Szyszki, motyl i zielony spinning

kojoto 2011-12-09 Opowiadania

...
- Rafał... Rafał!! - szeptem ale niemalże krzycząc wołam nowo poznanego kompana wypraw wędkarskich. W końcu jest przed godziną 4 i dopiero co ciemna noc zmienia się w złotawo - pomarańczowy wiejski poranek.

Czekam jeszcze chwilę patrząc się na stare drewniane okno. Niestety cisza. Firanka ani drgnie. Szukam czegoś żeby rzucić chociażby w ścianę wiekowego drewnianego domku. Znalazłem kamień i nim cisnąłem w spruchniałe deski. W końcu firanka drgnęła i ujrzałem w oknie zaspaną ale uśmiechniętą twarz kolegi. W powietrzu krążyła masa wielu wonnych kompozycji letniego poranka. Gdzieniegdzie w pachnących miodem przydrożnych lipowych koronach żywiołowe wróble przeganiały krzyczącą sójkę. Twarz powoli ogrzewały promienie słoneczne wychylające się zza wpół zawalonej stodoły.

- Pięknie zapowiada się kolejny wakacyjny dzień - pomyślałem sobie...
Nagle pisk odsuwanej, zardzewiałej bramy wyrywa mnie z tej porannej zadumy.
- Cześć Maciek!!! Zrobiłeś pęczak bo ja niestety zaspałem i nie jestem przygotowany - wykrzyczał radośnie Rafał dzierżąc w ręku 2 wędki i wiaderko.
- No pewnie! Wszystko mam! - odpowiedziałem z radością w głosie witając się z kolegą.

Ależ byłem zadowolony. Mając 10 lat sam nie bardzo mogłem jeździć nad oddaloną o ok. 1km od leśnej działki Pilicę. Rafała poznałem u jego mamy w sklepie spożywczym i po krótkiej rozmowie okazało się,że także uwielbia łowić ryby. Był starszy ode mnie więc Rodzice pozwalali mi z nim jeździć.

- Chodź po rowery i lecimy. Ojciec powiedział mi gdzie nęcił grochem, a że nie będzie jeździł przez jakiś czas na ryby to my zajmiemy to miejsce.
- Dobrze to lecimy bo może ktoś nam zająć miejscówkę - odpowiedziałem rozochocony tym,że będziemy łowić na tajnym nęconym miejscu.

Wytoczyliśmy nasze pojazdy z przydomowego warsztatu. Moje Wigry 3 było świeżo przemalowane na zielonożółty kolor. Tylna opona zmieniona była na grubszą z fajnym protektorem. Lepiej trzymała się na polnych piaszczystych dróżkach. Uwielbiałem ten rower chociaż jazda na nim wymagała użycia sporej siły. Jednak nieznane wtedy były górskie wynalazki z przerzutkami.

Wsiedliśmy na nasze amortyzowane topornymi sprężynami siodełka i pomknęliśmy na podbój Pilicy. Rześki poranek powodował dygotanie szczęk ale nam to absolutnie nie przeszkadzało. Znowu jechaliśmy na nasze ukochane ryby. Z asfaltowej drogi skręciliśmy w pole koło kredowobiałej kapliczki. W trawie obok piaskowych kolein była twarda wąska ścieżka, po której znakomicie jechało się rowerem. Dojechaliśmy do ostrego zakrętu i w tym momencie przednie koło ujeżdża na śliskiej od rosy trawie. Pięknym piłkarskim ślizgiem ląduję na twarz w wysokiej, zimnej zieleni. Już w locie zaczynam się śmiać tak bardzo,że pozbierałem się dopiero wtedy jak ubawiony po pachy kolega pomógł mi wstać.

- Ale żeś wywinął orzełka!!! - śmiejący się do granic możliwości Rafał ledwo wymówił te słowa.

Na szczęście moja wędka wytrzymała. Wędka... nowa, piękna, aluminiowa wędka. Skręcana na łączeniu. Wspaniały podarunek od gospodarza, od którego Rodzice kupili kawałek ziemi pod działkę. Miała pięknie pracujący metalowy, szpulowy kołowrotek. Polerowałem ją codziennie, niemalże z nią spałem. Zawsze była w nienagannym stanie teraz jednak cała oblepiona gliną i trawą. Chwilę zajęło mi doprowadzenie jej do wyglądu i ubawieni i rozbudzeni porannym niegroźnym wypadkiem znowu ruszamy w kierunku rzeki.

Letnie łąki tętniły życiem. Przepięknie pachniały. Masa owadów, ptaków, zajęcy... Gdzieniegdzie przy brzozowym zagajniku nerwowo i ostrożnie przechadzały się sarny. Nad nami latały piękne czarne bociany. Niesforne kuropatwy wyskakiwały nagle z łanów zboża powodując zatrzymanie akcji serca na kilka sekund. Wszystko to chłonąłem całym sobą. Beztroskie chwile mijały bardzo wolno. Nigdzie nie trzeba było szybko wracać...

Wjechaliśmy na niewielkie wzniesienie, za którym słychać już było szemrzącą wodę naszej rzeki. Już ją widzieliśmy, czuliśmy i coraz mocniej wciskaliśmy pedały żeby już być na miejscówce, już rozkładać wędki. Chęć złowienia ryb była ogromna. Dopiero co zaczęliśmy przygodę z tą wędkarską adrenaliną i chcieliśmy jej więcej... coraz więcej. Zgrzani docieramy na miejscówkę skrzętnie ukrytą w gąszczu gałęzi umiejętnie splecionych przez tatę Rafała.

- To tutaj. Tylko pamiętaj Maciek! Nikomu jej nie pokazuj. - powiedział stanowczo kolega.
- Bez obaw! - odparłem od razu - Nie zdradzę jej nikomu bo to teraz i moja tajemnica. - dodałem.

Spojrzałem na miejsce... piękny klasyczny zakręt z głęboką woda przy burcie i z wypłyceniem kilka metrów od brzegu.

- To tutaj tata sypie duże ilości grochu. Na szczęście wrzuciłem go parę garści do wiaderka. Zobacz jak pięknie pachnie! - powiedział Rafał i podsunął mi torebkę pod nos. Groch był lekko żółtawy i oszałamiająco pachniał kolendrą. Ojciec Rafała podobno słynął na wsi z mistrzowskiego przygotowywania tej przynęty. Zresztą na koncie miał przepiękne złote leszcze, olbrzymie jazie i wielkie klenie.

- Dawaj Rafał rozkładamy się i rzucamy zestawy! - krzyknąłem podekscytowany sytuacją.

Pierwsze zestawy gruntowe kolegi poleciały do wody. Żyłki powoli napięły się i ustawiły idealnie w rynnie haki z grochem. Nikt wtedy nie myślał o żadnych koszyczkach zanętowych. Dwie garście grochu i kukurydzy poszybowały powyżej zestawów i pięknie spłynęły w zagłębienie. Ja natomiast na niewielki haczyk nanizałem dwa ziarenka pęczaku. Rzuciłem niedaleko tuż przy niewielkim lekko przytopionym krzaczku.

- Czekamy. Tu muszą być ryby - oznajmił Rafał i jak zahipnotyzowani wpatrywaliśmy się w nasze zestawy.

Nagle jedna z dwóch wędek gruntowych zaczęła gwałtownie podskakiwać. Rafał doskoczył do niej i już po chwili zaczął się mocować ze zdobyczą. Złapałem podbierak i czekałem. Walka trwała chwilę, ryba odjechała w stronę płycizny wydobywając z kołowrotka miłe terkotanie. Wprawny ruch wędziskiem i przepiękny zloty leszcz wylądował w siatce a zaraz potem na brzegu. Rafał wydobył z kieszeni starą, lekko zardzewiałą miarkę. 62cm... Oszołomiony wpatrywałem się w tą rybę. Była piękna. Wielki mięsisty pysk mógłby z łatwością zassać 3-4 ziarenka grochu naraz. Piękne złote ubarwienie mieniło się we wczesnoporannym słońcu. W duszy zazdrościłem koledze. Pierwszy raz wdziałem tak wspaniałego leszcza.

- Maciek! Bierze Ci! - wyrywa mnie z chwili zachwytu krzyk Rafała. Gdy ja podziwiałem jego zdobycz spławik zniknął pod krzakiem... Szybko zacinam i czuję coś na końcu zestawu. Aluminiowa wędka przepięknie pracuje. Kołowrotek co chwilę terkocze. Po chwili przy powierzchni ukazuje się naszym oczom dorodna płoć. Piękne czerwone oczy i srebrny blask łusek. Największa jaką do tej pory złowiłem. Chwilę później podziwiamy nasze pierwsze tego dnia ryby. Zachwycamy się nimi i razem sobie gratulujemy. Jeszcze chwilę i ryby majestatycznie odpływają...

Tego dnia złowiliśmy jeszcze wiele przepięknych leszczy i płoci w tym magicznym miejscu jednak zbliżająca się burza przerwała naszą sielankę i ile sił w nogach popedałowaliśmy do domów.

- Na razie Maciek! Jutro też jedziemy! Bądź rano jak nie będzie burzy! - Rafał próbował przekrzyczeć już silnie wiejący wiatr.
- Dobra! Jutro będę! - rzuciłem tylko w stronę kolegi. Nawet nie wiem czy usłyszał.

W domu czekali już na mnie poddenerwowani Rodzice ale wiedzieli,ze nauczyli mnie rozsądku. Jednak ucieszyli się na mój widok. W drewnianym działkowym domku rozchodził się przepiękny zapach bitek w sosie grzybowym a Mama przygotowywała kopytka. Uwielbiałem to danie ale po tak wspaniałym wędkarskim dniu smakowało jeszcze lepiej. Do tego truskawkowy kompot. Byłem szczęśliwy.

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Ciągle miałem przed oczami te wspaniałe ryby jakie dziś złowiliśmy....

Szyszki


Dźwięk budzika wyrywa mnie ze snu. Zasnąłem? To był sen? Po chwili dociera do mnie, że nie. Za okienkiem na poddaszu jeszcze ciemno. Ubieram się i po cichu schodzę po skrzypiących drewnianych schodach. Tak żeby nie obudzić Rodziców. Szybko sprawdzam wczorajszy pęczak. Cholera! Skwasił się! Przecież nie zdążę zrobić drugiego. Wpadam na pomysł, że dziś połowię na ciasto. Mija kilka chwil i kolendrowe ciasto z dodatkiem miodu gotowe. Zawijam je w papier, chowam do chlebaka. Jeszcze tylko kilka kanapek i wychodzę. Spoglądam w niebo i od razu widzę, że po wczorajszej burzy nie ma śladu. Przypominam sobie o wczorajszym szukaniu czegokolwiek do rzucenia w dom kolegi i nauczony tym doświadczeniem pakuję sobie pełne kieszenie szyszek. Na działce leżało ich bardzo dużo po wieczornej wichurze.

Już po kilku chwilach stałem przy ogrodzeniu kumpla. Dopiero 6 szyszka uderzająca w ramę okna budzi Rafała, który oznajmia, że za 10 min wyjdzie. "Dobrze,że nie trafiłem w szybę" - pomyślałem.

Dziś trochę zimniej niż wczoraj ale to na pewno nie zniechęci do powtórzenia wczorajszego dnia. Drogę nad rzekę pokonaliśmy nadzwyczajnie szybko. Jeszcze w półmroku docieramy na miejscówkę. Na szczęście nikt jej nie odkrył i spokojnie rozstawiamy wędki.

- Wziąłem Ci Maciek jedną gruntówkę. Będziemy mieli więcej szans na złowienie ryby - oznajmił Rafał wciskając mi w rękę wysłużoną czarną teleskopową wędkę.
- Dzięki! Może złowię dziś coś innego niż tylko plocie - odparłem zadowolony lecz powiedziałem to z przekorą ponieważ te "tylko" płocie były wczoraj tymi największymi, pięknymi rybami.

Szybko lecz dokładnie pomontowaliśmy zestawy i już po chwili przynęty zagłębiły się w znaną nam rynnę. Tym razem skupiłem się na razie tylko na gruntówce. Pierwszy raz łowiłem tą metodą i z wielką uwagą śledziłem szczytówkę, którą pod naporem prądu delikatnie poruszała żyłka. Moją aluminiową wędkę oparłem o drzewo pozwalając jej odpocząć po wczorajszych zmaganiach. Nawet mrówkom, które w rozstępach kory zrobiły sobie ścieżkę, spodobała się bo kilkanaście z nich zaczęło zwiedzać nowość na ich drodze.

Nagle moja wędka zaczęła nierównomiernie podskakiwać. Szarpnąłem ją stanowczo i poczułem solidny opór na końcu zestawu. Ryba szła w rynnie przy dnie i nie dała się podnieść ku powierzchni. Rafał już był gotowy. Stał nieco niżej z podbierakiem.

- Maciek to przepiękny jaź!!! Nie pozwól mu uciec!!! - krzyknął i skupił się na podebraniu ryby. Jednak ona nie miała zamiaru kapitulować i ponownie odjechała w przeciwnym kierunku. Kołowrotek grał piękną melodię a ja na chwilę zapomniałem o otaczającym mnie świecie. Wpatrywałem się tylko w przemieszczającą się żyłkę. Po chwili przy powierzchni pojawił się ON. Piękny, ogromy JAŹ! Byłem wniebowzięty! Rafał przyczaił się i za chwilę ryba trzepotała w podbieraku. Położyliśmy ją na wilgotnej, gęstej trawie i zmierzyliśmy. 65cm mojego szczęścia. Pierwszy w życiu jaź i od razu taki wielki!

Próbuję zapamiętać jak najdokładniej tą chwilę i tą rybę. Niestety w tamtych czasach nie posiadałem aparatu. Wszystko kodowałem w pamięć wychwytując najdrobniejsze szczegóły. Zatracałem się po takich chwilach jeszcze bardziej w matnię wędkarstwa.

Po wypuszczeniu pięknej zdobyczy znowu zarzucam zestaw w nęconą rynnę. Gdy tylko wszystko się stabilizuje, kolega mocno zacina i zaczyna holować... podwodnego potwora! Potworny terkot szpulowego kołowrotka, strzał i koniec...

- Rafał co to było?! - krzyknąłem.
- Nie mam pojęcia! - Odparł roztrzęsiony - ale było ogromne! - Niestety zerwał wszystko a ja nie zabrałem skrzyneczki. Tam miałem obciążenie! - dodał.
- Masz. Łów na tą. Ja połowię na spławik - odparłem dając mu wędkę, którą mi pożyczył.
- Nie no coś Ty! Trzeba coś wymyślić. - powiedział.

I w tym momencie zaświtało mi coś w głowie. Szyszki, które zbierałem na działce były jeszcze zielone i ciężkie. Miały opływowy kształt. Wyciągnąłem jedną z nich.

- Czym tu zrobić otwór przez środek? - spytałem.
- Ty masz pomysły Maciek! Super! Ja mam w narzędziach rowerowych śrubokręt z wymiennymi końcówkami a wśród nich szpikulec. Tym załatwimy sprawę. - odparł ucieszony kolega.

Chwilę trwało wykonanie otworka w osi szyszki i już za chwilę znalazła się ona na żyłce. Piękny naturalny przelotowy ciężarek. Rzut w nurt... niestety za lekko.

- Dawaj drugą szyszkę.
- Trzymaj - rzuciłem szyszką w stronę Rafała.

Tym razem wszystko było ok i po chwili kolega mógł cieszyć się z łowienia. Trudno było nam uwierzyć ale od czasu dotarcia nad wodę, złowienia ryby, akcji z szyszkami minęło zaledwie półtorej godziny. Nawet słońce jeszcze całkowicie nie wyszło zza horyzontu. Nagle za plecami usłyszeliśmy przerażający, rozpoznawalny dźwięk. Poderwaliśmy się z miejsc i ujrzeliśmy na polu sporego dzika idącego w naszym kierunku i wydającego z siebie złowrogie chrumkanie.

- Na drzewo!!! - krzyknął Rafał i w mgnieniu oka wskoczył na pierwszą gałąź.
- Rafał ja nie doskoczę!!! - z przerażeniem usiłowałem dosięgnąć gałęzi.
- Dawaj rękę! Wciągnę Cię!

Kolega podał mi rękę i już za chwilę staliśmy kilka metrów nad ziemią wchodząc z przerażenia jeszcze wyżej. Dzik nie należał do największych ale wparował na nasze miejscówki siejąc spustoszenie wśród naszych chlebaków. Oszalał. Zaczął podrzucać wszystko do góry, strącił wędki z podpórek. Szczęście,że nic nie wrzucił na razie do wody. Nie pomagały nasze krzyki, tupanie w konary. Nagle ruszył w stronę drzewa. To co później się stało sprawiło,że niemalże skoczyłem na niego. O drzewo oparta była moja wędka. Wparował w nią jakby jej nie widział... Cienka aluminiowa rurka zgięła się, załamała i pękła w kilku miejscach. Prawie płakałem. Byłem wściekły i smutny. Objąłem pień i mocniej przysunąłem się do niego. Coś uwierało mnie w nogę i w tym momencie znowu mnie olśniło! Przecież miałem pełne kieszenie szyszek!

- Masz Rafał! Rzucaj w niego z całej siły!!!

Zaczęliśmy rzucać z wielką furią w dzika szyszkami. Co chwilę odskakiwał trafiony w grzbiet. Wziąłem jedną szyszkę chuchnąłem w nią i w duchu pomyślałem sobie: "To za moją ukochaną wędkę". I z całej siły cisnąłem zielonym pociskiem. Szyszka idealnie trafiła w czuły ryjek dzika. Ten zakwiczał i uciekł w pole. Z góry widzieliśmy,że w trawie czekały na niego młode warchlaczki. Wtedy zrozumieliśmy agresję zwierzęcia. To była samica. Broniła tylko swojego potomstwa, które prowadziła prawdopodobnie do wodopoju. Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas odprowadzając zwierzęcą rodzinkę wzrokiem aż ta znikła daleko za przybrzeżnymi drzewami. Matka zaprowadziła swoje młode w inne miejsce i tam ugasiły pragnienie po czym pobiegły daleko w pole znikając w odległym sosnowym zagajniku.

- No Maciek...ale mieliśmy szczęście. Te Twoje szyszki znowu ratują nam życie. Tym razem w poważniejszej sprawie - odpowiedział blady kolega. Wystraszony, zły ale zarazem rozumiejący dziką mamę nic nie odpowiedziałem tylko zszedłem z drzewa i podniosłem szczątki mojej wędki.
- Nic z niej już nie będzie - oznajmiłem - ale szyszki będę teraz zabierał ze sobą na każdą wędkarską wyprawę.

Motyl


- Historię z dzikiem zapamiętam do końca życia - stwierdziłem po tym jak wszystko opowiedziałem Rodzicom. Byli przerażeni ale zarazem szczęśliwi, że mi się nic nie stało. Czułem, że chcą mi zabronić jeżdżenia na ryby ale wiedzieli,że to by było najgorsze co spotka mnie w życiu. Widzieli jak bardzo pokochałem wędkarstwo. Mnie też to groźne przeżycie nie wystraszyło i wiedziałem,że na drugi dzień znowu pojadę na ryby.

Na ryby jeździłem praktycznie codziennie. Towarzyszył mi oczywiście Rafał. Dziki już nas nie nachodziły a my łowiliśmy piękne płocie, leszcze i jazie. Po jakimś czasie musieliśmy zmienić miejscówkę bo tata kolegi zaczął znowu systematycznie łowić i zajął, co było zrozumiałe, swoje tajne miejsce. My postanowiliśmy znaleźć podobny zakręt, podobną rynnę i rozpracować sobie nasze nikomu nieznane eldorado. Tak też się stało.

Około 2km w dół rzeki znaleźliśmy niemalże identyczny kawałek wody. Mozolnie lecz z wytrwałością nęciliśmy przez kilka tygodni "nasze" ryby. Efekty były coraz lepsze ale oczywiście jeszcze nie takie jak tam gdzie wpuścił nas tata Rafała. Ja używałem wędki, którą pożyczył mi mój stały kompan wypraw wędkarskich. Niestety nie uzbierałem jeszcze na nową a nie chciałem prosić Rodziców o zakup nowej.

Pewnego dnia rano podjechałem jak zwykle pod dom Rafała tak jak się umawialiśmy. Szyszki poszły w ruch i za chwilę zasłonka poruszyła się i zobaczyłem zaspanego kolegę.

- Maciek jedź sam. Ja niestety nie mogę. O 9 jedziemy z Rodzicami i bratem do ciotki za Warkę. Musimy im pomóc zbierać czereśnie - oznajmił. - Niestety tak będzie przez tydzień.

W jego głosie nie doszukałem się zadowolenia. Widziałem,że żałował, że nie może ze mną jechać. Poczułem się trochę nieswojo. Sam nigdy nad rzekę jeszcze nie jeździłem. Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz.

- Dam znać jak coś złowię! - krzyknąłem i pojechałem na naszą nową miejscówkę.
Dziwnie się jechało samemu. Brakowało mi tego klekoczącego błotnika w rafałowym rowerze. Tam gdzie mogliśmy jechać obok siebie zawsze omawialiśmy strategię przed łowieniem a teraz cisza... Tylko ten przeskakujący pedał w moim Wigry 3 miarowo wydawał z siebie metaliczny stukot. Dojechałem nad wodę rozstawiłem wędkę, sypnąłem garść grochu i kilka kulek pęczaku i usiadłem. Zawsze cicho rozmawialiśmy z Rafałem podczas łowienia. Teraz słyszałem każdy szmer trawy, każdą muszkę, każdy plusk ryb, żab i innych wodnych stworzonek. Siedziałem tak i poczułem, że stanowię jedność z otaczającym mnie światem. Było pięknie.
Rybki niezbyt dobrze brały. Wręcz wcale. Może dlatego,że było strasznie gorąco już od samego świtu. Ja siedziałem leniwie na rozkładanym leżaku i wpatrywałem się w otaczające mnie piękno. Moją uwagę przykuł motyl lecący z mojego brzegu na drugi. Sprawiało mu to wielką trudność. Smagany wiaterkiem co jakiś czas, niemalże wpadłby do wody. Jednak dawał radę. Coś cały czas nie pozwalało mu zginąć. Po dłuższej chwili przeleciał na drugą stronę i zniknął w soczystej zieleni nadbrzeżnych drzew. - Niezły zawodnik - pomyślałem i zapomniałbym o całej sytuacji gdyby nie wydarzyła się ona na drugi, trzeci a potem na czwarty dzień.

Byłem niemalże pewien, że to ten sam motyl. Codzienne startował z tego samego drzewka i mozolnie, wytrwale przemierzał szerokość rzeki by zniknąć na jej drugim brzegu.

Za każdym razem coraz mocniej kibicowałem mojemu małemu przyjacielowi. Czwartego dnia wystartował. Wiał trochę mocniejszy wiatr ale on dzielnie leciał. Walczył z każdym zawirowaniem powietrza. Wręcz czułem jego wysiłek. Złapałem się na tym,że pod nosem cały czas szeptałem: "Dawaj...dawaj...dasz radę".

Od drugiego brzegu dzieliła go niemalże chwila i już chciałem mu w duszy powiedzieć: "Do jutra chłopie. Znowu ci się udało", już cieszyłem się,że dał radę aż tu nagle ciemna smuga nadlatującej jaskółki zmazała motyla z krajobrazu... Coś we mnie pękło... Siedziałem wpatrzony w punkt gdzie przed chwilą był ten kolorowy owad. Nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Poczułem nagle pustkę. Próbowałem sobie to wytłumaczyć, że takich motyli jest pełno a ptak tez musiał coś zjeść ale nie docierało to do mnie. Czułem się tak jakby z całej kuli ziemskiej zniknęły wszystkie motyle.

"Nie no przecież to na pewno nie był ten sam motyl. Jutro przyjdę i następny wystartuje na drugą stronę." - pomyślałem i lekko podłamany zwinąłem się do domu.

O całym zdarzeniu myślałem przez pół dnia do samego zaśnięcia. Cały czas przed oczami miałem obraz jak owad znika. Niby mały punkcik w przyrodzie a tak jakby ktoś wyciął z krajobrazu kawał lasu i pozostawił białą plamę.

Pedałowałem bardzo szybko... chciałem utwierdzić się w przekonaniu,że to nie był cały czas ten sam motyl i nie chciałem się spóźnić. Nad wodę dojechałem kilkanaście minut przed zwyczajowym odlotem skrzydlatego kolegi. Rzuciłem wszystko usiadłem i czekałem... Czekałem a motyl nie startował. Nie było go. Nie zmagał się już z porywami wiatru... Wtedy byłem przekonany, że to zawsze był ON. Ten sam. Zrozumiałem też, że tak w naturze musi być. Ta jaskółka z pewnością miała w gnieździe własne, małe, skrzydlate potomstwo, któremu ON dał swoje życie. Znowu się czegoś nauczyłem.

Zielony spinning


Rafał już rzadko jeździł ze mną na ryby. Musiał przygotowywać się do szkolnych obowiązków, które nieubłagalnie się zbliżały. Zapisał się na jakiś kurs języka angielskiego i nie miał już zbyt wiele czasu na przyjemności. Trochę już się przyzwyczaiłem do samotnych wypraw nad wodę ale coraz mniej mi to przeszkadzało. Samemu jeszcze bardziej chłonąłem otaczającą mnie przyrodę jednak nie było z kim się cieszyć ze złowionych rybek. Wędkę miałem pożyczoną. Niby już moja ale wolałem mieć taką stuprocentową własną. Tej Rafał mi nie chciał sprzedać bo jak twierdził za bardzo już była wysłużona.

Co środę i sobotę w Warce u podnóża kościelnej góry odbywał się targ. Można tam było kupić wszelakie różności po niskich cenach m.in. wędki od handlujących w tylnej części targu Rosjan. Niestety nie było mnie stać z uzbieranych kieszonkowych na kupno wędki w sklepie wędkarskim dlatego pewnej środy wybrałem się na ów targ. Wędek było bez liku. Przeróżne. Gruntówki, spławikówki, spinningi, tyczki. Wszystko co dusza chciała. Oglądałem wszystkie z każdej strony. Mieniły się przeróżnymi kolorami kusząc kupujących.

- Szkoda że nie mogę kupić wszystkiego - odparłem nie licząc na żadną odpowiedź rosyjskiego kupca. W zamian olśnił mnie blask złotych zębów, które odsłonił uśmiechając się. Nagle moją uwagę przykuł zielony pięknie połyskujący teleskop wraz z kołowrotkiem z tylnym hamulcem i nawiniętą nań żyłką! Żyłka co prawda była chyba od ruskiej bałałajki ale co z tego! Taki zestaw chciałem mieć! Zauważyłem jeszcze,że do zestawu dorzucone są 2 wirówki i 2 blaszki wahadłowe! To było to! Oczy świeciły mi się pełnią szczęścia. Spytałem o cenę i oniemiałem! Tylko 30zł cały zestaw! Bylem wniebowzięty. Zostało mi jeszcze 20zł więc dokupiłem sobie dwie piękne blaszki wahadłowe, wąskie idealne na bolenie, które to ryby zacząłem dopiero poznawać.

Z targu wracało się przez most na Pilicy. Wręcz pobiegłem w jego kierunku. Ale po moście nie przeszedłem. Zszedłem od razu na dół wypróbować zestaw. W ruch poszła wąska wahadłówka. Żyłka chyba 0,35 nie pozwoliła jej daleko polecieć ale opadła tuż na skraju piaszczystej przykosy. Wędka była rewelacyjna!

Kołowrotkiem znakomicie się kręciło. Byłem pewien,że przesiadłem się z malucha do mercedesa. Łowiłem i łowiłem, rzucałem i delektowałem się... Nawet się nie spostrzegłem, że brzegiem rzeki doszedłem na wysokość działek. Dzień był wczesny ale postanowiłem pochwalić się zakupem Rafałowi. Radosny bieg polną drogą i niemalże w mgnieniu oka byłem na podwórku u kolegi. Zobaczył mnie chyba przez okno i wybiegł na podwórko.

- Co tak biegasz? Nie na rybach? - zapytał
- Byłem na targu! Patrz co sobie kupiłem! - krzyknąłem wyciągając w kierunku kolegi wędkę.
- Hahaha coś Ty kupił!?
- No zestaw wędkarski! Już nim rzucałem. Jest znakomity!- odpowiedziałem nieco zmieszany.
- Maciek. Tym długo nie połowisz - odpowiedział kolega, machnął ręką i poszedł do domu tłumacząc ,że musi się uczyć.

Stałem przez chwilę zmieszany. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Przecież wędka była fantastyczna. Pomyślałem,że kumpel mi zazdrości i nie chciał więcej patrzeć na to cudo. Postanowiłem wrócić nad rzekę i dalej cieszyć się z zakupu.
Dotarłem nad brzeg Pilicy i dowiązałem do żyłki większą, szerszą wahadłówkę. Rzut i słyszę strzał... ale na szczęście to nie wędka. A już myślałem, że Rafał miał rację. To żyłka zablokowała się w kołowrotku, przetarła i strzeliła a wahadło jak z katapulty poleciało w krzaki na drugi brzeg. Ponownie uzbroiłem zestaw w nieco mniejszą wahadłówkę i zacząłem badać rzeczne przykosy. Bolenie sporadycznie atakowały drobnicę.

Następny rzut wahadłem i blacha zawisa na drzewie. Wchodzę po nią wysoko nad taflę wody odczepiam i patrzę w dół... Mało co nie spadłem bo pod wpływem adrenaliny jaka napłynęła w moje żyły zacząłem cały dygotać. Tuż przy przykosie na granicy wypłycenia i głębokiej rynny stały dwa piękne olbrzymie bolenie! Po cichu, ostrożnie zszedłem na dół. Niemalże czołgając się zająłem dogodne miejsce do rzutu. Zamachnąłem się i wahadłówka była już w powietrzu. Potem wszystko potoczyło się jak w zwolnionym tempie a trwało zaledwie 2 sekundy. Podczas lotu blaszki jeden z boleni zaatakował drobnicę w tym miejscu gdzie za chwilę wpadła przynęta. Atak nastąpił błyskawicznie! Holowałem wielkiego, pierwszego w życiu bolenia na dopiero co kupiony mój pierwszy spinning. Nie wiem jak mi to wychodziło ale nie zwracałem na to uwagi. Doholowałem rybę do brzegu i wyślizgiem po mokrej trawie wyciągnąłem ją na brzeg. Piękna srebrna wielka torpeda była moja! Radość trwa krótko bo pomyślałem,że przecież tam może być jeszcze jeden boleń! Nie doszło do mnie, że ten pierwszy mógł wystraszyć tamtego. Wypuściłem szybko bolenia do wody i wykonałem następny rzut w to samo miejsce co poprzednio. Jakie było moje zdziwienie jak zaraz po wpadnięciu blaszki do wody nastąpił atak. Niewyobrażalna radość zalała mój organizm. Dwa bolenie! Moje pierwsze i od razu dwa pod rząd! Całowałem wędkę i cieszyłem się. Byłem z tą radością sam nad wodą i to było piękne!!!

Wypuściłem drugiego bolenia i przeszedłem na zupełnie inne miejsce. Chciałem znowu poczuć napływ adrenaliny, której i tak miałem już w organiźmie chyba nadmiar. Byłem dumny z mojej wędki a Rafał chyba faktycznie zazdrościł bo przecież fantastycznie się ona sprawowała. Wykonałem kolejny rzut... byłem w szoku co zobaczyłem. Wędka rozwinęła się jak tekturowy rulon... popadłem ze skrajności w skrajność. Z nadmiaru szczęścia wpadłem w zakłopotanie i smutek.

Nowa wędka! Złowiła dwie piękne ryby! O co tu chodzi? Przyjrzałem się jej i zobaczyłem, że jest to mocno polakierowany, twardy karton. Czar prysł ale mój umysł podzielony był na dwie części. Ta pierwsza była radosna. Cieszyła się z dzisiejszych wędkarskich zdobyczy. A ta druga szara i trochę zła na sytuację z wędką. Ale skąd to wiedział Rafał?

Biegłem z resztkami wędki polną drogą i już za chwilę znowu byłem na podwórku u kolegi. Wyszedł ubawiony z domu.

- No i co? Nie mówiłem? - śmiał się.
- Złowiłem dwie piękne rapy a potem wędka rozwinęła się jak rulon! Ale skąd Ty wiedziałeś,że to tandeta?! - krzyknąłem

Rafał zniknął na chwile w sieni i za chwilę wyszedł z... resztkami kartonowego, zielonego spinningu!

- Hahaha bo kupiłem sobie taki sam! Tylko,że mi się rozwinął jak machałem nim na podwórku! Po złości cisnąłem go w kąt sieni i tak leżał! - wybuchnął śmiechem kolega.

Wtedy obaj zaczęliśmy się śmiać do rozpuku! Jednorazowych wędek już nigdy w życiu nie kupiliśmy.

- Rafał? Pożyczysz mi wędkę? Wiesz tą wysłużoną - odparłem po chwilowym opanowaniu śmiechu.
- Jasne! Pomalować Ci ją na zielono?! - parsknął śmiechem kumpel.
A ja razem z nim.

Szyszki, motyl i zielony spinning na całe życie utkwiły mi w pamięci. Na urodziny dostałem piękny spinning z prawdziwego zdarzenia, świetny markowy kołowrotek i przepiękne markowe wahadłówki. Pilicę poznawałem coraz dokładniej. Znalazłem przepiękną, ukrytą w gęstych krzakach odnogę pełną boleni i jazi, brodziłem po rzece w upalny majowy dzień tropiąc ogromnego klenia, który majestatycznie po profesorsku trzymał mnie na dystans, na pobliskim starorzeczu polowałem na wzdręgi a jedną wielką sztukę uchroniłem od pewnej śmierci... ale to wszystko w następnym opowiadaniu.
Boleniowo - jaziowa odnoga

kojoto

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (20)

Paweł, 2011-12-09 19:36:31
Świat dziecięcych wspomnień… Pierwsze wyprawy na ryby, pierwsze wędki, pierwsze rybki… Początki fascynacji… Fascynacji, która zagościła u wielu z nas na długo, zajęła poczesne miejsce w naszym życiu. Nie tylko dziecięcym, również dorosłym… Jakżesz wspaniale się to wszystko wspomina… Pięknie nam swoje wędkarskie początki opisałeś Maćku… Czytając cieszyłem się, że miałeś te szyszki i załatwiłeś tego szalonego dzika… Kibicowałem motylkowi… Śmiałem się z Ciebie, że dałeś się nabrać na tę „jednorazówkę” z targu. Zazdrościłem Ci jednak, że złapałeś na nią te rapy… I cieszę się, że nam to wszystko napisałeś tak barwnie. Bo Twoje wspomnienia przywołują inne wspomnienia… Moje własne… I każdego czytającego na pewno też… :oklasky::oklasky::oklasky:
, 2011-12-09 20:09:09
Można oczy zamknąć na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia. — Stanisław Jerzy Lec. Piękne opowiadanie.Ciepłe, wręcz smaczne, bo przepojone wspomnieniami z dzieciństwa. Wyzwala w wyobraźni obrazy a nawet zapachy-zwłaszcza te bitki w sosie grzybowym z kopytkami. Tyle tu kolorów!Wielkie dzięki!:oklasky::oklasky::oklasky:
moczykij, 2011-12-09 20:11:02
" Wspomnień czar " Fajnie się czyta :okok: :oklasky::oklasky::oklasky:
kojoto, 2011-12-09 20:18:01
Dzięki Wam O to mi właśnie chodziło żebyście powrócili w lata dzieciństwa W te beztroskie chwile. Bo dziś już ich nie ma albo nie ma na nie czasu...
Wozik77, 2011-12-09 21:35:35
Jejku, Ile w tym tekście moich wspomnień z dzieciństwa :muza:. Ja miałem zielonego Jubilata, którym niemal codziennie w wakacje przemierzałem kilka kilometrów nad wodę. I na początku też z kimś - starszym ciotecznym bratem. Jak przyszły żniwa, on został przy polnych pracach a ja pierwszy raz odważyłem się sam wyruszyć. Dumnie wracałem z pięknym linem, choć w domu nie obyło się bez "bury". To był jednak moment przełomowy i zacząłem poznawać także smak samotności na rybach.A pierwsze wędki? Rany - to było coś. Wędkowałem króciutkim spiningiem 1.8 metra, na spławik i kołowrotkiem o stałej szpuli ale bez rączki !!! :D:D I dawałem radę a ilości poławianych karasi przechodziły moje najśmielsze oczekiwania Pieknie nam to Maciek przedstawiłeś :oklasky:. Mam podobne odczucia co Paweł. Czułem sie jakbym był obok Ciebie w tym opowiadaniu. Tak sobie myślę, jak ważne w młodzieńczym życiu każdego z nas było to, w jaki sposób zainteresowano nas przyrodą :mysli:. To pewnie później zaowocowało miłością i poszanowaniem do niej, a także ma wpływ na naszą wędkarską postawę. Brawo Maćku - pisz nam więcej :oklasky::oklasky::oklasky:
kojoto, 2011-12-09 21:44:22
Dzięki Wozik Widzę,że podobne przeżycia miałeś. Ta wędka też była króciutka... jakieś 2m Dała mi szansę wyholować 2 rapy a potem...ehhh ;) teraz się z tego śmieję Właśnie wiele nas nauczyły różne charakterystyczne zapamiętane historie. Motyl i dzik nauczyły mnie poszanowania i zrozumienia przyrody, szyszki nauczyły mnie kreatywnego myślenia a zielony spinning - żeby nie podejmować pochopnych decyzji. A karasie? I te dołki śródpolne z nimi? Kolejna wspomnieniowa historia. Czas mi pozwoli to o niej i nie tylko o niej napiszę
Bizonik, 2011-12-09 21:59:07
Maciek powiedz mi tak na szybko Czemu każdy z nas ma podobne wspomnienia. Czytając Twój tekst miałem przed oczami swoje wyprawy na mazurskie jeziorka i rzeczki.
kojoto, 2011-12-09 22:29:39
Myślę,że przez te podobne wspomnienia dalej łowimy ryby...już w dorosłym życiu. Każdy być może nieświadomie dalej szuka wspomnień w teraźniejszym łowieniu
cerber, 2011-12-09 22:48:56
Opisałeś to co większość z nas ma w pamięci...dziękuję.
kojoto, 2011-12-09 23:06:13
Cała przyjemność po mojej stronie dzięki
gusto, 2011-12-10 10:35:22
Niesamowite wspomnienia jak koledzy pisali wielu z nas ma takie same lub podobne .Ja pamiętam swoje pierwsze wyprawy nad rzekę u babci ile radości dawały mi pierwsze złowione kiełbiki,płotki ,potem po drodze zbierało się pieczarki,a babcia robiła je z jajkiem i swoim chlebem.Dzięki Maćku:oklasky::oklasky::kwiatek:
anguiler, 2011-12-10 11:35:39
Fantastyczne opowiadanie, niezapomniane przeżycia, które pozostają w pamięci na zawsze. Podobnie jak koledzy czułem się jakbym był z Tobą. Było mi tym łatwiej, że kilka razy rzuciło mnie w te okolice, łowiłem na tym odcinku, łaziłem po tym targu. I czytając wszystko to widziałem Zapytał Bizonik, dlaczego wszyscy mamy takie wspomnienia. Myślę, że poprostu załapaliśmy się jeszcze na czasy, gdy wszystkiego nie było pełno po uszy, gdy cieszyła krótka, ciężka Germina, gdy ryb było dużo więcej i dużo mniej ludzi nad wodą. Mam nadzieję, że takich opwiadań będzie jak najwięcej
kojoto, 2011-12-10 11:57:01
Cieszę się ,że się podoba i tak działa jak chciałem czyli wraca Wam wspomnienia Gusto ja też czasami pieczarki znajdowałem ale bardzo często zbierałem liście szczawiu. Oj jaką z tego pyszną zupę Mama robiła!!! I obowiązkowo z jajeczkiem Anguiler masz rację. Kiedyś człowiek miał 5-6 blaszek i z tym ciągle chodził na ryby. I starczało. Tak jak piszesz - było tego niewiele i cieszył każdy drobiazg wędkarski jaki się np dostało na urodziny czy pod choinkę.
kojoto, 2011-12-10 11:58:52
I może Anguiler minęliśmy się nieraz na tym targu Albo nad wodą Kto to wie
adam-z82, 2011-12-10 12:08:36
Maćku czekam na cdn Jakie te nasze początki wędkarstwa są podobne a z drugiej strony jak że inne (nie powtarzalne)beztroskie,oglądane oczami dziecka.Ta magia która wtedy nam towarzyszyła minęła bezpowrotnie;( Żyją w nas wspomnienia tych cudownych dziecięcych lat:muza:
kojoto, 2011-12-10 12:45:59
Adam ciąg dalszy będzie :okok:
waldi-54, 2011-12-10 13:01:35
Maciek skąd ja znam to uczucie podniecenia? Każdy z Nas pewnie przeżył podobne uczucie związane z połowem pierwszych większych ryb. Piękne opowiadanie, fajnie napisane napewno w zimowe wieczory nie raz wrócę do lektóry, która tak bardzo przypomina mi własne młode lata, dzięki za to Maćku.:oklasky::okok::oklasky: Pozdrawiam waldi-54:papa2:
kojoto, 2011-12-10 17:05:05
Nie ma za co Waldi dziękuję
Novis, 2011-12-10 18:42:50
Co prawda nie mam żadnych wspomnień z dzieciństwa związanych z wędkarstwem, ale jakieś tam są z późniejszego okresu. Nie była to rzeka, a jezioro, ale nie o to chodzi.Fajnie przelałeś to na ( nie papier)a...mniejsza z tym.Potrafisz dostrzec niuanse niewędkarskie w swoich wspomnieniach. Z tekstu (przynajmniej dla mnie) wynika, iż książka jest ( lub była) twoim przyjacielem.Super,pisz więcej
kojoto, 2011-12-10 18:57:48
Novis no z tymi książkami to było nie do końca tak :P ;) Dzięki Popisze na pewno jeszcze