W pogoni za boleniem

Paweł 2013-11-25 Metody i triki

...
Boleń piękną rybą jest. Silną, szybką, przebiegłą! W dużej mierze dzięki tej rybie Rzeka w letnich miesiącach żyje! W moich planach - sezon 2013 miał być sezonem rapy właśnie. Nieprzypadkowo…

Boleń od zawsze był moim ulubionym drapieżnikiem. Ale od zawsze miałem też kilku innych ulubionych drapieżców, ze specjalnym uwzględnieniem sandacza znad Wisły i okonia ze wszelkiego rodzaju starorzeczy...
Niestety, obecne czasy i nasze polskie realia spowodowały, że „zębatych” drapieżników ubywa z naszych wód w tempie zastraszającym. Celowe polowania na przykład na sandacza jest zajęciem w coraz większym stopniu pozwalającym bardziej na podziwianie pięknej polskiej przyrody niż efektywne łowienie… Niby też dobrze, ale nie do końca o to nam chodzi gdy ruszamy z wędką nad wodę…

Wróćmy jednak do naszego tytułowego bohatera.


Zanim spotkamy się w tym tekście z pierwszym majowym boleniem roku 2013 – pokrótce opiszę swoje przygotowania do sezonu. Bezpośrednich źródeł tak mocnego mojego nastawienia się tylko na jedną rybę upatruję w zeszłorocznej, historycznej niżówce na Wiśle. Królowa niosła tak mało wody, że moje ulubione miejscówki były strasznie wypłycone, z czym całkowicie sobie nie poradziłem. O ile z boleniem było jeszcze w moim wykonaniu jako tako – z innymi rybami przegrałem sromotnie! I wtedy zaświtała myśl: w następnym roku trzeba skupić się na tych rybach, które są, pływają i da się je łowić w miarę regularnie!!!

Przygotowania szły, można powiedzieć, na kilku płaszczyznach: sprzętowej, teoretycznej czy mentalnej. Faktem jest, że od czasu jak zimowe dni w znacznej mierze poświęcam łowieniu pod lodem oraz polowaniu na trocie, czasu w zimie jakby mniej. Ale że jednak wieczory długie są - da się trochę czasu wygospodarować na planowanie wędkarskiej przyszłości...

Teoria


Osobiście bardzo lubiłem, lubię i mam nadzieję nadal lubić czytać prasę wędkarską, nawet tę nieco starszą. Z tych staroci ciężko czerpać wiedzę o sprzęcie, ale sporo można się dowiedzieć sposobów czy trików. W obecnych czasach doszły portale wędkarskie, ale tutaj trzeba ostrożnie i wybiórczo. Ja tej zimy poza standardowym wertowaniem wszelkich możliwych czasopism ze swojego wieloletniego archiwum (m.in. WW, WŚ, WP, WMH) popadłem w oglądanie filmów wszelkiego rodzaju i trafiłem na dwie, moim zdaniem, perełki o boleniu. Oba wydane przez WMH: w jednym z nich głównym bohaterem jest odrzański wyjadacz Marian Firlej, w drugim nasz kolega portalowy, Wiślak, Kamil Walicki. Oba te filmy prowadzone są bardzo podobnie, prócz przekazywanej wiedzy mają swój specyficzny klimat. Ileż ja razy te filmy oglądałem to wiem tylko ja! Uzyskałem z nich mnóstwo ciekawych informacji, m.in. o ustawianiu hamulca w kołowrotku, zwyczajach boleni czy strategii połowu. Naprawdę już w sezonie 2013 bardzo dużo wykorzystałem zawartych tam prawd o boleniu… Jak również potwierdziłem swoją wcześniej nabytą doświadczalnie wiedzę. Szczerze polecam te dwie pozycje…

Sprzęt


Oczywiście nie kupowałem na wariata nowych wędzisk czy kołowrotków. Wszak lata wędkowania pozwoliły uzbierać odpowiednie zasoby sprzętowe. I pokrótce o nich.

Wędki:

- stary, dwudziestokilkuletni trzymetrowy Balzer Magna do 15 gram, jednak, że łamany już dwa razy w kołach roweru jego moc poprzez naprawy jest nieco większa,

- typowo boleniowy Cormoran Black Star Distance Power 305 cm, 8-35 gram,

- w rezerwie strategicznej dwie Daiwki: Megafoce 300 cm, cw do 21 gram (oczywiście nadłamany dwa lata wstecz) oraz Drop-Shot 303 cm, do 40 gram (jakże by inaczej, tego też złamałem, aczkolwiek dopiero we wrześniu 2013…). Czyli jak widać – kije dość długie i po przejściach.

Kołowrotki:

- Team Daiwa 3012D, którą, jak się później niespodziewanie okazało, walczyłem przez większą część sezonu,

- Daiwa Lexa 3000SH, przygotowany przez firmę Daiwa hit (ale czy na pewno hit?) sezonu, jedyna poważna rzecz zakupiona pod bolenia, ale o niej jeszcze wspomnę w dalszej części tekstu,

- w odwodzie RedArc 3000, zszargał mi on niemal nerwy późnym latem i którego już się z radością pozbyłem...

O agrafkach, krętlikach jak również przyponach odpornych na przyłowowe zębate drapieżniki nie wspomnę. Jeśli chodzi o żyłkę – w tym roku postawiłem mocno na Dragona HM80 w grubościach 0,18, 0,20 oraz 0,22 mm. Wybór tej akurat żyłki w początkowej fazie sezonu doprowadził mnie do frustracji, nie z winy żyłki jednakowoż. Ale o tym nieco później...

Ze sprzętu zostały jeszcze przynęty. Być może najważniejsza część tematu. Ale o nich opowiem dokładniej opisując kolejne miesiące mojego boleniowego sezonu. Nie ukrywam jednak, że w kwestii przynęt ten rok w moim osobistym wykonaniu to rewolucja w najczystszej postaci!!!

Przedwiośnie


Ten czas nad wodą to dla mnie okres wnikliwej obserwacji wody. Bardzo lubię na przedwiośniu cieszyć się budzącą się do życia przyrodą przy feederkach, baciku czy bardziej absorbującej przepływance, z jednoczesną obserwacją nieśmiałych boleniowych ataków. Taka wiedza pozwala od samego początku sezonu spinningowego dobrze zdiagnozować potencjalne sposoby połowu i, przede wszystkim, miejsca pobytu boleni.
Nie inaczej było w tym roku. Już 5-go marca siedziałem sobie spokojnie nad Wisłą z feederkami ciesząc się wiosenną pogodą.


Nawet najodleglejsza myśl nie pojawiła mi się w głowie, że to jeszcze nie czas. Że jeszcze spadnie śnieg, że jeszcze zima powróci...

Że następne takie słoneczne i w miarę ciepłe dni dopiero za miesiąc z haczykiem.

Ale przyznam, że przewrotnie trochę cieszyłem się z takiej niewiosennej pogody. Bolenie nie zostały zdziesiątkowane już w kwietniu przez wędkarzy-kłusowników, a także nie zostały pokłute przez tych wędkarzy, którzy inaczej ode mnie interpretują reguły tyczące połowu (z jednoczesnym wypuszczaniem) ryb w okresie ochronnym.
Dopiero druga połowa kwietnia przywróciła nadzieję na wiosenne ocieplenie.

Maj. Początki są najpiękniejsze.


Już w kwietniu wiedziałem jedno. Że początek sezonu będzie bardzo trudny. Długa zima i dość wysoka woda wymuszały szukanie nietypowych miejsc połowu bolenia. Od razu wykreśliłem, przynajmniej na kilka pierwszych dni, warkocze za główkami czy odkosy z silnym prądem na opaskach i burtach.

Ryb postanowiłem szukać na znanych sobie kantach, które w lato są piaskowymi łachami czy nawet płytkimi przykoskami, a przy takim stanie wody miały nad sobą metr czy półtora wody. Dla mnie, boleniarza-obserwatora lubiącego polować na upatrzonego, nie była to łatwa decyzja. Ale wcześniejsze obserwacje wyraźnie wskazywały, że boleń raczej przez jakiś czas polował będzie w sposób niewidoczny, niezbyt spektakularny.

Pierwszego maja, niedługo po świcie, stawiłem się w pierwsze z dwu wytypowanych miejsc.

Kant nad którym spodziewałem się ryb był oddalony od brzegu około dwadzieścia metrów. Wody nad nim było, zależnie od miejsca, od metra do nawet dwóch. Pierwszą z przynęt, na którą postawiłem z przekonaniem to mój ulubiony majowy wobler – Gloog Hermes. Lubię go za wyczuwalną pracę. Jego dodatkowym atutem, w tym akurat przypadku, był fakt, że można go było relatywnie wolno poprowadzić tuż nad piaskiem czyli nie pod samą powierzchnią wody. Hm…, wobler ten jednak nie zadziałał co mogło oznaczać, że albo ryb tutaj nie ma, albo coś trzeba zmienić. Jako optymista uznałem, że ryby jednak są, a jedynie wymagają zmiany podejścia. I od razu druga przynęta zadziała! Tutaj malutka dygresja. W zeszłym roku bardzo mi się spodobały boleniowe woblery Bonito w wielkości 4,5 cm bodajże. Dlatego też w zimę zakupiłem kilka sztuk jeszcze, ale w rozmiarze 7 cm, który na początek sezonu wydawał mi się odpowiedni.

I taki właśnie tonący Bonito wydłubał pierwszego bolenia sezonu. 66 cm uznałem za dobrą wróżbę na początek sezonu...



Jednak drobna uwaga do tego woblera jest nieodzowna. Skuteczność i praca w porządku, ale kotwice to, moim zdaniem, kryminał! Żeby taki niezbyt przecież waleczny wiosenny boleń holowany na żyłce omal nie wyprostował jednej z kotwic? Od razu nad wodą podmieniłem kotwiczki i dalej było ok. Poranną szychtą udało mi się jeszcze wyholować kolejnego, mniejszego jednak drapieżnika. Również na niebieskiego boniciaka!

A po południu radosna powtórka! Też dwie ryby, też obie „niewidoczne”, złowione bliżej dna. Lecz tym razem obie na Hermesa, również w odcieniu niebieskim...

Ale nie denerwuj się Czytelniku!

Nie będę opisywał dzień po dniu całego sezonu! Jednak Pierwszy Maja co roku jest dla mnie bardzo magiczną datą! I jest to dzień, który jest zarówno bardzo wyczekiwany wcześniej jak również dobrze pamiętany później! Cztery bolenie pierwszego dnia sezonu to dla mnie, w obecnych czasach, wynik co najmniej satysfakcjonujący i dający nadzieję na dobry sezon…
Kolejne dni majówki nie były już tak dobre, a i pogoda nie dopisywała raczej.

Bolenie wciąż nie pokazywały się, rzeźbienie mętnej wody, przy średnio ciepłej pogodzie, przynosiły pojedyncze ryby, jednak wielkością powalić nie chciały!

Dopiero piątego maja zaświeciło słonko, bolenie nieśmiało zaczęły się pokazywać bliżej powierzchni wody, a przyroda budzić do życia. Nawet moje ulubione bobry zaczęły radośniej i żwawiej poruszać się po wodzie...

A kilka kolejnych dni to przyborek, który utrudnił dość znacznie przemieszczanie się po miejscówkach.

W tym czasie numer jeden wśród przynęt to zdecydowanie niebieskawy Hermes, szczególnie jedno branie zapamiętam – boleń walnął w prawie wyciąganą z wody przynętę i z miejsca zabrał dobrych kilka metrów żyłki z kołowrotka.

I może właśnie czas na kilka słów o pierwszych wrażenich z kręcenia tym czysto boleniowym kołowrotkiem. Daiwa Lexa 3000SH.



Czytając różnego rodzaju opinie pierwsze na co każdy zwraca uwagę to przełożenie 6,2:1. W połączeniu z szeroką szpulą daje ponad metr zebranej żyłki na jeden obrót! Czyli boleniowa błyskawica, na którą i ja zwróciłem od razu uwagę. Ale umówmy się – do połowu rapy aż tak duży nawój żyłki nie jest niezbędny! Ale… przydatny, jedynie trzeba się trochę przestawić… Natomiast już po kilku dniach użytkowania mogłem śmiało ocenić, że ten kołowrotek ma coś jeszcze lepszego! Hamulec! Precyzyjny do bólu! Ja lubię zaczynać sezon boleniowy dość cienko, w granicach 0,18 mm, dochodząc dopiero późnym latem do średnicy żyłki 0,25 mm. I nawet na takiej cienkiej "osiemnastce" niestraszne jest uderzenie bolenia „spod kija”. Hamulec oddaje żyłkę perfekcyjnie, niezwykle równomiernie… Oczywiście od wędkarza zależy jak ten hamulec jest ustawiony. O innych zaletach i rewolucyjnych nowinkach kołowrotka (a takowe ma) opowiadać nie będę, wszak jeżeli dobrze się sprawuje - to co za różnica co ma w środku… Jedynie dodam jeszcze, że chodzi bardzo płynnie aczkolwiek nie ma w sobie zbyt dużej odczuwalnej mocy (to subiektywna moja opinia).

Tyle dobrego napisałem o tym kołowrotku, ale… tegoroczne łowienie Lexą to dla mnie jednak spory zawód! Po kilku już dniach zaczęło się sypać łożysko w rolce. Po trzech tygodniach oddałem w ramach reklamacji. Przyjęto. O dalszych reperkusjach opowiadać szerzej nie będę – to nie wina kołowrotka chyba. W każdym razie później oddałem go raz jeszcze do reklamacji, a w konsekwencji od września jestem posiadaczem nowego egzemplarza Lexy, z którego jestem w miarę zadowolony. Dlaczego „w miarę”? Ponieważ Lexa, moim zdaniem, słabo współgra ze sztywną żyłką, a taką jest Dragon HM80. Niestety, nawinięcie po boleniowemu „pod rant” (nawinięcie prawidłowe!) szpuli powoduje zsuwanie się jej po szpuli w dół i wkręcanie się jak widać na poniższym zdjęciu.

Zdarzało mi się to w obu egzemplarzach. Mam sugestię od fachowca, żeby pokombinować z podkładkami, może to coś pomoże… Na pewno spróbuję.

Trochę rozpisałem się o kołowrotku, ale to miał być dla mnie boleniowy hit sprzętowy, a na razie wyszło jak wyszło. Mam nadzieję, że następne sezony (na dłuższym dystansie czasowym) zweryfikują pozytywnie wartość tego kołowrotka.

A wracając do maja nad Rzeką... Końcówka miesiąca wędkarsko nie powalała na kolana. Efekty jakieś były oczywiście, ale bardziej cieszyłem wzrok pięknymi okolicznościami majowej przyrody,




Czerwiec. Czas próby.


Czerwiec okazał się wspaniałym miesiącem. Cieszyłem oczy widokami, cieszyłem duszę samotnością… Cieszyłem bolenie swoją nieudolnością… Tak, tak, bo po pierwszych kilku dniach tego miesiąca kiedy coś tam jeszcze łowiłem...

... nastąpił czas bezrybia. To znaczy ja nic złowić nie mogłem! Ale za to jakie wspaniałe to było obcowanie z przyrodą… Był to czas dość dużej i mętnej wody i niedostępności brzegów.


Ale przewrotnie czerwiec pokazał, że chyba dorosłem już do momentu, w którym tak bardzo mnie cieszy obcowanie z przepiękną przyrodą, wędrowanie w samotności, akceptowanie w jakimś stopniu faktu, że mimo, iż istotą wędkarstwa jest ryba – bez złowienia Jej też potrafię czuć się spełnionym... W czerwcu przedzierałem się przez zalane wodą chaszcze, niekiedy wystarczały wodery, niekiedy i spodniobuty za krótkie były.



Nikt tam nie chodził, nikt mi nie przeszkadzał. Prócz oczywiście naszego Kolegi Marcina, którego kilkakrotnie namierzyłem jak walczył ze swojej zgrabnej pychóweczki...

Dopiero końcówka miesiąca to powolny spadek wody


Podsumowując tę pierwszą część sezonu boleniowego przyznać muszę, że łatwo nie było. Choć przecież ryb było niemało. Jeśli chodzi o przynęty – niekwestionowanym królem maja i czerwca był Gloog Hermes we wszelkiego rodzaju odcieniach niebieskich.

Lipiec. Pełnia sezonu.


Zaczęła się stabilizacja Wisły, a dokładniej stabilne obniżanie poziomu wody, zaczęła się też ona klarować. Rozpoczął się bardzo dobry wędkarski czas!

A ja właśnie wtedy postanowiłem diametralnie zmienić asortyment przynęt w pudełku. Rozpocząłem osobistą rewolucję przynętową. W domu zostawiałem skuteczne na wiosnę Hermesy czy Bonito, ba, pozbyłem się też z pudełka bardzo skutecznych poprzedniego lata Sieków.
Na tapetę postanowiłem wziąć woblery robione przez wytwórców indywidualnych. Inna praca, inny wygląd, inne sposoby prowadzenia. Wiedzę na ten temat zasięgałem głównie na portalach wędkarskich. Acz przyznać muszę, że „zaczynem” tego pomysłu były woblery DL Slim 7 i 9, które zakupiłem już w kwietniu, a które przeleżały u mnie bezczynnie dwa miesiące. W lipcu zwłaszcza Slim 7 okazał się niezwykle skuteczny.


Najlepszy wynik na ten jeden wobler to 9 boleni w cztery około południowe godziny. Ryby duże nie były, ale miałem wrażenie, że gdzie nie wrzuciłem woblera – wyskakiwała po niego rapka i zasysała ze smakiem!

W ogóle lipiec to był fajny boleniowy miesiąc. Długie dni, przez opadającą wodę odkrywały się nowe miejsca, piękne lato! Brakło mi tylko jednego: większych ryb… Ale skoro ilość nie przerodziła się w jakość – cieszyłem się z tej ilości!

Choć przecież raz na jakiś czas trafiały się troszeczkę przyzwoitsze…

I cieszyłem się pięknym latem oraz korzystną do połowu bolenia klarowną wodą…



Sierpień. Chwile wytchnienia.


Miesiąc troszeczkę przeze mnie zmarnowany. Jak co roku! Po kilkudziesięciu już wyjściach nad wodę w sezonie zawsze mam swego rodzaju wędkarski przesyt w tym czasie. Poza tym to czas przygotować do urlopu w górach. Ale w sierpniu też zanotowałem sporo pozytywów. W tym miesiącu łowiłem głównie na Slimy, których dokupiłem sztuk kilka, a do dalej żerujących boleni sięgałem cięższymi woblerami naszego kolegi Krystiana (Krystek) oraz klasycznymi boleniowymi ołowiankami. Oczywiście, zwłaszcza przy burtach, opaskach czy w warkoczu używałem nieśmiertelnych rapalek i innych smukłych, pływających woblerów.



W tym miesiącu zainaugurowałem też połów na woblery Tomy’ego, których praca bardzo mi odpowiada ze względu na to, że chodzą trochę inaczej niż typowe przynęty na rapę.


No i zacząłem też skakać po trudniejszych rewirach.


Wrzesień. Czas kończyć sezon boleniowy.


O poprzednim miesiącu napisałem, że troszeczkę go zmarnowałem. Ale to nieprawdą jest. Bo po urlopie wrzesień „marnowałem” przecież tak samo. Otóż druga połowa sierpnia oraz wrzesień to czas kiedy zamiast łowić konsekwentnie nieduże bolenie skupiłem się na odkrywaniu nowych miejsc pod kątem większego bolenia. A także pod kątem nowych miejsc na sandaczową jesień. Nie będę ukrywał – dużych boleni nie odkryłem, ale za to na piękne miejsca dostępne w zasięgu mojego roweru napatrzyłem się do syta! A dokładniej to odkryłem jednego wielkiego bolenia, ale tylko walnął mi pod nogami w woblera, poplątał zestaw, no i… pozostawił nadzieję, że prędzej czy później znowu się spotkamy, że duże bolenie pływają i w mojej okolicy!



W tym też czasie odkryłem kolejny fajny wobler o nazwie Oleix.

I jak to ja od razu skorzystałem z nadarzającej się okazji i postarałem się o większe stadko! Ten wobler obdarował mnie zresztą najładniejszym boleniem tego sezonu, złowionym ostatniego dnia lata…

I niestety, parę dni po tej rybie coś mnie naszło, zostałem dłużej w noc za sandaczem, no i… przepadłem! Po prostu złowiłem pierwszego fajnego, sześćdziesięciu kilku centymetrowego mętnookiego drapieżcę w sezonie. I odpuściłem ulubione rapy, choć niby jeszcze czas jakiś próbowałem połączyć oba te gatunki.

Mentalnie


I właśnie w tym miejscu chciałbym przytoczyć dwa bardzo ważne fragmenty ze wspomnianych przeze mnie na początku filmów, które utkwiły mi w głowie. Mam nadzieję, że autorzy tych słów nie będą mieli nic przeciw…

Pan Marian:
„Łowimy bolenie, tylko bolenie, zawsze bolenie i o każdej porze bolenie… Żeby łowić skutecznie muszę łowić tylko bolenie. To musimy sobie uświadomić i zakodować. Interesuje mnie tylko boleń i nic więcej. Jeżeli mam takie podejście – złowię bolenia!”

Kamil:
„Boleń nie uznaje kompromisów… Wybierając się nad rzekę na bolenie zapomnijmy o innych rybach. Nie rozdrabniajmy się. Nie próbujmy złowić szczupaka, klenia, sandacza… Jeśli idziemy na bolenie to weźmy ze sobą wędkę boleniową, boleniowy sprzęt, boleniowe przynęty i starajmy się złowić bolenia…”

Myślę, że u źródła mojego bardzo przyjemnego wiosenno-letniego spinningowego sezonu 2013 była właśnie tego rodzaju determinacja! Przez kilka miesięcy uganiałem się TYLKO za boleniem! I tylko bolenie łowiłem! Praktycznie żadnych odstępstw, nawet podczas niesprzyjających warunków wysokiej wody. W ręku zawsze kij boleniowy, doczepiony kołowrotek boleniowy, żyłka boleniowa (nigdy plecionka!), w pudełku tylko przynęty boleniowe. W głowie tylko boleń!

I wszystko to skończyło się w momencie, w którym mój umysł zawładnięty został przez innego drapieżnika. Jedna wczesnojesienna ryba zapoczątkowała kolejny wspaniały wędkarski rozdział: jesień. I od tego momentu miałem już tylko jeden cel: sandacz! Ale o tym przy innej okazji może, wszak mamy listopad i sezon połowu tej ryby w pełni…

Podsumowanie


Kończąc moje wspomnienia o pogoni za boleniem sezonu 2013 przyznać muszę, że rok ten obdarował mnie mnóstwem pozytywnych wędkarskich emocji. Policzyłem sobie wyjścia za tą tylko rybą w miesiącach maj – wrzesień. Wychodzi ponad 80 wędkarskich prób, z reguły nie dłuższych niż 5 godzin, najczęściej były to wyskoki max dwu czy trzygodzinne, niekidy więcej niż raz dziennie. Bliskość Rzeki na szczęście pozwala mi na taki właśnie tryb łowienia. Ryb złowionych było więcej niż wyjść więc statystyki są bardzo w porządku. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę ogromną chimeryczność stanu wody na Wiśle, zwłaszcza w czerwcu, ale również i w maju. Małym cieniem na tym sezonie kładzie się tylko fakt, że zabrakło przysłowiowej wisienki na torcie, jakiegoś porządnego grubaska…

Z istotnych rzeczy zauważam, że w mijającym sezonie dość mocno odświeżyłem sobie pudełko z boleniowymi przynętami, po raz pierwszy tak wyraźnie odchodząc od sklepowych, seryjnych produkcji…
Tak mniej więcej wyglądało moje pudełko podczas ostatnich wyjść sezonu na rapę.


Na pewno będę dalej poszukiwał przynętowych perełek. Choć, moim zdaniem, to nie przynęta łowi rybę, a wędkarz!

Jedno wiem z całą pewnością - rok 2014 to będzie kolejny sezon podporządkowany wspaniałej rybie- boleniowi!

Postaram się jednak przemyśleć zimową porą jak dobrać się do tych większych ryb. Bo one są, pływają, trzeba znaleźć tylko na nie sposób…!

Aha, byłbym zapomniał, a rzecz fundamentalna przecież! Pamiętajcie! Z boleniem trzeba się żegnać nad wodą, tylko w taki sposób…




Z wędkarskim boleniowym pozdrowieniem - Paweł

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (17)

sajdol, 2013-11-25 22:35:26
piękny art. zawiera wiele prawd. ostatnie 3 sezony poświęciłem boleniowi. W tym sezonie szliśmy podobną ścieżką Paweł. Świetne podsumowanie sezonu boleniowego. Fajnie, że kombinujesz z przynętami. Generalnie czytając czułem się jakbym czytał swoje wspomnienia. GRATULACJE
niszczu, 2013-11-25 22:38:31
Świetnie napisane Paweł. Piękne zdjęcia. Garść cennych porad. Dzięki za info o filmach, które warto obejrzeć. Pozdrawiam.
bysior, 2013-11-25 23:18:26
Paweł po pierwsze to jak Rapa jeszcze raz mi powie, że łamię wędki, to odeślę go do Twojej osoby :P Po drugie to podziwiam to, że masz plan jakiś na sezon i go konsekwentnie realizujesz, mi to raczej nigdy nie wychodzi... Powdziwiam i zazdroszczę! Boniciaki o których piszesz, faktycznie wymagają zmiany kotwić od razu po zakupie. Myślę, że to po prostu tak już jest, żę wobler w takich cenach ma kotwice conajmniej nie wystarczające i woblery Jacka też takie mają. Taki u nas rynek. Woblery są tańsze, a nie wszyscy uwierz Paweł zwracają uwagę na "takie szczegóły" ;) Natomiast żyłkę o której piszesz wszyscy bardzo chwalą, sam nie łowiłem na nią, ale od czego jest przyszły sezon Podzielam z Tobą te aspekty wędkarstwa, które nie do końca mają ściśle wspólne sprawy z samą, tak zwaną, rybą, czyli cieszenie się przyrodą, samotnymi wyprawami na miejscówki, celebrowanie tego pięknego świata przyrody i fotografii wędkarsko - przyrodniczej. Zacytowałeś p. Mariana i Kamila (dobrze, że Kamil nie pokazał na filmiku jak biorą bolenie, bo filmik traktujący o braniach sandaczy wymiata , ale tu by się musiał rozpędzić mocno i nie wiadomo jak by się to skończyło dla zdrowia ;) - więc Kamil - nie próbuj :D), i w pełni się z tym z gadzam. Też miałem taki boleniowy czas, kiedy nad wodę wybierałem się tylko z myślą o tym przez dłuższy czas. Pas wędkarski przy pasie, wodery i ukierunkowanie tylko na jedną rybę. Chociaż ciężko mi było i parę przyłowów sandaczowych było ;) Ale rap również. Jadąc nad wodę warto wybrać sobie cel tak jak piszesz Pawle. Jak chciałem złapać kilka srok za ogon, za zwyczaj mi to nie wychodziło. Życzę Ci, żeby sezon 2014 był nie tylko tak obfity w bolenie ale również obfity w największe kluchy A jak obrałeś to sobie na cel, to zapewne tak będzie! Na koniec dodam, że foto relację z tego sezonu masz świetną! Myślisz do przodu ;)))))) :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky:
gtsphinx, 2013-11-25 23:33:00
Świetny artykuł! :oklasky: Też robiłem przymiarki na Bolenia w tym sezonie, ale mi właśnie zabrakło tej determinacji i nastawienia, czego efektem były zejścia z wody z drobnicą na koncie:zalamka:. Sporo się dowiedziałem po przeczytaniu i część rad zapewne zostanie w mojej głowie. Pozdrawiam i do zobaczenia nad wodą :papa2:
waldi-54, 2013-11-26 09:49:12
Brawo Paweł świetny tekst:okok: Dla mnie laika w połowach boleni, ten tekst dał wiele, nawet bardzo wiele. Kolejny mija sezon a ja ciągle gdy czytam relacje z wypraw na "Rapy" to obiecuję sobie, że wreszcie spróbuję i ja z tą rybą się zmierzyć, jak do tej pory są to tylko czcze obietnice składane w skrytości samemu sobie. Tym razem będzie inaczej: Paweł jeżeli w przyszłym sezonie znalazłbyś chwilę czasu na wspólny wypad to obiecuję tu publicznie, że zjawię się w W-wie, lub w dowolnym miejscu nad brzegiem Wisły aby wziąć lekcję połowu, tej jeszcze nie złowionej przeze mnie ryby. Gratuluję Paweł udanego sezonu, tekst i fotki w twoim wydaniu jak zwykle Extra Klasa.:okok::oklasky::oklasky::oklasky::muza::muza: Pozdrawiam - waldi-54:papa2:
bysior, 2013-11-26 09:54:23
Waldi jak Ty przyjedziesz do Pawła, to ja na bank do Was w końcu na działkę Deal?
gtsphinx, 2013-11-26 10:17:39
To może warsztaty Boleniowe, połączone z małym zlocikiem ? ;) :cwaniak:
waldi-54, 2013-11-26 10:42:35
Tomek napisał: "Waldi jak Ty przyjedziesz do Pawła, to ja na bank do Was w końcu na działkę Usmiech Deal? Usmiech" Tomek, jeśli tylko Paweł podejmie temat, to już możesz się zacząć pakować na majowy weekend 2014-cie.:cwaniak: Pozdrawiam - waldi-54:papa2:
bysior, 2013-11-26 10:47:48
Ja bym z chęcią się zapisał - chociaż Królowa to nie Księżniczka i rządzi się zupełnie innymi prawami. Ale... jestem za! Pawełku co Ty na to?
michaln, 2013-11-26 11:55:01
Pawle, nawet nie wiesz jak bardzo lubię czytać Twoje artykuły (no w sumie to wiesz, bo Ci mówiłem nad rzeką ;) ) Przede wszystkim gratuluję konsekwencji w działaniu. Wielokrotnie sam nastawiałem się na jeden gatunek, a kończyło się jak zwykle, przerzucaniem najróżniejszych przynęt, a może gdzieś tam szczupły siedzi, a może klenia na obrotówkę. I odwrotnie, chodzę za kleniem, a tu bolek walnie i włącza się schiza Ale wracając, świetnie opisane podsumowanie boleniowego sezonu, piękne rybki, zdjęcia znajomych miejsc. Coś czuję, że natchnąłeś mnie na kolejny sezon. Choć @niszczu też kusi
niszczu, 2013-11-26 12:00:54
Oj tam, oj tam. Brzany dopiero od lipca, to wcześniej za boleniem można pochodzić :-)
michaln, 2013-11-26 12:19:46
No taki jest plan:haha: Przyłączam się do pomysłu małego zlotu, z warsztatami boleniowymi.
Wozik77, 2013-11-26 21:43:46
Tak, tak. Konsekwencja w działaniu i plan to niemal gotowa recepta na sukces. No może duża na to szansa. Zawsze wyjadaczy Boleniowych podziwiałem. Konsekwentne łowienie tych ryb jak dla mnie to duża sztuka. Nigdy nie mogłem się z tą rybą zaprzyjaźnić bliżej. Gratulacje Paweł pięknego Boleniowego sezonu. Trzymam kciuki aby kolejny był równie udany ale ryby były same w rozmiarze 80+ :oklasky::oklasky:
lysy-waz, 2013-11-27 21:21:04
Fajna "wspominajka" boleniowego sezonu :oczko: Wydaje mi się Paweł, że masz dość rzadki dar wyciągania wniosków z każdego - nawet bazrybnego dnia spędzonego nad wodą. A to zawsze procentuje w przyszłości... Fajnie się czytało i cóż...trzymam kciuki za Twojego życiowego bolenia (nie tzw."życiówkę", bo to co innego). Ja też wciąż czekam na swojego :bezradny: połamania
maniek72, 2013-11-27 22:35:33
Fajne, spodobało mi sie :okok:
marcin-k, 2013-12-01 13:55:23
Pawle, super czyta się Twój artykuł. Gratuluję, fajny sezon.
chojny83, 2014-07-01 21:07:11
Paweł, dziękuję Ci za powyższy tekst. Czyta się super i napewno jeszcze nieraz do niego wrócę. Zdjęcia też rewelka. Jeszcze raz dzięki!