Prorok

nema44 2012-02-05 Opowiadania

...
Facet machał uparcie długim spinerem, a ciężki wobler raz po raz spadał do wody kilkadziesiąt metrów poniżej jego stanowiska. Stanowiska przedziwnego – rozległej piaszczystej płycizny, po której ów moczykij brodził w sięgających za kolana gumiakach. Przystanąłem zadziwiony, gdy go ujrzałem. Co on, do cholery, wyczynia? Płytko, piach, ławice karłowatych kleników, a on się wygłupia, bombardując tę wiślaną Saharę sumową przynętą... A może to sportowiec i ćwiczy przed kolejnym konkursem rzutowym? Zapytałem o cel jego działań, a on odpowiedział, że się „przyzwyczaja”. Nie zrozumiałem.
Plaże piękne, tylko co dalej?...

Jeszcze kilka minut przedzierania się przez jeżynowe chaszcze i będę. Już słychać szmer ukochanej rzeki. O, i jest! Ależ dziś piękna! Leniwa, głęboka i pełna wirów oplatających podwodne korzenie. Są takie dni, że spoglądasz na wodę i po prostu wiesz, iż złowisz w niej piękną rybę. Jestem przekonany, że to jeden z tych dni! Pierwsze rzuty wykonuję skutecznym woblerkiem. Jeden, drugi, trzeci. Wreszcie ostre przytrzymanie, jeszcze ostrzejsze zacięcie i... siedzi! Na dobre siedzi, bo nawet kupiony za ciężkie pieniądze przyrząd do uwalniania przynęt nie pomógł. Nic to, w plecaku mam jeszcze kilkadziesiąt „ulubionych” świecidełek do spinningowania. Nie raz się sprawdziły, wiele razy zawiodły. Schodzę w dół rzeki, aż do szczupakowej „bankówki”. A niech to szlag! Nie połowię. Uprzedził mnie koleś z podrywką. Zapytany o efekty, splunął i spojrzał z niesmakiem w moją stronę. „Wszyskośta, kurwa, wytrzebili!” – wycedził. Wycofałem się ostrożnie. Z takimi nie ma co zaczynać, jak wypije dwa, trzy jabole, to może i przyłożyć!

Ależ cudne są sierpniowe noce nad Wisłą!


Nie wiadomo, co podziwiać. Czy grad spadających gwiazd, czy może błyski księżyca igrającego z atramentową wodą. Leżymy z kumplem na kocu i wpatrujemy się w wygięte szczytówki gruntówek. Może wreszcie przyłoży coś solidnego? Kumpel snuje opowieść o swoich wędkarskich przewagach, ale naraz fascynującą fabułę przerywa jakiś stukot na drugim brzegu. Brzeg ten umocniono kamienną opaską, dzięki temu z łatwością odgadujemy, że przemieszczają się po nim ludzie. Stukają buciorami o kamienie, aż miło! Nagle głośniejszy stukot połączony z brzękiem tłuczonego szkła. Potem krótki dialog – „co to było?” „Kompot.” „Masz, kurwa, szczęście, bo byś zaiwaniał do sklepu!” Rechoczemy rozradowani. Po godzinie ciszę nocną przerywa warkot samochodu. To straż rybacka z Mielca, legitymują wędkarzy z drugiego brzegu. Ciachnęli jakiegoś durnia, który tłumaczy, że niewymiarowe sumki w siatce miał zamiar uwolnić, a zatrzymał je tylko dlatego, że robią sobie z kumplem zawody. Będzie kolegium. Strażnicy zaraz odjeżdżają, nie wchodzą w krzaki, bo „pękają” przed tym, co mogłoby ich tam spotkać. Skontrolowali tylko gruntowców tkwiących na parkingu. Po jakimś czasie uaktywniają się koledzy od kompotu. Musieli już nieźle pochlać, bo kłócą się zawzięcie o walory smakowe sumów. Jeden twierdzi, że najsmaczniejsze są osobniki od 10 do 16 kilogramów, a drugi, że od 21 do 30. Do domu wróciliśmy zmęczeni, bez ryb, ale zadowoleni, bo jeden z kłócących się wylądował w wodzie i dopiero kilkadziesiąt metrów niżej go wyłowili. Darł się jak zarzynane prosię. Nie ma co, ciekawie było! Będzie o czym gadać na kolejnych wyprawach!
Niezwykły klimat nadwiślańskich nocy...

Późna jesień, osławiony kanał zrzutowy Elektrowni Połaniec.


Woda ciepła jak zupa, mimo że powietrze ma temperaturę około zera. Tłum wędkarzy, ale tylko kilku łowi, inni z zazdrością spoglądają na spinningistę, który usadowił się na wysepce, wyrastającej z wody nieco powyżej ich stanowiska. Łowi na gumy i ma znakomite efekty. Gdy po trzech godzinach dobija pontonem do stałego lądu, chwali się swoim łupem. Schwytał 24 sandacze, wprawdzie w większości „pistolety”, ale niektóre to prawdziwe okazy. Największy ma 76 centymetrów. Obdarowuje hojnie kibiców, a do bagażnika ładuje tylko kilka największych zębali. „On taki popis daje co kilka dni” – mówi do mnie zachwycony młodzieniec, jeden z podziwiających. Dostał od specjalisty kilówkę, toteż w oczach błyskają mu łzy radości.
Kanał elektrowniany

Kanał latem

Kolega po kiju zaprosił mnie na video. „Nie pożałujesz, fajne nagranie zrobiłem, nad wodą!” – zachwalał. Dałem się skusić. Kumpel miał rację, wprawdzie jakość nagrania słabiutka, ale treść znakomita. Walka człowieka z naturą. Na śmierć i życie. Dwie łódki wpływają między wiślane główki, a stojący na nich ludzie rozciągają drygawicę. Robią to sumiennie, z dużą dokładnością. Siata sięga od końca jednej główki do szczytu drugiej. Zamyka się w ten sposób kilkaset metrów wody, a potem tłucze drągami – od brzegu, aż do samej sieci. Efekty jednak takie sobie. Parę szczupaków, czasem sandacz i stadko leszczy. Gdy obtłucze się już dane miejsce, przepływa się w kolejne. I tak do skutku. Aż napełni się paka czekającej na brzegu ciężarówki. Czas akcji – wrzesień 2003, miejsce – Budziska (wioska położona nieopodal Połańca). Aktorzy – nieznani, ale gęby mieli całkiem miastowe. Koniec. Filmu oczywiście.
Wisła w okolicach Budzisk

Chańcza


Lodowa tafla pokrywa szczelnie cały zbiornik. Stoję nieopodal wysokiej tamy. W dole tkwi kilkudziesięciu ludzi. To wędkarze, łowią okonie na podlodowe błystki. Rozmarzam się... Wydaje mi się, że lecę... Spoglądam w dół i dostrzegam małe punkciki. Obniżam lot i widzę dużo wyraźniejszy obraz. Pokryty śniegiem lód zdobi tysiące czerwonych kropek. Jakby ogromny ptak upstrzył wszystko wokół krwistą sraczką! Po chwili przytomnieję. Wypijam kubek gorącej herbaty i znowu schodzę na lód, by łowić okonie. Mała błystka ląduje na dnie, podrywam ją ostro i czuję opór. Po chwili koło mojego buta skacze pasiasty drapieżnik. Ładny, ma z 15 centymetrów. Przygniatam go podeszwą i wyrywam grot kotwiczki, który utkwił mu w oku. Krew trysnęła na watowane spodnie. Ryba podskoczyła jeszcze dwa, trzy razy i stężała wykrzywiona jak podkowa. Na szczęście.

Naczytałem się ostatnio o pstrągach.


Skradam się teraz brzegiem staszowskiej Czarnej i liczę na spotkanie z kropkowańcem. Rzuty cichutkie, plasowane, obrotówka ląduje w cieniu pod drugim brzegiem. Na razie nie ma efektów, ale jest super. Cichutko, pięknie. Nagle ciszę przerywa głośne ryczenie krowy. Spoglądam przed siebie i widzę łaciate zwierzę stojące pośrodku niewielkiego brodu. Krowa szcza beznamiętnie, barwiąc wodę śmierdzącym strumieniem. Odechciało mi się pstrągów. Wracając, napotykam na gromadkę dzieciaków, które szukają ryb pod korzeniami. Wkładają zwinne dłonie w dziury pod brzegami, w nadziei napotkania tam zimnego, sprężystego kształtu. Nieopatrznie zostawiły na brzegu ubrania. Zbieram je do kupy i wędruję w kierunku wypatrzonego wcześniej bajorka. Wykonuję silny zamach, czując jednocześnie, iż tracę grunt pod nogami. Poślizgnąłem się na bagnistym podłożu i większą częścią ciała wylądowałem tam, gdzie i ubrania dzieciaków. W cuchnącej gównem sadzawce. Twarzy nie zamoczyłem, bo została na brzegu. W pokrzywach. Leżę bezsilny, zanurzony w trzech czwartych w bagnie. Ze zdziwieniem konstatuję, że w krzakach nieopodal ślicznie kwili słowik. Raptem jego śpiew zostaje zagłuszony przez bzyczenie wielkiego gza, który po chwili boleśnie żądli mnie w odsłoniętą szyję. Macham dłonią, żeby go odgonić, lecz zamiast owada trafiam ociekającą z błota kończyną we własną gębę. Czuję w zębach cierpki posmak gnoju.
Rzeka Czarna

W tym ciurku pływają ryby w kropki

Macham uparcie długim spinerem, a ciężki wobler raz po raz spada do wody kilkadziesiąt metrów poniżej mego stanowiska. Stanowiska przedziwnego – to rozległa piaszczysta płycizna, po której brodzę w sięgających za kolana gumiakach. Wokół pryskają niewielkie klonki, a przynęta orze piaszczyste dno. Skwar, koszula lepi się do pleców. Mimo to nie przerywam „łowów”. Przyzwyczajam się, bo zrozumiałem...

nema44

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (7)

Wozik77, 2012-02-05 21:15:14
Nema. Jak zwykle gratki ode mnie za tekścik. :oklasky::oklasky: Fajne fotki Czarnej działające na moja wyobraźnię, że gdzies za zakretem jest gęboczek z kropkiem :kwadr:
tomek79, 2012-02-05 21:25:58
:mysli:hm...
Paweł, 2012-02-05 22:53:21
Nema, bardzo smutne nam opowiadanie zapodałeś. Niestety bardzo prawdziwe... No i wydaje się - bardzo prorocze, choć oby nie... A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że każdy z nas, często chodzących nad wodę, mógłby podobne opowiadanie napisać. Zawrzeć w nim podobne przypadki... Smutne przypadki, przerażające. pozbawione sensu, takie jak gość rozdający ryby i pozostający w przekonaniu, że on mistrz nad mistrze... Oj....
Bizonik, 2012-02-06 01:01:30
Tekst pokazujący obecny stan Naszych wód. Szkoda ze nie wielu widzi to w ten sposób co Ty. Gratki za tekst i mam nadzieje że dotrze do wielu
Blanek, 2012-02-08 10:15:00
Nie sztuka zajączka złapać, sztuka go gonić;) Jak widać przed nami jeszcze droga daleka...
domin, 2012-02-08 21:38:17
Dobre, naprawdę dobre :okok: Szczególnie rozbawiły mnie 2-a zdania i pozwolę je sobie zacytować: "Jakby ogromny ptak upstrzył wszystko wokół krwistą sraczką!" oraz "Krowa szcza beznamiętnie..." :ROTFL: i doskonale wkomponowuje się to w tekst. Szkoda tylko, że Ci negatywni bohaterowie tego opowiadania zapewne nigdy go nie przeczytają. Mam tylko nadzieję, że proroctwo się nie spełni i nie będziemy musieli się "przyzwyczajać"...
adam-z82, 2012-02-18 18:46:51
"Czysta,brudna prawda" Tak to"widzę":uoeee::yyyy: nema44:okok: