Przekroczyłem półmetek cz. II

Bombel 2010-08-04 Opowiadania

...
Liceum to już czas dalszych wypraw, w tym na nocki. Najfajniej było na odcinku Kleszewo - Lipa. Jak sobie wspomnę, jakie tam wówczas panowało odludzie... Ech, łezka w oku się kręci... Co prawda nasz sprzęt w zasadzie wykluczał skuteczne łowienie na spławik, ale ciężkie gruntówki w zupełności wystarczały. Żyłka 0,35, ciężarek 150 - 200 g i naprzód. He he, chciałbym teraz zobaczyć wędkującego dwudziestolatka, który umiałby dziś posłać taki zestaw z dwumetrowego, masywnego kija (doskonale się sprawdzały szczytówki z jałowca) i kręcioła z ruchomą szpulą. Czyli nieśmiertelnej, niezawodnej katuchy. Zresztą tylko jeden kołowrotek wytrzymywał wówczas takie przeciążenia. Oczywiście enerdowski Rex. Był to jednak rarytas tak cenny, że stosowany niemal wyłącznie do spinningu. Na grunt było go po prostu szkoda.


Przynęty? Żadnej finezji, niemal niepodzielnie królowały rosówki. Nie było siły, żeby z nocy nie mieć przynajmniej ze dwóch leszczy takich po dwójce, nierzadko trafiały się metrowe sumy, sporo było węgorzy. Na rzadziej używanego trupka często kusiły się sandacze i grube okonie. Dojazd nad wodę? Ech, młodość! Brało się cały bagaż, łącznie z namiotami i materacami na grzbiet i hajda na piechotę. Był jeszcze jeden powód, dla którego wynosiliśmy się jak najdalej od domów. Zaczęły się wtedy pierwsze doświadczenia z alkoholem, więc trzeba było się zabezpieczyć przed możliwością wpadnięcia w oczy rodziców i znajomych. Łąki pod Kleszewem, zupełnie wówczas nieuczęszczane, gwarantowały nam pełne bezpieczeństwo. Ba! W tych czasach w ogóle mało kto się pojawiał także po drugiej stronie, w okolicach Białej Góry. Po co mieli ludziska się telepać tyle kilometrów, skoro wystarczyło się rozstawić w samym Pułtusku? Wszędzie było mnóstwo ryb. A jeśli ktoś dysponował łódką, to rzadko kiedy odpływał dalej niż na kilometr. Bo niby po co machać wiosłem bez potrzeby?

Znalazł się sposób, by powędkować i po drugiej stronie, na lewym brzegu. Żeby dostać się tam drogą lądową, przez most i dalej przez las, to zdecydowanie za daleko. Ale niemal zawsze znalazł się środek przeprawowy. Otóż ludziska z Pawłówka, chcąc dostać się do Pułtuska, też musieliby nadkładać kupę drogi. Więc przeprawiali się, zwykle z rowerem, pod Lipę. Stamtąd było dwa razy bliżej. Nie wiem, czyje były te łódki. Żadnych palików, żadnych łańcuchów i kłódek. Łajby tylko wyciągano na brzeg, żeby woda ich nie porwała. Wiosła leżały w środku. Kto potrzebował, ten się przeprawiał. Nigdy nie spotkałem się z jakimikolwiek pretensjami, że ruszyło się cudzą własność. Ale raz się zdziwiłem. Wziąłem łódkę spod Lipy, przeprawiłem się i ruszyłem ze spinningiem. Po paru godzinach wracam, a łódka na drugim brzegu. Czekałem ze dwie godziny, lecz na darmo. Tymczasem zaczęło się ściemniać. Więc ruszyłem na piechotę. Co o tyle było nieciekawe, że droga do Ponikwi to był tylko piaszczysty dukt. Taki sam jak wszystkie inne leśne dróżki. Więc w zupełnych ciemnościach, bez śladu księżyca i gwiazd, łatwo było pobłądzić i wyjść w Bartodziejach czy Zambskach.

Takie nieobecności i błądzenie po lesie dość często kojarzyły się ludziom z dość powszechną wówczas praktyką stosowaną przez milicję. Otóż zdarzało się, że jak trafili na nachlanego, awanturującego się gościa, to aplikowali mu dość radykalną a dowcipną metodę na uspokojenie i wytrzeźwienie. Pakowali delikwenta do tzw. ula, czyli z tyłu "zomosuki" (dla młodszych: milicyjna Nysa) i wywozili w las, zwykle pod Wyszków. Wjeżdżali w leśną dróżkę, wystawiali pacjenta na zewnątrz, niekiedy przeciągnęli po grzbiecie pałką i odjeżdżali. He he, to ci dopiero była wytrzeźwiałka! Ponoć niektórzy nieszczęśnicy i po dwa dni się błąkali, nie mogąc trafić do domu. Po takiej kuracji niejeden trzy razy pomyślał, zanim kolejny raz nadużył i w stanie nieważkości ośmielił pohałasować wieczorem na ulicy. Szczególnie, że jeśli milicjantom chciało się wypisywać kwity, to na dokładkę delikwent stawał jeszcze na kolegium. A tam ostro dawali po kieszeni.

Starsi Pułtuszczacy na pewno pamiętają karasiowo - linowe eldorado na glinkach. Wchodziło się albo od Białowiejskiej, albo od Wojska Polskiego, za cegielnią. Ech, jakie karasie tam się łowiło! Niestety, pierwszy od Białowiejskiej staw zasypywano na moich oczach. Następny też wkrótce przestał istnieć. No i jeden powszechnie znany kłusol, Heniek, trzaskał siatą że aż furczało. Cholera, wszyscy wiedzieli, że kłusuje. Co najmniej ze dwa razy posiedział za to. Ale się nie poddawał. Co tylko skończył odsiadkę, to znowu szedł kłusować. Uparty był... Z glinek wryły mi się w pamięć dwa numery. Oto umówiliśmy się z mieszkającym tuż obok kolegą, że po obiedzie pójdziemy. Wziąłem kije, zameldowałem się u niego. On marudzi, ze podobno ostatnio nie biorą, a jak już to tylko maleństwa. Więc nigdzie nie idziemy. Starzy wyjechali, wrócą jutro. Mało tego! Kilka dni wcześniej podebrał staremu flaszkę. Rozweselimy się. Ale mnie strasznie chce się na spławik popatrzeć! Taaak? No i znalazł kolega rozwiązanie. Otóż obok domu był stary dół po wapnie, które dawno temu posłużyło do budowy domu. Wymiary gdzieś tak 6x2 m. Wypełniony wodą, więc tu sobie mogę popatrzeć na spławik. Tak uczyniliśmy. Rozłożyłem jedną wędeczkę, wygruntowałem - wody ponad metr. Założyłem na haczyk robala i wpuściłem zestaw do wody. No i mam, czego chciałem. Czyli popatrzeć na spławik. Siedzimy na trawce, gawędzimy, popijamy, popalamy... Fajnie jest. W którymś momencie przypomniałem sobie o spławiku. Patrzę i... znikł! Co jest? Podnoszę wędeczkę i czuję opór! Jest ryba! Karaś taki ze 20 cm. Szok! Przecież to niemożliwe! Sprawdźmy, co będzie dalej. Drugi robal i teraz już uważna obserwacja spławika. Ten po minucie odjeżdża i się topi. Jest taki sam karaś! Do czasu wykończenia flaszki złowiłem 6 czy 8 takich samych, wszystkie złote. Skończyła się flaszka, to i brania się skończyły. Zachodziliśmy w głowę, skąd się mogły w tym dołku wziąć, nikt nigdy niczego nie wpuszczał. Niebawem wyjaśnił nam pewien doświadczony wędkarz. Dzikie kaczki czasem tu przylatują? No przylatują. Więc to właśnie one przeniosły ikrę przyklejoną do piór. Od tego czasu widywałem mnóstwo nieco większych, śródpolnych dołków czy przydomowych sadzawek wykopanych dla ozdoby, gdzie pływają nie tylko karasie, ale też płocie, wzdręgi, liny czy okonie. To sprawiły kaczki - zarybiaczki.

I drugi numer z glinek. Któregoś popołudnia weszliśmy z kolegą od strony Wojska Polskiego. Nie tylko karasie, ale i liny były tam piękne. Na grobli między stawami siedzi mocno podchmielony jegomość. Jesteśmy ze trzydzieści metrów od niego, gdy nagle atomowo zacina. Około półkilogramowy lin zostaje dosłownie wyrwany z wody. Z taką siłą, że przelatuje gościowi nad głową i ląduje... w stawku za plecami. Ubaw po pachy. Gość klnie na cały regulator, ale zakłada nowego robala i znowu zarzuca. Siedliśmy kawałek dalej, udajemy, że nie podglądamy. Z piętnaście minut później gość znów atomowo zacina i kolejny lin przefruwa do drugiego stawu. A my tarzamy się ze śmiechu. Kilka minut później historia powtarza się dokładnie tak samo!

Bodajże między pierwszą a drugą klasą ogólniaka solennie postanowiłem, że zanęcę sobie łowisko. Ledwie się rozwidniało, gdy wskakiwałem na rower i pędziłem nad niedostępną już zatoczkę na łuku Narwi, powyżej "ruskiego". Stary chleb, kartofle z obiadu, płatki owsiane i co tam w ręce wpadło. Wszystko szło do wody w tym samym miejscu, o tej samej porze. Ależ połowię! - się cieszyłem. Po tygodniu nęcenia czas wreszcie ruszyć z wędkami. Cholera, godzinę zaspałem! Szlag by to trafił! Nic to, hyc na rowerek i naprzód. Wjeżdżam, patrzę... a żeby go chudy byk! Na moim miejscu siedzi jakiś gość koło czterdziestki. I łowi. Ale jak! Ledwie jedną wędkę zdąży zarzucić, a już chwyta za drugą. Płocie takie po 30 cm, kilogramowe leszcze, też i lin się trafia. Trudno, siadłem z dziesięć metrów dalej, rozłożyłem wędeczki, coś tam podsypałem. Ale gdzie tam! Jakieś drobne płoteczki, jakiś krąpik, czasem okonek. A gość łowi na potęgę! Oj, żeby on wtedy słyszał, czego mu w myślach życzyłem! A i samemu sobie jobów nawsadzałem. Bo przecież to moja wina, że zaspałem. Po kolejnej rybce trzeba założyć nowego robala. Wędzisko, masywny bambus, w jednym ręku. Palce tej samej ręki trzymają haczyk. Palcami lewej próbuję nanizać robala. Ale ten się gimnastykuje na potęgę, nie daje się. W dodatku haczyk mi się przekręcił. Ponieważ robal przeszkadza, to - niewiele myśląc, wetknąłem sobie jego koniuszek w kącik warg. I w tym momencie spojrzał na mnie ów gość, dostrzegł robala gimnastykującego się na mojej brodzie. Zrobił wielkie oczy i ryknął: och żesz ty skur... buuueee! Poszło! Ależ widowiskowy paw! Ze dwie minuty gość rzygał. Wściekły, chyba mając chęć na dalsze rzyganie, w największym pośpiechu się zebrał i poszedł. Suuuper! Ocywiście natychmiast się przeniosłem na jego miejsce. Fakt, w trawie przegląd jego treści żołądkowej, a smród okrutny. Sam mało pawia nie puściłem, ale przyniosłem piasku, przysypałem grubą warstwą. Przestało śmierdzieć, można łowić. Już nie brały tak jak z samego rana, ale i tak wróciłem do domu z dość ciężką siatką.

Nocka nad Narwią, jest nas kilku. M.in. jeden nieco starszy od nas koleś dysponujący Rexami przy gruntówkach. Ach, tylko pozazdrościć! My ze swoich katuszek dorzucamy na trzydziesty, góra czterdziesty metr, on znacznie dalej. Ciemno się zrobiło, a my coraz weselsi. Wiadomo, starzy nie widzą, to można sobie pobalangować. Leszcze choć z rzadka, to jednak biorą. Najlepiej remu z Rexami, bo tylko on dorzuca do śródrzecznej rynny. Z zazdrością obserwujemy, gdy zarzuca. Jeden z rzutów jest szczególnie daleki. Świst wędki, długo, długo nic, wreszcie bardzo, ale to bardzo odległy, wytłumiony plusk. Ale machnął, aż na drugą stronę! Naraz koleżka, stawiając wędkę w podpórkę zaczyna się dziwić. Bo kręci i kręci, a nie może naprężyć żyłki. Wreszcie kojarzy: o k..., ciężarek odstrzeliłem! A kabłąk na pewno odpiąłeś - ktoś pyta. No jak nie? Z kwadrans trwało zakładanie nowego ciężarka i wiązanie przyponu, bo po ciemku i po pijaku to jednak trudna sztuka. Wreszcie gotowe, można rzucać. Zamachnął się, gdy ktoś pyta: a kabłąk odpiąłeś? Odp... się! Świst wędki i... trzask! Pooooszłooo! Oj, z pięć minut tarzaliśmy się ze śmiechu, aż się popłakałem i rozbolał brzuch. Najweselsze jednak było, ze przy trzeciej próbie znów nie odpiął kabłąka!

Na innej nocce, gdzieś koło północy, nażarci kiełbasą z patyka, oczywiście już chwiejni, siedzimy, gadamy, coś tam próbujemy śpiewać. Jeden z kolegów nagle powiada, że jeszcze by coś zjadł. Szczególnie, ze matka jakieś kanapki mu przygotowała. Szkoda by było, żeby się zmarnowały. Chwiejnym krokiem odnalazł plecak, w nim kanapki. Dużo kanapek. Ktoś chce? Nikt nie chce, wszyscy nażarci. No to sam będzie jadł. Po chwili się dziwi: co mi matka nawkładała do tych kanapek? Jakoś tak strzela w zębach. Skwarki jakie czy co? Nie zwróciliśmy na to uwagi, bo niby czemu? Rano, skacowani, postanawiamy połowić na spławik. Białe by się przydały. Ten od kanapek się chwalił, że ma. Zajrzał do plecaka i zaraz złorzeczy. Pudełko się otworzyło, rozlazły się. Trochę trwało, zanim je wyłapał. Najważniejsze, że jednak są. Po kilku minutach wraca do plecaka. Zgłodniał, a tam jeszcze zostało ze trzy kanapki. Wyciągnął jedną, odwinął papier, patrzy z niedowierzaniem i zduszonym głosem powiada: o k..., robale mi wlazły do kanapki! W tym momencie wszyscy już wiemy, co mu w nocy tak w zębach trzeszczało... Ależ biedaczysko rzygał!

Kolejny wypad na nockę, a nawet na dwie. Cel: Gnojno powyżej wsi, na te betonowe główki. Co prawda już wszyscy skończyliśmy osiemnastkę, ale zawsze to lepiej nie włazić starym z jakimiś trunkami. Dwóch Darków, Jarek i ja. Na dwóch motorach: Junak z koszem i CZ 350. W koszu pojechała z nami duża beczka piwa i kilka butelek gorzałki. Oj, będzie się działo! Przyjechał po mnie któryś z chłopaków, usłyszałem warkot, złapałem torbę z prowiantem i naprzód. Już witam się z kolegą, gdy matula przez okno się drze: Andrzej, a wędek nie bierzesz? Ups! Nauczony doświadczeniem wiem, że za godzinę czy dwie trudno będzie nam się rozstawiać namiot i stawiać gruntówki. Więc zaczynamy od tego, w trakcie obalając pierwsza flaszencję. Namiot stoi, gruntówki stoją, materiał na ognisko przyniesiony. Nie będzie za mało tych patyków? Eee tam, najwyżej się potem doniesie. Czas zaczynać, bo pić się chce. Zaczęliśmy. Szpunt odbity, kranik założony, browar leje się strumieniami, w międzyczasie ktoś napełnia kieliszki, kiełbaski skwierczą nad ogniem... Jest super! Ale Darkowi, już dobrze po ciemku i po pijaku, zachciało się pojeździć swoją CZ po łąkach, popiratować. A dodać trzeba, że w tłumiku kilka dziurek nawierconych wiertłem ósemką. Żeby ładniej było słychać... No i się narobiło. Już wtedy było tam sporo domków ukrytych w lesie. Trudno spodziewać się zachwytu śpiących ludzi, gdy im na wysokich obrotach dudni silnik z "poprawionym" tłumikiem. Raz i drugi zwrócono Darkowi uwagę, ale zignorował. Bo co? Złapią go? Wreszcie się wyszalał, pić mu się zachciało, wrócił do ogniska. Ledwie usiadł, a z ciemności wyłania się z ośmiu chłopa, każdy z jakimś kijaszkiem w garści. Od razu widać, że przyjaźnie nastawieni to oni nie są... Uff, ścierpły nam skóry na grzbietach! Z trudem, ale udało się wynegocjować rozejm. Oczywiście przy naszym przyrzeczeniu, że więcej nie pozwolimy mu szaleć.

Koło północy skończył się opał. Jarek zadeklarował, że pójdzie do lasu, przyniesie. Wziął siekierkę, poszedł. Za kilka minut słychać jego przekleństwa i coś w rodzaju: czekaj no, niech ja cię złapię! I szczekanie psa. Wojna jaka czy co? Ale za dwie minuty ucichło, więc nie idziemy sprawdzać. A pokwadransie z ciemności wyłania się Jarek z naręczem gałęzi i... dwoma dziewczynami! Zaraz się wyjaśniło: były na spacerze z psem. Pies, a właściwie to piesek, maleńki taki, go obszczekał i niewąsko wystraszył, więc Jarek postanowił się zemścić. Ale jak gość na plączących się nogach, w lesie i po ciemku zdoła dopaść trzeźwego psa? Przestał gonić, bo wreszcie zobaczył te wystraszone dziewczyny. Jakimś cudem zdołał je zaprosić do naszego ogniska. Jak biesiada potoczyła się dalej nie pamiętam, bo zaliczyłem zwałkę i nie bardzo pamiętałem, jak doczołgałem się do namiotu. Budzę się rano, łeb pęka, jęzor wyschnięty na wiór, pić się chce jak cholera, na pęcherz ciśnie, oczy to tylko do połowy mogę otworzyć, we łbie jeszcze się kręci, bo chyba nawet w połowie nie wytrzeźwiałem... Siadłem - kręci się. Zerkam w stronę wejścia i od razu zdumienie połączone z przerażeniem! Wejście wydaje się szczelnie zasunięte, więc pierwsza myśl: obcięło Jarka na pół?!! Bo w namiocie, jakby przyłożone do kotary, tylko dupsko i nogi. Boże! A gdzie druga połowa?! Przetarłem oczy i wreszcie dostrzegłem: suwak odrobinę rozsunięty, tułów jak najbardziej zachował połączenie z resztą. Cóż się okazało? Zachciało się Jareczkowi puścić pawia. Biedaczysko nie miał siły, by odsunąć więcej, tylko małą dziurkę zrobił. Zaczął się przeczołgiwać, ale czy to sił zbrakło, czy żołądek nie chciał poczekać, skończyło się na puszczeniu pawia tuż przy wejściu. We własne buty. Po czym zmęczone biedaczyska natychmiast zasnęło, głowę tuląc do owych butów właśnie...

Niestety, potem wszystko zaczęło wskazywać, że nastąpi koniec mojego wędkowania. Zaraz po maturze szkoła oficerska, więc żegnaj wolności. Przepustka na 24 h to tyle, żeby rodziną się nacieszyć, z dziewczyną i kumplami spotkać. I wio! Z powrotem. Dopiero na trzecim roku więcej luzu, bo przepustka stała w kieszeni i można wychodzić prawie codziennie. Ale to dopiero po zajęciach. Jak jednak o rybach pamiętać, skoro z nieodpartą siła przyciągała dziewczyna? Ożenek pod koniec trzeciego roku, rok później zostałem ojcem. Na poletku wędkarskim zdawało się pozamiatane. Tym bardziej, że okazało się, że młody podporucznik ma bardziej przerąbane niż podchorąży czwartego roku. Podchorąży odbębni zajęcia i parę minut po czternastej jest wolny. A podporucznik na siódmą w robocie i pracuje do skutku. Czyli niekiedy nawet do dwudziestej drugiej. Nawet jak weekend przyjdzie i cały jest wolny, to przecież rodzinie trzeba go poświęcić. Ryby? Jakie ryby? Cooo? Ja ci dam ryby! Cały tydzień nie ma cię w domu, miesiąc byłeś na kursie i się w domu nie pokazałeś, zaraz potem na poligonie, córka niebawem zapomni jak wyglądasz, a tobie na ryby się zachciewa?!!


Dziewięć lat przerwy. Tylko czasem zerkałem np. z Domach Centrum, w Warsie, na stoisko wędkarskie. Coraz to nowszy sprzęt, coraz więcej tego sprzętu. Albo gdy przechodziłem przy bazarku przy KRN (obecnie Twarda) - czegóż tam nie było! I... jakoś nie bardzo mnie ciągnęło. Po części pewnie i z tego powodu, że w chałupie zaraz bym miał jazgot. Rozwód mnie wyzwolił! Szczególnie, że na terenie jednostki, gdzie wówczas pracowałem, były dwie spore, bardzo rybne fosy. A gdy jeszcze przeprowadziłem się, po rozwodzie, w pobliże jednostki, wsiąkłem na całego. Po pracy i szybkim obiedzie dziesięć minut spaceru i jestem nad wodą. Głównie karpie, ale nie brakowało szczupaków, pięknych choć dość rzadko się trafiających okoni, zatrzęsienie karasi, nawet takich ponadkilogramowych, sporo linów. Raj! Raj tym większy, że druga moja pani bardzo szybko dała się namówić na wspólne wypady. Tylko raz czy dwa namówiła mnie na wczasy zorganizowane. Tam też dało się powędkować, ale to nie było to. Śniadanie zaplanowane na 7.15 i nie wolno się spóźnić. Obiad na 13.00 i trzeba biec z plaży czy od wędki z wywieszonym jęzorem. Przed świtem trudno wyjść z pawilonu, bo drzwi zamknięte i trzeba budzić kwękającą babę z recepcji. W nocy nie poczeka się np. na węgorza, bo o 22.00 drzwi już zamknięte i trzeba długo stukać w okno dyżurki, by babę dobudzić i uprosić o wpuszczenie... Ech, na szczęście skończyły się tamte czasy i obyczaje.

Samochód, namiot, sprzęt wędkarski i biwakowy i naprzód, na cały weekend. Moja sympatia, potem już żona, tak się rozsmakowała w tych wypadach, że gdy pogoda dopisywała, to sama mnie ciągnęła. Dokąd? Oczywiście, że nad Narew! Latem, w prawie każdy piątek po południu, jeśli pogoda była przynajmniej znośna, po powrocie z pracy zero obiadu. Natychmiastowe pakowanie (cały sprzęt zawsze gotów do użycia) i heja, na biwak! Urlopy to samo - na biwakach. A to gdzieś na polu namiotowym na Mazurach, a to nad Narwią. Wkrótce z Mazur zrezygnowaliśmy. Raz, że właściciele wyczuli koniunkturę i wywindowali ceny. Całkiem słonawa dniówka wychodziła po zsumowaniu opłat od osoby, od namiotu i jeszcze od samochodu. Ciasno i hałaśliwie, zero intymności. Na wypożyczenie łódki trzeba było się zapisywać, a ceny też oszalały. Nie wszędzie można było z psem. A tam, gdzie można, to psów zatrzęsienie. Nie dość, że jazgot słychać przez całą dobę, to jeszcze trzeba pilnować, by sobie do gardeł nie skakały. Pobliskie, zwykle wioskowe sklepiki zaopatrzone jak pod koniec epoki Gierka. Czyli prawie nic. Chleb dowożono raz na dwa - trzy dni i też trzeba było się zapisać. Albo jechać do najbliższego miasteczka. Koniecznie przed południem, później już puste półki. Ryb gwałtownie ubywało, bo to właśnie wtedy wszystkie te spółki i spółeczki rybackie puszczono na żywioł. W okolicznych sklepikach wędkarskich asortyment przynęt spinningowych taki, że u siebie w pudełkach miałem więcej. W sraczu, jeśli był, nieziemski smród. Woda, jeśli jest, to tylko zimna. OK, nad Narwią też brak sracza, a wodę pitną trzeba dowozić. Lecz skoro za coś płacę dość słono, to chciałbym mieć coś w zamian. W tym ryby w wodzie. Za co też opłacam licencję. By po wypłynięciu lawirować między siatami lub słyszeć od rybaka, że tu nie wolno, bo sieci stoją (czyli w najlepszych miejscach, jak górki czy osłonięte zatoczki). Albo słyszeć od miejscowego, że tu nie ma sensu, bo dopiero co siata została zdjęta. Albo, co gorsze, że przez całą noc agregatem trzepali.


Niestety, to już nie były Mazury, jakie zapamiętałem z przełomu lat 70/80. Zrobiła się komercha, głód, smród i ubóstwo. Ścisk. Paskarskie ceny za byle gówno, w dodatku paskudnie opakowane. To mieliśmy się przez tydzień czy dłużej męczyć i stresować, a w dodatku poważniejszych ryb nie oglądać? I jeszcze za to płacić? To właśnie wtedy, począwszy od 1989 roku, powróciłem na wędkarskie łono. Już nie szukający przygód i okazji do zerwania się z rodzicielskiej smyczy młodzian, a człek stateczny. W wędkowaniu i wypoczynku nad wodą szukający spokoju, wyciszenia, relaksu, mnóstwa dobrych wrażeń. I oczywiście sukcesów wędkarskich. A o te, w bardzo rybnej wówczas, bo nieeksploatowanej rybacko i nie poddanej tak wielkiej presji wędkarskiej Narwi było stosunkowo łatwo. Leszcz poniżej kilograma prawie nie był uważany za leszcza. A przecież nierzadko trafiały się trójki. Było dużo szczupaka i sandacza, niejeden sum zdemolował mi nocną gruntówkę. W odnoszeniu sukcesów oczywiście pomógł też nowoczesny sprzęt. Lecz przede wszystkim szybkie uczenie się, jak ten sprzęt we właściwy sposób wykorzystać. Jak czytać wodę, jak prowadzić zestaw spławikowy, jak wybrać stanowisko, jak dobrać przynętę spinningową w zależności od miejsca, jak ją podać i poprowadzić. Nauka, cały czas nauka. W domu wszelkie dostępne lektury, nad wodą podpatrywanie innych wędkarzy. Lecz przede wszystkim praktyka, zbieranie doświadczeń i ustawiczne szlifowanie umiejętności. Szybko wtedy zrozumiałem z pokorą, jak wiele trzeba się nauczyć. Bieganie z leszczynówką po Pełcie, choć szybko poznałem różne tajniki strugi, to dla małolata duża satysfakcja. Leszcze i sumy, czasem sandacze, również szczupaki na żywca, łowione potem na ciężkie denki, to też spora frajda. Szczególnie, że często w połączeniu z ogniskową imprezą do rana. Ale, gdy z perspektywy czasu porównać rybność Narwi z tamtych i późniejszych czasów, to żaden wyczyn. Wtedy ciężką denkę z rosówą na haku rzucało się byle jak i byle gdzie, a ryba sama się złowiła. Było ich tyle, że trudno było zejść z nocy bez ryby. A potem kręcenie nosem: e tam, leszcz dwójka. Niby na bezrybiu i rak ryba, ale leszcz to pospolitak straszny, ościsty w dodatku...


Nie darmo powiadają, że im łatwiej coś przychodzi, tym mniej się to ceni. Jak nad wodę, to przede wszystkim poimprezować. A ryby same się złapią, tylko wyholować je trzeba. Nie trzeba zaś niczego się uczyć, poznawać, rozpracowywać itd. Bo po co, skoro same biorą? Tak się czasem zastanawiam, jakbym podszedł do wędkowania pod koniec ogólniaka, kiedy same brały na byle co, gdybym dysponował wówczas bolonką i choćby elementarną wiedzą o jej wykorzystaniu? Albo jakbym się odnosił do spinningu, gdybym wówczas dysponował dzisiejszym sprzętem i asortymentem przynęt? Nie znudziłoby się zbyt szybko? Gdy jako tako nauczyłem się posługiwać bolonką, a w Narwi średnich (czyli 1- 2 kg) leszczy było wtedy mnóstwo, spławikowanie powoli zaczęło mnie nudzić. Bo ile razy można powtarzać ten sam scenariusz, czyli przynajmniej ze trzy, a średnio po 6 - 8 ryb pow. kilograma w ciągu 4 - 5 godzin łowienia? Stąd się wziął mój zwrot w stronę spinningu. Gdzie biorą czy nie biorą, to jednak zawsze trafi się coś nowego, ciekawego, wartego poznania i wspominani. W dodatku rozrusza się człowiek, zastałe za biurkiem gnaty rozprostuje. Z czasem zacząłem znajdować w wędkarstwie jeszcze coś. Ale o tym kiedy indziej.

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (3)

gusto, 2010-11-16 11:16:23
:D:oklasky:
bysior, 2010-11-16 11:30:30
Artykuły Bombla są świetne, mam jedynie nadzieję, że w końcu zacznie pisać ponownie. A ja postaram się uzupełnić jego materiały zdjęciami, które zginęły przy przenosinach starej strony...
anguiler, 2011-10-25 20:57:07
Pisz Bombel pisz, bo jest co poczytać! Historia z kanapkami była najlepsza ;)