Presja wędkarska, czyli jak się rodzi egoizm...

Wozik77 2012-02-19 Opowiadania

...
Koniec. Koniec i kropka!!! Mazowsze stało się dla mnie za ciasne!!! Do takiego wniosku doszedłem w końcówce poprzedniego sezonu. Otóż w miejscach, gdzie jeszcze nie tak dawno mogłem spokojnie przemierzać brzegi rzek czy rzeczek dziś nie mogę liczyć na samotne spotkania z przyrodą, spotkania, które są „kręgosłupem” większości moich wędkarskich wypraw.

Czy ja jestem jakiś dziwny, że drażni mnie widok „lasu” gruntówek na brzegu rzeki? Auta, ogniska, namioty, grill na grillu? Czy nie potrafię się integrować, bo nie bawi mnie dźwięk ryczącej muzyki z samochodowych głośników i brzdęk butelek szumnie oznajmiający kolejne toasty? No i nasza chluba narodowa, czyli nadwodny czy śródleśny śmietnik?

Oczywiście nie chcę generalizować, ale coraz częściej mam taki właśnie obraz „polski nadbrzeżnej”.
Wszystko jest dla ludzi - też jestem człowiekiem i uciechy życia doczesnego nie są mi obce, ale skala tego, co obserwuję nad mazowieckimi ciekami jest w mojej ocenie zatrważająca. Do tego presja czysto wędkarska jest kolosalna i mam wrażenie, że z roku na rok coraz większa. Fakt. Apogeum to okres czerwiec-sierpień, ale niestety coraz częściej weekendy wiosenno-jesienne i dni w środku tygodnia mają podobną scenografię.

Samolub ze mnie co? Chciałby mieć rzekę tylko dla siebie? Egoista? A innym wędkującym to się nie należy? Płacimy przecież po równo, nie?

Tak. Z jednym się zgodzę. Kiedy mam ochotę i już wymyślę sobie tą iście samotną wyprawę, by móc się wyciszyć, by w sposób wprost niemal pierwotny obcować z naturą to drażni mnie nawet jeden „obcy”. No cóż taki już jestem i tego nie zmienię. Mam świadomość, że Polska i jej wody to nie dżungla amazońska z jej nieprzebytymi i bezludnymi przestrzeniami, ale te 2-3 kilometry wolnego brzegu i parę godzin spokoju to nie jest chyba coś zupełnie nieosiągalnego w naszej krajowej rzeczywistości? Nie chodzi mi tu wcale o to, że ktoś wyłowi moje ryby, że zajmie moje miejscówki. Nie, nic z tych rzeczy. Ja poprostu czasem chcę być nad wodą sam. Sam tylko z przyrodą. Czy to pragnienie jest takie dziwacznie inne i dla wielu niezrozumiałe? Czy nie macie czasem podobnego uczucia i chęci totalnej samotności? W weekend to trudne, ale w tygodniu udawało mi się do tej pory takie „widzi-mi-się” skutecznie realizować. Żyłem z wędkarską bracią w swoistej „symbiozie”. Nie zapisany nigdzie układ sprawiał, że były dni, kiedy nie wchodziliśmy sobie w drogę.

Do tej pory mogłem na mazowieckiej ziemi takie chwile przeżywać, bo miałem kawałek wkrzańskiej samotni z dala od asfaltowych dróg, z dala od ostatnich wiejskich zabudowań, gdzieś w gąszczu nadrzecznych krzewów. Fragment rzeki, o którego lokalizacji nie wspomniałem nikomu – no może poza bratem, który wiedział gdzie jadę, gdy mówiłem TAM. Owszem, nad wodą bywali miejscowi – sarny, dziki, koziołki, wydry, bobry, lisy, zające, bażanty, żurawie, myszołowy, zimorodki, norki i co tam jeszcze ta mazowiecka przyroda sobie wymarzyła. To całe towarzystwo jednak mi nie przeszkadzało, a wręcz odwrotnie, było bardzo pożądane.

Mimo wyraźnej strefowości zjawiska i zasadzie, że im dalej od dużego miasta tym ludzi mniej, w końcu i na moje, niezbyt wytarte ludzkimi woderami ścieżki, zawitali „profesjonalisci”. Niestety Ci najgroźniejsi, bo wyposażeni w dobry sprzęt, znający się na rzeczy, skuteczni, ale niestety nie mający pojęcia o zwykłym ludzkim i wędkarskim umiarze. I może dlatego, ta złość we mnie w końcu się zagotowała???. Wszystko było w porządku, aż pojawił się jeden mieszczuch. Ale przecież ja jakiś czas temu też byłem takim samym właśnie mieszczuchem, nie pasującym do tego śródleśnego otoczenia. No właśnie czy takim samym??. Chyba nie do końca. Dość szybko pojąłem, jaki skarb odkryłem, dość szybko dotarło do mnie, że jestem tu tylko gościem i że nie ja stanowię tu zasady współżycia. Wiedziałem, że powinienem zachowywać się tak, by nie burzyć tej harmonii.
Kolejna wyprawa i kolejni dwaj „wędkarze” pięknym lśniącym terenowym autem zajechali nad samą wodę płosząc stado saren. Nie zważali na leśny dukt tylko pruli na skróty przez polanę, ryjąc ją przesadnie szerokimi oponami. A więc jednak znaleźli to miejsce, a myślałem – komu się będzie chciało tu jechać po tych wertepach? Zacząłem wybierać się tam już tylko w tygodniu, o weekendach zapominając. Ograniczało to znacznie możliwą ilość wypadów (w końcu pula urlopowa nie tylko na wędkowanie jest przeznaczona) i sprawiało dodatkowo wielkie oczekiwanie na każdy wyjazd. Ten zakątek trzymałem w rezerwie na moment, kiedy naprawdę już tego wyciszenia potrzebowałem jak tlenu.

A na miejscu? Od czasu, kiedy pojawiali się Ci inni, ileż to razy straciłem rybę holując ją w sposób jak najmniej widowiskowy. Modliłem się o brak efektownych wyskoków nad wodę czy brak przesadnej chlapaniny przy samej burcie. Żeby tylko nie przyciągnąć niepożądanego wzroku czy ucha. A zdjęcia – zapomnij. Zbyt wielkie ryzyko. Fotka – znaczy złowił coś fajnego i następnym razem jest „Ten Obcy” plus jego kumple, bo przecież fajna, rybna woda - można połowić ..... wyłowić.

Tak. Choć nieraz podpowiadałem innym gdzie, co i jak, to w przypadku tych kilku wkrzańskich zakrętów stałem się wędkarskim egoistą. Na innych fragmentach rzeki godziłem się na wszystko. Tu chciałem pobyć sam i sam tych emocji przyrodniczo-wędkarskich doświadczać.

Coraz częściej patrzyłem na prognozy pogody pod zupełnie innym kątem – im brzydsza pogoda tym większa szansa, że będę sam. Nic z tego. Listopadowa zawierucha, a nad wodą „rasowi” wędkarze. Tylko zachowania takie mniej rasowe. Mały szczupaczy podrostek pod przeciwdeszczowy płaszcz i kierunek bagażnik nowiutkiej toyoty.
Apogeum nastąpiło, kiedy pojawiły się pierwsze słupki działkowe. Już w zasięgu wzroku, już blisko brzegu, już nienaturalnie dzieląc krajobraz ogrodzeniową siatką. Działkowo-weekendowa polska wrzawa osaczyła i ten fragment Mazowsza.

Woda sobie radziła, ryby też. Wciąż były, wciąż brały tylko radość z tego połowu jakby mniejsza.

Myślami coraz częściej uciekałem nad moją mazurską perełkę. Tak, ale to zupełnie inne wędkowanie. Bardziej schematyczne, nastawione na wędkarski wynik, nie takie w pełni samotne, choć niewątpliwie piękne i bardzo mi potrzebne...dwa trzy razy do roku.




Rzeka. To ona dopiero otwiera moją wyobraźnię. Zagadkowość i urozmaicenie każdego kolejnego zakrętu zna chyba każdy miłośnik wody płynącej. Na jeziorze rzucasz na podwodną łąkę i wiesz, że w którymś kolejnym rzucie raczej uderzy. I czekasz. I tak się w tym oczekiwaniu zapominasz. Na rzeczce rzucając w rynienkę czy dobrze znane Ci zastoisko poprostu oczami wyobraźni rysujesz to co zaraz nastąpi. Jesteś niemal pewien, że oto właśnie będzie to oczekiwane branie. Przyrównałbym to do momentu startu przed biegiem na 100m przez płotki. Wiesz, że będzie strzał startera w najbliższej chwili i całą uwagę koncentrujesz na tym, by wstrzelić się w idealny moment i ruszyć, nie zaliczając przy tym falstartu.



Rzeka różnicuje też warunki połowu. Poziom wody zależny od pory roku warunkuje to, jaki dobierasz sprzęt czy przynętę. Ogranicza też dostępność miejsc. Wymaga od Ciebie ciągłej improwizacji, myślenia, szukania. Nie jest to schematyczne rzucanie na około łodzi jak w przypadku jeziora. Rzeka zmusza Cię do kombinowania, tropienia. I to mnie przyciąga, to mnie raduje. Tego potrzebuję na wędkarską „codzienność”. Jasne – taki rodzaj wędkowania trzeba na swój sposób kochać – ja kocham!

Muszę uciekać gdzieś, gdzie te moje osobiste pragnienia znów na nowo odżyją pełnią mocy.



Niestety nawet lekkie zwiększenie zasięgu do realnej półtorej godziny jazdy samochodem o bladym świcie, nie rozwiązuje mojego problemu. Muszę uciekać gdzieś dalej, dużo dalej. Tak wiem. Zaczyna to być już szalone, by w taką podróż wybrać się wczesnym rankiem i móc wrócić późnym popołudniem. Tam gdzie myślę, muszę już jechać pełnią nocy, by po dość długiej podróży stanąć nad kolejną samotnią. Wogóle to wypadałoby wybrać się na dwa dni. Rośnie dystans, rośnie koszt, rośnie frustracja żony przyzwyczajonej do tego, że jechałem raniutko i w połowie sobotniego dnia byłem z powrotem. Czy dam radę to wszystko pogodzić?

Muszę, bo bez takich wypraw uschnę.

Cofam się do momentu sprzed dekady, kiedy to ślęcząc nad mapą wyszukiwałem takie właśnie miejsca. Na Mazowszu znalezienie czegoś takiego jest już poprostu czystą mżonką. Zostaje daleka północ lub rozległa ściana wschodnia. Schemat postępowania odświeżam w pamięci i przystępuję do działania.
Ktoś spyta – ale czy to warto gnać dwie-trzy setki kilometrów dla jakiegoś tam szczupaka, koziołka, ptaszków? A może będzie gorszy dzień i w ogóle brania nie będzie? Odpowiem tak. Jeśli ktoś takie właśnie pytanie zadaje, to znaczy, że nie rozumie tego, co chciałem tym tekstem przekazać.



Dziś, na progu nowego sezonu nie pisałbym tego wszystkiego, gdybym nie miał juz czegoś na oku. Tak mam. Coś o obiecującym, dużym potencjale wędkarskim i pięknych okolicznościach przyrody. Weryfikacja internetowej sieci też już za mną. Wypadła pomyślnie – brak jakiejkolwiek wzmianki to dla mnie osobiście już doskonały punkt wyjściowy. Brak, bo pewnie bezrybie – powiecie? Nic z tych rzeczy. Brak, bo auta nad wodą nie zaparkujesz, bo zaostawisz je głęboko w lesie i będziesz szedł kilka kilometrów. Brak, bo ciek to nieduży, więc mniej atrakcyjny – tu na metrówki liczyć nie powinieneś, ale podejrzewam, że regularność w połowach sześćdziesiątek będzie spora. A to już mnie zadowoli i wiem, że przy odrobinie szczęścia siądzie na kiju ktoś Godny.

Miejsce to wytypowałem w momencie życiowo/prywtnej rewolucji, ale jak tylko czas pozwoli zjawię się tam w poszukiwaniu tego, o czym starałem się Wam napomknąć w powyższych kilku zdaniach, a co część z Was wiem, że najzwyczajniej w świecie rozumie…

A wodom cześć !!!
Wozik77

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (15)

waldi-54, 2012-02-20 19:39:57
Piotrze bardzo piękny refleksyjny tekst, może trochę smutny, ale cóż takie odniosłem wrażenie. Jedyna pociecha w tym, że następny kawałek "twojej" wody, może okaże się tą twoją samotnią. Doskonale Cię rozumiem, ja także potrafię iść kilometrami tylko po to aby w ciszy i spokoju powędkować, często bez brań, ale w ciszy i tylko z przyrodą. Życzę Ci Piotruś abyś znalazł swoją wędkarską samotnię.:okok: pozdro. waldi-54:papa2:
pioo, 2012-02-20 21:06:53
:oklasky:
moczykij, 2012-02-20 21:56:37
:oklasky: :oklasky: :oklasky: Za tekst :okok: U mnie jak na razie wystarcza nie bywać nad wodą w weekendy żeby połowić w " spokoju " ...
morouk, 2012-02-20 22:47:54
Tak, z roku na rok jakby presja wedkarska rośnie. Podobnie jak presja turystyczno - dzialkowa. Jest to szczególnie widoczne nad Wkrą. Ale pewnie również i nad innymi rzeczkami mazowieckimi. Wydaje mi sie że w ostatnich latach paradoksalnie winne są po części także media wędkarskie, ktore promują wędkarstwo jako dobry sposób na spędzenie wolnego czasu. Stąd coraz więcej ludzi chwyta za wędki. Poza tym dostępność sprzętu wędkarskiego i relatywnie tanie samochody i ... robi sie ciasno nad wodami. Kiedys byly czasy gdy w zasadzie bylo tylko WW i ... jakby tlok był mniejszy i ryb było więcej.... Bo kłusownictwo chyba było takie samo. Piotr przyznaję, że troszke zainspirowałeś mnie do własnych poszukiwań...
spining, 2012-02-21 07:48:00
Piękny tekst. Kwintesencją każdej wyprawy jest właśnie i dla mnie samotność i cisza. Ryby to tylko dodatek, ale jakże miły. Też jestem egoistą w kwestii jednego miejsca nad większą Rzeką niż Wkra. Bomblowi swego czasu głowę zmyłem za to miejsce Myślę, że teraz będziesz szukał tego spokoju przede wszystkim :P Gratuluję Potomka i Gratulacje dla Dzielnej Żony - (wczoraj mi Twój Brat powiedział, że już jesteś Tatusiem )\ Przybył nam na pewno Nowy Drakers
bysior, 2012-02-21 08:34:23
Samotność nad wodą tak bardzo pożądana przez nas jest coraz trudniejsza do osiągnięcia to fakt. Zwłaszcza w okresie letnim i na początku jesieni kiedy, powiem z trochę z przekorą, pseudo wędkarze oblegają brzegi z namiotami, przyczepami, całymi obozowiskami - nie szanując niczego dookoła... Ja też mam takie miejsca, czas - kiedy nad wodą jestem tylko z przyrodą - i te momenty kocham najbardziej! :oklasky:
gusto, 2012-02-21 09:24:59
Świetnie Piotrze Cię rozumiem ,przedstawiłeś piękne refleksje i obrazy przyrody które są już niekiedy do obejrzenia tylko na zdjęciach w naszych albumach,lub w zakupionych książkach.Dlatego tak lubie nocne zasiadki ,i piesze wycieczki ze spiningiem brzegiem rzeki.:oklasky::oklasky::papa2:
Bucek, 2012-02-21 09:58:17
Wozik pióro świetne ale jakoś smutno mi się zrobiło :yyyy: Mam nadzieję że znajdziesz swoją ciszę :oczko:
przem, 2012-02-21 16:33:24
Świetnie napisane, ale czuć jakiś smutek i rozgoryczenie. Każdy samotny spinningista chyba cię doskonale rozumie, lecz myślę że nie jest jeszcze tak źle. Głowa do góry :kwadr:
Kaz, 2012-02-21 20:17:44
Piotruś Mh- tak to co napisałeś to smutna prawda jest nas coraz wiecej nad wodami i to w miejscach w których nie przypuszczalibyśmy spotkania z ludzmi.I tak zwanych ostoji samotni to teraz bardzo trudno spotkać .W czasach kiedy była potrzeba pojechania na rybki PKS lub pociągiem to sprawiało że ludzi było nad wodami mniej,teraz każdy ma swój pojazd i ma łatwiejszy dostep do wody nawet w tak zwanych głuszach.To sprawia że ludziska jest więcej i to w mniejscówkach w których ich byśmy się nie spodziewali. Tak więc Piotruś życzę Ci aby ta nowa twoja oaza spokoju i ciszy była jak najdłużej nie odkryta przez złych ludzi.:oklasky::oklasky: :oklasky:
Mariano, 2012-02-22 11:03:23
Piotrek jak zawsze wspaniały,przemyslany tekst.Każdy z Nas ma w głebi takie pragnienia.Zyczę Ci abys ponownie odnalazł swoją krainę ciszy i spokoju.
Wozik77, 2012-02-22 17:44:46
Dzięki za miłe słowa. No tak chodził ten aspekt wędkarskiej samotnośći po głowie od jakiegoś czasu więc postanowiłem ubrać to w słowa :kwadr: Widzę, że temat nie jest Wam obcy. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mógł napisać coś o nowym małym Wielkim Eldorado :kwadr:
adam-z82, 2012-02-22 21:08:21
Tak,to prawda!Jesteśmy samolubami!!!I co w tym dziwnego?! W szczególności ci z nas co mieszkają w wielkich aglomeracjach. "odcięcie"potrzebne jet nam jak rybie woda.... Problem głównie dotyka wędkarzy"brzegowych".Sam miewam takie sytuacje,że z braku"tlenu"byłem zmuszony do rezygnacji i powrotu do domu:uoeee: Piotrek:kwadr: Szczerze wierzę że odnajdziesz TO,czego większość z nas PRAGNIE:zacieszacz:
Paweł, 2012-02-23 07:08:56
Piotrze, to prawda, znaleźć samotność nad wodą w obecnych czasach... prawie nierealne. Ale trzymajmy sie tego "prawie". Sa jeszcze miejsca, szczególnie trudne i bez dojazdu, które opierają się atakowi tej ciemnej strony cywilizacji. Jak długo? Pewnie niekoniecznie długo, ale cieszmy sie z nich, szukajmy takich miejsc, SZANUJMY TE MIEJSCA!!! Moja przygoda z wędkarskim rowerem rozpoczęła się właśnie z wewnętrznej konieczności odpoczynku od ludzi. Rowerem mozna wiecej, dalej ( w chaszce oczywiście:D). A tych kilku autochtonów, którzy też tam łowią bo dochodzą pieszką - nie przeszkadza wtedy... Dobry, ciekawy i ważny temat poruszyłeś w swoich refeleksjach. Oby Twoja odkryta woda darzyła Cie rybami, ale zwłaszcza spokojem:oklasky::hura:
, 2012-05-15 06:23:57
Tak, nasze wędkarskie alienacje są najcenniejsze, ale o to coraz trudniej.Dzięki za artykuł:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: