Przekroczyłem półmetek cz. I

Bombel 2010-08-04 Opowiadania

...
Przekroczyłem półmetek, więc tak mnie czasem nachodzi na wspominki... Które teraz, z dystansu paru dekad z wędką, pozwalają na w miarę obiektywne, choć nie pozbawione sentymentu, zerknięcie za siebie. Ku początkom. Niestety, czas pozacierał mnóstwo twarzy, imion, zdarzeń, szczegółów. Przełom lat 60/70 ub.w., dla moich rówieśników znany, dla połowy czytających te wynurzenia to już tylko historia. Jakże często nie podparta nawet fotkami. Bo ile wtedy było aparatów? Kto myślał, by regularne łowienie poważnych ryb w jakiś sposób dokumentować?

Po prostu - były. I się łowiło. Nie przypuszczając, że trzykilowe leszcze, parokilowe szczupaki czy sumy, które nawet ogona nie pokażą wędkarzowi, przejdą do tęsknie wspominanej historii. O której naszym dzieciom tylko poopowiadać możemy. A i tak nie do końca uwierzą. Powiedzą za to: eee, tata, chyba o jednego browarka za dużo wchłonąłeś, więc ci te ryby jakoś tak dziwnie urosły...

Urosły? Wychowany w Ponikwi, a potem przeflancowany do Lipy Dziadek, też Ojciec, wspominali o dwumetrowych jesiotrach. Czasem Dziadkowi, gdzieś tak po dziesiątym kielichu, jesiotry rosły do prawie trzech metrów, ale wówczas Ojciec i Jego braciszkowie uprzejmie prosili, by Dziadzio zechciał odjąć z pół meterka... Tak naprawdę rosły w opowieściach tylko te urwane. Których najwięcej było wówczas, gdy zgrana ekipa urywała się z małżeńskich smyczy i śmigała na nockę. Gdy bywało, że niektórzy zapominali o rozstawieniu wędek... By w drodze powrotnej do domu zajrzeć na zakupy do znajomego rybaka. Czy legalnie siaty stawiał, czy nie - nie mam pojęcia. Ale zawsze można było u niego kupić świeżą rybę. Z którego to procederu wryło mi się w pamięć, jak dorośli faceci, śmiejąc się jeden przez drugiego, potężnymi hakami z lekka nadrywali pyski nabytym, martwym już rybom. Żeby mamuśki widziały, jak ciężką walkę ich mężowie stoczyli, jak wiele czujności i zapału poświęcili na wędkowanie. Czy mamuśki wierzyły? Chyba tak. Zostało mi w pamięci, że jak się zagadały przy świątecznym stole, to ich pełnia podziwu i dumy rosła niebotycznie, zaś ryby były w opowieściach tak wielkie, że ciotkom rąk nie starczało dla odwzorowania długości...

Ojciec mi dał w garść pierwszą wędkę. Gdzieś nad Narwią właśnie. Pamiętam jak przez mgłę. Nie pamiętam, ile miałem wtedy lat. Ale czy mój Syn będzie pamiętał swoją pierwszą wędeczkę i pierwszą własnoręcznie złowioną rybkę? Miał dwa i pół roczku, gdy przeszedł inicjację. Jaja były takie, że co wspomnę, to brzuch mnie boli od śmiechu. Na Mazurach, na działce nad jeziorkiem. Molestował mnie małolat, że on też chce. Wyciąłem wiklinową chlubkę, przywiązałem kawałek żyłki. A gdzie tam! Szybko brzdąc zakumał, że cuś tu nie halo. Zbeształ mnie na migi, bo jeszcze nie chciało Mu się gadać. Pokazał, dla porównania: u mnie spławik i haczyk są, u Niego nie ma. Więc uzbroiłem Mu wędeczkę. Zaraz złowił pierwszą krasnopiórkę, taką z pięć centymetrów. Jejkuuu! Co się działo! Przez kolejne trzy dni wszyscy działkowicze z sąsiedztwa byli skazani na wysłuchiwanie relacji, jak to uczynił. Oczywiście ja musiałem robić za tłumacza, bo mało kto kojarzył, co znaczy taka zbitka słowna: ja buch, tam, to pluk, o!, i jibka! O!!! Taka!

W jaki sposób sam stawiałem pierwsze wędkarskie kroki? Za chińskiego boga nie pamiętam. Jedynie tyle, że nad wodą bywałem, wędkę trzymałem. I chyba coś udawało mi się nawet łowić. Chyba. Lecz niekoniecznie. Raczej tak, bo inaczej by nie wciągnęło. Nadszedł czas leszczyny. Własnej. Owszem, Ojciec i Jego koledzy czasem udostępniali mi własne kijaszki, lecz z biegiem czasu coraz mniej chętnie. Bo jak w sklepie sportowym (starsi Pułtuszczacy pewnie pamiętają - przy Daszyńskiego) pojawiły się haczyki, to w pół godziny znikały. Trza było peregrynować do Wawki, na bazarek. Albo liczyć na cud, czyli na kolejną dostawę haczyków i żyłki. Taśmy ołowiane? Kurde, szczyt luksusu! Trzeba było znaleźć kawałek ołowiu i rozklepać młotkiem. Żyłka? Jeszcze większy kosmos. Jak się starszemu nie podebrało czy od wujka nie wysępiło, to trzeba było Mamuśce się narazić i rozpleść żyłkowy zmywak do garów. Albo, co mi Ojciec podpowiadał, stare dzieje wspominając, upleść linkę z włosia z końskiego ogona. No weź pan bądź mądry i wyskub koński ogon w czasie, gdy czubkiem głowy jeszcze się nie sięga do nasady końskiego ogona...

Zresztą Ojciec odpuścił wędkowanie. Co tylko Mu się wspomniało, że może by tak na ryby, to zaraz był jazgot. Dzieci, praca, noga od krzesełka się kiwa i trzeba naprawić, na wywiadówkę do szkoły pójść, drzewa narąbać, węgla przynieść... Słusznie prawił jeden z moich wujciów: nie tak się boi wilk psa, co tego szczeku jego. I oto gość, któremu bardzo wielu wolało nie podpadać, brał ogon pod siebie. By tylko owego jazgotu nie słuchać.

Wędka? No co, nie wiesz, gdzie rośnie leszczyna? No wiem. Cała reszta? Kieszonkowe masz? No mam. Jakieś pytania? Wolałem nie pytać. Stary, jak się wkurzył do imentu, to czasem składał na cztery sznur od żelazka. Jedno pociągnięcie i od razu cztery sino - fioletowe szlaczki tuż poniżej pleców. Z powodu ich posiadania trudno było usiąść, nawet do snu się ułożyć. A w pamięci zapadały gdzieś tak na rok, może nawet dłużej. Więc podobno byłem nad podziw grzeczny... I nawet uczyłem się dobrze. Bo jak raz pani wychowawczyni powiedziała na wywiadówce, że chyba się opuszczam w stopniach, to... znów miałem bliskie spotkanie ze sznurem od żelazka. Co doskonale wpłynęło na wygląd świadectwa otrzymanego na zakończenie roku.

Wróćmy do wędki. Otóż dorobiłem się własnej. Leszczynowej oczywiście. Wiele godzin przełaziłem po leszczynowych zaroślach, by znaleźć jak najdłuższe i idealnie proste chluby. Długie nie były, najwyżej nieco ponad trzy metry. Ale na Pełtę w zupełności wystarczały. Potem któryś ze znajomych Ojca się nade mną zlitował i dorobił mi skuwkę. Dzięki czemu już nie musiałem ganiać z trzymetrową, jednoczęściową chlubką, a jak panisko jakieś jeździłem z dwuczęściową, czterometrową. Jak szczytówka się złamała (a bo to raz?), to zawsze w zapasie było z pięć kolejnych. Mamuśka łaskawie zabierała mnie czasem na wycieczkę, gdy na poważniejsze zakupy do Wawki zmierzała. Oż ty w życiu! Ależ to był odjazd! Z kieszonkowym, zbieranym ze dwa miesiące, wpadało się do Moby Dicka pod Centralnym. Mieli wybór "kryształków", czyli niezastąpionych wówczas Crystali Mustada. I mieli żyłkę zza Odry. Zarąbiaszczo drogą, ale fantastyczną. A zaraz obok był bazarek wędkarski. Małolat z prowincji, który tam wpadał, przez pierwsze parę minut dostawał oczopląsu. Kurna, nawet w Pewexie takich rzeczy nie mieli! Kurna! Nawet białe robaki, barwione na przeróżniste kolory, kupić można było "na łyżeczki"! Szoook! Za białe to dostałem łomot. I za rosówki też. Bo się cholery lubiły rozleźć w lodówce. A Mamuśka jakaś taka nietolerancyjna była. Jak już się wybekała w łazience, zobaczywszy robactwo spacerujące w lodówce, to od razu chwytała za pasek. Szczęście moje, że:
a) po wizycie w łazience i zostawieniu ostatniego posiłku w muszli klozetowej miała już niewiele sił;
b) wszystkie skórzane paski od spodni Ojca były przemyślnie schowane, sznur od żelazka też. Jakby co, to odium winy spadało na Ojca. Który kolejny raz Znowu wsadziłeś to gdzieś, gdzie nie powinno leżeć! Bałaganiarz jesteś! Więc Mamuśka, w swoich zapędach dydaktycznych, mogła się posiłkować tylko paskiem od którejś z sukienek. Oczywiście szmacianym.

Do tej pory nie wiem, czy Mamuśka z powodu braku kondycji, czy też z litości dość szybko przerywała uskutecznianie łomotu. Łojezuniu, mamuniu, już przestań, już nie będę! Łojezuniuuuu, jak to boliiii!

Ech, białe robaki! Na owe czasy to było senne marzenie dla małolata. Jak się nie miało znajomego gdzieś w rzeźni, to się łowiło na ukopane czerwone, na ciasto lub na kłódkę. Lub samemu trzeba było wyhodować. Ale jak, skoro się w bloku mieszka? Jeden koleżka, też wędkujący namiętnie, miał szczęście mieszkać w domku jednorodzinnym. Znaczy - wielu mieszkało, ale chyba tylko jeden miewał różne odbicia. On był debeściak, jeśli chodzi o pomysły. Jego stary miał łódkę, na kanałku trzymał. Ale młodemu nie udostępniał. Bo gdzie takiego gówniarza puszczać samodzielnie? Starszy nie przypuszczał jednak, że trzymanie kluczyka d kłódki w ogólnie dostępnym miejscu to spory błąd. Toteż w wakacje, w dni robocze, kluczyk już wieczorem dostawał nóg, dyskretnie wędrując do kieszeni synalka. Zanim się rozwidniło ja już byłem pod oknem, Budziłem kolegę, cichaczem podbieraliśmy z komórki wiosło i naprzód! Czuliśmy się absolutnie bezpieczni, bo starszemu przez myśl nie przeszło, żeby przed pośpiesznym wyjściem do pracy zajrzeć do pokoju synalka. Choć zwykle w przeddzień starzy udzielali zgody na pójście na ryby. Oczywiście, że z brzegu, jakżeby inaczej.

Mleko się rozlało trzy razy. Pierwszy raz, gdyśmy postanowili wyhodować białe robaki. Kawał jakiegoś ścierwa wylądował w kąciku ogródka. Oczywiście już następnego dnia zaczęło nieco śmierdzieć. Ale nic, może to u sąsiadów? - głowią się starsi. Drugi dzień - śmierdzi jeszcze mocniej. Ech, ci sąsiedzi... Trzeci czy czwarty dzień: smród jak stąd do Pekinu. Ale już maciupkie robaczki się pojawiły! Suuuper! Ale ryb natrzaskamy! Figa. Trzaskał tylko pas na tyłku i kłapaczka mamuśki. Drugi raz, gdyśmy się dowiedzieli, że czerwone, a szczególnie rosówki, to najlepiej prądem potraktować. Szczególnie, że susza okrutna, więc robactwo zakopało się głęboko. No dobra, przewód i długi pręt zdobyte, starsi w pracy, próbujemy. Pierwsza próba - wysadziło bezpiecznik. Druga próba - poszły wszystkie bezpieczniki. No to żeśmy je zwatowali odpowiednio grubym drutem. Trzecia próba - trochę prądu w ziemię poszło, ale zaraz wywaliło bezpieczniki gdzieś w transformatorze, cała ulica nie ma światła. Trzeba było czekać, póki nie naprawią . Lecz jakiś robal wylazł. Dobrze jest! Czwarta próba - kiciuś się przypałętał do ogródka i go trzepnęło. Z przeraźliwym wrzaskiem śmignął prawie pod niebo, a ja... przez płot i w długą. Bo akurat starsi wrócili i dostrzegli nieobyczajne zachowanie kiciusia. Kolega uciec nie zdążył, więc jego rodzony tatko ręcznie mu wytłumaczył, że zabawa z elektrycznością jest wybitnie niewskazana. Czego dowodem był kiciuś. Któremu sierść podobno jeszcze ze trzy dni iskrzyła, a przez jakiś miesiąc sterczała jak "irokez" klejony na cukier. Nieświadomie stał się więc futrzak prekursorem mody lansowanej przez punkowców i innych bywalców Jarocina.

No dobra, wreszcie spadło trochę deszczu i rosówki zaczęły się pokazywać. Nieliczne, lecz jednak. Przez trzy wieczory zbierałem, wciąż myśląc o czekających nas sukcesach. Co prawda znów zaliczyłem lanie, bo rosówki były uprzejme rozleźć się po lodówce, przez co mamuśka omdlała. Lecz czegóż się nie robi dla uskuteczniania hobby? Gorzej było z tym, że starsi nie chcieli nas na nockę puścić. Więc trzeba było startować przed świtem. Ale jak, skoro pilnują? No dobra, żeśmy dostali zgodę na wyjście o świcie. Żebyśmy po ciemku nie łazili.. No ale to za późno! Sposób jednak się znalazł. Nie spałem przez całą noc, czuwałem. Gdzieś tak koło trzeciej, czyli z półtorej godziny przed świtem, cichutko się ulotniłem. Ponieważ mieszkaliśmy na parterze, to dało się desantować przez okno. Kolega miał gorzej, jego pokój był na pierwszym piętrze. A jedyny budzik stał w sypialni rodziców. Więc wpadliśmy na genialny pomysł: przywiązana do dużego palca u nogi dratwa, wypuszczona za okno i w ustalonym miejscu zwisająca przy ścianie. Jak przyjdę, to wystarczy pociągnąć, a on się zbudzi. Przybyłem pod okienko, sznurek znalazłem, pociągnąłem. Nic. Pociągnąłem drugi raz, nieco mocniej. Dalej nic. Pociągnąłem trzeci raz, już naprawdę mocno. Zadziałało! Jeno ciut za mocno. Sznurek zawadzał o kryształowy wazon i lampkę, czego Jacek nie uwzględnił. Więc zameldowały się na podłodze, czyniąc hałas stawiający na nogi nawet niedosłyszącą babcię. Wyrwany z głębokiego snu kolega, z prawie urwanym palcem u nogi, wydalając z gardła paniczny wrzask, wyskoczył z łóżka. Po czym natychmiast poleciał na podłogę razem ze stolikiem czy też szafką. W następstwie czego znów zaliczył łomot od rodzica rozeźlonego przedwczesną pobudką. A i ja słodko nie miałem, bo mi się portki rozdarły, gdy wycofywałem się w pośpiechu, górą przez bramę.

Nieco wcześniej, jeszcze w podstawówce, uciułałem na kartę wędkarską. Kurde! Chyba nawet na maturze, na egzaminach wstępnych i semestralnych, wreszcie na obronie pracy nie pociłem się ze strachu aż tak mocno! A przecież to był chyba jedyny mój egzamin, na który poszedłem obkuty na blachę. Do tej pory pamiętam tego leciwego, chudego gościa, który mnie egzaminował. Statut i regulamin, jeszcze i umiejętność rozpoznawania ryb na rysunkach w jakiejś książce! Uff, przebrnąłem. No tak, tylko że jeszcze wspomnieć trzeba o koniecznym wówczas obowiązku posiadania dwóch wprowadzających. Miałem. Ale co się wcześniej nanosiłem gliny do zanęty, ile śmieci wyniosłem po łowieniu - to moje. Zaczęło się więc wędkowanie pełną gębą. Szczególnie, że wykonałem prawie kosmiczny przeskok jakościowy. Dorobiłem się oto wędeczek bambusowych i - wreszcie! - spinningu. Szklak Germiny, bodajże metr osiemdziesiąt długości i kołowrotek o stałej szpuli. Najpierw Delfin, który szybko padł, a wreszcie cud techniki demoludów: Rileh Rex. Oż ty w życiu! Ależ to był sprzęt! A jeszcze jak uciułałem na pierwszą wirówkę Mepps, kupioną w Pewexie, to już był totalny odlot! Ech, to se ne vrati! - jak mawiają nasi sąsiedzi z południa. Pomyśleć, że wtedy w ciągu dwóch wypraw ze spinem i kilkoma blachami niekiedy można było skaleczyć tyle szczupaków, ile ostatnio zdarza mi się skaleczyć w ciągu sezonu...

Pułtuszczacy, ci starsi, pewnie pamiętają... Kanałek, mostek na drugim wygonie: zatoczka była tuż przed mostem, po lewej, od Baltazara. Ależ tam liny siedziały! I szczupaki też. Za filarem, przy podwyższonej wodzie, okonie po 30 cm. Dalej "kręgiel" i zatoczka, znów szczupaki i liny. A poniżej zatoczki, gdzie zawsze kilka łódek stało, na dołku, podchodziły lechy po kilogramie i większe. Dalej "małe pólko". Od łąk płytko i jałowo, ale pod drugim brzegiem głębsza rynienka i spore ryby, tuż pod krzakami. Trzeba było jednak było wiedzieć, jak wejść, przez krzaki się przedrzeć. Zaraz za zakładami kamieniarskimi była ścieżka. Teraz to tam jakaś "imprezownia" stoi, pogrodzone wszystko. Dalej, tuż pod cmentarzem, był piaszczysty garb z mnóstwem kiełbi, a zaraz za nim dołek ze szczupakami. Potem jałowo, aż do śluzy. Za śluzą szło się pod "ruski", na zatoczkę tuż przed wlotem kanałku. I kawałek wyżej, na rynnę wzdłuż brzegu. Aż do zatoki na zakręcie, gdzie znów wszystko mogło się zdarzyć. Lub w drugą stronę, poniżej wlotu kanałku. Pierońsko ciągnęła opaska tuż poniżej, do której dochodziło się (i dalej można) wzdłuż kanałku. Ale dostępna była tylko latem, gdy woda ciepła i można było łazić bez spodni i butów. Co niestety często kończyło się pokaleczeniem czy choćby poobijaniem stóp na ostrych kamieniach. W dodatku od zawsze było to siedlisko pijawek. Każde brodzenie tam skutkowało żmudnym zdejmowaniem tychże krwiopijców z własnych nóg. Ale warto było, bo szczupaki pięknie gryzły. Trafiały się sandacze i sumy, ale myśmy nie mieli szczęścia. Ech, gdybyśmy wtedy znali i mieli gumy! Niekiedy schodziliśmy brzegiem aż do zamku. Te liczne główeczki, wtedy jeszcze wyraźnie wystające nad wodę, zatoczki między nimi, wreszcie odcinki ze stromymi burtami - ech, cóż to były za łowiska!

Prawie nikomu nie chciało się wybierać ze mną na Pełtę. Na piechotę trochę daleko, a rowery nie wszyscy mieli. Ale na strudze to tylko spławik. Jedna lekka wędeczka z przeznaczeniem na płotki, krąpie i liczne tam wówczas jelce, żywcówka jako druga. Ech, jakie płocie tam bywały! Jak wyszło pod wierzch stado liczące kilkadziesiąt sztuk, takich po 25 - 35 cm, to stał człowiek i wlepiał gały, bojąc się poruszyć. Szalenie płochliwe były te bestie, więc trudne do podejścia. Ale szczupaki już nie były tak bojaźliwe. Co dołek, to zębaty. Kiełbik zwykle nie popływał dłużej niż pięć minut. Jednak wśród szczupłych trafiały się głównie niewymiarki. Czasem na pięć złowionych żaden nie kwalifikował się do wzięcia. Ale miałem jedno miejsce, niestety bardzo trudno dostępne, gdzie chyba nigdy nie trafił się niewymiarek. Niestety, jakość posiadanego sprzętu praktycznie wykluczała łowienie większych niż 2 kg. Co z tego, że brały, skoro były nie do wyjęcia? CDN...

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (2)

gusto, 2010-11-16 10:46:24
fantastyczne opowieści,uśmiałem się i przypomniały mi się ojcowskie opowieści :D:oklasky::oklasky:
anguiler, 2011-10-25 19:50:30
Bombelku czyta się rewelacyjnie, biorę się za drugą część Brawo!