Trolling - okiem żółtodzioba...

Paweł 2010-11-08 Metody i triki

...
Trolling w ostatnich latach zrobił ogromną furorę wśród wędkarzy. Jest bez wątpienia atrakcyjną alternatywą dla spinningowania.
Więc i ja, zaciekawiony nową metodą postanowiłem spróbować.
Ale do prawdziwego zasmakowania trollingu długą drogę przebyć musiałem.
Dodatkowym utrudnieniem (czy też formą zniechęcenia) były jakże częste opinie o tej metodzie, że co to za wędkarstwo takie ciąganie za łódką, że tak to każdy potrafi, że to nie jest sportowa metoda, itp. Ja raczej daleki byłem od takiego spoglądania na trolling, ale coś tam w głowie negatywnego pozostawało.
Pierwszy mój kontakt można określić jako humorystyczny nad wyraz. Bo i forma tego trollingu była oryginalna i zapewne nowatorska. Otóż płynąłem parę lat temu po Zalewie Zegrzyńskim pontonem na odcinku od zapory w Dębem do Zegrza. Wiatr miałem idealnie w plecy, wzdłuż Zalewu, więc…. ponton napędzany wiatrem jest naprawdę szybki – puściłem wobler za pontonem… i nawet złapałem jednego sandacza (sandaczyka raczej...).
1 trol z pontonu

Następnego roku już zakupiłem chyba ze trzy woblery głębiej schodzące i próbowałem trochę na wiosłach moim pontonikiem. Ale szybko się zniechęciłem, ledwie jakiś okoń się uczepił.

I dopiero obecny, 2010 rok sprawił, że trochę lepiej poznałem tę metodę. Dlatego też pokuszę się o przekazanie kilku moich przemyśleń, jednak są to spostrzeżenia bardzo powierzchowne na pewno, bo trollowałem zaledwie kilka dni.

Pierwsza okazja nadarzyła się bardzo niespodziewanie i przygotowany raczej nie byłem. Z dwójką Drakersów – Szaloną Moniką i Pawłem Bizonikiem - wybrałem się nad Zalew Zegrzyński.
Okazało się, że oboje bardzo lubią trollować, więc rad - nie rad musiałem podjąć wyzwanie! Przezbroiłem kijek sandaczowy, dałem grubszą plecionkę, wygrzebałem z pudełka jakieś woblerki…
Fajnie było, złapałem nawet kilka… okoni, choć używałem przynęt ośmio i dziesięciocentymetrowych.
Przy okazji dopytywałem się o każdy szczegół, tak jakbym miał przeczucie, że jeszcze na trolling dane mi będzie połapać. Bo Monika i Paweł wiedzę na ten temat mają dużą, więc było od kogo się uczyć.
2 okoń i Monika

Niespodziewanie pod koniec lata znowu otrzymałem propozycję połapania z tym samym Kapitanem. Ale tym razem miałem wyraźnie zapowiedziane: poławiamy tylko metodą trollingową, ewentualnie małe przerwy na okonie. I tak dwa dni.

I myślę, że te dwa dni dość znacząco mogą wpłynąć na moje dalsze losy wędkarskie. Bo trolling okazał się niezwykle skuteczną i ciekawą metodą! Ja, który nie jestem zwolennikiem szczupaka – jednego dnia złapałem dwucyfrową ich ilość! Fakt, były to ryby nieogromne, takie do 55 cm. Ale jaka frajda, jakie emocje, jaka radość!!!

No dobrze, to teraz trochę konkretów.

Jako, że mam małe doświadczenie, no i wędkowałem w ten sposób na razie jedynie na nizinnych zbiornikach – ograniczę się do takiej właśnie wody i docelowego połowu szczupaka.
Okazuje się, że do metody trollingowej każdy wędkarz znajdzie w swoich zasobach sporo przydatnych rzeczy, dzięki czemu nie wyniszczy to całkowicie zasobów finansowych.
Zacznijmy od kija. W moim przypadku był to wybór pomiędzy (z posiadanych zasobów):
- Daiwa Infinity 290 cm., cw 5-40 gram,
- Konger Word Champion Zander 285 cm, cw. 20-60 gram (wklejanka),
- Cormoran Black Bull trociowy 305 cm, cw. 8-45 gram.
Choć tak naprawdę w przedbiegach odrzuciłem wklejankę.
Ze względu na tegoroczną fartowność kija wybrałem Black Bulla. Oprócz emocjonalnego podejścia wydało mi się również, że jego nieco paraboliczna charakterystyka jest najbardziej zbliżona do „potrzeb” szczupaka. Wiem, że tak długi kij jest nienajlepszym wyjściem, ale cóż, wybór miałem ograniczony.
Czy kij się sprawdził?
Tak, zdecydowanie. Oczywiście podczas trollingowania nieco bardziej wyginał się od porównywalnej, ale sztywnej wędki, ale mi to wcale nie przeszkadzało. Również „nieostrość” parabolki nie jest tu przeszkodą, wszak jak szczupak walnie – to poczujemy bezproblemowo.
Natomiast świetna amortyzacja szczupaczych harców, nawet przy zastosowaniu plecionki, rekompensuje inne niedogodności.
Niestety, jest również i wada takiego „miękkiego” rozwiązania. Przy akcji parabolicznej kija traci się, moim zdaniem, więcej przynęt w zaczepach. Porównując zachowanie się mojego kija w momencie wejścia w przeszkodę z zachowaniem kija sztywniejszego (a takiego właśnie używał mój kompan na łódce) – daje do myślenia. Przynęta bardziej miękko wpada w zaczep, podczas gdy sztywny kij często powoduje odbicie się przynęty (zapewne sterem) od przeszkody i bezproblemowe przeskoczenie jej.
3 kij

Co do wyboru kołowrotka nie miałem wątpliwości. Trzeba wziąć najmocniejszy z posiadanych (może z wyłączeniem karpiowych czy morskich). I miałem rację. Mój wybór musiał paść na daiwowską Caldię. Sprawdziła się w stu procentach.
Kołowrotek do trolla musi charakteryzować się mocą, no i świetnym hamulcem, do tego właściwie ustawionym. Ustawienie hamulca dlatego jest tak istotne, że podczas trollingu, w momencie wejścia w zaczep kołowrotek musi natychmiast oddawać linkę, inaczej coś z naszego zestawu nie wytrzyma (kij, plecionka). Oczywiście może jeszcze nie wytrzymać wędkarz i puścić wędkę, ale to mogłoby wzbudzić sporo wesołości na innych łódkach. Bo gwarantuję, nawet najlepsza plecionka nie zatrzyma łódki w miejscu!
3,5 zestaw

Drugą ważną rzeczą, jeśli chodzi o hamulec kołowrotka jest zacięcie i hol. Podczas trollingu brania są bardzo gwałtowne. I łatwo sobie wyobrazić taką sytuację, że płyniemy dość szybko, a spory drapieżnik uderza w przynętę w przeciwnym kierunku. Wypadkowa tych obu zdarzeń może być zbliżona do wejścia w twardy zaczep, albo walnięcia Pudziana. A zanim zatrzymamy łódkę jakiś czasu też minie! A i hol na dobrze ustawionym i precyzyjnym hamulcu jest bardziej komfortowy.
Caldia

Co do linki też nie miałem wątpliwości. Skoro Black Bull ma moc amortyzującą nawet ataki bolenia na plecionce – ten właśnie rodzaj linki wybrałem. Plecionka o mocy 13,9 kg wydała mi się optymalna, inna sprawa, że mocniejszej nie posiadam…
I tak ogólnie wydaje się, że plecionka jest bardziej wskazana od żyłki. Przede wszystkim chodzi o moc, niebanalne znaczenie ma również średnica. Równie ważna jest jej nierozciągliwość, co przy zacięciu z kilkudziesięciu metrów ma spore znaczenie. Oczywiste jest również, że przy tej samej wytrzymałości plecionka ma znacznie mniejszą średnicę niż żyłka. Plecionka po za tym pozwoli nam na dużo lepsze rozeznanie, nad jakim dnem płyniemy, czy jest miękko czy twardo, co niekiedy ma duże znaczenie przy odszukiwaniu potencjalnych stanowisk ryb.
No i jeszcze jedna, bardzo ważna zaleta plecionki. Dzięki niej dużo łatwiej nam się zorientować czy nic nie zakłóca pracy wabika. Przecież w trollingu niekiedy płynie się sporo czasu bez wyjmowania przynęty z wody. A pływać z kępą trawy na kotwiczce – frustrujące i nieefektywne!

Nie można jeszcze zapomnieć o przyponie odpornym na szczupacze zęby. Mamy do wyboru różnego rodzaju: metalowe, wolframowe, fluorokarbonowe, itd… Wbrew pozorom to bardzo istotny element, wpływa zarówno na komfort łowienia (pewność, że szczupak nie przetnie plecionki) jak i na pracę przynęty. Do tej ostatniej sprawy wrócę jeszcze nieco później.
Długość przyponu – chyba im dłuższy (35-50 cm) tym lepszy. Ważne jest również, żeby był dobrej jakości. Aczkolwiek wydaje mi się, że do trollingu można by zużyć te przypony, które podczas normalnego spinningowania przeobraziły się nam na zaczepach w sprężynki czy spiralki. Nie oddajemy przecież rzutów, a opór wabika skutecznie nam go rozciągnie…

Z zestawu trollingowego został nam ostatni, ale jakże ważny element – przynęta. W tym temacie mam doświadczenie jedynie z woblerami, więc na nich się skupię.
Na początku wydawało mi się, że każdy wobler się nada, byleby nie wykładał się na boki, czyli trzymał dobrze się wody. Ale chyba złudne to było wrażenie. Obserwując mojego doświadczonego kolegę na łódce, obserwując również pracę szczytówek w wędziskach na mijanych łódkach doszedłem do jednego wniosku. Wobler do trollingu powinien mieć energiczną pracę, ale raczej drobną. Poznać to łatwo (również u innych) obserwując amplitudę drgań szczytówki. Dodatkowo wydaje się, że wobler mocno kolebiący się na boki, szeroko chodzący mógłby nieźle wymęczyć rękę wędkarza, szczególnie przy szybszym pływaniu.

Do połowu szczupaków w sezonie letnio wczesnojesiennym (bo takie mam doświadczenia) wystarczą woblery o długości 6-10 cm, schodzące od 2 do 6 metrów. I zapewne każdy z nas takie ma. Przy czym kilka wypraw trollingowych bez wątpienia zaostrzy nasz apetyt na coraz to nowe wabiki. Które modele nam się sprawdzą – zechcemy mieć różną kolorystykę, najlepiej po dwie sztuki, kilka jeszcze podobnych… itd.! Wystarczyło mi spojrzeć na szereg pudełek Pawła. Niezła fortuna utopiona w trollingowych woblerach….
Generalnie zauważyłem, że woblery do trollingu mają wydłużony ster. Oczywiście ma to wpływ głównie na głębokość schodzenia. Ale także dzięki temu unikamy sporo zaczepów. Przecież pierwszą częścią woblera uderzającego o przeszkodę jest…. ster właśnie! I często odbija się on, a kotwiczki przechodzą w bezpiecznej odległości od zaczepu.
Większość woblerów ma kształt bardziej pękaty, okrągły.
wobler 4

Ale wydaje się, że nie tylko takie woblery są skuteczne. Na przykład mi się sprawdziły również smukłe rapalowskie dziesiątki husky jerk czy też x-rapki.
wobler 5

Na pewno ważną rzeczą jest by wobler miał jak najbardziej trwał ster, wykonany z porządnego tworzywa.
Natomiast większość (albo i wszystkie) woblery mają jedną istotną wadę. W trollingu wiedza na temat głębokości schodzenia wabika ma fundamentalne wręcz znaczenie. I najczęściej woblerki mają to dość dokładnie opisane, tyle, że na… opakowaniach. Aż się prosi o malutki choćby napis np. pod sterem. Bo pamięć bywa zawodna, a doświadczalnie to sprawdzać za każdym razem jest dość uciążliwe…

Trochę wymyśliłem, a trochę podpatrzyłem również rozwiązanie (a nawet trzy!) dla osób, które nie mają odpowiednio głęboko schodzących woblerów. Po prostu można dociążyć nieco nasz zestaw, przy czym tu już mamy duże pole do doświadczalnych manewrów. Najlepiej płynąć po równym blacie i dokładać po parę gram, pilnie spoglądając na echosondę i szczytówkę wędziska.
Pierwszy, najprostszy sposób, to dociążać przednią kotwiczkę woblera ołowianą taśmą lub drutem.
Drugi sposób to obciążyć plecionkę tuż powyżej przyponu, przy czym, żeby nie gasić pracy woblera dobrze by było, żeby przypon był jak najdłuższy (nawet pół metra). Żeby łatwo wymieniać obciążenie, przy wiązaniu przyponu do linki głównej należy nie obcinać krótko żyłki lecz pozostawić 10-15 cm wolne końca. Wtedy zrobić pętelkę (taki mini boczny troczek). Pętelka musi być na tyle duża, żeby dało się przełożyć przez nią ciężarek.
Przy takim rozwiązaniu obciążenie rzędu 3-10 gram pozwoli nam sprowadzić wabik dość głęboko.
Trzeci sposób jest najbardziej skomplikowany. Również jest to sposób trokopodobny, ale konstrukcja wygląda mniej więcej tak: krętlik od przynęty winien być z półtora metra, natomiast ramię troka może mieć długość pół metra (to tak przykładowo). Przy takim rozwiązaniu możemy stosować nawet woblery płytko chodzące czy dość wyporne, za to obciążenie na troku może być bardzo duże (zależnie od głębokości nawet kilkanaście, kilkadziesiąt gram). I to obciążenie będzie pukało w dno, a nie wobler. Utrudnieniem takiego uzbrojenia jest trudność zarzucania (ale przecież możemy wypuścić koło łódki). Jest to również najłatwiejsza forma uszkodzenia towarzysza na łódce (zarówno ciężarkiem jak i woblerem). Aczkolwiek znam taką jedną kobietę Drakersa, która posługuje się takim zestawem z gracją, aczkolwiek nie bez paniki pozostałych obywateli na łódce.

A teraz z innej beczki. Chciałbym jeszcze wrócić do myśli porzuconej przy okazji rodzaju przyponu. Aczkolwiek tyczy to również grubości linki.
Posłużę się przykładem.
Dwie wędki na łódce, głębokość 3,5 metra, takie same woblery. Średnica plecionki taka sama, odległość wypuszczenia za łódką też. Jeden zestaw (ten z przyponem wolframowym) stuka o dno. Drugi (na końcu jest fluorokarbon 0,70 mm) ani myśli dojść do dna. O tym trzeba pamiętać, nawet taki niuansik jak grubość przyponu może w bardzo istotny sposób wpłynąć na efektywność łowienia.
Również długość wypuszczonej linki ma wielkie znaczenie dla głębokości pracy woblera. Im dłuższa linka tym głębiej schodzi wobler. Pamiętajmy również, że wpływ na głębokość zejścia przynęty ma także szybkość płynięcia i odległość szczytówki od lustra wody (kij ustawiony wyżej – niżej).
To tyle o zestawach.
I gdyby rzecz była o zestawie spinningowym mógłbym zakończyć temat.
5,5 troll

Ale przecież naszym tematem przewodnim jest trolling.

A w tym przypadku integralną częścią metody jest środek pływający. Częściej łódka, ale coraz więcej jest też porządnych pontonów.
łódka 6

Czym solidniejsza i większa jednostka (oczywiście bez przesady, nie chodzi tu o transatlantyk), tym komfort łowienia lepszy, to oczywiste. Mniej buja, wygodniej się siedzi, łatwiej oprzeć bezpiecznie wędkę, itd. Poza tym istotną rzeczą jest nasze bezpieczeństwo. Wszak trolling to raczej domena dużej, otwartej wody. A wiadomo, że na takiej wodzie dużo szybciej pogarszają się warunki do pływania, fala bywa wysoka. Duża łódka w jakimś stopniu zabezpiecza nas od tych zagrożeń.

Równie istotna jest jednostka napędowa naszego pływadła.
Oczywiście można na wiosłach, ja tego doświadczyłem, średnia przyjemność. Aczkolwiek się da, wędka między kolana i jazda! I tutaj trzeba uważać, szczególnie chłopczyki, nie bierzmy zbyt dosłownie wędki między nogi. Branie dużej ryby może i jest piękne, ale uderzenie dolnikiem w…, no wiadomo w co, może okazać się mało przyjemne. A walka z okazem i jednocześnie bólem i słabościami…, lepiej tego uniknąć!
Natomiast czytałem kiedyś opis wędkarza z Zalewu Czorsztyńskiego bodajże, że doświadczalnie przekonał się, że niekiedy trollingując na wiosłach miał lepsze wyniki niż na silniku. Ocenił, że praca woblera na wiosłach jest bardziej nieregularna i może to być dodatkowym elementem wabiącym drapieżnika….
Jednak bez wątpienia podstawowym napędem będzie silnik.
Może być elektryczny, może być spalinowy.
Elektryczny jest napewno bardziej cichy, natomiast przy trollingu na cały dzień pływania pewnie potrzebne by były ze dwa akumulatory. Dodatkowo na elektryku, w przypadku załamania pogody, trudniej wrócić do przystani. No i to nieustanne ładowanie…
Silnik spalinowy jest napewno bezpieczniejszy i wygodniejszy w użyciu. Z opinii wędkarzy wnioskuję, że nie zauważają oni pogorszenia brań przy użyciu spaliny, hałas chyba szczupakowi nie przeszkadza. Po za tym na takim silniku łatwiej się przemieszczać z miejsca na miejsce, a mobilność jest często bardzo istotna przy poszukiwaniu stanowisk ryb w danym dniu.
Do trollingu 4-5 konny silnik w zupełności wystarczy. Bo widziałem 60 koni przypięte do łódki trollingowej. Wydaje się to jednak męczarnią. To tak jakby ferrari puścić na nasze drogi, do tego po zimie i w czasie remontów dróg. Szkoda maszyny!
Natomiast na większych łódkach widziałem rozwiązanie optymalne chyba. Dwa silniki. Jeden np. 75 koni, drugi 5-10 koni. Duży do przemieszczania, mały do trolla. Rewelacja!

No i pozostał ostatni element naszej układanki.
Trolling jest czynną metodą poszukiwania ryb drapieżnych. Ciągle się przemieszczamy, często po sporych akwenach. Niezbędna nam będzie echosonda.
7 echosonda

Pozwala nam na nieustanne kontrolowanie tego, co pod nami, czyli ukształtowania dna, twardości podłoża oraz głębokości. Z kolei głębokość determinuje dobór wabików. Jeszcze jedna funkcja echosondy to alarm głębokości, który może nam uratować śrubę, ale także każe obudzić się, gdy wpływamy w trzciny. No i jeszcze ryby widoczne na ekranie. Zarówno pojedyncze, które mogą być naszymi wymarzonymi szczupakami, jak i ławice białorybu, które dają nadzieję, że w okolicy czai się stado drapieżców! Wiadomo, im lepsza echosonda tym nasz komfort lepszy, ale bez przesady. Najprostsze Cudy czy Piranie spokojnie zaspokoją nasze podstawowe potrzeby odnośnie dna zbiornika.
O środkach bezpieczeństwa nie będę wspominał, dbałość o nie winna być istotna przy każdej metodzie wędkowania ze środka pływającego.Po za tym z racji małego doświadczenia mógłbym temat potraktować zbyt pobieżnie, a wart jest on całkiem oddzielnego potraktowania. Zwrócę tylko może uwagę na fakt, że coraz więcej osób pływających po naszych akwenach ubiera się w kombinezony pływające. Jest to na pewno dobry trend, tym bardziej, że oprócz walorów asekuracyjnych ubrania te dzięki swojej kolorystyce mogą ułatwić ewentualne odszukanie delikwenta w przypadku niesprzyjającej pogody czy zapadających ciemności….
7,5 kpmbinezony

A ile osób winno znajdować się na łódce podczas trolla?
Z obserwacji pływających łódek odpowiedź jest bardzo prosta. Zdecydowana większość łódek trollingujących ma na pokładzie dwie osoby! Prawie 100%! I ma to sens! Bo prześledźmy możliwości!

Jedna osoba na łódce – ciężko może być i niebezpiecznie!
Zaczep, trzeba jedną ręką manewrować silnikiem i dopłynąć do zaczepu (szkoda tak od razu rwać), drugą trzymać wędkę, trzecią skręcać żyłkę… uff.
Branie. Trzeba zatrzymać łódkę, rzucić kotwicę, rozpocząć hol. Wykonalne, ale i niełatwe.

Trzy osoby na łódce. Przy dużej łódce – czemu nie?
Ale i tak dwie przynęty będą puszczone z jednej burty, wiąże się to z większą możliwością splątania, poza tym bardziej trzeba uważać.

Cztery i więcej osób na łódce – jeżeli nie jest to mały krążownik – chyba masakra!
Obie burty obarczone dwoma zestawami, tłok na łódce, oczy trzeba mieć dookoła głowy.

Czyli drogą eliminacji dwie osoby to strzał w dziesiątkę.

No więc teraz słów kilka o moich obserwacjach dotyczących połowu z łódki w dwie osoby.
Wiadomo, jest to kapitan-sternik oraz pasażer-majtek.
Standardowo kapitan dowodzi, decyduje gdzie płyniemy, obsługuje silnik, patrzy w echosondę.
Majtek ma mniej obowiązków, aczkolwiek jest zobowiązany w sytuacjach ekstremalnych pomagać kapitanowi. Majtek jest również odpowiedzialny za obsługę kotwicy.
Kapitan swój wabik wyrzuca na swoją ulubioną stronę, majtek na przeciwną, bez prawa wyboru.
8 kapitan

W nizinnych zbiornikach zaporowych (bo z tymi miałem doświadczenie) wyróżniłbym kilka stref optymalnego pływania.
- Blaty o równym dnie. Prawdopodobnie najłatwiejsze do obłowienia. W miarę stała głębokość ułatwia dobranie wabika. Mogą to być blaty zarówno dwu- jak i pięciometrowe. Prowadzenie woblera nie nastręcza trudności.
9 blat

- Skraj trzcin. Charakterystyka podobna jak na blatach, choć tutaj dużo łatwiej o zaczepienie o zielsko czy grążele.
10 trzciny

- Wzdłuż kantu. Tutaj już sprawa nie taka prosta, trzeba bardzo precyzyjnie prowadzić łódkę, wpatrywanie w ekran echosondy nieodzowne.
11 kant

- Obszary podobne do blatów, lecz dodatkowo na dnie występujące liczne muldy. Jednak różnice w głębokości nie powinny przekraczać powiedzmy pół metra, w przeciwnym wypadku poprawne prowadzenie wabika nie będzie łatwe. Warto dodać, że takie miejsca są niezwykle interesujące ze względu na sposób prowadzenia przynęty. Wiedząc (pomoc echosondy), że znajdujemy się na takim obszarze, warto operować wędziskiem. Gdy przynęta stuknie o dno to znaczy, że jest na wypłyceniu. Wystarczy podnieść kij, potem go opuścić.
12 pod blaty

- Stare koryto macierzystej rzeki. Obszar miedzy brzegami starego koryta, z reguły głębokość jest większa niż w pozostałych częściach akwenu (z wyłączeniem oczywiście dołów porobionych przez człowieka – zbiorniki zaporowe są częstym miejscem jego ingerencji). Niezbyt łatwe, ale pewnie efektywne.
13 zaczepy

Celowo nie wymieniam tutaj wszelkiego rodzaju karczowisk, wyciętych bądź niewyciętych lasów i tym podobnych miejsc. Tutaj trollingowanie może przynieść doskonałe rezultaty, ale też, co szczególnie może zaboleć początkującego trollowca, wielkie straty w pudełku. Również trzeba uważać pływając w poprzek koryta. Moment, kiedy wabik idzie np. na sześciu metrach i trafia w trzymetrowy kant – jest częstym potencjalnym zaczepowiskiem!
13,5 szczupak

Żeby trolling sprawiał pełną przyjemność musimy zadbać o wszelkiego rodzaju szczegóły. W łódce musi być jako taki porządek, trzeba zostawić trochę wolnego miejsca, aby bezpiecznie lądować wiekszą rybę. Z kolei do podebrania jej warto mieć solidny podbierak. Wielkie wrażenie zrobił na mnie podbierak żyłkowy, który całkowicie eliminuje problem wyplątywania przynęty z siatki.
Podbierak

Oczywiście aparat fotograficzny też musi być pod ręką. Jak i szereg drobiazgów typu zapasowe przypony, rozwieracz, szczypce, nożyczki, okulary przeciwsłoneczne, itp….
Temat trollingowania to jak widać temat rzeka. Skoro ja – całkowity żółtodziób w temacie, mam tyle do powiedzenia… Aż strach pomyśleć, co mógłby napisać ktoś bardziej doświadczony!
14 szczupak

Ale powiem jedno. Trolling jest to świetna metoda, pozwalająca wypocząć, nałapać się, naoglądać przyrody, porobić zdjęć. A uderzenie drapieżnika w pędzącą przynętę – bezcenne, polecam!!!
15 lenistwo



Paweł Popławski

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (6)

Blanek, 2010-11-09 09:09:31
Świetny artykuł. Troling naprawdę może przynieść sporo frajdy. Z tą wielkością przynęt to trochę mam inne doświadczenia. Wolę większe. Woblerki 10-20cm, duże gumy, czasem spora obrotówka lub wahadło. Przypony solidne. Mnie najlepiej łowi się na tytanowe. Nie skręcają się i jest szansa na uwolnienie większości zaczepów. Moja "tajna" przynęta trolingowa na szczupaki to Salmo Pike. Kiedyś była taka reklama w gazecie: "Szczupak leżący na kanapie u psychologa mówi: -Panie doktorze jak widzę Salmo to muszę sobie walnąć..."
kaczy, 2010-11-09 12:33:06
Świetny artykuł Pawle! Z przyjemnością się go czyta. A co do samego trollingu, to również ja wpadłem w ten temat jak śliwka w kompot. Tegoroczny sezon sumowy poświęciłem w dużym stopniu właśnie "dorożce". Co prawda suma nie udało się złowić, ale dość często trafiały się przyłowy w postacie szczupaków(50-65cm) oraz sandaczy(50-75cm). Moja ulubiona przynęta to dość duży(13cm) płaski wobler z bardzo długim sterem i szeroką akcją. Jest to wobler tonący co umożliwia obłowienie praktycznie wszystkich miejsc dostępnych w Zalewie Zegrzyński(no może poza metrowymi płyciznami). Głębokość pracy przynęty reguluję w taki sposób, że najpierw opuszczam woblera na dość długiej lince do samego dna, a następnie skracam linkę tak by przynęta pracowała tuż nad dnem(lub odpowiednio wyżej). Moje doświadczenia co do "siły brań" są nieco odmienne i często brania szczupaków były odczuwalne jako zakłócenie pracy woblera(odkąd to zauważyłem zacinam każdy taki objaw). Być może wynika to z faktu iż pływałem wolno i bardzo wolno, co niekoniecznie kusi szczupaka do gwałtownego ataku. Co do sprzętu to według mnie nie ma za mocnego. Ja osobiście używam 50LB plecionki spasowanej z mocnym multiplikatorem i kijem o takiej samej mocy. Gruby, 30kg przypon nie przeszkadzał szczupakom, a nawet dość sporemu sandaczowi. I tutaj wszystkim traktującym trolling dość poważnie szczerze polecam zastosowanie kołowrotka o ruchomej szpuli. Daje on możliwość dużo wygodniejszego regulowania długości linki(wciskamy przycisk i wysnuwamy dowolną ilość) i jest dużo wytrzymalszy od kołowrotków o stałej szpuli. Jest to nie bez znaczenia zwłaszcza jeśli używamy sporych woblerów typu SDR(bardzo głęboko schodzące, stawiające potężny opór). Co do echosondy to według mnie dobrym zwyczajem jest wyłączyć funkcję Fish ID(ikonki rybek), gdyż często przekłamuje ona rzeczywistość i do tego jest mało czuła na wielkość ryb(zwykle 3 wielkości).
bysior, 2010-11-09 13:47:27
Artykuł mistrzowski - napisał go adept sztuki trollingu - więc tym bardziej cenię przeczytane informacje. Dla mnie trolling był kojarzony główne z kaleczeniem ryb, z mięsiarstwem i łatwą metodą złowienia okazu. Wszak ja stojąc na kamieniu na łódce obłowię w ciągu 30 minut dość niewielki, żeby nie powiedzieć że malutki, odcinek wody. Troll - dwa "L" z premedytacją ;P - obłowi w tym czasie 3 km rzeki. I gdzie tu sprawiedliwość. Jednakże po przeczytaniu tekstu Pawła - przyznaję - że nie jest to prosta i łatwa sztuka łowienia. Może kiedyś spróbuję tego jeszcze raz...
Kaz, 2010-11-09 18:32:50
Świetny artykuł wraz ze wspaniałymi fotkami.Choć Pawełek super wszystko nam opisał to mimo to jestem sceptykiem co do połowu trolingowego.Jak wspomniał Bysiorek i ja mam takie same skojarzenia połowu rybek w tej metodzie.Ale jak mawiają trzeba spróbowac wszystkiego w swoim życiu , więc nie wykluczam ze będę miał okazję połowić też w tej metodzie.:oczko:
Wozik77, 2010-11-09 21:03:09
Brawo Paweł i podziękowania że tak to nam pięknie przedstawiłeś. Moje osobiste spotkania z trolingiem pochodzą z Mazur i ich "błękitnych oceanów". Złowiłem kilka szczupaków, ale muszę przyznać że metoda ta była dla mnie zbyt ...nudna lub tez taką poprostu się wydawała. Cóż. Nie zarzekam się, bo kto wie czy kiedyś jeszcze jej nie spróbuję. Jeszcze raz brawo za tekst :oklasky::oklasky:
banita, 2014-08-02 07:18:11
:cwaniak: