Tajne miejsca - jak znaleźć?

Bombel 2010-08-04 Opowiadania

...
Zainspirowały mnie pojawiające się czasem na portalach wędkarskich dyskursy o dzieleniu się wiedzą. Wreszcie wystąpił ktoś z pretensjami, że deklarowana jest wymiana informacji, a tu klops. Bo nikt nie chce zdradzać swoich najlepszych łowisk. Jak już ktoś napisze, to tylko o miejscach dość powszechnie znanych. Może nawet i rybnych, ale tłumnie uczęszczanych. Te perełki, traktowane niemal intymnie, pozostają tajemnicą. Tylko fotki z rybami widać.

Trudno się dziwić. Na przykład łowcy pstrągów mają swoje absolutnie tajne siurki. Takie, że nawet miejscowi nie domyślają się, że w strudze, którą można przeskoczyć bez rozbiegu, trafiają się kapitalne ryby. Zna je kilku - kilkunastu wędkarzy. Strzegą tajemnicy bardziej niż oka w głowie. To proste: czasem taki odcinek, gdzie kropkowańce występują, ma ze trzy kilometry. Co by się stało, gdyby dotarło tu kolejnych dwudziestu wędkarzy? Tygodnia, może dwóch by wystarczyło do wybicia tamtejszej, siłą rzeczy bardzo nielicznej populacji ryb.

Gdy w WŚ opisałem kiedyś dwa z nich, wcale nie tajne, a tylko lubiane, to choć narwiańskie brzegi i tak dla wielu były znane, w następny weekend po publikacji o połowę więcej ludzi niż zwykle. Bo wyczytali, że łowiska ładne i rybne. To czemu nie chciało się im przyjechać wcześniej? Droga prosta, zabłądzić nie sposób. Zresztą w stolicy już od bardzo dawna wieści z tych łowisk były wręcz powszechnością. Jak znana była np. Łubienica, Kacice, Pogorzelec czy Borsuki, jak na wspomnienie o Bugu wspominało się Kanię Polską, Popowo, Somiankę czy Kamieńczyk. Więcej nie napiszę o niczym, co sam odkryłem lub gdzie w zaufaniu wprowadzili mnie przyjaciele. To po części zazdrość, lecz bardziej chęć znalezienia odludnego spokoju. By mi nie wrzeszczały hordy rozwrzeszczanych dzieci, po stanowisku nie kręciły psy, a przygodnie spotkani wędkarze nie pytali co chwila: panie, jak tam, bierom? No i jeszcze chęć chronienia "moich" miejsc i "moich" ryb przed nadmierną presją, przed przełowieniem.

Do tej wiedzy dochodzi się latami. To tysiące przejechanych kilometrów, tysiące godzin spędzonych na poszukiwaniach, setki kilometrów przedzierania się przez najdziksze wykroty i krzaki, to mnóstwo zwiadowczych wyjazdów, które okazały się niewypałem. Gdy się jedzie dziesięć kilometrów po wertepach, potem ze dwa na piechotę po zabagnionej, zakrzaczonej ścieżce, a trafia się na kawał płytkiej, zupełnie bezrybnej wody. Bo rzeka rządzi się swoimi prawami, więc może nanieść piasku tam, gdzie nie powinno go być. Albo wyżłobić rynnę w miejscu, gdzie na zdrowy rozsądek powinna się ciągnąć tylko piaszczysta łacha.

Lecz czy to tylko duże rzeki? Absolutnie nie! Lubię odkrywać. Będąc gdzieś przejazdem lubię zatrzymać się przy mostku na jakiejś strudze, zagapić się, przejść ze sto czy dwieście metrów, pozaglądać między krzaki. Lub inaczej - mając jakiś inny, niewędkarski cel podróży, zerkam do atlasu samochodowego. Są jakieś niebieskie nitki strumieni czy plamki wieszczące obecność wody stojącej? Jeśli są, to wyjeżdżam godzinę wcześniej, by zrobić rozpoznanie. Bez wędki, tylko z polaroidami. I zwykle śmieję się w duchu z samego siebie. Że o tysiącach wędkarzy, goniących na wielkie, znane, "upatrzone" łowiska nie wspomnę. Bo przelatujemy po tych mostkach, nawet nie zwracając uwagi na jakieś siurki. Czy aby nie warte uwagi?

Podam przykład dla Mazowszan. Pisałem o tej strudze w tekście "Rzeczka pierwszych kroków" - to Pełta. Podałem dokładne namiary. Teraz nieco rozszerzę. Oto trasa z Pułtuska na Maków Maz. i dalej Szczytno. Zaraz za Pułtuskiem, w miejscowości Przemiarowo, tuż przed mostkiem, po lewej stronie, jest młyn. Od dawna nieczynny. Jest spiętrzenie wody, za nim niewielkie rozlewisko. Przed spiętrzeniem jest ponad 2 m wody. Ciemnej, ocienionej przez gęstwinę olch. Latem 2007 chciałem się przekonać, czy dalej są tam stada pięknych płoci i kleni. Pół godziny cierpliwie czekałem, schowany za pniem drzewa, czy się pokażą. Doczekałem się. Najpierw stadko ok. 30 płoci w przedziale 25 - 35 cm. Po kolejnych kilku minutach stado podobnych kleni. W tym kilka sztuk pow. 40 cm. Ale wystarczył jeden nieostrożny ruch, by ryby znikły.

Chce się komu spaceru po chaszczach? Proszę bardzo. Wystarczy pójść z biegiem rzeczułki. Już pod mostkiem, w kamieniach, można było znaleźć miętusy. Czy w dalszym ciągu są - nie wiem. Potem trzeba przejść ze 100 m, czasem i pół kilometra, by znaleźć dołek. Przy letnim stanie wody półtora metra to już studnia. W której niemal na pewno siedzi szczupak. Zwykle niewielki, do kilograma. Ale miłą niespodziankę może sprawić nawet "dwójka".
Powiecie, że małe? No to pokażcie mi wędkarza, który na Narwi czy Bugu regularnie łowi podobne. Ja takich nie znam. Owszem, jeszcze dziesięć lat temu komplet szczupłych z Narwi nie był problemem. Ale od kilku lat problemem jest złowienie choć jednego miarowego. Co widać choćby po wynikach zawodów spinningowych, gdzie dominującą zdobyczą są okonie. Zazwyczaj ledwie miarowe i w niewielkich ilościach. Gdzie jeden kilogramowy szczupak gwarantuje jeśli nie zwycięstwo, to przynajmniej miejsce na podium. Na trzydziestu chłopa, z których połowa schodzi z zerem.

Tylko trzeba jeszcze, na Pełcie, uzbroić się w króciutką, delikatną przepływankę i króciutki kijek żywcowy. Najlepszym żywczykiem jest kiełb. Można przywieźć ze sobą, można popróbować złowić na miejscu. Oby nie pomylić z prawnie chronionymi ślizem czy kozą. Nie wiem, jak ze spinningowaniem. Próbowałem tylko na przyujściowym odcinku, w poszukiwaniu szczupaków. Dlatego tylko tam, że szerzej i wygodniej. To wszystko, co powyżej, wygląda jak żywcem wyjęte z koszmarnego snu muszkarza: wąsko, kręto, z mnóstwem krzaków i zwieszających się gałęzi, miejscami strome, gliniaste skarpy.

Czemu zdradzam miejscówkę? Bo za stary i zbyt leniwy już jestem, by uganiać się po krzaczorach czy wzorem kozicy wspinać się po najeżonych korzeniami skarpach. Zresztą nie mam odpowiednio krótkich wędeczek. Z drugiej jednak strony mam pewność, że po odwiedzeniu z żywczykiem kilku takich dołków na Pełcie wyniki miałbym nie gorsze niż po całym dniu uganiania się ze spinningiem po Narwi. I jeszcze jeden powód zdradzania: mam niemal całkowitą pewność, że nikt się tam nie zapuści. Bo musi liczyć się z tym, że jeśli przez kwadrans nic nie weźmie, to trzeba szukać kolejnego dołka. A kilometry lecą... Przyjezdnych tam nie widziałem. Najwyżej kajtki po 12 - 15 lat, z byle jakim kijaszkiem polujący na "upatrzonego". Ale to tylko w wakacje, o ile rodzice nie zagonią do pomocy w pracach polowych. Jesienią zajrzałem na wcześniej opisywany odcinek w Kleszewie. Bez wędki, tylko na krótki zwiad. Ciekaw byłem, czy ktoś skorzystał z podpowiedzi. I nic, nawet jednego śladu, jeśli nie liczyć sterczącej między trawami, zapomnianej rososzki. Nadwodna ścieżynka, biegnąca u podnóża skarpy, niemal zupełnie zarośnięta. Gdybym nie pamiętał, że kiedyś tam była, to bym jej nie znalazł. Ile takich strug, wpadających do Narwi? Popatrzcie na mapę. Choćby Kluskówka. Przy samym ujściu warto zapolować na wiosenne płocie i okonie. W połowie lat ?80 zdarzyło się, że kilka radiowozów ściągnięto dla uspokojenia wędkarzy wojujących o miejsca. A tych niewiele.

Niedawno Wodnick, gdy pod pierwszą częścią tekstu "Za lasem, za mgłą" pojawiła się informacja o ciągu dalszym, wzburzony zadzwonił z ostrzeżeniem, że to i owo mi urwie, jeśli naprowadzę na inną, znaną nam rzeczkę. Miał rację, wyczuł kierunek, w którym wstępnie zamierzałem pójść. Ale już w momencie, gdyśmy gwarzyli, tekst był poprawiony. Już podałem zupełnie inny kierunek. Co więcej - po lekturze Mirek też wyczuł, dokąd owe ścieżki prowadzą. Terenu nie zna. Ale wystarczyło poczytać uważnie, wyszukując w tekście zawarte tam informacje, a potem sięgnąć po atlas samochodowy. Trafił za pierwszym razem. Odkrył nazwę też dlatego, że w drugiej części jest zakamuflowane imię rzeczułki. Tyle, że podane z błędem ortograficznym. Ale fonetycznie brzmi tak samo. Po pierwszej części Marian też odgadł rejon, gdzie jest jedna z ogólnikowo wspomnianych rzeczułek. Skoro podał nazwę nieodległej miejscowości, to albo to już poznał, albo po prostu porównał mapę z informacjami zawoalowanymi w tekście. Stawiam na to pierwsze, bo Marian nie tylko dysponuje autem, które wszędzie wlezie i bez problemu wylezie, lecz - co najważniejsze - zdaje się też mieć w sobie jakiegoś pałera, gnającego Go ku nowym przygodom, nowym miejscom.

Inna rzeczułka: Wymakracz. Zdradzam nazwę dlatego, że nigdy tam kija nie moczyłem. Ale znajomy, gdzieś tam mieszkający, łowi nieustannie. Jesienią chwalił się szczupakami wyjętymi na żywca. Uwierzyłem od razu, zanim fotki zobaczyłem. Nie rewelacja, takie do 2 kg, ale zawsze to coś. Ja nad jesienną Narwią spędziłem ze spinningiem kilkadziesiąt godzin, poza kilkoma niewymiarkami mając tylko jedno potężne branie potężnej ryby, której nawet nie zobaczyłem.

O jednej z tych rzeczek pisał kiedyś Piotrek - Wozik77. Po lekturze akurat nie musiałem specjalnie mocno łamać głowy, bo region trochę znam. Wystarczył mi opisany kierunek i czas jazdy. Typy miałem dwa. Dawałem 7 : 3 na pierwszą. W korespondencji prywatnej Piotrek potwierdził. Skończyło się na wzajemnym zastrzeżeniu, że nazwę pozostawiamy dla siebie. Spyta ktoś - czemu? Proste: rzeczka urokliwa, ale mała. Gdyby poznało ją jeszcze z pięćdziesięciu spinningistów, to za dwa lata pewnie nie byłoby tam po co jeździć. Najwyżej na spacery brzegiem. Bo najczęściej bywa tak, że ten, który pozna, zaraz sprowadzi kolegę czy innego szwagra. Tamci - swoich znajomków. I dupa zbita.

Narew - jest takie miejsce. Z bardzo skomplikowanym dojazdem, z paskudnie trudnym dostępem nad brzeg całkowicie zdominowany przez przyrodę. Tam niektórzy nawet samochód ustawiają tak, żeby od strony wody nie było widać. Bo ktoś zobaczy i może pomyśleć, że skoro ktoś inny dojechał, to znaczy, że jednak się da. W dodatku skoro ten ktoś ryzykował urwanie zawieszenia, żeby dojechać, to wiedział, co i dlaczego czyni. Przecież nie dlatego, żeby tylko komarom wystawić się na żer. Trzeba tylko drogę znaleźć. Niedawno przyznałem się dwom wtajemniczonym, że zawiozłem w to miejsce innego kolegę. Łomatko, co ja się nasłuchałem! Sacha świadkiem. Nie pomogło moje tłumaczenie, że tak jechałem, tak kluczyłem, tak wprowadzałem w niewłaściwe dróżki, by człowiekowi w głowie namącić. Że wprowadziłem tylko na w miarę dostępny brzeg. Dalej, gdzie ciekawiej, już nie. Nie pomogło. Marcin chyba do tej pory ma do mnie pretensje. Bezzasadne. Rozumiem jednak intencje i z pokorą chylę czoła.

Przyznam się: jest trochę takich miejsc, gdzie fotografuję człowieka z rybą czy tylko człowieka tak kadrując, by w tle nie znalazło się nic, po czym można by było rozpoznać okolicę. Bo niby czemu miałbym zdradzać lokalizację, skoro tam trzech wędkarzy to już tłok? Wśród zarejestrowanych tu Userów wcale się nie wyróżniam. Np. Korsarz. Przed rokiem zabrał Wodnicka i mnie na doskonałe łowisko okoniowe (gdzie okonie nie biorą ) Z zastrzeżeniem, że jak któryś z nas puści parę, to on nas za... no, za coś tam powiesi, zanim sam zostanie utłuczony przez Guru.

Chyba trzy lata temu mk powiódł nas na bużysko bardzo blisko Warszawy. Z takim samym zastrzeżeniem. Tam akurat już nie wolno teraz wędkować. Nie podaję namiarów, bo gdyby komuś palma odbiła i jednak spróbował, to może sztachetą zarobić, a do domu wracać na piechotę. Jesienią Kryskon poprowadził nas po zalewowych łąkach nad środkową Narwią. Tak kluczył, że już po dwóch kilometrach łąkowej dróżki, z licznymi rozjazdami, pomieszało mi się w łepetynie. Jakby mnie tam wyrzucili z samochodu, to pewnie prędzej z głodu bym padł, zanim bym wyszedł do najbliższej ludzkiej siedziby. Ale to miejsce dlatego tak cudne, że bardzo nieliczni umieją trafić, przejechać. Pięć kilometrów dalej, gdzie dojazd prostszy, na kilometrze brzegu kwitnie nieraz i pięć namiotów. A w tamtych warunkach to rzeczywiście już tłok.

Marcelinho ma swoje miejscówki boleniowo - jaziowo - sandaczowe. Szczupłe i wąsiaste też się trafiają. Co widać na licznych fotkach, powieszonych przez Marcina w galerii. Mocno musiałem się nakombinować, nad mapą siedząc i kolejny raz czytając Jego relacje z nocnych polowań, żeby wreszcie określić rejon. W jednym z tekstów Marcin zawarł jedną czy dwie wskazówki w tej kwestii. Rejon rozpoznałem. Tylko dlatego, że znalazłem wplecioną w tekst, sparafrazowaną nazwę wioski. Dodam, że za każdym razem, gdy tam przejeżdżam, na widok tabliczki z nazwą miejscowości parskam śmiechem.

Wodnick od dwóch lat opowiada o jakichś zaszczupczonych i zaokonionych żwirowniach. Gdzie Rusałeczka (czyli Natalka, córuś Mirka), siedmiolatka, na bacik trzaska przyzwoite karasie. Myślicie, że choć zdradził nazwę najbliższej miejscowości? A figa! Nieużytek jeden powiada, że się dowiem, gdy sam zaprowadzi. Pojechałbym, bo uwielbiam uganiać się za okoniami, poszukiwać nowych miejsc. Wiem, jaki rejon, więc ze dwie godziny wpatrywałem się w mapę jak szpak w pi... piszczel. Nic z tego. Na mapie sporo niebieskich plamek. Równie dobrze może to być każda z nich. Lub żadna. Jest i ważniejszy powód: nie ja to odkryłem. Wiem, że łowisko, choć spore i rybne, to jednak absolutnie kameralne. Woda prywatna. Właściciel chyba nie pobiera opłat, na nielicznych wędkarzy przymyka oko. Ale będzie tak zapewne tylko do czasu, póki nie zwalą się tłumy. I oby się nie zwaliły, bo wyczeszą tak samo jak np. Gnojno czy Brzuze. Co poszłoby o tyle łatwiej, że zbiornik nie ma połączenia z żadnym ciekiem, więc ryb może przybyć tylko dzięki naturalnemu tarłu.

Odcięte, okresowo zalewane starorzecze Narwi. Stamtąd wyjąłem szczupłego 75 cm, sporo niewiele mniejszych. Wyjąłem sporo cudnych linów. Woda prywatna, bo na prywatnym gruncie. Właściciel, mieszkający w pobliżu rolnik, nie ma nic przeciwko wędkarzom. Pod warunkiem, że zachowują się przyzwoicie. Nie śmiecą, nie łowią na pięć wędek, nie zabierają ryb niemiarowych, będących przed czy w trakcie tarła. Na obcych patrzy podejrzliwie. A to dlatego, że wiele razy widywał takich, którzy stawiają po kilka żywcówek i pakują do siaty nawet pistolety po 25 - 30 cm. A miewał i odwiedziny kłusoli z siatką. Dla tych akurat skończyło się niewesoło. Bo i pies komuś majtki skroił, i pyski zostały oklepane na tyle solidnie, by nauczka na trwałe wryła się w pamięć. Więc co? Miałbym człowiekowi przyprowadzić nad jego wodę tabun swoich kolegów? Nadszarpnąć zaufanie, jakim mnie obdarzono? Zresztą staw z roku na rok coraz bardziej zarasta. Dopiero późną jesienią, gdy potężne dywany osoki aloesowatej opadną, da się swobodnie pospinningować z zaledwie kilku miejsc.

Nikomu nie pokazywałem innego, pobliskiego starorzecza, też na gruncie prywatnym. Piekielnie trudna technicznie woda. Brzegi gęsto zarośnięte olchami i wierzbami, pełno dzikich malin, jeżyn i licho wie, czego jeszcze. Co z tego, że przy słonecznym dniu widać opalające się szczupaki po 2 - 4 kg? Wyjęcie któregokolwiek z nich to prawie cud. Zacięty natychmiast wlezie w gałęzie zalegających tam dziesiątków drzew zwalonych przez bobry. Konieczny jest mocarny sprzęt, umożliwiający hol "na windę". Ale... po co? Od czasu ofensywy styczniowej w 1945 r. ludzka ręka tam nie ingerowała. I niech tak zostanie. Kiedyś syna, może wnuka tam zabiorę, pokażę. Jak i mnie dziadek pokazał to prawie czterdzieści lat temu. Dotychczas wprowadziłem tam tylko jedną osobę - niegdysiejszą ślubną. Nie na ryby, tylko pokazać. Założyła polaroidy, pozaglądała w wąskie luki między zaroślami, zachwyciła się. Zobaczyła stadko półkilowych płoci ocierających się o coś przypominającego kawał grubej gałęzi. To nie gałąź. To był prawie metrowy szczupak wygrzewający się pod wierzchem. Miałbym tam wpuścić kogoś z wędką? By naruszył sacrum tego zakątka? Nawet i ja sam, nawet gdy bardzo mi się chce pożreć rybę na kolację, łowić tam nie będę. Nie sprofanuję dziewiczej dostojności tego kawalątka odwiecznej, naturalnej oazy. Nie wskażę drogi, nie napiszę. Pięciu ludzi z żywcówkami w kilka weekendów mogłoby wytłuc większość tamtejszych szczupaków.

Jak szukać?

Proste. Zaplanować jakiś rejon, potem dokładna mapa w garść. I patrzymy, czy jest tam jakaś woda, która według mapy mogłaby okazać się interesująca. Im mniej siedzib ludzkich w pobliżu, im dróżek mniej, tym lepiej. A jeśli jeszcze rzeka mocno meandruje, to mamy połowę sukcesu. Druga połowa to już ciężka praca. Nieraz trzeba przejść brzegiem kilka kilometrów, pracowicie obławiając co ciekawsze miejsca, by wreszcie znaleźć choć jedno dobre. Ale trzeba chcieć, a nie liczyć na gotowe. To jeden z kluczowych warunków wędkarstwa, o ile nie ma ono polegać na posadzeniu tyłka w fotelu i gapienie się w szczytówki gruntówek.

Nie miejmy pretensji do nikogo, kto swoich miejsc nie chce zdradzać. Ja nie mam. Wiem o mazowieckiej rzeczułce, gdzie na pewno występuje pstrąg potokowy. Choć paru dobrych znajomków próbowałem podpytać - nie powiedzieli. Szanuję to mając pewność, że jak sam nie znajdę, to się nie dowiem. Póki co wyeliminowałem już z dziesięć kilometrów biegu rzeczki, zostaje do sprawdzenia jeszcze ze trzydzieści. Nie wiem, czy znajdę. Jeśli się uda, to i tak nikogo nie zaprowadzę. Bo tam nawet miejscowi raczej nie mają pojęcia, że są pstrągi. Gdyby zobaczyli uganiających się nad wodą, licznych wędkarzy, to za trzy dni wszystkie okoliczne by wiedziały. Jeden sezon, najwyżej dwa i pozamiatane.

Co więc robić,

poza osobistymi poszukiwaniami? Przyłączyć się do bractwa. Wystarczy spojrzeć do "umawialni". Co kilka - kilkanaście dni pojawiają się w sezonie propozycje wspólnych wypadów. A to Hanysy, a to Krakusy, a to Łodzianie, Podlasiacy, Krzyżacy czy Krawaciarze gdzieś się wybierają, skrzykują. Ten zna jakieś jezioro, tamten urokliwy kawał rzeki, inny podsuwa nowy, jeszcze niezarejestrowany na mapach zalew, ktoś inny organizuje wypad do Skandynawii czy na bałtyckie dorszowanie. Wystarczy dołączyć. Jak ktoś nie ma własnego środka transportu, to niemal zawsze znajdzie się ktoś, kto zboczy kawałek, zbierze po drodze i odstawi z powrotem.

To coś jak kasta. Do której trzeba się wkupić. Nie, nie żadną flaszką czy innymi wartościami. Najwyżej do paliwa trzeba się dorzucić, gdy droga dłuższa. Nie liczy się wiek, płeć, status materialny czy zawodowy. Po prostu - trzeba chcieć wejść w to towarzystwo. Wucewujkowe czy inne. Wszak na wielu portalach ludziska skrzykują się na wspólne spotkania w różnych regionach kraju. Trzeba zasłużyć na zaufanie. Trzeba się wkomponować w środowisko. A wcale nie jest to trudne. Wystarczy chcieć. Szanując jedną zasadę: nikomu nie nadepnąć na odcisk.

Dla realizmu

jedno, raczej wielce ważne wyjaśnienie: czasem na "liście obecności" widać ponad setkę zarejestrowanych Użytkowników i o dwa razy więcej Gości. Aż serwer się dławi i odmawia posłuszeństwa. Bo obciążenie zbyt duże. Tylko domniemywać można, ilu spośród obecnych to wędkarze wyznający kultywowane tu zasady, a ilu takich, którzy chcą się tylko dowiedzieć, gdzie, na co, kiedy i jak ryb "nałapać" Bo nie nałowić. Czy stare wędkarskie repy, szczególnie z dużych aglomeracji, zaryzykują publiczne podanie namiarów na łowiska nieznane, a położone o godzinę jazdy od Wawki czy Krakówka? Przecież już w najbliższy weekend mogłoby się okazać, że zwaliły tam dzikie tłumy. Że na trzech kilometrach pstrągowego siurka, gdzie pięciu to już tłok, zwali dwudziestu moczykijów.

Ze trzydzieści lat, z każdym rokiem na nowo, poznaję znane mi miejsca. Zwiady okupując mnóstwem urwanych przynęt. Nie dziwię się, gdy po godzinnym przedzieraniu się przez najpaskudniejsze krzaki w miejscu kamienistej rynny znajdę pustynię z miękkim piaskiem i paroma centymetrami wody. Gdzie nawet o ukleję trudno. Lub o świcie, zanim wiatr zmarszczy wodę, dostrzegam wirki zakłócające zawsze lustrzaną powierzchnię. Woda coś odsłoniła, coś nowego uformowała?? A może przyniosła jakiś pień? Trzeba sprawdzić.

Spójrzmy na to i z innej strony: jak wyglądałaby moja czy czyjakolwiek wiarygodność, gdyby publicznie ujawnić, że tu a tu, gdzie dotrzeć można tak a tak (tu zwykle potrzebny długi, zawierający mnóstwo szczegółów opis), ryby gryzą na potęgę. Jedzie ktoś po dwóch tygodniach, gdy znowu pogoda zwariowała, a tam już zupełnie co innego. Tylko z jesieni ?07: dwa dni na Narwi pod Wizną, dwa wypady na Biebrzę, wypad na Zbiornik zaporowy Wykrot, kilka wypadów na dolną Narew. Dla Warszawiaków ogółem to ponad tysiąc przejechanych kilometrów (bliższych wypadów nie liczę). A ryb nawet nie na lekarstwo. Gdybym części z tych łowisk nie znał, a o reszcie nie nasłuchał się wcześniej mnóstwa superlatyw, to - gdyby takie kierunki podpowiedział mi ktoś wcześniej nieznany - być może doszedłbym do wniosku, że człowiek w maliny mnie wpuścił.

Do kogo pretensje? Wyłącznie, jeśli już, do samych siebie. Ale za co? Przecież świadomi jesteśmy, że to nie norweskie fiordy, gdzie czarniaka, rdzawca czy innego dorsza można złowić chyba nawet na łyżkę stołową, byle uzbrojoną w kotwiczkę. Że to nie Irlandia, gdzie wystarczy blaszką w wodę trafić, a zaraz szczupły się uwiesi. W naszych realiach, gdy szukamy przede wszystkim przygody, a nie rybiego mięsa, do nikogo "naprowadzającego" nie można mieć żalu. Jakże bowiem wspaniale jest zobaczyć, raz na jakiś czas, te gęby serdecznie uśmiechnięte, nagadać się przy piwie czy kawie, klapnąć na rzecznej skarpie i spuścić z niej nogi, gawędząc sobie, przynętami się wymieniając... Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę kaprysy rzeki. Te nizinne, duże, słabo lub wcale nie regulowane, wciąż się zmieniają. Co innego, wzorem np. Odry, gdy główki co kilkadziesiąt metrów, a nurt ujęty w mocne karby. Tam niewiele może się zmienić. Spójrzmy jednak na graniczny Bug, który raz Ukrainie, raz nam, odbiera po kilka hektarów terytorium. By kawałek dalej oddać to z nawiązką. A dolna Narew? Stare główki, od dziesięcioleci nie naprawiane, już w większości rozmyte. Niektóre niemal zupełnie niewidoczne. Stare, zapomniane opaski w większości też rozmyte. Tylko starzy bywalcy wiedzą, gdzie były. Ale odnajdzie ja każdy, kto chce i potrafi obserwować, układ dna odczytując ze śladów na powierzchni, z ukształtowania brzegu.

Osobiście kilka razy posłuchałem sobie pretensji za błędne wskazówki. Mówię znajomym, że w takim to a takim rejonie szczupłe siedziały blisko brzegu, w klatkach między główkami. Nie biorą koledzy pod uwagę, że to było miesiąc wcześniej, przy wyższym stanie wody. Chcieli się tam wybrać, to opisałem warunki, jakie wówczas zastałem. Jadą i wracają na pusto. A za kilka dni sam jadę i znajduję. Bo woda opadła i ochłodziła się, więc szczupaki poszły dalej, w śródrzeczne rynny. Albo rok 2006: w pierwszej dekadzie maja ćwiczyliśmy z Wodnickiem szczupaki w Pogorzelcu. Zębate siedziały w dopiero wschodzących grążelowiskach, gryząc wyłącznie wirówki. W dodatku, jak się okazało, zaczynały dopiero po południu. Trzy tygodnie później pojechało tam kilku znajomków. Nie biorąc pod uwagę, że grążele już doszły do powierzchni i w ich gąszczu nie da się połowić. Potem delikatne pretensje do mnie, że nakłamałem... I maj 2007: pływamy we trzech, bo i Marian dołączył, po tych samych miejscach, o tej samej porze roku. I nic, zaledwie jakieś glutki się trafiają. Plus jeden sandaczyk zapięty przez Mirka w miejscu, gdzie na zdrowy rozum sandaczy nie powinno być.

Tylko w latach 2005-07 z wieloma wucewujkami zapuszczaliśmy się w miejsca zasadniczo dobre, ciekawe, rybne. I sam robiłem za przewodnika po "moich" łowiskach, które znam prawie jak własną pustą kieszeń, i byłem wprowadzany w inne, nieznane mi miejsca. Ot, choćby zapomniane już, swego czasu tradycyjne "pucharowe środy" stołecznego środowiska. Bzura w Sochaczewie, gdzie Omero wprowadził i oprowadził. Na ośmiu chłopa tylko Jaj wstrzelił się w ledwie miarowe klenie. Pozostali, nie licząc kilku okoniątek, na zero. Wisła na Żeraniu, w planie jazie i sandacze. Na siedmiu czy ośmiu chłopa chyba jako jedyny zaliczyłem przypadkowe branie, prawdopodobnie bolenia. Kacice nad Narwią - jakieś okonki i chyba szczupaczek Stefana, który frytki łowił skutecznie, by na koniec nogę skręcić (Witek, to kara za te "frytki"), rzutem na taśmę Ace28 trafia niezłego bolenia.
Wiosenna Narew, gdzie powinny brać gruntowe płocie, grube krąpie i leszcze. My wiemy, że powinny. Ryby nie wiedziały. Letnia Narew, gdzie już na pewno powinny brać leszcze. Ale leszczom nikt tego nie powiedział. Więc nikomu nie biorą, choć trudno miejsce znaleźć, bo tyle luda zjechało. Gnojno, gdzie powinny brać okonie. Trochę biorą, ale zasadniczo tylko u mnie. Bo zabrałem spodniobuty, więc mogłem wleźć w miejsce, dokąd w woderach się nie dojdzie. Tymczasem Grzechu i Kwantyl z lekka zniesmaczeni, bo... cuś Bombel ściemniałeś z tymi okoniami...

Maj 2007, znowu Gnojno, ale na rzece. Dmucha paskudnie, przelatują krótkie deszczyki, ryb zero. A że muszę poczekać, aż browarek odparuje, to zostaję do zmroku. Wreszcie w trzech rzutach zaliczam dwa ledwie miarowe szczupaki. Tuż przed ulewą. Prawdziwy pożytek z tego, że nieprzemakalna kurtka jednak okazała się przemakalna. Więc już wiem, że powinienem wozić ze sobą jeszcze sztormiak. Ten na pewno nie przemoknie, a wiele miejsca nie zajmuje. Potężne wyrobiska powapienne (czy jakoś tak) w Wielkopolsce, gdzie nie można nie nałowić się okoni. I to aż do bólu ręki. A jednak można. Miejscowy powiada: panowie, jakie okonie??? Tu nikt okonia nie widział! Wkrótce potem Guru mało nie pęka ze śmiechu. Oczywiście, że są. Ale trzeba mieć środek pływający, namierzyć krawędź spadku. To prawie cud, że udało wam się cokolwiek złowić z brzegu.

Bug w Popowie, Somiance czy Kani Polskiej. Sołtys robi za kierownika kolejnych zlocików. Nie musi zachwalać, że miejsca dobre. Pół Mazowsza o tym wie. Ale... ryby jakoś nie wiedzą... Bug w okolicach Małkini, dokąd znajomy od początku 2006 mnie ciągnął na brzany i klenie. Na swoich tajnych miejscówkach ustawicznie nęci grochem. Za 2006 ma srebrny i brązowy medal za brzany. W październiku 2007 powiada mi: to i dobrze, żeś pan nie przyjechał, bo tylko wstydu bym się najadł. Bo przez cały sezon, mimo ustawicznego nęcenia, trafiło się trochę ledwie miarowych kleni, kilka jazi i ze trzy niewielkie brzany. Lewy brzeg Bugu, ze trzy lata wcześniej. Mój ówczesny szefunio wwiózł mnie w takie miejsca, że do tej pory ja, przecież doświadczony, nie mogę zrozumieć, jakim cudem Nexia przeszła po tych dróżkach. Nie ma zbója - powiada szefunio - tu nie może nie być szczupaka! Zbója nie widzieliśmy, szczupaka tym bardziej nie. Trafił mi się jeden okoneczek trzykrotnie dłuższy od wirówki nr 3. Co żeśmy się wymarzli - to nasze. W miarę pozytywny efekt wyprawy w tym, że szefunia dopadła potem grypa i przez kilka dni w firmie była laba na całego

Umiesz liczyć? Licz na siebie.

Pytajcie o plany batymetryczne jezior czy zalewów - jeśli ktoś wiedzę posiada, to na pewno się podzieli. Pytajcie o dojazdy w wybrane miejsca. Też ktoś pomoże. Pytajcie o rybostan, o kwatery, o pola namiotowe, o stan wody, o sposoby montażu zestawów i o setki innych spraw. Ale o tajne miejsca nie pytajcie. Zbyt szybko te miejsca zostałyby zadeptane, obstawione namiotami. Lub, nawet precyzyjnie pokierowani, moglibyście zejść bez kontaktu z rybą. Jak ja schodzę.

Cztery dekady uganiam się z wędkami. Przez pierwszą połowę tego czasu miałem to szczęście, że gdzie i czego do wody się nie wrzuciło, to niemal zawsze wracało się z przyzwoitą rybą. Że jak za skrzętnie ciułane kieszonkowe nabyłem za 3 $ (mój Ojciec zarabiał wówczas relatywnie nieźle, bo jakieś 20 $ - przelicznik czarnorynkowy), oczywiście w Pewexie, pierwszą wirówkę Meppsa, to w niespełna godzinę miałem komplet szczupaków (wtedy 4 sztuki). Ale do zabrania szły tylko te od kilograma w górę. Że jak nabyłem pierwszą bolonkę, prawie dwadzieścia lat temu, a jeszcze jak nauczyłem się nią posługiwać, to trzy przynajmniej kilogramowe leszcze przyjmowałem jako porażkę. Bo normą było sześć - dziesięć sztuk. Bo normą było, że leszczem nazywałem ryby od kilograma w górę. A ostatnio? Między bajki wolę wkładać opowieści, że ktoś miał rewelacyjne wyniki. Ja takowych nie widywałem. A nad różnymi wodami bywam, często bywam. Zwykle nie sam. Widuję setki wędkarzy mających podobne lub gorsze od moich wyniki. Mazowsze, Podlasie, kawałek Mazur, Poj. Brodnickie... Inną bajką jest oczywiście zasobność wód. Bezlitośnie trzepanych siatami tak przez uprawnionych rybaków, jak i kłusowników.

Własne miejsca?

Niekoniecznie trzeba się uganiać po chaszczach. Można się przejść po wygodnym odcinku brzegu, uważnie przyglądając się wodzie. W bezwietrzne dni, gdy powierzchnia nie jest sfalowana, widać szalenie dużo. Tu się woda marszczy, tam jakiś warkoczyk za zwalonym konarem, gdzie indziej zwary nad jakąś przeszkodą zalegającą na dnie, ówdzie załamanie nurtu za jakimś niepozornym, malutkim cypelkiem... Niestety, umiejętności czytania wody nie nabędzie się z lektur. Do tego konieczna jest praktyka. Szczególnie przydatne, by pierwsze kilka razy czynić to w towarzystwie kogoś nieco bardziej doświadczonego. Kto wskaże szczegóły dla wielu niedostrzegalne. Nie śpieszyć się, nie gnać na oślep w poszukiwaniu miejsc najbardziej charakterystycznych. Chlapnie boleń? Walnie szczupak? Okonie pogonią drobnicę? Kleń czy jaź zaoczkuje? No to poczekajmy choć z kwadrans, poobserwujmy. By ustalić częstotliwość i miejsca ataków, trasę patrolowania rapki, miejsce uderzeń szczupaka itd. Być może się okaże, że w miejscu, obok którego przelecieliśmy wiele razy, uwagi nie zwracając, znajdziemy sobie znakomite stanowisko. O którym nikt inny nie ma pojęcia. To też będzie Wasze tajne miejsce. Do którego czasem o kilka minut spaceru czy jazdy, bez konieczności telepania się po kilkadziesiąt kilometrów i błądzenia po mokradłach i krzakach. Doskonałe do tego, by po pracy wyskoczyć na godzinkę czy dwie.

Owszem, ciągnie jakiś rodzaj mikro egzotyki, związanej z dalszymi wypadami. Mnie np. bardzo ciągnie Podlasie. Ale cóż z tego, skoro to ze 200 km? Ile razy w roku można? Więc tylko zazdrościć mogę chłopakom z Ostrołęki, Łomży czy Białegostoku, mającym najwyżej godzinę jazdy. Czyli tyle, co ja na ukochany odcinek dolnej Narwi. Gdzie niestety już tłoczno i coraz bardziej bezrybnie. Ciągnie mnie na kilka jezior, znacznie dalej położonych. Ciągnie mnie na Suwalszczyznę, ale to już ponad 300 km...

Mój brat inaczej do tego podchodzi. Nie nosi Go po bardziej odległych łowiskach, nie ciągnie Go spinning. Za to rozpracował sobie Świder od Otwocka do ujścia. Z krótką wędeczką spławikową niemal za każdym razem potrafi przewidzieć, gdzie będą ryby. Ponadkilogramowe świnki, jazie czy klenie, tłuste jelce, grube płocie, czasem certy. Piotrek prawie zawsze znajdzie to, czego szuka. Ale to efekt kilkunastu lat poznawania rzeki i zwyczajów miejscowych ryb. Odległych o parę minut spaceru, czasem o kilkanaście minut wycieczki rowerowej. I co z tego, że pokazał mi kilka swoich miejsc? Niby woda czytelna, miejscówki łatwo odnajdywalne. Byłem jak dziecko we mgle. Ja powiadam, po godzinie wygłupów ze spławikiem, że tu ryb nie ma. A Piotr pokazuje mi kilka grubych płoci i kilogramową świnkę. Zamieniamy się miejscami. Ja dalej na zero, On zaraz ciągnie kolejną sporą rybę...
Inny wędkarz, leciwy rolnik z pobliskiej wioski. Skądinąd bardzo miły człowiek. Kilka razy widziałem, jak schodził z leszczami pow. dwójki. Nigdy więcej jak trzy sztuki. Dwa lata go namierzałem, wreszcie namierzyłem. Na swoją miejscówkę wchodził między krzakami tak, by śladu nie zostawić. Siadał na malutkim, umocnionym patykami tarasiku, który wydłubał sobie w brzegowej burcie. Schowany za skarpą był niewidoczny dla przechodzących nieopodal. Znalazłem go wreszcie, włócząc się ze spinningiem. Okazało się, że łowił wyłącznie na groch, kilka razy w tygodniu sporo podsypując. Ale nigdy wówczas, gdy w pobliżu ktoś się kręcił.

To nie tajemne miejsca...

...lecz tajemnice owych miejsc. Rozpracować rzeźbę i rodzaj dna, układ nurtu, występującą roślinność wodną i jej granicę z czystym nurtem. Wstrzelić się z przynętą, zanętą, kompozycją zestawu, sposobem jego podania i prowadzenia itp. Mogą to być miejsca powszechnie znane, ale tylko nieliczni wyczują, na co i jak łowić, żeby mieć sukcesy. Zobaczą, że wody ubyło czy przybyło kilkanaście centymetrów, więc nieco inaczej układa się nurt. Więc i ryby przeniosą się odrobinę w bok, najlepszego dla siebie miejsca szukając. Więc schemat sprzed trzech dni można sobie w buty włożyć. Ciągle się uczę. Już od dawna wiem, że łażąc ze spinem nie powinienem od razu pakować się w wybranym miejscu do wody i zaczynać machać. Spokojnie! Trzeba postać kilka minut, popatrzeć na wodę, ocenić. Czasem dostrzeże się jedną zatopioną gałąź, czasem ze trzy wątłe źdźbła wystające z linii wodorostów. A czasem nic się nie dostrzeże, więc szkoda czasu na rzucanie. Choć niekoniecznie... Szkoda czasu na obserwację? Nic bardziej mylnego! Dołoży się nieraz kilkaset metrów spaceru, ale nie rzuca się na próżno. W dodatku następnym razem już się wie, dokąd kroki kierować, by bezskutecznie nie biczować jałowej wody.

Trzeba poznać wodę, rozgryźć jej tajniki, nauczyć się ją rozumieć. Jest ta trudno dostrzegalna granica między łowieniem (czy też łapaniem) ryb a wędkarstwem prawdziwym. W którym złowienie ryby staje się tylko ukoronowaniem wyprawy. Kwintesencją trudnego do nazwania ogromu doznań, jakie towarzyszyć mogą każdemu krokowi, każdemu widokowi, zapachowi, dźwiękowi. Poznanie to też sprawa arcyważna. Lecz znów stoimy przed wyborem: lecieć przed siebie i szukać miejsc najbardziej charakterystycznych lub podejść do tematu z cierpliwością i pokojem, odnajdując jakże często omijane, prawie niewidoczne perełki. W pierwszym przypadku dojdziemy tam, gdzie setki ludzi już były, przeczesały wodę na wszelkie możliwe sposoby. W drugim możemy mieć niemal całkowitą pewność, że mało kto tam się zatrzymał, więc ryby nie są przepłoszone czy specjalnie wyczulone. Wędka to tylko narzędzie do złowienia owej kwintesencji wędkarstwa. Jak aparat fotograficzny. Którym można utrwalić tort u cioci na imieninach. Lub wychwycić piękno zakątka, obok którego setki ludzi przejdą w poszukiwaniu ryby. A obok którego większość z nas, zaślepionych chcicą złapania ryby, przeleci z prędkością przeciągu. Nie widząc, że czasem pojedyncza gałąź stercząca z wody może sygnalizować stanowiska niezłej ryby.

To teraz do rzeczy. Czyli do poszukiwań ryb. Taki badyl, łukowato sterczący pod krzakiem, przez który prześwituje wschodzące słońce - widzicie takie maciupkie zmarszczenie powierzchni tuż obok? Tam jest maleńka przykosa. Tam siedzą jazie. Nieco powyżej są ledwie widoczne (aparat kiepski), nieco silniejsze zawirowania na powierzchni. Tam też jazie, pojawia się kleń. Zanim słońce wzeszło kilka razy walnął sandacz lub szczupak. Nie wiem, tylko słyszałem, nie widziałem. Potem, gdy słońce wyjdzie na całego, staje się to królestwem boleni. Ta mini zatoczka za gałęzią (na dole fotki, fotka robiona "pod prąd"), skryta w cieniu. Tam siedział szczupak. Okołowymiarowy, nie chciało mi się mierzyć. Jeśli żaden inny wędkarz go nie dopadł, to szczupak ma teraz o kilka centymetrów więcej. Trzeba było tylko podać wirówkę tuż pod wystający badyl, z wyczuciem sprowadzić w cień nurtowy za cypelkiem, przełożyć szczytówkę na lewą stronę, blaszkę podciągnąć pod granicę zielska, opuścić na dno i powoli, lekko podszarpując szczytówką wystawioną tuż za linię roślinności wynurzonej powoli ściągać.

Tajne miejsce? Figa! Setki wędkarzy tam biegają, szukając miejsc wygodniejszych. Chcąc "złapać" rybę. A wystarczy poświęcić trochę czasu na "rozgryzienie" tego urokliwego szczegółu, by rybę złowić. Wypracować! Przynajmniej kwadrans spędzając powyżej cypelka, drugie tyle poniżej niego. Potem zejść kilkadziesiąt metrów i znaleźć kolejne, równie obiecujące miejsce. I znów dokładnie je przeczesać. Jeszcze jedno, ważne: zanim zaczniemy rzucać w tak trudnym miejscu, wpierw zaplanujmy sobie taktykę ewentualnego holu i wybierzmy miejsce do podebrania ryby. Inaczej skończyć się to może nerwami i rybą uciekającą z przynętą tkwiącą w pysku.

Na odcinku mającym trochę ponad kilometr podobnych miejsc jest ze dwadzieścia. Nie liczyłem, bo nic to nie da. To zewnętrzny brzeg zakola, podlegający ciągłym zmianom. Cypelka widocznego na fotce już nie ma. Przybór i bobry zrobiły swoje. Kawałek niżej woda podmyła brzegową burtę, wypłukując korzenie krzaka wikliny. Krzak pochylił się ku wodzie, czubki czupryny mocząc w wodzie. Spod niego miałem, na przełomie listopada i grudnia 2007 coś, co na plecionce o wytrzymałości 12 kg wyjechało na środek Narwi i zostawiło mnie z kocią mordą. Po rozgięciu kotwiczek na kiełbiopodobnym woblerze Dorado Stick 7 cm.
Miałem wybór: przez kilka godzin oblecieć cały ten odcinek (czyli ponad kilometr) i rzucać prawie na oślep lub skupić się na dokładnym obłowieniu kilku wybranych miejsc. Jak zwykle wybieram to drugie. W świadomości mając, że jakaś ryba niemal na pewno w takim miejscu przebywa. Tylko trzeba ją sprowokować do brania. Szukając właściwej przynęty i sposobu jej podania i prowadzenia.

Ot i cała tajemnica...

P.S. W kolejnym tekście spróbuję przybliżyć, dokumentując fotkami, trochę przykładów z mojego tropienia drapieżników w mazowieckich wodach.

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!