Sumowe polowanie...- przez ciernia do gwiazd.

zanderold 2014-01-11 Wyprawy wędkarskie

...
Pasją mojego życia – oczywiście poza moją wspaniałą rodziną – stało się wiele lat temu wędkarstwo. Dotychczas typowo rekreacyjne, przypadkowe zaczęło nabierać coraz to bardziej charakteru wyczynowego, nastawionego na spotkanie z góry określoną rybą... Choroba ta zawładnęła mną we wczesnych latach młodości tak więc wielki ( aż wstyd się przyznać ) szmat czasu... i trwa nieprzerwanie po dziś dzień.

Pomimo, że w 2013 historia się powtórzyła opiszę rok poprzedni...
Pomysł na wakacyjną przygodę roku 2012 narodził się w mojej głowie wiele miesięcy przed realizacją zamierzeń. Początkowo tłumiony wewnątrz, później delikatnie objawiany światu w poszukiwaniu akceptacji.

Pomimo, że pasjonują mnie różne drapieżniki naszych wód - postanowiłem zapolować na króla rzek słodkowodnych – suma – w wydaniu iście monstrualnym. Nie ma chyba nic bardziej ekscytującego dla wędkarza aniżeli walka sam na sam ze stworzeniem osiągającym bądź nawet przewyższającym wagą i rozmiarami łowcę... Na pierwszy rzut oka wszystko wydawałoby się bardzo naturalne i w żaden sposób nie nadzwyczajne. Ot zwykła sielankowa fanaberia w czasie wolnym od pracy i obowiązków... Niestety od pomysłu i marzeń do realizacji dzieliły mnie mile... i nie chodziło jedynie o odległość. Postanowiłem udowodnić nie tylko sobie , że każdy cel – nawet ten mało realny jest możliwy do osiągnięcia. Tym razem - za wszelką cenę !

Najbardziej znane, naturalne łowisko sumów, sandaczy i karpi w Europie znajduje się w środkowej części Hiszpanii nad rzeką Ebro. Jest to dziki obszar, w którym populacja „wielkich ryb” szacowana jest w milionach sztuk. Wędkarska Mekka.
widok na rozlane wody Ebro....

Próbując organizować eskapadę w roku ubiegłym pojawiały się coraz to większe przeciwności. Znajomi / potencjalni towarzysze podróży – początkowo równie rządni smaku przygody w gruncie rzeczy okazali się – delikatnie mówiąc – mało płynni finansowo ....... Rodzinna początkowo akceptująca wszystkie moje działania coraz to wyraźniej poddawała w wątpliwość cały zamysł... ZOSTAŁEM SAM. Należało przejść do bardziej zdecydowanego działania by nie polec u podnóża tej góry...

Około października ubiegłego roku na jednym z tematycznych for internetowych poznałem człowieka zamieszkującego okolice Madrytu, Polaka przebywającego z rodziną w Hiszpanii od niemal 16 lat. Równie bardzo skażonego pasją wędkarstwa. Rozpoczęła się żmudna dyskusja, która jak podsumowaliśmy po trzech czy czterech miesiącach zajęła by 400 stron maszynopisu... Dzięki Bogu mam to za sobą. Nie będę opisywał jak wielka to była próba dla całej naszej rodziny.

Po trzech miesiącach otrzymałem wyraźny sygnał, że mogę kupować bilet i wsiadać w samolot. Raz jeszcze pytanie skierowane do mojej – bardzo tolerancyjnej – małżonki ( w podświadomości wiedziała, że brak zgody to zabicie we mnie cząstki tego, któremu przed wieloma laty przysięgała ) i w ciągu dosłownie kilku minut rezerwacja lotu wraz z dokonaniem zapłaty. KLAMKA ZAPADŁA, TRZEBA KUĆ ŻELAZO PÓKI GORĄCE. Kolejne miesiące to intensywne przygotowania sprzętowe i organizacyjne. Mnóstwo wydatków, mnóstwo zbieranych informacji, mnóstwo pytań i mnóstwo braku odpowiedzi.

Nadszedł w końcu ten sądny dzień. Załadowany bagażami niczym muł w Tybecie pojawiłem się na warszawskim lotnisku. Istne odbicie Cejrowskiego w uboższym wykonaniu, natomiast w zdecydowanie bogatszym obuwiu.

Podniecenie wszystkim i strach przed niewiadomą paraliżował - w końcu leciałem w pojedynkę do obcego, tak odległego kraju do rodziny, której nigdy wcześniej nie znałem. Zaufałem trzem miesiącom wirtualnej znajomości . Trochę mało odpowiedzialne ALE CZEGO SIĘ NIE ROBI DLA PASJI..... ( biedni Ci, którzy nie mają żadnej... )

Po trzech godzinach dotarłem do Madrytu. Kolega wraz z rodziną okazali się niesamowicie sympatycznymi i serdecznymi ludźmi. Przyjęli mnie niczym znanego sobie od wielu lat przyjaciela... Kilka chwil odpoczynku, lampka nieznanego mi trunku za powodzenie i kolejna podróż – tym razem już na kołach - 400 km z Madrytu do miejscowości będącej Mekką wędkarzy – Caspe.




To co się działo na miejscu , jakie okoliczności przyrody mnie otoczyły i jak piękny potrafi być wypoczynek w tak naturalnym, dzikim środowisku – pozostanie jedynie w mojej głowie i setkach przywiezionych zdjęć.

Niewiele z tego co napisane potrafi oddać smak hiszpańskiej ziemi otoczonej zewsząd magiczną wodą.Dookoła bezmiar pustkowia. Gdzieniegdzie jakaś stara, opustoszała chałupa, wszędzie wypalona żarem ziemia i połyskujące brunatnoczerwone skały. Do jakiejkolwiek, najbliższej cywilizacji kilka kilometrów.

Krajobraz ten widziany praz pierwszy w zestawieniu z zagadkami jakie kryć mogły otaczające mnie wody robił piorunujące wrażenie.

Niestety......

Czar - tak jak nagle przyszedł tak nagle zaczął pryskać. Mijała trzecia doba ciągłego polowania. Zabawy, która przeradzała się z każdą mijającą godziną w rządzę uwiecznienia na karcie aparatu pocałunku wypuszczanego, wąsatego kolosa. Z rana trolling i dziesiątki pokonanych kilometrów. Popołudnie i wieczór to stacjonarne zasiadki i kilogramy "straconego" pelletu...

Pojawiło się zwątpienie i kolejna życiowa lekcja potwierdzająca regułę, że wiedza i sprzęt nie zagwarantują powodzenia. Nawet tu.
Nawet tu... gdzie populacja ryb to kilka mln sztuk potrzebna jest ich współpraca i oczywiście odrobina szczęścia.

Jak wiele osób spotykałem każdego dnia, jak wiele różnych nacji spędzających niemalże każde wakacje na próbie pobicia rekordu tak często pojawiały się głosy, że nie dla każdego przyjezdnego Ebro jest wdzięczną wodą i potrafi srogo odpłacić wielu przybyszom. Setki filmów na You Tube nie odzwierciedlają rzeczywistości. Brakuje tam kolejnych kilku setek filmów, które miały być nakręcone ale niestety brakowało materiału by je zrealizować.

Rzeczywistość malowała się bezlitośnie. Dwa tysiące pokonanych kilometrów, godziny przygotowań , wyrzeczeń, setki złotych zainwestowanych w całą eskapadę i ..... nic.

Czwartego dnia pobytu pozostawiając większość akcesoriów w ośrodku postanowiłem w samotności podjąć kolejną walkę z przyrodą i wyrwać z niej to co przez kilkadziesiąt lat dojrzewało w jej głębinach.

W PEWNYM MOMENCIE NASTĘPUJE DYNAMICZNE UGIĘCIE KIJA


Zwyczajowo wrzucam jałowy bieg by najprawdopodobniej uwolnić zahaczoną o dno przynętę, wyjmuję kij z uchwytu i zaczyna się zabawa. Kij zaczyna trzeszczeć a kołowrotek zaczyna tracić w wyjątkowo szybkim tempie metry plecionki. Adrenalina powoduje, że działania wydawałoby się dość proste wymykają się spod kontroli. Udaje się znaleźć chwilę by uruchomić silnik i dzięki temu odzyskiwać cenne metry... Walka trwa ok 40 minut przy czym myśliwy w jednej dłoni trzyma kamerę drugą podtrzymując kij trzymany pomiędzy nogami. Mało książkowa to scena. W międzyczasie modli się o chociażby jedno zdjęcie. Chociażby o uwiecznienie zarysu "tego czegoś" co z taką siłą próbowało odzyskać wolność.

Każda kolejna minuta dawała do zrozumienia, że los i natura postanowiły odpłacić mi tak wielkie pragnienie doświadczenia przygody życia. Marzenia zaczęły się urealniać. Na powierzchni wody pojawiać się zaczęły pęcherze powietrza niczym na gotującej się wodzie. Gdy "pompowanie" zestawu zaczęło odbierać mi resztki sił - moim oczom ukazał się połyskujący w słońcu łeb i te wpatrzone w łódź oczy.

Kolejne minuty to powrót do bazy i kilka pamiątkowych zdjęć. Ryba w znakomitej kondycji wraca do swojego królestwa.

Pozostaje mi trzy dni wędkowania. Spełniony bez presji, dumny i rozpoznawany już wśród łowiących na brzegu wędkarzy relaksuję się polowaniem na kolejnego drapieżnika. Do łodzi trafiają dwa kolejne sumy. Co prawda nie 2+ aczkolwiek sprawiające nie mniej radości i wędkarskiego spełnienia.







Wyprawa zakończyła się nieoczekiwanymi wręcz rezultatami.

Przez ciernie do gwiazd


Złowione ryby ( największa to ponad 80 kg i 232 cm długości ) kwalifikowałyby się na ówczesny rekord polski, gdyby oczywiście złowione zostały w naszym kraju.

Niestety wszystko co dobre ( bo tak muszę określić całą wyprawę :-) ) ma zwykle swój kres.

Nastał również koniec mojej przygody. Czas było pożegnać to co pozostanie we mnie - jak pokazuje dzień dzisiejszy - na zawsze i zawsze będzie mnie pchało w kierunku powrotnym.




Moje wakacje zakończyły się po ośmiu dniach tej pasjonującej przygody. Zmęczony, z mnóstwem wspomnień i prezentów dla tych, którym musiałem wynagrodzić tę wielką wyrozumiałość wróciłem do Polski by planować tym razem rodzinny wyjazd, iście wypoczynkowy ( wakacje miałem jedne, podróże dwie ). Wybór padł na Hiszpanię. Z mieszanymi uczuciami miałem po krótkiej przerwie ponownie odwiedzić andaluzyjski ląd.

Wszystkie kije tym razem zostały w domu.

Zapraszam również do obejrzenia nakręconego filmu!



pozdrawiam Andrzej

zanderold

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (7)

Marcin, 2014-01-09 17:30:59
Fajnie opisany jeszcze fajniejszy wypad (przyznam że trochę zazdroszczę). My się wybieramy nad ebro już kilka lat, wybieramy i wybrać się nie możemy bo trochę jednak daleko - wszystko przed nami.
zanderold, 2014-01-09 20:16:17
Dzięki. Jak dojrzycie do tej decyzji to dajcie znać a może tez pojadę. Całkowity koszt - przeloty, samochód na cały pobyt, zakwaterowanie w najlepszej bazie nad samą wodą plus łódź na 7 dni to ok 2200 zł/osoba.
rapa, 2014-01-10 16:31:06
Zawsze myślałem że to dużo większe pieniądze... miła niespodzianka a i łatwiej namówić żonę na wyjazd do Hiszpanii niż na Szwecję która kojarzy się wyziębieniem :D
zanderold, 2014-01-10 17:59:36
Zaintersowanym takà przygodá podpowiem jak zorganizowac takà wyprawè , gdzie zrobic rezerwacjé by mieszkac bezposrednio nad wodá, w jakich lokalnych hiszpanskich wypozyczalniach wynajàc auto itd itd. Co do powyzszej ceny- zawsze bèdzie ona sporo nizsza jezeli jest wiedza co jak a przede wszystkim jak organizuje siè wyjazd samemu...
, 2014-01-11 18:12:08
Wspaniale to napisałeś Fajnie się czyta .... nabieram ochoty na taki wypad 7 dni w sumowym raju EBRO Brawka "zanderold" :oklasky:
bysior, 2014-01-12 08:59:13
Udało Ci się złapać kolosa ( bo 232 cm to już byk ) na hiszpańskiej wodzie :oklasky: :oklasky: Wyobrażam sobie jak sam kamerowałeś i robiłeś fotki sam podczas holu :D :D :D Tak jak Rafał napisał - koszt faktycznie nie duży w porównaniu z wyprawami do krajów skandynawskich... Trzeba będzie pomyśleć jak sandacze przestaną brać ;)
Blanek, 2014-01-13 14:38:28
Super wyprawa!!! Ryby lubią zaskakiwać :-) A znajomość z kimś z kim łączy Cię wspólna pasja daje niesamowicie dużo radochy i motywuje do realizacji "dziwnych" wyzwań ;-)