Szukając pstrągów

Bombel 2010-08-03 Opowiadania

...
O pewnej mazowieckiej rzeczce usłyszałem wiele lat temu. Nie będąc jednak zainteresowany wówczas pstrągami, nie zarejestrowałem w pamięci nazw pobliskich miejscowości. Tylko nazwę rzeczki i rejon. Aż naszło i mnie, żeby pstrągowania popróbować. I... spodobało się. Co prawda do tej pory nie zaliczyłem nawet jednego brania, ale... przecież jest wielu takich, którzy ze Śląska jeżdżą na Pomorze od kilku już lat, a trociowego ogona nie zobaczyli. I dalej jeżdżą. Albo tacy, co na Bałtyk śmigają chyba tylko po to, by pierwsze dwie godziny przewieszać się przez reling i wyrzygiwać chyba nawet i własne zwieracze odbytnicy, a resztę rejsu spędzać na koi w stanie zielono - szarego worka po kartoflach.

Niestety, do - zdawałoby się - najbliższych rzeczek pstrągowych, na Podlasiu, mam prawie 200 km. A na o połowę bliższej, mazowieckiej rzece, gdzie niemal na pewno występuje naturalna populacja kropkowańców, nie wiem gdzie szukać. Pytałem znajomków, lecz albo rzeczywiście nie wiedzieli, albo zapadli chłopaki na naturalną u pstrągarzy amnezję Czemu wcale się nie dziwię, bo na podobnych siurkach dwóch wędkarzy na kilometrze to już tłok. Bo ryby nie tylko trudne do wytropienia i złowienia, ale i - to przede wszystkim - bardzo nieliczne. Gdyby wieść się rozeszła, to w ciągu jednego sezonu kilkunastu wprawnych posiadaczy kijów i uprawnień (bo niekoniecznie WĘDKARZY) mogłoby wytępić stado podstawowe.

Pamiętając nazwę rzeczki, po kilkunastu latach pomieszkiwania o rzut beretem od niej, wreszcie postanowiłem poszukać kropków. Najpierw było długie ślęczenie nad mapą, żeby wytypować rejon. Owszem, słyszałem jakieś pogłoski, lecz kierowały one o kilkanaście kilometrów dalej. Gdzie pstrągi ponoć są, ale na krótkim odcinku. Ba! Jak krótkim? I gdzie tego szukać, skoro rzeczułka mocno meandruje, więc do sprawdzenia byłoby ze 30 km? Zresztą w rejonie, który jak przez mgłę kojarzę z dawnych opowieści, jak dla mnie za dużo jest miejscowości i ludzi, za blisko uczęszczanych dróg.

Ślęczałem więc nad tą mapą, ślęczałem... No dobra, wreszcie wstępnie wytypowałem rejon: las, teren miejscami podmokły, do najbliższych siedzib ludzkich ze trzy kilometry. Las ma status rezerwatu. Nie ma zakazu łowienia. Rzeczułka, jako dopływ, należy do jednego z obwodów rybackich dzierżawionych przez ZO PZW Mazowsze. Nie ma statusu wody pstrągowej. Zresztą kilka innych rzeczek też takiego statusu nie ma, choć pstrągi się trafiają. Jak choćby Rządza czy Świder.

A czy na wytypowanym odcinku są kropkowańce? Zapytałem wędkarza mieszkającego w pobliżu. Ale to spławikowiec niedzielny. Co? Pstrągi? Eee, niemożliwe - powiada. Lecz po głębszym zastanowieniu przypomina sobie, że jeżdżąc w pobliżu na wycieczki rowerowe, jakieś niewielkie ryby tam widywał. Licho wie, jakie. Bardzo szybko uciekały, nie dało się rozpoznać. Nieee, nie pstrągi. Pstrągi to on kiedyś widział. W górach, z mostku nad jakimś strumieniem. Takie duże były i wcale nie uciekały, jak im się kawałki chleba podrzucało... I jeszcze jedno sobie przypomina: kilka razy widział tam człeka łażącego brzegiem, z króciutką wędeczką. Więc się zastanawiał, czego wędkarz może tam szukać. Czyżby pstrągów właśnie?

Jednego i drugiego kolegę próbuję wyciągnąć na wspólne zwiady. Ależ oczywiście! Z radością pojadą! Ale jak przychodzi co do czego, to jakoś dziwnie mają pod górkę... Pies was drapał, sam się wyprawiłem. Sam znalazłem. Dla siebie!

Dobra, żeby było po kolei. Trochę trudno trafić w zagubioną w lesie, paskudnie dziurawą dróżkę. Dalej jak po sznurku. O dziwo - przy mostku, w tej głuszy, choć o jedenastej na świeżym śniegu zalegającego nawierzchnię widać ślady zaledwie kilku aut, zaparkowany samochód. Nie myśliwy, bo tu się nie poluje. Na konsumpcję uczuć namiętnych, małżeńskich, przedmałżeńskich czy pozamałżeńskich ani temperatura, ani miejsce nie spełniają podstawowych kryteriów. Ornitolog może? Też nie, nie o tej porze roku. Spacerowicz szukający spokoju? Raczej też nie, przy nieodległej szosie, rzadko uczęszczanej, bez konieczności telepania się po dziurawej dróżce, są wygodne parkingi i gwarancja, że po odejściu o sto metrów w las, łatwo dostępną ścieżką, już nie będzie słychać odgłosów cywilizacji. Więc co, czyżby wędkarz?

Gdy docieram na mostek, kierowca właśnie pakuje do bagażnika złożony spinning. Szybko trzaska klapą, żebym nie widział, co pakuje. Niecierpliwie a uprzejmie pytam o sukcesy, a gość robi wielkie oczy. Ryby? Jakie ryby, panie kochany? Skąd tu ryby?! Ja na spacerze byłem. Tiaaa... Gość w traperskich, nieprzemakalnych butach pod kolana, w maskującym stroju, w wędkarskiej kamizelce z przypiętymi szczypcami i miarką, w polaroidach na nosie i neoprenowych rękawicach z odpinanymi palcami. W dodatku na dachu leżą dwa pudełeczka z przynętami, w jednym na pewno małe woblerki. Wreszcie człek jednak zajarzył i pogodził się z faktem, że nie trafił na niekumatego frajera. Też mam na sobie wędkarski strój, a na nosie polaroidy. Tyle, że wędki nie brałem, jedynie aparat. Zmiękła mu rura, się przyznał, że próbował. Cztery godziny, od siódmej. Ale bez brania. A tak w ogóle to on tu nie tyle na ryby, bo ryb w zasadzie nie ma, tylko ot tak, dotlenić się... Gadaj se zdrów, dobry człowieku! Gdyby rzeczywiście ryb tu nie było, to byś na mrozie nie łaził tyle czasu z wędką.

Zerkam z mostku na rzeczułkę. I... wielkie zaskoczenie! Oto stanąłem na granicy dwóch jakże różnych światów! Z jednej strony wyrównany, podobny do zbudowanego przez meliorantów pomnika przyrody rów z wałem przeciwpowodziowym i ścieżką rowerową, bez śladu krzaków.

A z drugiej strony wstęp do dziczy, której odkrywanie za chwilę stanie się moim udziałem. Od razu widać, że właśnie stąd zaczyna się teren rezerwatu, gdzie człowiek od dawne nie ingerował. I pewnie mało kto zagląda, bo nieszczególnie bezpiecznie. Ale o tym za chwilę.

Zaraz pierwsza przeszkoda. To wygląda na dopływ z położonego gdzieś niedaleko, raczej wydajnego źródełka. Obchodzić mi się nie chce, a po zwalonym pniu przechodzić nie zamierzam. Jam nie kozica. Na szczęście znajduję przewężenie dopływu, wystarczy zrobić większy krok. I zaraz zauważam pierwsze oznaki wiosny, mimo śniegu i mrozu wypychającej trawy spod śniegu, w stronę słońca

Tu i ówdzie zaglądam, szukając w wodzie przejawów życia. Po kilku minutach wreszcie kojarzę: tak to mogę sobie szukać do u...j śmierci. Łażę jak słoń, nie pamiętając o maskowaniu. Śnieg pod nogami chrzęści. Słońce mam prawie z plecami, więc gdy zbliżam się do brzegu, to mój cień pada na wodę. Chyba nawet pijawki spieprzą, zanim się zbliżę. A co dopiero pstrągi? Już sto metrów od drogi zaczyna się robić naprawdę ciekawie, coraz ciekawiej.

I wreszcie udaje mi się namierzyć pierwszą rybę. Niewielki, może z 18 cm. Ale jest! W pierwszej sekundzie nie rozpoznaję, wygląda jak szary patyk schowany za gałęzią. Na pewno patyk? Pochylam się i... szara strzałka skokiem szybszym od myśli znika w korzeniach drzewa na drugim brzegu.

Tymczasem zaczyna się robić coraz ciekawiej. Okazuje się, że niesłusznie podejrzewałem patrząc z daleka, iż te mnóstwo zwalonych pni to robota człowieka lub bobrów. Nie! To wszystko wiatrołomy. Zresztą na odcinku kilometra tylko w jednym miejscu znalazłem ślad działalności futrzastego drwala. A i to musiał być jakiś leń pierwszej wody, bo pień ledwie nadgryziony. Wszystkie te zwalone drzewa, a im dalej od drogi, tym ich więcej, to dzieło kolejnych wichur i nurtu. W olchowym lesie plątanina gałęzi i umierających drzew jest jeszcze większa, miejscami naprawdę trudno przejść. Olchom nie pomaga nawet to, że - co dość typowe dla rosnących na podmokłym, grząskim gruncie - mają silnie pogrubiony przy podstawie, znakomicie ukorzeniony pień. Miejscami zwaliska na brzegu są tak duże, iż trzeba nadłożyć spory kawałek, by wrócić nad wodę. A im dalej w las, tym więcej znajdowałem takich widoczków.

Powoli zaczynam kojarzyć, żem szczęściarz. Bo widzę miejsca, przy których rasowy pstrągarz pewnie zaczyna dostawać orgazmu, a przynajmniej wypieków. Oto jedno z takich miejsc: zwalone drzewo całkowicie przegrodziło koryto. Więc rzeczka je ominęła, wyrywając z burty kawałek terenu. Utworzył się wartki, szemrzący wlew, wymywający na zakręcie głęboką rynienkę. Za drzewem zaś powstała dość głęboka zatoczka z prawie stojącą wodą. Między innymi w niej namierzyłem jednego z kilku widzianych pstrążków. Bo kilka widziałem. Jednego właśnie pod tymi trzema zrośniętymi olchami.

Przypomnieć jednak sobie musiałem o skrytym podejściu. Rybcia stała tuż przy korzeniach, o pół metra od moich butów. Wystarczył jeden ruch, by w mgnieniu oka znikła. Fotkę pstryknąłem dopiero po jej ucieczce. Dodam, że w tym właśnie miejscu postanowiłem sprawdzić głębokość wody. W prześwietlonej, krystalicznie czystej, choć lekko brązowawej wodzie, dno było widać gdzieś do ok. metra. Jednak w wielu miejscach było głębiej. I to tuż przy brzegu, pod korzeniami. W tym miejscu zgruntowałem suchą gałęzią. Okazało się, że jest ok. półtora metra. No cóż, przy szerokości ok. 4 m to wielce interesujący wynik.

Największego pstrąga dostrzegłem pod zwalonym konarem. Dobre 30 cm kropkowanego szczęścia, może ciut więcej. Z minutę mu się przyglądałem. Jak koń pod górkę kombinując, w jaki sposób podać tu w przyszłości jakąkolwiek przynętę. Cholercia, jak na moje umiejętności to prawie niemożliwe. Na fotce widać tylko wystające końcówki patyków. W wodzie, tuż pod powierzchnią, jest ich wielokrotnie więcej. Pływającego, płytko chodzącego wobka jeszcze się tam spławi. Ale cudu trzeba, by po ewentualnym braniu i zacięciu wyrwać rybę z tego gąszczu.

Te moje zwiady to nie tylko ryby. W wielu miejscach znalazłem świeżutkie ślady. Mimo mrozu ok. -5 st. lekko wilgotny piasek nie zdążył przymarznąć. Nie ukrywam, że rozglądałem się na boki, czy czasem nie narażę się jakiejś owłosionej śwince. Pocieszałem się myślą, że drzew pod dostatkiem, toteż może zdążę się wdrapać. I... jakież było moje zdziwienie, gdy - na szczęście z drugiej strony rzeczki - zobaczyłem stadko czterech sztuk. Choć struga nas dzieliła, a odległość sięgała ok. 30 metrów, to jednak przez chwilę zrobiło mi się nieco cieplej... Niestety, mój archaiczny aparat potrzebuje ok. siedmiu sekund na włączenie się, kolejnych dwóch na przestawienie zoomu i jednej na zestrojenie parametrów. Zwierzątka nie chciały poczekać na rodzinną fotkę.

Tak oto zacząłem odkrywać, na własny użytek, kolejny piękny zakątek. Który od kilkunastu lat miałem niemal pod nosem, a nosiło mnie po prawie dwieście kilometrów w jedną stronę. By nie tyle łowić, co uczyć się trafiać przynętą w wodę niemal identyczną jak ta na fotkach. Ba! Zwiedziłem zaledwie nieco ponad kilometr brzegu. Wedle mapy ten wytypowany do poszukiwań fragment rzeczułki jest pięciokrotnie dłuższy. Można przejść brzegiem, można zrobić skrót i pojechać tą dróżką.

Niestety, trzy godziny łażenia przeleciało jak z bicza strzelił, a żołądek zaczął domagać się obiadu. Nic to, do końca września jeszcze mnóstwo czasu, zdążę. Nawet nie skrótów poszukać, a pójść sobie wzdłuż brzegu. Gdy jeszcze sobie pomyślę, że niebawem, gdy wszystko się zazieleni, gdy las zacznie rozbrzmiewać tysiącznymi głosami drących dzioby ptaków, to nawet całkiem bezrybny, choćby i całodzienny spacer wśród tej wszechobecnej pierwotności nieskażonej ludzką ręką, lepszy będzie od siatki pełnej leszczy złowionych w wakacyjnym ścisku gdzieś w Borsukach czy pod Ponikwią.

Jeszcze taka myśl mnie nachodzi: oto ja, któremu nieobca przecież całodzienna łazęga po nadnarwiańskich ostępach, w które mało komu chce się zaglądać, chyba zaczynam wreszcie rozumieć dusze zagorzałych pstrągarzy. Gotowych na całe dnie znikać nad tajnymi siurkami, w sobie tylko znanych enklawach dzikości. By styrać się, pyszczydło w krzakach odrapać, ubranie porwać, w błocku się wytaplać, przed dzikami na drzewo wskakiwać, wściekle tnącym komarom na żer się wystawiać itd. I to jeszcze bez żadnej gwarancji, że trafi się choć jeden kontakt z rybą. Za to z pełną świadomością, że gdy nogę się skręci czy w bagno wpadnie po szyję, to zdany jest człek wyłącznie na siebie. Bo w promieniu paru kilometrów żywego ducha nie uświadczy, a komórka często nie ma zasięgu. A jeśli nawet ma, to ratownicy i pół dnia mogą błądzić, zanim dotrą na miejsce.

Nie pytajcie, co to za rzeczka. Nie zamierzałem chwalić ani strugi, ani - tym bardziej - własnego hopla w temacie szukania nowych, odludnych łowisk. Chciałem tylko wskazać, iż szalenie często miewamy pod nosem prawdziwe perełki. Często od lat niepamiętnych aż proszących się o to, by na własny użytek je odkryć i poznać.
Czy złowię tam jakąś rybę? Licho wie. Spróbować zawsze warto. Wszak cała przyjemność w tym, by króliczka gonić, niekoniecznie złapać. A jeszcze większa w tym, że nie trzeba się telepać kilkuset kilometrów. Można wyskoczyć na dwie godziny po pracy, by dzień odreagować. Latem można wygrzebać się z pieleszy o trzy godziny wcześniej i też zahaczyć o strugę. By w fabryce pojawić się z płucami pełnymi świeżego powietrza i humorem zdecydowanie lepszym niż u reszty bractwa. Które w drodze do pracy godzinę czy dłużej spędziło w korkach, w smrodzie spalin, w ścisku i nastroju takim, że lepiej nie mówić. Które kolejny szary dzień, należny przeciętnemu człowiekowi pracy, rozpoczyna w sposób niedostępny dla nikogo, kto nie czuje wędkarskiego bluesa... Na przykład porannym, niby ekologicznym a zdrowotny joggingiem. Na przykład po chodnikach wzdłuż stołecznej Trasy Łazienkowskiej czy Wisłostrady...

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (2)

Wozik77, 2011-12-27 21:00:38
Sacha, Bombel :oklasky::oklasky: Fajne poszukiwania.
Wozik77, 2011-12-27 21:07:21
...znaczy Bombel bo Sacha i Bombel razem to w innym opowiadanku :glupek: