Smutek

tymon 2010-08-03 Opowiadania

...
Jak bardzo kocham wędkarstwo to chyba każda osoba mojej rodziny wie bardzo dobrze. Nie wyobrażam sobie życia bez tego mojego hobby, dla niektórych uważanego za wariactwo. Tłumaczą sobie to tak, że jak można coś takiego kochać. Te wstawania w dzień wolny od pracy skoro świt, przesiadywanie nad wodą całych nocy, sterczenie w deszcz, wiatr a czasem i mróz. Dla wielu jest to paranormalne. Ale nie dla mnie - miłośnika przyrody. Nie ma nic bardziej pięknego jak widok jaki ukazuje sie naszym oczętom, gdy po nocnym letargu przyroda budzi się ze snu i zaczyna konsumować kolejny nadchodzący dzień. Ptaki świergoczą sobie w najlepsze, a na wodzie widać spławy jakże wygłodniałych po nocy leszczy. Tą porę stawiam sobie za przykład ideału otaczającego nas świata z punktu widzenia wędkarskiego upodobania. Jak wiele godzin spędzam corocznie nad wodą to wiem tylko ja. Jest to moje lekarstwo na wszystkie zmartwienia i stresy codziennego życia. Tego syfu jaki mamy w kraju, z którym każdy spotyka się każdego dnia.

Celem moich wypraw jest odpoczynek od zgiełku ulic, smrodu jaki je otacza oraz odizolowanie się od ludzi. Z natury jestem samotnikiem, więc mój wypad nad brzegi Królowej polskich rzek jest zależny tylko i wyłącznie ode mnie. Wychowałem się nad Wisłą, pierwsze złowione ryby padły właśnie na Wiśle - to jest moja mała ojczyzna. To nad nią stawiałem swe pierwsze wędkarskie kroki pod opieką swego kompana jakim był mój ojciec - któremu nie jest już dane stawać nad wiślanymi brzegami. Cóż, takie jest życie. Straciłem osobę, która była dla mnie autorytetem wędkarstwa. Wpoił we mnie swe umiejętności, wiedzę o przyrodzie i sensie tego wspaniałego hobby. Nauczył mnie jak radzić sobie z sytuacją, kiedy po miesiącu biczowania wody na naszym koncie jest 0. Zrozumiałem, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie ryby są najważniejsze, lecz czas spędzony nad wodą. WIELKIE dzięki Tato!

To było jakieś 8 lat temu, kiedy jeszcze uczyłem się prawdy wędkarskiego świata, w piękne wtorkowe popołudnie wybrałem sie wraz z ojcem i szwagrem nad pobliską Wisłę w miejscowości Cudów. Miejsce piękne-wysoka burta, powalone drzewa do wody i dno na głębokości około 5 metrów. Woda zataczała piękne kręgi, raz płynęła w lewo, raz w prawo, a czasami zupełnie stała. Miejsce aż pachniało sumami - wiadomości pobliskich wędkarzy potwierdzały nasze opinie na temat owego spostrzeżenia. Cóż, zostawało nam tylko przygotować sprzęt, drzewo na opał i oddać się w otchłań rozmyśleń. Szwagier zajął się ogniskiem, a ja wraz z ojcem dopieszczaniem naszego sprzętu. Przy połowie sumów nie można sobie pozwolić na najmniejsze błędy - wynik może być tylko jeden.

Wszystko gotowe, ogień już zaczyna przygrzewać nasze twarze a wędki już powędrowały do wody ( to znaczy zestawy z grubiutkimi pijaweczkami ). Mijały minuty, godziny a tu nawet nie ruszy apetycznych pijawek. Z doświadczenia Taty wiem, że sum wymaga cierpliwości i czasem jedno branie na tydzień to jest już sukces. Czasu mamy dużo, więc czekać warto. W między czasie szwagier ma branie na leszczowego badyla i po krótkim, lecz siłowym holu ( amator wędkarstwa w tamtym czasie ) wyjmuje na brzeg leszcza około 2 kg. Radość na jego gębulce jest ogromna. Ważne, że chociaż wyjazd jemu się udaje. Krzysio jako przesądna osoba odnosi podbierak na poprzednie miejsce. Mija kolejna godzina i znów jego D.A.M zaczyna się dziwnie wychylać ku powierzchni zmarszczonej Wisły. Szybkie zacięcie i tym razem już widzę w jego ruchach opanowanie jakie było mu obce przy poprzednim braniu.
Krzysiek oznajmia, że ten pewnie jest większy bo strasznie piłuje do dna.
- Pozwól mu się wyszaleć - oznajmia Tata

Wskazówki nie idą na marne i po 5 minutach piękna złocista łopata ląduje w podbieraku. Myślę sobie - oto widok prawdziwego szczęśliwca. Radość jego jest ogromna, tym bardziej, że leszcz ma jakieś 3 kg i dokładnie 61 cm. Rekord bity jeden po drugim. Myślę sobie - uczeń przerasta mistrza.

Mijają kolejne godziny. Jest już godzina 21. Nagle ku naszemu wielkiemu zdziwieniu ukazuje się 15 m od brzegu grzbiet naszego przeciwnika - suma. Na oko ma jakieś 2 m długości. Dreszcze przechodzą mnie po całym ciele. Zaczynam się zwyczajnie bać możliwej konfrontacji. Dobrze, że nie jestem sam nad wodą-inaczej pewnie zwinąłbym sprzęt i śmignął do domu. Jednak nie dziś. Cielsko suma zniknęło mi z oczu. Pytam ile może mieć taka bestia - odpowiedź ojca jest prosta - 50 kg na bank. Czekamy na branie, lecz nic z tego.

Patrzę na zegarek - 1:45. Powieki stają się coraz cięższe, a do rana jeszcze trochę zostało. Patrzę na chłopaków - jeden i drugi smacznie śpią. Postanawiam nie zasnąć za wszelką cenę. A jakby branie było to co wtedy?
Sprzęt jest konkretny - Germiny po 2.7m i rosyjskie "koła" na których nawinięta nówka żyłka 0.60. Przypon 0.50. Haki 5/0. Cisza jaka mnie ogarnia jest aż dokuczliwa. Noc ciepła. W końcu to 8 lipca. Jakże mogłoby być inaczej.
Szwagier nagle zrywa się i leci biegiem do gruntówki leszczowej. Myślę sobie - zwariował czy co?
Wraca po chwili i mówi, że miał piękny sen. Potężne branie. Jak doszedł do wędki zorientował się, że to tylko jawa a nie rzeczywistość.
Trochę chce mi się śmiać, ale nie wypada. Krzysiek bardzo przeżywa swój wypad nad wodę. Jako wojskowy ma niewiele czasu na spędzanie czasu nad wodą - mieszka i pracuje w Poznaniu. Rozumiem go w 100%. Ja mam Wisłę pod nosem, więcej czasu jako uczeń no i ojca, który tak często mnie nad tą wodę wyciąga. I oto chodzi.

Do rana szwagier już oka nie zmrużył. Nadchodzi 3 rano - zaczyna pojawiać się brzask nad wschodnią stroną Wisły. Jeszcze jakaś godzinka i kolejny dzień się zacznie. Sumowe kije nawet nie drgnęły. Cóż poradzić. Może chociaż leszcz zacznie brać. Krzysiek jest pełny entuzjazmu na zasiadkę. Zwija swego D.A.M-a i zaczyna wymieniać robaczki na haczyku. Według jego przesądu powinno ich być 5 sztuk. Nawet jednego więcej i ni jednego mniej. Ten typ tak ma. Może mu to pomoże. Czas pokaże.

Nadchodzi 4 rano - na wodzie piękne koła tworzą grube leszczyska, które zapewne wejdą za jakiś czas w smugę zanętową. Albo i nie? Kto to wie. Tata się przeciąga i pyta która na zegarze. Już 4:00.
- Ale mi się dobrze spało. Sprawdzałeś kije synu?
- Nie odpowiadam
- Ok,to ja sprawdzę.

Wyciągnięcie kija z podpórki było chyba nie w czas. Nagle na twarzy ojca widzę znany mi uśmiech - MAM...
Podchodzimy do ojca i widok jest nieprzeciętny. Ruskie koło zaczyna obracać się z prędkością koła samochodu w czasie jazdy z 60km/h.
- Co jest grane? - pytam
- Sum synu i to naprawdę duży.
- I co teraz?
- Czekamy aż stanie.

Mija 10 minut i dalej to samo. Wali ostro na drugą stronę Wisły. Na kole 300 m a Wisła ma jakieś 400m. Może być problem. Nagle staje i odziwo zaczyna wracać. Ciekawe jak długo ta męczarnia jeszcze potrwa.
Widzę już kropelki potu na czole Taty. Czy wytrzyma nie mam pojęcia. Szwagier nie ma odwagi na podjęcie walki a ja nie mam ochoty na windsurfing. Nagle to coś co zachowuje się jak spłoszony koń zatrzymuje się na środku i nie daje znaku życia. Pewnie jakąś kryjówkę znalazł. Mija kolejne 15 minut i dalej nic. Taty mina zaczyna trochę przybierać inny wyraz. Zamiast radości, zaczynam widzieć smutek.
- To nie może się tak skończyć! - mówię.

Tata nie reaguje. Jest chyba zamroczony całym tym zajściem. Nie widziałem go jeszcze tak skupionego.
Nagle nasz przeciwnik, dokładnie Taty rusza z takim impetem, że 0.60 napięta do granic wytrzymałości strzela jak kapiszon. W oczach mego Ojca zauważam łzy. Słowa nie są tu potrzebne. Zwija pozostałości żyłki i bez słowa odchodzi od brzegu. Zaczyna składać wędki i oznajmia, że wracamy do domu. Z Krzyśkiem nawet nie próbujemy go powstrzymywać. Nie miałoby to najmniejszego sensu. Gotowi do odjazdu spoglądamy ostatni raz na wodę i ruszamy do naszego maluszka. Dopiero po tygodniu usłyszałem od ojca pierwsze słowa:
- Synku, to była moja ryba życia.

Po 2 latach Ojciec zmarł, a bestia która przyprawiła mu tyle zawodu być może żyje do dziś. Dlatego koledzy wędkarzy pamiętajcie o dbaniu o ryby, bo każdy z was może mieć okazję chociaż raz w życiu stanąć na miejscu mego ojca i uświadomić sobie, że człowiek czasami jest bezradny. Aby tak się stało pozwólcie rybom osiągnąć takie rozmiary poprzez zwracanie im wolności.

tymon

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (6)

bysior, 2010-11-18 10:33:47
Piękne opowiadanie Tomek. :oklasky:
Bizonik, 2010-11-18 14:52:53
Tak czytałem to i oczami wyobraźni widziałem swoja przygodę z sumem.
gusto, 2010-11-27 17:27:46
:oklasky::oklasky:Tomku
Wozik77, 2010-11-27 19:33:46
Piękne opowiadanko Tomek. Naprawdę piękne! :oklasky::oklasky:
krzyko, 2010-11-27 20:30:00
Tomku Twoje opowiadanie przywołało wspomnienie o przygodzie mojego taty z sumem w Narwiańskiej Wiźnie.Mój ojciec ratował sprzęt przecinająć ostatnie metry żyłki nożem.Tak,:mysli: kiedyś częściej zdarzały się takie przygody jaka przytrafiła się Twojemu tacie i Pawłowi Bizonikowi.Ja osobiście parę lat już nie miałem wąsatego na wędce i jest to niepokojace bo we wcześniejszych latach przynajmniej raz w roku trafiał mi się sumek podczas nocnego spiningowania. Dzięki Tomek za to opowiadanie które wyzwoliło we mnie masę wspomnień z dawniejszych lat.
moczykij, 2012-02-21 16:26:57
Świetne opowiadanie :okok: