Siedem dni siedmiu wspaniałych na Boren

andrew 2012-09-23 Raporty znad wody

...
Koncepcja wyjazdu nad jezioro Boren zrodziła się w głowie Andrzeja kilkanaście miesięcy temu. Odkąd łowisko to weszło do oferty dla polskich wędkarzy, wielu z nich wracało stamtąd z dumnie uniesionym czołem. Płytka, krystalicznie czysta woda, podwodne łąki, ulubione szczupakowei rośliny, wśród których czają się okazowe sztuki. Boren pomimo swych 800ha to matecznik dla jednego z największych szwedzkich akwenów - jeziora Vattern.

Leży na szlaku kanału Gota, jednej z żeglarskich atrakcji Szwecji. Jest owalnego kształtu i nie posiada skomplikowanej linii brzegowej. Łowiskiem jest cały akwen, nie wyłączając jego środka o czym sami mieliśmy się przekonać.

Nasza ekipa zbierała się spontanicznie. Tylko dwóch z nas planowało wyjazd z należytym wyprzedzeniem, reszta decydowała się na kilka dni przed terminem. Piątka z nas ruszyła z Gdyni w czwartek, Tomek doleciał dzień później a ja zameldowałem się na wodzie w poniedziałek.
Już na promie nasz inicjator wyprawy pokazywał jakie to okonie będzie łowił kiedy mu się ręka zmęczy od... wyciągania kotwicy.

Należy też zaznaczyć, że Boren to wietrzny zbiornik. Wieje tu prawie zawsze z mniejszą lub większą siłą. Nie nastraja to słabeuszy lubiących lekko pomarszczoną wodę jakiegoś grążelowego, zacisznego oczka otoczonego lasem. Tu szkwały zrywają czapki z głów, metrowe fale przypominają raczej morskie dorszowanie niż typowo jeziorowe wędkowanie. Pierwszego dnia kiedy ekipa poszła obejrzeć łodzie a fale zalewały pomost i wiatr dmuchał prosto w twarz, Damian z papieroskiem w ustach robi aluzję do pustej wody "Nooooo..., presji nie ma"
I jak to zazwyczaj bywa, głodni i wyposzczeni wędkarze tego samego dnia ruszyli na wodę.

W pierwszych dniach obławiano bliższą, wschodnio-południową część jeziora. Fale nie pozwalały na dalekie eskapady a i tak należało spenetrować każdą rokującą część wody w celu zapoznania się z łowiskiem i zlokalizowania ewentualnych miejscówek oraz zanotowania brań. I takie też nastąpiły. Kiedy trochę cichnie i wychodzi słońce, wędkarze zapływają dalej. Weekend obdarowuje pierwszymi szczupakami.



W sobotę dmucha niemiłosiernie, więc chłopaki chowają się do kanału aby połowić okonie. Te biorą zgodnie z oczekiwaniami, specjalnie nie przebierając w przynętach. Grzegorz tak to wspomina:
„Niezapomniane dla mnie to zabawa z okoniami. I to zarówno na rzeczce/kanale jak na jeziorku. Super jak każdą złowioną sztukę odprowadzało do łódki kilku pasiastych kolegów i na dodatek do ostatniej chwili starały mu się wyrwać z pyska kawałek wystającej gumki. Były takie momenty, że łowiłem na długość kija - zanim gumka do pionu opadła już był atak.”


W niedzielę Andrzej zapuszcza się w dalszą część jeziora i w zatoce z samotnym drzewem łowi pierwszą rybę godną beczkowego uśmiechu - 93cm.

Reszta również przesuwa się w kierunku zachodnim na wysokość drugiego cypla. To miejsce odkryte przez Mariusza okaże się najbardziej szczęśliwe i nazwane potocznie "na butelce"






W poniedziałkowe popołudnie jestem już z Andrzejem na łodzi i obławiamy zatokę z drzewem. Wiatr cichnie, słońce zaczyna przygrzewać a ja ostro jerkuję. Przekonany o słuszności mej ulubionej metody, nie jestem w stanie zaciąć pięknego szczupaka, który nie trafia w jaskrawego 19cm jerka. Pozostaje lej na wodzie i niemrawy uśmiech na mych ustach.

Tymczasem "na butelce" się dzieje i to dużo więcej niż u nas. Od rana dwie łodzie mają wiele kontaktów ze szczupakami, łowią dużo niezbyt dużych sztuk. Mariusz po kilkunastu holach średniaków zacina pierwszą metrową rybę - 103cm. Szczęśliwy łowca życiowego egzemplarza pozuje do zdjęcia


W poniedziałkowe popołudnie wiatr cichnie całkowicie, szczupaki niechętnie zagryzają i na tej jedynej flaucie wyprawy skupiamy się na połowie innych gatunków



Następnego ranka cieszymy się widokami i delektujemy wędkarską atmosferą



Na wodę ruszają 3 łodzie pełne wędkarzy nastawionych na sukces. Dziś już nie ma zmiłuj, rekonesans zrobiony, miejscówki wytypowane, tylko łowić.

Tego przedpołudnia Damian najlepsze wyniki ma na białego rippera z czerwonym grzbietem. I proszę, w kolejnym rzucie zacina dużego szczupaka. Walka i na łodzi melduje się druga metrówka wyjazdu - 100cm

Kolejna osoba notuje swoją życiową rybę. Cóż, mit Szwecji zaczyna działać. Jak większość tych którzy przybywają do Skandynawii w oczekiwaniu na kontakt z okazem tak i my czujemy, że weryfikacja z rzeczywistością może tym razem nie będzie zbyt bolesna.
Ja namiętnie jerkuję coraz bardziej zdziwiony brakiem oszalałych brań. Jedynie po południu rzutem na taśmę mam kilka spięć i łowię na stare, ogryzione Fatso10 trzy dorodne szczupaki w przeciągu 40min. Niestety w moim kodeksie nie są warte wyciągnięcia aparatu.

W środę cały domek wstaje o piątej rano. Poranna krzątanina i sprawnie odpalamy silniki. Zostawiamy najbliższe miejscówki i kierujemy się „na butelkę”. Szczupaki gryzą. Pada sporo średniaków.



O godzinie 9.50 Mariusz czuje na haku coś większego. Kij wygina się mocniej a wędkarz skupia całą uwagę na holu. Nie do wiary, czyżby kolejna metrówka??? Walka jest dłuższa niż dotychczas a na łodzi ląduje big mama. Miarka wskazuje 104cm!


Mariusz jest już spełniony. Dwie ryby ponad metr długości, przeszło to najśmielsze oczekiwania. Co ciekawe o tej samej godzinie i prawie w tym samym miejscu.

Wiele średnich ryb melduje się jeszcze na wędkach, Mariusz spina dwie piękne sztuki, które nie mogły być wyholowane. Nadmiar szczęścia mógłby go zabić! Ten dzień zdecydowanie należy do niego. Przynajmniej tak nam się wydawało.

Większość ekipy preferuje przynęty miękkie i to nie za wielkich rozmiarów. Królują rippery 10-12cm, pojawiają się kolory lepsze i gorsze. Brania następują podczas opadu lub podciągania przynęty. Równo prowadzona guma nie wzbudza zainteresowania.
Damian łowi słuszną długość - 88cm.

Nadchodzi popołudnie i Damian tak opisuje wrażenia ze złowienia największej ryby wyprawy:

„Zbliżał się wieczór, wiec namówiłem Tomka by po dość długim biczowaniu „wejścia do zatoki z kamieniem” zmienić miejsce. Decyzja padła by płynąc na cypel oddzielający głęboką część zachodnią od zdecydowanie płytszej wschodniej. Zaraz po obraniu kierunku płyniemy na drugą trzcinową wyspę gdzie jeszcze nikt z naszej ekipy nie łowił. Żeby tam dopłynąć trzeba przeciąć pas głębszej wody ok.7/8m. Te głębiny również były omijane, wszystkie ryby były łowione do 5m. Mój Salmo Perch osiąga swoją głębokość, ja lekko znudzony nie specjalnie się skupiam na prowadzeniu.

W tym momencie następuje potężne branie! Wędka wygięła się bardzo mocno, hamulec ustawiony dość precyzyjnie prawie od razu zaczął oddawać pletkę 0,23pp. Gdy złapałem oddech jeszcze przez chwile grał. Dokręcam hamulec a ryba wybiera jeszcze troszkę linki, dopiero po chwili udaje mi się ją troszkę podciągnąć. Mój Jaxon dostaje jakichś dziwnych wibracji na dolniku powyżej kołowrotka. Nigdy nie było mi dane sprawdzić jego pełnej paraboli. Mimo to próbuję holować, ryba robi długi odjazd, który próbuję kontrolować już tylko wędką i delikatnie przytrzymując szpulkę. Gdy się zatrzymuje, od razu zaczynam kręcić. Udaje mi się znacznie skrócić odległość, lecz zanim rybę dostrzegam robi jeszcze jeden krótszy, ale i tak jak dla mnie długi odjazd. Dopiero teraz czuję, że udaje mi się zbliżyć szczupaka do powierzchni.

Odnoszę wrażenie, że do tej pory szła głębokością na której wzięła. Mija chwila i ryba pokazuje się tuż pod powierzchnią dosłownie na chwilę, by zaraz zniknąć w przezroczystej wodzie. Kolega z łódki wykrzyczał - ma 120! Widziałem, że jest potężna, ale zdecydowanie zaprzeczyłem chcąc się uspokoić. Po chwili ryba wyłania (nie wykłada) się znowu, niestety na nawietrznej, wiec wiatr cały czas mnie od niej odpycha a jej masa utrudnia szybkie podciągnięcie do burty. Powoli udaje się ją ustawić do podebrania. Zdecydowałem się podbierać ręką, jednak brak doświadczenia z takimi krokodylami sprawia, że nie mogę znaleźć pokrywy skrzelowej. Gdy wreszcie udaje mi się ją chwycić, moja radość wybuchła!!!

Trzymając tego olbrzyma oparłem się na moment o burtę lodzi by złapać oddech…. Krótkie foto i do miarki. W tym momencie przypominam sobie, ze miarkę do 2m dałem Andrzejowi a Tomek ma „tylko” do metra!!! Jednak zmierzyliśmy ją kilkakrotnie, jak najdokładniej się dało i okazało się, ze ma 123cm! Elektroniczna waga na fali nie chciała się zatrzymać na jednym wyniku i wahała się pomiędzy 10,90 a 11,10kg.

Długa reanimacja przynosi efekty i ryba odpływa o własnych siłach. Ja siadam z głupim uśmiechem, by przetrawić to co się stało. Tomek spokojnie łapie za wędę i dobre 20min macha sam.”



Wiadomość rozchodzi się po wodzie w mgnieniu oka.
W tzw. międzyczasie mój partner z łodzi ma branie na „aliena”. Obcy już po raz drugi skusił nietuzinkowego zębacza. Do łodzi podbieram wypasionego osiemdziesiątaka.

Z niedowierzaniem spływamy do bazy, a na brzegu Damian spokojnie i z uśmiechem pokazuje zdjęcia i potwierdza, że to jednak prawda. Zachowuje się tak jak by to była jego kolejna taaaaka ryba, stawia flaszkę i kładziemy się spać. Moim zdaniem nie do końca zdaje sobie sprawę z niebywałego wędkarskiego sukcesu.
W przedostatni dzień wiatr już nas nie rusza. Dmucha, trochę pada a Piotrek blisko bazy łowi kaczodzioba o długości 90cm. Na małego woblerka.

Ja przeprosiłem pudełko z gumami a jerki rzucam tylko dla frajdy prowadzenia. Straciłem wiarę a wiadomo, że bez tego ciężko o sukces. Nie rozumiem jak na takich fantastycznych blatach pełnych ziela i szczupaków, moje jerki stały się niewidzialne „Jesień przyszła, rady na to nie ma…”

Jakimś cudem damianowy Perch jest dziś w zestawie przynęt Andrzeja. Cóż, nie wiem czy to było zamierzone czy przypadek, ale w wędkarstwie tak bywa. Między godz. 10 a 11 Andrzej czuje potężne uderzenie w woblera i zaczyna się walka. Ogarniam łódkę, robię miejsce i wyciągam aparat.

Ryba wzięła daleko od łódki, więc gdy jest w zasięgu, nie jest zbyt skora do harców. Spokojnie chwytam ją gripem, pozwalam w wodzie na szamotaninę i dłonią wciągam do łodzi. Mierzymy na bakiście i jest równe 100cm! Andrzej przybija mi piątkę krwawiącą ręką a banan z jego twarzy nie chce zniknąć przez dobrą godzinę!

Ja zaczynam się zastanawiać czy duże ryby uwzięły na mnie czy może jestem zaczarowany. Na Slidera12 łowię okonia długości 15cm. Coś w tym stylu.

W południe emocje opadają i postanawiamy przespać się na półwyspie. Wiatr hula na wodzie i wśród koron drzew a my kładziemy się na słoneczku i zasypiamy. Błogość….

Po południu Piotrek zachęcony wynikami na małe woblery, podnosi swój dzisiejszy życiowy wynik o kilka centymetrów. Ni stąd ni zowąd, znów blisko bazy łowi sobie w najlepsze szczupaka 93cm. Na „karasia”. Ostatniego dnia już nie wypłynie, bo i po co?

My spływamy powoli w radosnych nastrojach. Andrzej znudzony łowieniem ryb atakuje łódkę kolegów i ma dynamiczne branie śruby ich silnika


Wieczorem ogrywam chłopaków w tysiąca a prognoza pagody na ostatni dzień jest tragiczna. Ma lać i wiać! Nikt prócz mnie i Tomka nie myśli już o wypłynięciu. Ciężkie jest życie wędkarza z uczuciem niedosytu.

I znów 5 rano, kawa, kalesony, salceson, onuce, kalosze, papieros, bunkier z serduszkiem i do łodzi. Jak ja to kocham! Jesteśmy jedyni, reszta śpi. Wieje to mało powiedziane. W łodzi pełno wody i jest jak w filmie Forrest Gump „pada z góry, zacina z boku a nawet z dołu”
Zanim zapływamy „na butelkę” mamy na łodzi 6 szczupaków. Żaden powyżej 75cm. Próbujemy środka jeziora, ale tam pada tylko jeden skrót. Tomek proponuje zatokę w której nie było żadnej z naszych łodzi. Zapływamy, ale tam łowimy same maluchy. Wracamy „na butelkę” i tu też nic.

Podnosimy kotwicę z myślą o powrocie kiedy ja widzę, że nowiutki, tłuściutki 15cm Mans jest pogryziony. Miałem branie… Proponuję podryfować jeszcze chwilę i w drugim rzucie zacinam rybę. Czuję, że jest „ładna’ ale ona jakby nie zdaje sobie sprawy, że jest zapięta. Dopiero po chwili jest tąpnięcie i mój kij wygina się w łuk a kołowrotek zaczyna grrrrrać. Wow! Czuję jak adrenalina wlewa mi się do krwioobiegu i proszę kolegę by rzucił kotwicę. Sam łowię na rufie a fale są ogromne. Ryba wzięła „na krótkiej” lince i wiem, że nie będzie łatwo. Kiedy na moment się ukazuje widzimy, że jest bardzo gruba i w świetnej formie.

Skupiam się i dopiero teraz czuję jak mój jednoczęściowy Shikari pięknie pracuje. Plecionka 0,10 tnie wodę jak brzytwa a ja martwię się żeby podczas tych młynków pod wodą ryba nie wywierciła sobie zbyt dużej dziury haczykiem. Nie dozbrajam gum. Męczę ją i swoje dłonie jakiś czas, ale najgorsze, że wbiłem sobie kotwiczkę od Warriora na leżącej wzdłuż łodzi wędce w kurtkę i muszę walczyć na klęczkach. W końcu udaje mi się położyć zmęczoną rybę na bok i podebrać dłonią. Uff, jaka ciężka! Szybka odpinka i mierzymy. Miarka przekracza metr i to mi wystarcza. Przyjmujemy 101cm i chwytem za ogon zaczynam ją dotleniać. Za chwilę majestatycznie odpływa.


Ta samica jest bardzo okazała. Nigdy takiego kloca nie złowiłem, choć zdarzały się dłuższe egzemplarze. Nie dziwota, że tak szalała przy łodzi dostarczając mi emocji, których długo nie zapomnę.

Deszcz znowu pada a wicher szaleje. Boren zachowuje się tak, jakby chciało nas przepędzić na cztery wiatry. Wyprawa dobiegła końca szybciej niż byśmy sobie życzyli.

Podziękowania chłopakom z nagruberyby.pl Kamilowi i Markowi, którzy służyli nam pomocą i radą przed i podczas wyjazdu. Spanie, łódki i silniki były dokładnie takie jak potrzeba a wskazówki dotyczące łowienia, sprzętu i przynęt bezcenne.

Większość z nas złowiła swoje ryby życia, pobiła dotychczasowe rekordy. Padło 6 a może nawet 7 (błędy pomiarowe) sztuk powyżej magicznego metra w tym prawdziwy okaz.

Nie należy wyjeżdżać do Szwecji w przekonaniu, że tu szczupaki atakują wszystkie przynęty a metrowa ryba należy się każdemu. To myślenie może zostać brutalnie skorygowane przez naturę, ale w naszym przypadku tak się nie stało. I dlatego może jeszcze tu wrócimy....

Wojtek Leszczyński

andrew

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (15)

moczykij, 2012-09-24 06:41:01
Konkretnie połowiliście :okok: Gratuluję życiówek . Mamuśka Damiana :muza: :muza:
waldi-54, 2012-09-24 08:55:22
No, Panowie "toż to szok" - jak powiedziałby klasyk. Opis i foty - rewelka.:muza::hura: A ryby takie, że tylko pozazdrościć.:okok: Gratulację dla łowców życiówek, oraz dla reszty ekipy za udany wypad.:okok::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Pozdrawiam waldi-54:papa2:
Bizonik, 2012-09-24 09:28:52
Piękne rybki i super wyjazd. Niestety fotki niewymiarowych ryb robią na mnie negatywne wrażenie. Chyba że tam jest inny wymiar ochronny i takie pistoleciki można też zabierać, w co wątpię.
Wozik77, 2012-09-24 11:29:38
Brawo Panowie. Piękny wyjazd i wspaniałe emocje. :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Na ojczystej ziemi ciągle takie połowy są marzeniem, a wypasiony osiemdziesiątak to już sukces. Tam póki co widać że takie marzenia się spełniają i ta perspektywa przyciąga wędkarzy. Bizonik. NIe przesadzaj. Te fotki z niewymiarkami to jedynie tło tego co naprawdę przedstawia ta relacja. W prześmiewczy sposób pokazuje jak wielkimi żarłokami są szczupaki. :kwadr: Nie róbmy problemów tam gdzie ich moim zdaniem nie ma :okok:
gusto, 2012-09-24 13:06:29
:oklasky::oklasky::oklasky::aparat::okok:
galieni, 2012-09-24 15:45:40
z tymi spaniałymi to chyba przesadziłeś chyba że o rybach myślałeś
damian_, 2012-09-24 18:52:16
najwspanialszego zabrakło:bezradny:ale staraliśmy się go godnie zastąpić co po niektórym to się udał:haha:o co do wymiarów są nieco inne niż u nas i według mnie ustalone tylko dla polaków i zabierać można ryby od40cm do 80cm.tym dwóm żarłokom ze zdjęć i do tych 40 troszkę brakuje....
wojtek_b, 2012-09-24 21:02:41
Brawo chłopaki ! Super ! :kwadr: Daliście czasu:oklasky:
wojtek_b, 2012-09-24 21:03:20
Czadu oczywiście:wysmiewacz:
andrew, 2012-09-25 00:55:12
Pawel te fotki malych sa dlatego, ze tych wymiarowych 50-60cm bylo tyle, ze jak trafial sie pistolet to bylo wydarzenie ;). Samych szczupakow, bez okoni i ploci zlowilismy 300+ z czego niewymiarow moze kilkanascie bez kitu.
Blanek, 2012-09-25 13:56:16
Gratki!!! To się nazywa wyjaz ;-) Fajna relacja!
Rasta, 2012-09-25 17:56:09
zajefajne rybki, tylko jedno pytanie zauwazylem ze wiekszosc szuplych byla pokaleczona, czyzby sruby silników
bysior, 2012-09-25 21:51:21
Panowie daliście do pieca! Gratulacje pięknych ryb i pięknych zdjęć :aparat: :muza: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: Więcej nie jadę na szkiery - tylko kierunek Boren! Fajna relacja
adam-z82, 2012-09-26 20:04:55
....a pomyśleć że kiedyś w Polsce tak było?! Szwedzki "RAJ" jak widać nadal aktualny. Naprawdę GRUBO, Globtrotersi:oklasky::oklasky::oklasky: Damian ten Twój "Kajman" to MISRZOSTWO!!!:muza::muza::muza:
adam-z82, 2012-09-26 20:16:27
MISTRZOSTWO:luzik: Takie chwile są bezcenne