki:okok:.
Kaz, 2010-12-08 20:51:00
Pawełku mimo wszystko barzo Ci zazdroszczę tych dni jakie spędziłeś na rybkach,czy to dni lepsze czy gorsze ale bywałeś.Ja niestety doszedłem do wniosku, że jestem pracocholikiem, spędzam tyle dni w pracy że sam się na tym łapię że nie wiem który to już jest dzień tygodnia.Więc jak czytam twój wspaniały artykuł to mi żal D..... ściska, że ja niestety niemam się czym pochwalić.Kurcze wspaniale to napisałeś .:okok::oklasky::oklasky::oklasky:
Kaz, 2010-12-08 20:52:46
Kurka wodna idę się wybeczeć gdzieś w samotności.:beczy:
gusto, 2010-12-08 20:56:46
Świetny artykuł jak bym tam był i zamiast Ciebie łowił,chociaż nigdy nie łowiłem tej ryby jedynie z przypadku trafił się jeden 1,20kg.No i gradki za wytrwałość:oklasky::oklasky::oklasky:
Wozik77, 2010-12-08 21:59:09
Pawełku. Tak jak napisał jeden z poprzedników - profesjonalne podejście do tematu zaowocowało sukcesami. Powiem Ci więcej - czytałem to jednym tchem bo ja jestem na początku drogi, którą w tym artykule opisałeś. Zimę poświęcam teorii sandaczowej a w przyszłym roku chcę troszkę więcej niż w tym liznąć praktyki w połowie tej ryby. Imponuje mi ilość czasu jaką poświęciłeś "nowej" dla siebie rybie - mi pewnie tyle dane nie będzie, no ale będę to wszystko jakoś godził. Jeszcze raz gratulacje :oklasky: Pierwsze koty za płoty ( choć w Twoim przypadku to już niezłe wyniki), a rok 2011 ogłaszamy "Rokiem Sandacza" :kwadr: i życzymy wszystkim pięknych ryb!
tymon, 2010-12-09 07:33:42
Nic dodać nic ująć. Gratuluję udanego sezonu sandaczowego, bo można go tak nazwać bez dwóch zdań :oklasky: A kolejny rok będzie mam nadzieję bardziej łaskawy niż obecny.
colednik, 2010-12-09 10:59:52
Gratki. Super się czytało pozdr.
morouk, 2010-12-09 11:27:24
Trzeba się przyłożyć do tych sandaczy, bo jak widać - można je łowić Dla mnie rok 2011 będzie również rokiem Sandacza oraz Bolenia Fajny art.!
Bizonik, 2010-12-14 23:14:52
Po długich namysłach w końcu napisze to co leży mi na sercu. Po przeczytaniu tekstu zaparło mi dech w piersiach i nie potrafiłem zebrać się do skomentowania artykułu. Po przeczytaniu go kilkakrotnie doszedłem do wniosku ze jesteś Pawełku jedna z niewielu osób jakie znam u których teoria idzie z praktyka na jednym poziomie. Przygotowywałeś się merytorycznie do tego sezonu a potem wyśmienicie wykorzystałeś wszystkie wiadomości jakie uzyskałeś. Nie ma co ukrywać że świetnie połowiłeś i troszkę Ci zazdroszczę ale. No właśnie ale jesteś druga osoba która namawiała mnie na skorzystanie z dobrodziejstwa woblera i Tobie się to udało za co jestem dozgonnie wdzięczny. Mam nadzieje ze tak jak w tym sezonie tak i w następnych wspólnie będziemy penetrować wiślane główki i rozwiązywać tajemnice wielkiej rzeki. Może za jakis czas przyjdzie na rok suma czego Tobie i innym wiślakom życze. Z wędkarskim pozdrowiem Paweł Bizonik
adam-z82, 2011-01-30 11:14:39
Po pierwsze szczere gratulacje :oklasky: Po drugie, bardzo zainteresował mnie ten "artykuł".Ponieważ czytam i widzę na zdjęciach miejscówki i wodę na której spinninguje. Odcinek od świdra do mostu siekierkowskiego, na prawej stronie znam na pamięć! Od betonu straszna presja na wodzie i brzegu. Po trzecie, serce sie raduje jak widzę takie rybki na "mojej wodzie". Listopad Faktycznie był rewelacyjny :okok: Postaram się go opisać na blogu. Po prostu wiślane eldorado dla wtajemniczonych!!! Pozdrawiam :hejka:
moczykij, 2011-10-15 09:24:27
Coś tak patrzę że na S-D , są tylko takie artykuły które świetnie się czyta :D Czekam na relację 2011 .
morouk, 2012-09-22 19:34:20
Fajny artykuł, z przyjemnością wróciłem do potyczek Pawła z sandaczami. Aż prosi się o kolejną część tego tekstu, tym razem z połowów sandaczy w tym sezonie ;)