Skok w bok

Marcel 2010-08-04 Opowiadania

...
Tym razem pragnę opisać Wam, drodzy koledzy, swój krótki wypad nad Narew. Od ostatniego spotkania z ta rzeka minął miesiąc. Poprzednia wyprawa obdarowała rybkami i ładnymi wiosennymi fotkami. Mam nadzieje że teraz również zobaczę kilka ogonów. Wisła w tym czasie pompuje wielką wodę, wiec nic tu po mnie. Dostaje dwa dni wolne od pracy, raniutko pakuje lekki sprzęt i jadę hen przed siebie. Na miejscu wita mnie Aqua, spędzający urlop w tych okolicach. Zabieram ze sobą kijek do 17g oraz pudełko różnej maści woblerków. Aqua złowił już kilka boleni - i ja tez mam zamiar rapkę złowić. Być może uda się po raz pierwszy w tym roku dobrać do śródrzecznych kleni - jeśli stan wody pozwoli.

Po dotarciu na miejsce, tradycyjnie wybieram się na rozpoznanie starych - nowych miejscówek. Pogoda ma być wyśmienita. Wg. Pani Chmurki temperatura około 26 stopni, bezwietrznie, słonecznie. Sprawdziło się, taka pogoda jest. Na spacer zabieram ze sobą przesympatyczną jamniczkę Zuzie. Nos nisko przy ziemi, wciska się we wszystkie dziury, tak jak przystało na " myśliwskiego " psa.

Woda leniwie toczy się po szczątkowych przelewach. Wyśmienite warunki aby pobuszować o zmierzchu. Kolory już nie tak intensywne jak miesiąc temu, łąki straciły troszkę barw wiosennego pejzażu. Jest za to ślicznie zieloniutko, pięknie. Rzeka wycofała się ze starorzeczy, które teraz prędko zarastają bujną roślinnościa. Pewnie przy kolejnej wyprawie trzciny niechybnie mnie przerosną, broniąc dostępu do rzeki. Wszędzie wokoło tętni życie. W wodzie, w niewielkich zastoiskach wygrzewają się kijanki oraz tegoroczny narybek.

W południe ruszamy na miejscówki, gdzie według Aquy bolenie od kilku dni są bardzo aktywne. Montujemy szpady. Uszy i oczy szeroko otwarte. Rzeczywiście ryby co i rusz ganiają ukleje. Jest ich sporo. Biją na całej szerokości Narwi. Niestety co było do przewidzenia, w pełnym słońcu nasze wabiki nie zrobiły na nich najmniejszego wrażenia. Z pod zatopionych w nurcie gałęzi wydłubuję dwa " koluchy " (*), pięknie ubarwione. Łowione przeze mnie przypadkowo na Wiśle, są brzydkie, wyblakłe. Te natomiast zieloniutkie, śliczne, cieszą oczy.

Do godziny 17 bardziej się wygrzewamy na słońcu niczym zwinki, niż łowimy. Znudziła nam się zabawa w ciuciubabkę z boleniami. Przy okazji dowiedziałem się że od tego roku uczulony jestem na pyłki traw. Aqua ma ubaw z mojego kichania i wyglądu nosa. Składamy sprzęt i wracamy coś przekąsić, zamierzamy wrócić w to miejsce przed wieczorem.

O zmierzchu rozdzielamy się Aqua " bierze " rynnę, ja idę na jej koniec. Brzeg w tym miejscu oparł się wodzie. Rzeka się zwęża. Powalone drzewo, tworzy piękny warkocz. Nurt odbija na drugą stronę. Jestem pewien że za chwilę " coś " da o sobie znać. Siadam, otwieram zupkę chmielową. Dały o sobie znać - komary, które postanowiły przetoczyć moja krew. Ale, ale...jest i boleń. Większy w warkoczu, mniejszy przed drzewem.
Biorę się za tego grubszego - to łatwiejsze technicznie miejsce. Pamiętam miesiąc temu serwowałem mu wobka chyba z pół godziny...na nic.

Raptem już w dziesiątym rzucie mocne kopniecie w przynętę przecinającą warkocz. Wyskok na ogonie i spłynięcie z nurtem kilka metrów. Jest bardzo silny. Jeszcze dwa razy ostro " zabiera " się z nurtem. Po chwili jest Aqua z aparatem, więc już podbieram mojego bolka. Jest nie duży, ale w świetnej kondycji. Robimy kilka fotek z akcji i oddajemy go rzece. Mój kompan łapie dwie około wymiarowe rapki. Niestety nad rynną zjawili się nocni gruntowcy. Dwóch pierwszych wysiadając ze z tunningowanego " kredensu " zaryło nosami w glebę, nie, nie...nie ze zmęczenia Odpalili disco polo, rozpalili ognisko wielkości dwóch metrów i pozbawili nas chęci do dalszego łowienia.

Następny dzień zaplanowaliśmy podobnie. Niestety zdobycz techniki w postaci telefonu komórkowego zniweczyła wieczorne łowienie, jestem potrzebny w pracy. Zostaje mi powłóczyć się po rzece do 17 - 18 godziny. Korzystając z ciepłego południa zakładam trampki i po raz pierwszy decyduje się wejść na sródrzeczną rafę. Znam dokładnie ukształtowanie dna w tym miejscu, ale idę ostrożnie, asekurując się długim kijem. Stojąc kilka metrów przed napływem rafy mam wodę do pępka. Obławiam kamienie małym 3 centymetrowym wobkiem, kolorem przypominającym osę. Są ryby - zacinam niedużego klenia, krótkiego szczupaczka oraz ładnego " kolucha ". Dwa kleniowe walnięcia marnuje. Przesuwam się dalej ku końcowi rafki. Brania są niesamowite. Wyrywają kij z dłoni. Tu mam trzy uderzenia - wyciągam 2 klenie. Niestety czas na odwrót. Pod prąd idzie się troszkę ciężej, ale już pewniej. Obiecuje sobie że następnym razem zjawię się tu na wieczorowego gdy pojawią się wielkie nocne klenie i być może świętojański książe - sandacz.

(*) - regionalna nazwa okonia.

Marcel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!