Team Rapa - relacja z Syrsan

rapa 2010-08-10 Wyprawy wędkarskie

...
W październiku zeszłego roku zacząłem planować ponowny wyjazd do Szwecji. Tym razem nie byłem tylko uczestnikiem. Z racji swojego stanowiska w Teamie, obowiązki organizatora spoczęły na mnie. Wyjazd zaplanowałem na osiem osób, a celem było jezioro Hjälmaren.

Niestety, okazało się, że Eventur nie może zorganizować nam pobytu nad wybranym przeze mnie jeziorem. Drugim moim wyborem było jezioro Asnen, ale organizator, odradził nam to miejsce polecając Syrsan. Sugestia wydawała się o tyle dobra, iż było to łowisko sprawdzone, obfitujące w duże okazy, a takie przecież interesowały nas najbardziej.

Z planowanych ośmiu uczestników, gotowość wyjazdu potwierdziło 6 osób: Szalona, Paweł, Mario, Bysior, Kaz i ja.

Dobraliśmy jeszcze dodatkową łódkę aby swobodnie pływać we dwie osoby.

Z niecierpliwością oczekiwaliśmy maja, a w tym czasie ustaliliśmy całą logistykę. Grupa okazała się zgrana i wszystko zapowiadało się idealnie.

Początek roku okazał się bardzo zimny. Z obawą patrzyliśmy w przyszłość, biorąc pod uwagę, że u nas zima trzymała właściwie do kwietnia, to co w tym czasie mogło dziać się w Szwecji?

Czas szybko mijał na planowaniu i dozbrajaniu się w kolejne wędkarskie cudeńka. Na zawodach w Bolęcinie udało się nam spotkać w komplecie i dopiąć wszystko na ostatni guzik.

Ustaliliśmy, że pojadę razem z Kazem i Pawłem, a z Bysiorem, mieszkający po drugiej stronie Warszawy, Mario i Szalona.

30 kwietnia, około godziny ósmej rano pojawił się u mnie Paweł. Pijąc kawę czekaliśmy na Kaza, który mimo iż nie znał drogi, trafił do mnie bez problemu. Pakowanie sprzętu zajęło nam godzinę i ruszyliśmy na spotkanie z resztą ekipy, która czekała na nas za Łomiankami.

Spotkaliśmy się na stacji benzynowej. Stamtąd ruszyliśmy jeden za drugim: z przodu Kaz, a Bysior za nim.

Około godziny 16.00 byliśmy w Gdyni. Czekały nas ostatnie zakupy spożywcze i tankowanie. Paliwo w Szwecji jest jeszcze droższe niż w Polsce.





Czekając na prom zrobiliśmy pierwsze zdjęcia. Chyba tylko Kaz i ja zaliczyliśmy rejsy po Bałtyku, więc spodziewałem się wiszenia mojego Teamu za burtą. Obawy okazały się bezpodstawne. Po kolacji wszyscy spali jak zabici.







Po porannej pobudce, zjedliśmy szybkie śniadanie i ruszyliśmy na łowisko. Chcieliśmy jeszcze tego dnia wypłynąć i zbadać wodę.






Podróż minęła szybko, przerywana tylko niezbędnymi postojami. Będąc prawie na miejscu zajechaliśmy do Gamleby. Zwiedziliśmy urokliwy rynek, szukając lokalnej gastronomii. Okazało się jednak że wszystkie knajpki są pozamykane z uwagi na 1 maja. Pozostało nam więc tylko wrócić na parking, gdzie zostawiliśmy samochody. Po drodze podziwialiśmy Trolla, nad wejściem do pobliskiego supermarketu, zachęcającego potencjalnych klientów.







Ruszyliśmy w kierunku przystani, na której byliśmy umówieni z naszym gospodarzem. Nad wodą przywitało nas zimno, silny wiatr i pochmurne niebo. Zastanawialiśmy się, czy uda się nam wypłynąć jeszcze tego samego popołudnia. Kiedy rozważaliśmy różne możliwości, nadpłynęła łódź, którą mieliśmy przeprawić się na wyspę. Tam czekał nasz domek i łódki. Goszczący nas Szwed okazał się bardzo sympatyczny i chętnie odpowiadał na wszystkie pytania. Okazało się, że ekipa przed nami miała pecha. Przez cały pobyt złapali ledwie 6 szczupaków i zniszczyli śrubę w silniku jednej z łódek za 150€....








Na brzegu jeziora czekała na nas żona gospodarza, która quadem z przyczepą przewiozła nasze bagaże do domku. My musieliśmy iść na piechotę, a było to niemałe wyzwanie ze względu na stromiznę drogi. Późniejsze kursy od domku do przystani i z powrotem, z pełnym ekwipunkiem, były dość męczące, dlatego szybko postanowiliśmy zostawiać większość sprzętu w łodziach.





Dostaliśmy laminowane mapy łowiska i informacje gdzie może znajdować się ryba. Postanowiliśmy wypłynąć od razu. Mario z Kazem oraz Bysior Szalona i ja. Paweł zamierzał poszukać okonia z brzegu używając bocznego troka. Opłynęliśmy pobliską wyspę dookoła, puszczając wabiki przy każdej trzcince. Nic, nawet puknięcia. Czuliśmy ogromny potencjał łowiska. Trafialiśmy na miejsca pachnące szczupakiem i nic. Było naprawdę zimno,a woda miała 8 stopni. Szukaliśmy na różnych głębokościach bez skutku. Wkrótce zaczęło padać, uznaliśmy więc, że pora się zbierać, z nadzieją, że Paweł skusił jakieś oknie. Niestety, okazało się, że i nasz wiślak wrócił o kiju.




Dowiedzieliśmy się, że naszymi sąsiadami, z domku obok była ekipa z Rumunii. Mieli zamówionego przewodnika po łowisku. Byliśmy ciekawi, co powiedzą po jutrzejszym wędkowaniu.

Pierwszego dnia wypłynąłem z Kazem. Opłynęliśmy praktycznie całą zatokę, atakowaliśmy przynętami każde potencjalne stanowisko szczupaka i dalej nic. Dzień powoli mijał, a my nie mieliśmy kontaktu z rybą. Kaz, mimo iż preferuje karpiowe zasiadki, całkiem nieźle radził sobie ze spinningiem. Mimo braku brań był uśmiechnięty i się nie poddawał. Ja niestety powoli traciłem zapał. Ostatnie rzuty skierowałem w trzcinowisko przed domem gospodarza i nagle... Jest branie! Szczupak nie był za duży. Kaz szybko wyciągnął go chwytakiem. Na oko miał wymiar, ale szkoda nam było nam sprawdzać i męczyć takiego juniora. Szybciutko wrócił do wody.







Mario udało się skusić i złapać kilka sztuk, ale również nie powalały rozmiarem. Takie sześćdziesiątki, to nie ryby jakich tam szukaliśmy. Bysior miał więcej szczęścia, bo w drugim rzucie trafił 75cm. Natomiast reszta ekipy była na zero. Po powrocie do domku zasięgnęliśmy języka. Okazało się, że wynajęty przewodnik zaprowadził sąsiadów na płycizny: wodę od 20 do 50cm. Tam były szczupaki. Postanowiliśmy, że jutro my również je znajdziemy.



Następnego dnia pływałem z Bysiorem, szukając płycizn i ciepłej wody. Natknęlismy się na Kaza i Szaloną. Rozmawialiśmy w odległości kilku metrów, gdy nagle Kaz zaciął szczupaka. Ryba walczyła ostro, ale nie miała większych szans. Zrobiliśmy kilka fotek i szczupły wrócił do wody. Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć, gdy w drugim rzucie padła kolejna sztuka. Nasz karpiarz utarł nosa spinningistom. Cóż, bywa i tak.







Po jakimś czasie spotkaliśmy resztę Teamu, lecz patrząc na ich miny, wnioskowaliśmy, że im sukcesów zabrakło. Postanowiliśmy wszyscy razem wpłynąć do płyciutkiej zatoczki i tam poszukać szczęścia. Spod napływające łodzi, uciekały wygrzewające się na płyciźnie szczupaki. Trafiliśmy kilka sztuk, ale nikt nie miał tyle szczęścia co Bysior i dalej dzierżył tytuł łowcy, największego zębacza. Pecha mieli Kaz i Szalona. Duża sztuka Monki odpłynęła z chwytakiem w pysku. Kaz zapomniał przełożyć pętlę przez nadgarstek i ryba mocnym szepnięciem wyrwała mu go z ręki.









Powoli słońce chyliło się ku zachodowi, co było dla nas znakiem, że czas już spływać. Szalona namierzyła ławicę śledzi, wspólnie z Kazem zapewniając Teamowi wspaniałą kolację. Śledzie z Syrsan są przepyszne, co stwierdzi każdy, kto miał okazję spróbować.



Tego dnia, uznaliśmy, że mamy już miejsce i odpowiednią strategię, teraz wystarczy tylko wprowadzić ją w życie.

Kolejny dzień spędziłem z Szaloną. Ta młoda wędkarka była pełna zapału, z pewnością miała go więcej niż my wszyscy razem wzięci. Może to kwestia wieku, albo tego, że jesteśmy po prostu leniwi. Opływaliśmy kolejno wszystkie miejscówki, ale dopiero na płyciźnie zaczęły się brania. Monika złapała piękną, 82cm sztukę, która ładnie walczyła dookoła naszej łódki. Na miejscu zjawili się Bysior i Mario. Po szybkiej sesji zdjęciowej, ryba wróciła do wody. W tej płytkiej zatoczce, każdy z nas złapał po kilka ryb i można śmiało powiedzieć, że było to najbardziej obfite w drapieżnika miejsce, jakie udało nam się znaleźć.





Szybko mijał nam czas w doborowym towarzystwie. Warto nadmienić, że Zatoka Syrsan jest wspaniałym miejscem pod kątem krajobrazu i przyrody. Przejrzysta woda, skaliste, strome brzegi, Gdzieniegdzie, pojedyncze sosny i wszechobecny mech tworzą wspaniały, dziki klimat.





Czwarty dzień pobytu spędziłem na łodzi z Pawłem. Pływaliśmy, dużo rozmawiając i szukając nowych, ciekawych miejsc. Po pewnym czasie zrobiliśmy sobie długą sjestę. Nie samym wędkowaniem człowiek żyje. W końcu trafiliśmy na wąski przesmyk. Wiszące na lini wysokiego napięcia przynęty, utwierdziły nas w przekonaniu, że inni wędkarze próbowali tu swoich sił. Wpłynęliśmy do płytkiej zatoki. Miejsce wydawało się idealne. Zauważyłem, że Paweł podszkolił się w obsłudze multiplikatora. Rzucił płynnie, daleko, ale co najważniejsze- celnie. Po jednym z rzutów, w pojedyncze trzciny, zobaczyłem jak zacina. Ryba walczyła twardo, a kij pracował pięknie. Niestety, nie trafiła się metrówka, ale szczupły okazał się być godnym przeciwnikiem. Co chwila wyskakiwał, tańcząc na ogonie i próbując wytrząsnąć przynętę z pyska. Drapieżnik miał równe 75cm, a Paweł wydawał się być zadowolony. Wracając, wpłynęliśmy w płytką zatokę, gdzie codziennie wędkowali nasi sąsiedzi. Na samym jej końcu, udało mi się złowić kolejnego zębacza na 15 cm flagowca. Tak skończył się mój dzień z Pawłem. Potem, Okazało się, że Kaz, nasz czarny koń, złapał 85cm okaz. Do końca wyjazdu pozostał on największym złapanym przez nasz Team szczupakiem. Brawo Kaziu! Pokazałeś spinningistom, że nie tylko karpie i dorsze, ale i szczupaki nie mają z Tobą szans.










Prognozy pogody nie nastrajały nas optymistycznie. Po nocnych opadach śniegu i konieczności rozmrażania wędek, dostaliśmy informację, że zbliża się sztorm. Istniała możliwość, że ostatniego dnia możemy w ogóle nie wypłynąć.

Jak dotąd nie pływałem tylko z Mario, a więc nadeszła wreszcie jego kolej pomęczyć się z prezesem ;). Jego łódka była najszybsza ze wszystkich, a jej lekka, aluminiowa konstrukcja pomogła nam wyprzedzić innych i zjawić się w pierwszej kolejności na miejscówkach. Postanowiliśmy wypłynąć jak najdalej i minęliśmy po drodze rezerwat przyrody, w którym jest zakaz wędkowania. Za nim, woda miała wyjątkową przejrzystość, gołym okiem było widać dno i duże szczupaki. Co z tego, skoro leniwym wzrokiem lustrowały nasze przynęty, nie przejawiając jakichkolwiek chęci do ataku. Po wypróbowaniu wszystkiego zacumowaliśmy do brzegu. Stanąłem na skalnej półce, skąd oddawałem rzuty. Tonący 10cm ABL, trafił w końcu w gust przepływających drapieżników i po chwili holowałem pierwszą rybę. Szczupak walczył godnie, zanim nie spotkał się z chwytakiem. Po następnych dwóch rzutach, miałem na haku kolejnego mieszkańca zatoczki. Po pamiątkowej fotce wrócił do wody. Niestety, w tym momencie, limit mego szczęścia się wyczerpał, bo następnych brań nie już miałem. Płynęliśmy dalej, ale bez efektów. Uznaliśmy, że czas wracać.








Wypłynięcie ostatniego dnia wciąż stało pod znakiem zapytania. Zapowiadali sztorm i powtórne ochłodzenie. Mimo to, wyruszyłem rano z Szaloną poszukać upragnionej metrówki, w znanych, pewnych już zatoczkach. Niestety, złapaliśmy po trzy sztuki i trzeba było wracać. Zaczęła się nawałnica, a nasza łódka z trudem radziła sobie z falami. Martwiliśmy się czy wystarczy paliwa. Na szczęście dopłynęliśmy do przystani cali i zdrowi- nie licząc przemoczenia.



Zaczęliśmy się pakować, ponieważ następnego dnia, do godziny 12.00, należało zdać domek i łodzie. Podczas kontroli sprzętu, okazało się, że jedna śruba jest wygięta. Koszt naprawy wyniósł 300 koron, które zostały potrącone z naszej kaucji. Trzeba było również rozliczyć się z paliwa. Koszt 1 litra to 18 koron. W strugach deszczu załadowaliśmy się do łodzi gospodarza i przeprawiliśmy na brzeg, gdzie zostały nasze samochody.

Pożegnaliśmy się i już zaczęliśmy tęsknić za tym miejscem, oraz ogromnymi szczupakami, które miały nas w nosie, a także za dziką przyrodą jakiej nie uświadczymy u nas w kraju. Wyjeżdżając na drogę, zauważyliśmy, że niedaleko pasie się łoś. Zanim zdążyłem wyjąć aparat, skrył się krzakach.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Kalskronie. Było sporo czasu żeby coś zjeść i kupić pamiątki. Pobieżnie zwiedziliśmy miasto. Wszyscy byli zaskoczeni ciszą i spokojem na ulicach. Z rzadka mijali nas tylko pojedynczy mieszkańcy.






W oczekiwaniu na prom, wymieniliśmy doświadczenia z innymi ekipami wędkarzy powracającymi do Polski. Nad Fiolen poszło im bardzo dobrze, na szkierach Gryt nie złapali nic. Starałem się podliczyć, ile okazów nam się udało złapać. Wyszło mi około 50szt., w tym największy 85cm szczupak Kaza. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że na najbardziej wysuniętych w morze szkierach, nie dane nam było połapać wcale. Wjechaliśmy na prom, porobiliśmy ostatnie fotki oraz zakupy w sklepie bezcłowym. Trzeba było ugłaskać stęsknione dzieci i małżonki. Po obiedzie w stołówce, trafiliśmy prosto do łóżek. Rano czekała nas jeszcze długa droga do Warszawy.

Z promu kierowaliśmy się prosto na Warszawę. Bez zbędnych przystanków. Obiad, dla jadącego dalej do Radomia Kaza, czekał u mnie w domu. Pożegnaliśmy się z Pawłem, a przy posiłku oglądaliśmy już materiały z wyprawy. Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. Jestem pewien, że Team Rapa zechce tam powrócić. Może za rok, tym razem raczej w czerwcu.

Kończąc relację, chciałbym wyznać, że ten wyjazd był dla mnie dużym wyzwaniem. Sama organizacja nie była aż takim problemem, jak zgranie sześciu osób, które miały spędzić ze sobą tydzień, na niemal bezludnej wyspie. Mogę śmiało powiedzieć, że pierwszy wyjazd Team Rapa do Szwecji, uważam za udany w 100%. Miałem okazję sprawdzić jak działamy razem, w grupie i z przyjemnością zorganizuję podobny wyjazd w przyszłym roku.

rapa

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (3)

Kaz, 2010-08-10 19:39:56
Kurcze jak miło jest teraz po wspominać!!!:oklasky::kwadr:
galieni, 2010-08-12 09:23:06
Super relacja :oklasky:
gusto, 2010-09-17 10:07:09
:oklasky: