Rzeczka piewszych kroków

Bombel 2010-08-04 Łowiska

...
Ile to już lat tam nie byłem? Ćwierć wieku, może dłużej... Gdzieś tak. Choć nie, jeszcze zaglądałem kilka razy, już jako dorosły facet. Wiosną, gdy nad Narew powyżej nie dawało się dojechać, bliżej Pułtuska ścisk na brzegu taki, że nie ma gdzie kija wcisnąć, a kwietniowe, grube płocie ciągnęły z nieodpartą siłą. Nad dziką, cichą, zarośniętą Pełtą zawsze dawało się znaleźć jakieś wygodne miejsce. Raz zabrałem kolegę, dysponującego składaną łódeczką. Spłynęliśmy z żywcami, od mostu w dół. Mieliśmy pecha - trafiliśmy na totalną niżówkę. W najgłębszym dołku było z metr wody. Właśnie tam się trafił jedyny szczupak. Dziesiątki razy obiecywałem sobie, że zawitam tam jeszcze jesienią. Z króciutkim spinningiem albo żywcówką i kilkoma kiełbiami. I leciutką spławikóweczką na wypadek, gdyby żywców zabrakło. Zresztą niekiedy można było tam trafić na stadka płoci po 20 - 25 cm, niekiedy klenie, jelce, krąpie, okonie...

Obiecywałem sobie, obiecywałem... Jakoś tak ciągle czasu brakuje. A duża, gruba woda, gdzie brzegiem poruszać się nieporównywalnie wygodniej, gdzie i "rozmiar" łowienia taki bardziej dorosły, ma dla mnie znacznie większą moc przyciągania. Więc tylko czasem zatrzymam się, zagapię, fotkę pstryknę, sięgnę pamięcią sentymentalną w

Lata szczenięce

Leszczynowa, trzymetrowa witka, potem zamieniona na wymarzony bambusik. A gdy "uskrobałem" na pierwszy kołowrotek, dwadzieścia metrów stilonowskiej "trzydziestkipiątki", przypony metalowe i kotwiczki - do kompletu doszła żywcówka. Ależ to była frajda! Zwykle zaczynałem przy cegielni. Na krótkim odcinku nieco głębszej (do metra) prostki zawsze były kiełbiki. Zaś pod zatopionymi cegłami siedziały kłódki. Nie te w patyczkach. Inne - ciemne, twarde domki ulepione z piasku. W ich środku biało zielonkawe larwy. O niebo bardziej skuteczne od tych powszechnie znanych, szaro - burych, z Narwi. Nie było lepszej przynęty! Gdy kiełbiki pływały już w bańce, a słoiczku moczyło się kilkadziesiąt kokonów, ruszałem w dół, aż do brodu. A tam - niemal zawsze dylemat: przeprawić się czy nie?

Lewy brzeg

to totalna plątanina jeżyn, wiklin, głogów, pokrzyw na dwa metry, ostów, powojów, zwalonych pni i wszystkiego, co matka matura rozsiewa i mnoży chyba wyłącznie po to, by obrzydzić człekowi wędkarstwo. Lecz było też nieco okienek w tym gąszczu. A w każdym - szansa na rybę, niekiedy kilka. Gdy szerokość sięga 6 - 8 metrów, a metrowy dołek to już prawie studnia, nie ma co liczyć na ławice. Pięć płotek po 20 cm to już był sukces niemal niebotyczny. A przecież małoletnia dusza cieszyła się i z takich po 15 cm. Owszem, zdarzały się i większe płocie, nawet po 30 i więcej cm. Wolałem jednak, by nie brały. Na krótkim kijaszku, słabej żyłce i małym haczyku nie było sposobu, by je przenieść nad nastroszoną jeżynami i bujnymi trawami skarpą. Ba! Samo podanie zestawu było wyczynem karkołomnym, a co dopiero wyjęcie ryby!

Żywcówkę można było rozwinąć dopiero kilkaset metrów dalej. Gdzie Pełta składa się w gwałtownym zakręcie w lewo. Podmywając wysoką, pionową, gliniastą skarpę. Przy okazji rozlewa się szerzej, a nurt wyraźnie zwalnia. Ach! Jakież piękne miejsce pod samą skarpą było! Nie wiem, jak głębokie. Dwa - trzy metry? Nigdy nie wysondowałem, nie dało się. Kilka zalegających w nurcie drzew, które zsunęły się ze skarpy, skutecznie broniło dostępu do najgłębszego miejsca. A to właśnie tam, cholercia, waliły największe szczupaki! Któregoś dnia jeden zrobił sobie wycieczkę pod lewy brzeg, majestatycznie przedefilował mi pod nogami. A ja stałem z rozdziawioną gębą, bojąc się poruszyć. I... bojąc się podstawić mu żywca pod nos. Bo co, gdyby wziął? Z tamtą wędeczką, w takich warunkach, "dwójki" wyjąć nie było jak. Sporo mi ich spadło, zostawiając mnie z roztrzęsionym na długo rękami... A to bydlę miało chyba z metr!

Na łuku właśnie szczupak stawał się celem. Trzeba było dorzucić zestaw pod zatopione drzewa, czyli na 10 - 12 m. Lekko pod prąd. A nie było to proste. Najpierw odwinąć z kołowrotka odpowiednią ilość żyłki, uważać, by nie zaplątała się w trawie. Wymach zza głowy nie wchodził w grę - krzaki. Więc jedynie rzut boczny. Ech, ileż żywczyków się urwało, gdy jednak żyłka się splątała... A potem - czujne czekanie, z kijem w garści. Odłożyć kijka w ten gąszcz nie było jak, zaraz by się splątało. I trzeba było uważać, by żywczyk nie zawędrował między gałęzie. Jakże to było ekscytujące, gdy podskakujący spławik, niesiony bardzo leniwym nurtem, spływał tuż przy gałęziach, gdy w każdej chwili mógł skryć się pod wodą... Było takie miejsce, tuż za jednym z konarów, gdzie niemal zawsze stał dyżurny szczupak. Nie wziął przy pierwszym czy trzecim przepuszczeniu - wziął w piątym.

Niemal zawsze wziął. I zawsze tylko jeden. Potem - trzeba było ze trzy dni odczekać, by jego miejsce zajął następny. Nie były duże, zwykle do kilograma. Ale gdy się ma czternaście lat i stawia pierwsze samodzielne kroki, to "kilóweczka" wyglądała na olbrzyma. A co dopiero "dwójka"?! Jeśli po trzech dniach, po dziesięciu przepuszczeniach, żaden nie wziął, to mogło oznaczać tylko jedno: uprzedził mnie zgarbiony wiekiem dziadek z Kleszewa. Miał łódkę, wiedział, gdzie pływać. Całymi godzinami umiał siedzieć w niej bez ruchu, czekać na to jedyne branie. Potem powolutku, bezszelestnie, jakby prawie się nie poruszając, spływał do domu. Na moje szczęście wolał jednak stawać kawałek niżej, gdzie brzegi zupełnie niedostępne. Tam było dziadkowe, samotnicze królestwo. I nie tylko tam. Ze dwa sezony trwało, zanim podpatrzyłem, gdzie pływa jeszcze: poniżej mostu. Stawał w wąziutkim tam nurcie między najdzikszymi krzakami.

Gdzie nawet łosiowi by się nie chciało szukać dostępu do wody. I łowił. Trzy razy widziałem, jak złowił tam płoć. Ale jaką! Pod kilogram! I za każdym razem to samo - jedna duża ryba i bezszelestnie, bez pluśnięcia wiosłem, jakby wcale się nie ruszając, ruszał w stronę domostwa. Jak duch.

Poniżej mostu rzadko schodziłem. Jakoś nie miałem serca do tego odcinka. Nawet nie chciało mi się schodzić, od szczupakowego zakola, w stronę mostu. Na kolejnych trzystu metrach nic tylko chaszcze. A jak już dostęp do wody - to brzeg zawsze mokry, grząski. Dopiero tuż przed mostem były ze trzy okienka, gdzie dało się pomachać wędeczką. Ale tylko przy wyższej wodzie, bo od tej strony płycizna. Więc zwykle od zakola wracałem do brodu. Znów próbując w obłowionych wcześniej okienkach. I znów się jakieś płotki trafiały.

Prawy brzeg

był trudniejszym wyzwaniem. Najpierw chaszcze uniemożliwiające dojście do wody. Z jedną zapomnianą ścieżynką, prowadzącego do maleńkiej, wstecznej, płytkiej zatoczki. Wiele wody upłynęło, abym zrozumiał i przyjął do wiadomości, że nie ma po co wchodzić tam z wędką. A jednak wchodziłem. Bez wędki. Popatrzeć. Przy słonecznej pogodzie, o ile udało się podejść bezszelestnie, zza pnia potężnej wierzby wystawiając tylko głowę, prawie za każdym razem znajdowałem cudny - jak dla mnie - widok: stado 8 - 10 płoci po ok. 35 cm, wygrzewających się tuż pod wierzchem. Ach, ileż ja się nakombinowałem, czego nie próbowałem wymyślać, żeby się do nich dobrać! I nic. Wystarczyło tylko wystawić kijek zza drzewa, machnąć - i momentalnie znikały.

Potem trzeba było przejść polem ze trzysta metrów dalej. Aż na początek wspomnianego wcześniej, ostrego zakrętu w lewo. Wejść było łatwo, z łowieniem już gorzej. W tym właśnie miejscu dno zaczynało się gwałtownie opuszczać, a nurt nieco przyśpieszał. Niestety, wchodziła w grę tylko przystawka. Z podaniem zestawu pod pierwszy zatopiony pień. Płotki raz podeszły, częściej nie. Chyba siedziały nieco dalej, głębiej, między gałęziami. Gdy wyszły na zwiady - dawały się łowić. Ale rzadko wychodziły.

Z żywcówką było podobnie: też pod pień. Z kijem trzymanym w garści, z napiętą uwagą. Branie trzeba było ciąć niemal natychmiast, bo zawsze zębaty zawracał w stronę gałęzi. Dlatego - większość zacięć było przedwczesnych. A gdy się poczekało o sekundę za długo - zestaw zostawał wśród gałęzi. Ech, ile razy musiałem włazić do piekielnie zimnej wody, by go stamtąd wysupłać! Ale przecież kotwiczka, metalowy przypon i spławik, dla takiego małolata były bezcenne! Szczególnie, że jak w sklepie sportowym pojawiała się dostawa, to towar znikał w godzinę.

Dalej - ta pionowa, gliniasta skarpa. Tylko raz się uparłem, by przejść u jej podnóża, pomacać w najgłębszym miejscu. Gdzie niemal za każdym razem widywałem widowiskowe ataki grubych szczupaków. Nie doszedłem. Jeden nieostrożny krok i zameldowałem się w wodzie razem z głową. Na szczęście był to środek lata. Krótkie spodenki i bawełniana koszulka szybko wyschły na słońcu.

Trzeba było obejść polem, nadkładając ze trzysta metrów. Tam skarpa łagodniała, przechodząc w stok o nachyleniu ok. 45 stopni. Niestety, też glina. Więc po najmniejszym nawet deszczu stawała się niedostępna. Ale gdy sucho - dawało się zejść, przytrzymując się pni gęstych tam olch czy gałęzi leszczyn. I koniecznie powolutku, po cichutku.

Niemal zawsze, przy dobrej pogodzie, tuż obok brzegu, przy pionowej burcie, spacerowały stadka płoci po 30 cm. Ach! Ileż to razy siedziałem schowany za pniem, zerkając na ryby stojące tuż pod wierzchem, leniwie wachlujące ogonami! O półtora metra od moich nóg! Ależ to był zastrzyk adrenaliny! Ależ to rozpalało wyobraźnię!

Sporo czasu trwało, zanim się nauczyłem: wędeczka przenoszona nad wodę bardzo, ale to bardzo spowolnionym ruchem. Spławik opuszczany ruchem równie powolnym. By nie zmarszczyć wody. I naraz... bach! Prędzej czułem, że wędka mi z ręki ucieka, niż zobaczyłem zatopienie spławika! W wodzie nagły młyn, gejzer! I jest! Piękna, cudnie wybarwiona! Jest w garści!

Tylko jedna. Reszta stadka momentalnie znikała. Trzeba było zejść, niemal czołgając się, z piętnaście metrów niżej. Znów popatrzeć, poobserwować, poczekać. Pojawią się? Są! Więc - procedura ta sama. Znów powolutku, jak na bardzo spowolnionym filmie... Jest druga! Ups! Trzeba było jeszcze spojrzeć, przed podaniem zestawu, nad głowę. Bo te olchy kłaniają się wodzie, zwieszając nad nią swoje ramiona... Podać zestaw się dało, wyholować ryby - nie ma jak. Zamęt w wodzie, konsternacja, wreszcie panika... I to by było na tyle... O pięćdziesiąt metrów w lewo i w prawo nie znajdzie się już ryby...

Jedynie żywiec pląsający tuż przy burcie, na krótkiej smyczy, ze szczytówką maksymalnie wystawioną nad wodę. I stale napięta uwaga. By kiełbik nie wlazł w plątaninę sterczących z burty korzeni. By gwałtownego brania nie przegapić. By zaciąć natychmiast po tym, gdy zębatemu zachciewało się wracać między korzenie. Na szczęście tutejsze szczupaki zwykle odchodziły w stronę wypłycającego się środka. I rzadko brały. Sam nie wiem - było ich tam niewiele czy były bardziej ostrożne od tych z zakola? W każdym razie trzeba było choć na kilka minut zapuścić zestaw przy co bardziej wystających korzeniach, pod zwalonymi do wody konarami. Zębaty mógł stać wszędzie. Lub nigdzie...

Dalej - już most. Brzeg równiejszy, łatwiej dostępny. W wodzie coraz więcej zwalonych drzew, odstających od burty korzeni. Nie ma jak podać zestawu przepływankowego. Spłynie metr, może dwa i trzeba przerzucać. Więc - żywczyk na sztywnej smyczy. Bo dyżurny szczupak na pewno się znajdzie. Kiełbik, jak najmniejszy, na kotwiczkę; zestaw cichutko do wody, szczytówka ostrożnie wystawiona nad wodę, żyłka lekko napięta...

Co do tych płoci - Ojciec mi podpowiedział: żaden spławik, żadnego obciążenia. Tylko zapałka zaciśnięta kawałkami wentylka, o pół metra - metr od haczyka. A ja to zmodyfikowałem, bo zapałka, zbyt jasna, chyba nieco płoszyła te niesamowicie podejrzliwe ryby. Najlepszym wskaźnikiem brań okazał się krótki, cienki patyczek, odłamany z suchej gałązki. Przymocowany do żyłki nie typowym, pomarańczowym wentylem, a rzadko spotykanym szarym. Jeśli zaś normalny spławik, gdy trzeba było sięgnąć do dna, to wyłącznie maleństwo własnoręcznie wystrugane z topolowej kory.

Teraz, gdy tamtędy przejeżdżam,

coraz bardziej nie wiem - czy zajrzeć tam z króciutką wędeczką? Czy nie zajrzeć? Chciałoby się, ale... Przed ćwierćwieczem byłem znacznie mniejszy. Jakoś tak lepiej udawało mi się poruszać po tych stokach stromych, śliskich. Po tych krzaczorach niedostępnych. Mniejszy byłem, łatwiej więc było wcisnąć się w zakamarki niedostępne dla dorosłych. A też chyba i z większym, bo noefickim zapałem, chciało mi się zgłębiać tajemnice każdego korzenia w wodzie zatopionego...

Wróciłbym, na nowo posmakować śladów pamięci sentymentalnej... Na kwadrans byłem w początku lata, zajrzałem. Bez wędki. Prawy brzeg, od mostku w Kleszewie w górę, zdziczał. Ścieżka, którą kiedyś i sam dziesiątki razy kiedyś wydeptywałem, już prawie znikła. To już nikt tam nie zagląda?

A może, gdy o pół metra jestem wyższy i dwukrotnie cięższy, przestałem umieć ścieżkę odnajdywać? A może już nie umiem wspinać się po skarpie czy zjeżdżać z niej na własnym dupsku? Może już za dużo we mnie rozsądku, by ryzykować niechcianą kąpiel, w ubraniu, w krystalicznie czystej, a pierońsko zimnej wodzie? Bo jak potem wsiąść do auta?

Niekiedy, zwykle już w drodze powrotnej znad dużej wody, zatrzymuję się przy moście, opieram się o barierkę, zerkam to w górę to w dół. I sobie dumam: skoro za ciężki jestem i zbyt leniwy, by na wzór łosia szlajać się po krzakach, to może by tak ubrać spodniobuty i pójść korytem? Przy średnim bądź niskim stanie wody to możliwe. Najwyżej w dwóch - trzech miejscach trzeba będzie wdrapać się na brzeg, by głębszy dół obejść.

Auto zostawić na stacji gazowej za mostem, a potem wybrać: albo podejść 200 m do mostu i tam się zwodować, ruszając w górę, albo podejść 200 w prawo, za "czworakami" skręcając w dróżkę prowadzącą do brodu. I ruszyć w dół.
Pomyśli ktoś, że niewiele do obłowienia? Błąd! Pełta na tym odcinku tak meandruje, że od brodu do mostu ma z kilometr, a pewnie i więcej. Kawał absolutnie pierwotnej, szalenie trudnej, ogromnie zaskakującej wody. A czy jeszcze rybnej? Nie wiem. Pewnie tak, bo nikt tam nie wędkuje, nikt sieci nie stawia, nikt nie podtruwa. Zresztą spójrzcie uważnie na fotki: można odnaleźć dość wyraźne "oczka" czynione przez wcale nie tak małe ryby.

Ktoś zapyta, czemu rzeczkę publicznie ujawniam, choć zwykle trzymam podobne łowiska w największej tajemnicy? To proste. Nie wierzę, by komuś się chciało tam włazić. A ten, kto spróbuje, raczej już po pierwszym razie odpuści. Bo niby jaki sens w wielogodzinnym przedzieraniu się przez totalną, piekielnie trudną dzicz? W odrapywaniu pyska, w rozrywaniu ubrania, w narażaniu sprzętu, w ryzykowaniu kąpieli, w wystawianiu się na żer milionom komarów? Dla jednego szczupaka, który niekoniecznie weźmie? To tylko dla tych, którzy chcą się zachwycić pierwotnością dziewiczą, ekstremalnym wysiłkiem. Nie robiąc sobie większych nadziei na złowienie ryby.

Tacy - nie zrobią wodzie krzywdy. Nie zostawią po sobie śmieci, nie zapakują do siaty wszystkiego, co na haczyku się uwiesi, nie zatrują wody kilogramami "zanęty" ze spleśniałego chleba i ziemniaków pozostałych z obiadu. A powracać będą rzadko. Tylko wtedy, gdy trzeba się wyciszyć, styrać nieziemsko na całkowitym odludziu, w ekstremalnej pierwotności. By na kilka godzin zostawić za sobą wszystko to, co w cywilizacyjnym pędzie przelatuje wariacko po nieodległym mostku...

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (9)

Wozik77, 2010-08-10 22:04:30
Ech Bombel Bombel...:muza: Te Twoje opowiadanka mają niesamowity klimat. Wracam do nich bardzo często i z ogromną regularnością poprawiają mi nastrój. Masz talent Człowieku !:oklasky:
bysior, 2010-11-10 18:46:57
Kilka dni temu miałem okazje przejechać przez mostek, pod którym płynie ta rzeczka... Piękne opowiadanie Bomblu i piękna puenta. :kwiatek:
Wozik77, 2010-11-19 20:38:40
Tak tak Bysiorku. Ten głęboczek o którym pisze Bombel to jak nic jest pod tą skarpą po prawej :kwadr:
Wozik77, 2010-11-19 20:39:14
...jadąc do Pułtuska oczywiście :kwadr:
bysior, 2010-11-19 20:54:58
To za Pułtuskiem a głęboczek po lewej :p:p:p
Wozik77, 2010-11-19 22:03:09
Ot i prawda ;)
bysior, 2010-11-19 22:44:45
A miałeś Piotruś nie zdradzać miejscówki ;P
gusto, 2010-11-25 18:08:39
Panowie mała prośba napiszcie zbiór opowiadań wędkarskich w formie książki a obiecuje ,że "KING i MASTERSTON"pójdą na dalszy koniec półki:beczy: z ulubiono lekturo.:oklasky::oklasky::oklasky:
moczykij, 2011-10-19 20:02:16
Kapitalny tekst :oklasky::oklasky::oklasky: