Poranne rozterki .....

Wozik77 2013-10-30 Opowiadania

...
Przenikliwy chłód zbudził go, zanim zdążył to zrobić nastawiony na 4.30 budzik. Przymknął, uchylone przez całą noc okno. Rozejrzał się po pokoju, a jego wzrok przykuła odchylona kołdra. Zdawała się kusić.
- Wracać?– zadał pytanie samemu sobie.

Był śpiochem. To fakt, jednakże w jego wnętrzu toczyła się wielka bitwa. Na wyciągnięcie ręki miał ciepłe jeszcze łóżko i możliwość powrotu do pozostawionych przed paroma minutami obrazów ze snu. Chwilę się zastanawiał. Jeszcze raz wyjrzał za okno. Kilka stopni powyżej zera na termometrze też nie zachęcało do wojaży nad brzegiem rzeki. „Walczył” i gdy już miał z powrotem ułożyć się na posłaniu, w głowie usłyszał głos sumienia – „ … no tak kładź się, a potem znów będziesz żałował, że jednak trzeba było, że niepotrzebnie uległeś dodatkowym dwóm, trzem godzinkom snu…”.

Przełamał się i od tej chwili jego poczynania były już w pełni skoordynowane ze sobą. Szybka poranna toaleta, potem błyskawiczne śniadanie i przygotowanie prowiantu. Kilka minut później, kupował w osiedlowym nocnym coś do picia.

- Co to? Na rybki znów Pan Szanowny się wybiera? – zagaił go sprzedawca. Jego strój jak zwykle nie pozostawiał złudzeń. – Chce się Panu w taki ziąb? Nie lepiej w cieplutkim łóżeczku najzwyczajniej w świecie się wyspać? Przecież wolna sobota jest, coś Pan, Panieee….!!!

Uśmiechnął się tylko, mając świeżo w pamięci walkę, jaką stoczył wewnątrz siebie pół godziny wcześniej. Gdzieś głęboko „w duchu” liczył na to, że Matka Natura wynagrodzi mu te wszystkie ranne potyczki staczane z pokusą pozostania w domu i że doceni fakt, iż w większości przypadków wybierał właśnie upragniony kontakt z przyrodą.

Skręcając w lewo, droga z asfaltowej zamieniła się w brunatny szuter. Mazowiecka wieś otoczona półmrokiem pogrążona była jeszcze w spokojnym śnie. Zatrzymał auto na poboczu. Zgasił silnik. Przez moment wsłuchiwał się w „pisk ciszy”, jaki miał w uszach. Po prawej stronie rozpościerały się nadrzeczne łąki.



Wysiadł z samochodu. Trzaśnięcie drzwiami wywołało ujadanie okolicznych „burków”. Jeden z nich wybiegł z zagrody, złowrogo poszczekując. Bacznie przyglądał się przybyszowi, by po chwili oceniając brak zagrożenia wtulić pysk w swój własny ogon i położyć się pod drewnianym płotem.

Kilka głębszych oddechów i zabrał się za uzbrajanie zestawu. Chwilę później naciągnął po dwie pary ciepłych skarpet i nasunął wodery. Był gotowy na swoją „Wielką, małą Przygodę”.

Pierwsze promienie słońca, niemrawo wychylały się zza horyzontu. Krople porannej rosy mieniły się blaskiem i zdawały się być więzione wśród sieci pajęczyn, łączących źdźbła traw i krzewów. Znad łąk i pól podnosiła się mgła. Rześki, ostry chłód powietrza drażnił nozdrza, przyzwyczajone jeszcze do letniego żaru. Gdzieniegdzie słychać było pierwsze odgłosy ptaków, uwijających się w porannych obowiązkach.



Szedł dziarsko przed siebie, z uśmiechem przyglądając się wszystkiemu wokoło. Wodery od dobrej chwili były mokre, a wilgoć przenosiła się już na nogawki jego spodni. Nie zważał na to. Przed oczami miał jeden cel – wąską dolinkę rzeczną wijącą się pod ścianą lasu. Zbliżał się do niej z każdym krokiem, co jeszcze bardziej powodowało jego zadowolenie. Przed nim rozpościerała się już tylko niewielka polana, którą kończyła dwumetrowa rzeczna skarpa.
W pewnej chwili, po lewej stronie zauważył nienaturalne brązowe „coś”, odcinające się barwą od wszędobylskiej zieleni łąki. Przystanął. Skupił wzrok na tajemniczych kształtach i wnet je rozpoznał. Były to sarenki ochoczo podskubujące kępki trawy.



Ucieszyło go bardzo to spotkanie. Obserwował zwierzynę przez dłuższą chwilę, po czym ruszył dalej.
Jeszcze kilka przyspieszonych i niecierpliwych kroków i już mógł cieszyć oczy znajomym widokiem.



Nurt w tym miejscu był leniwy, a z prawej strony wpadający do rzeki niewielki ciek, tworzył naturalny rzeczny warkocz. Woda w rzeczce – jak przystało na początek października – stała się znacznie bardziej przejrzysta. Zniknęła spora część rdestnicy i wodnych nenufarów, które jeszcze kilka tygodni temu skutecznie broniły swoich tajemnic przed nieproszonym gościem z wędką w dłoni. Chłonął krajobraz, który już dawno temu tak bardzo ukochał. Gdzieś w górze usłyszał żurawi klangor. Duży klucz tych ptaków majestatycznie przesuwał się po szarym jeszcze niebie. Była to ich doroczna wędrówka – wiosną na północ, teraz jednakże ku ciepłemu południu.



W pewnej jednak chwili, z tego swoistego letargu wyrwało go głośne pluśnięcie dochodzące z zastoiska za „warkoczem”. Kątem oka dostrzegł już tylko spory wir na wodzie. Bobrowym mini wąwozem zszedł na sam brzeg. Odczekał chwilę i posłał, niewielkie, biało czerwone kopytko w okolice „warkocza”. Pierwsze przepuszczenie przynęty nie dało spodziewanego efektu. Również drugie i trzecie nie zakończyły się upragnionym braniem. Pomału kierował rzuty w coraz to nowych kierunkach, ale także i one nie przynosiły rezultatu. Po paru minutach wygramolił się na skarpę i skierował swe kroki w dół rzeki.
Przed nim rozpościerał się pierwszy duży zakręt. Widoczna głęboka rynna zewnętrznego łuku pobudzała wyobraźnię. Przystanął i zaczął penetrować ją przynętą. Każdy rzut oddawał ze skupieniem i pracując wędką przeprowadzał wabik przez wszystkie obiecujące miejsca.
Już miał przenieść się niżej, gdy kolejny plusk zza opuszczonego parę chwil wcześniej „warkocza” przykuł jego uwagę. Przez chwilę miał ochotę na powrót, ale postanowił, że jednak pójdzie dalej.

Kilkaset metrów niżej doszedł do kolejnego obiecującego miejsca. Zwalony przez bobry pień i znów kilka metrów kwadratowych spokojnej wody. Posłał przynętę i rozpoczął skręcanie żyłki. Coś jednak mu „nie grało”. Dziwny opór kołowrotka od razu przykuł jego uwagę. Przypisał go jednak resztkom roślinności wodnej, jaką miał nadzieję ujrzeć na przynęcie. Niestety. Przynęta była „czysta”, a kolejne rzuty i opór kołowrotka coraz bardziej go denerwowały. Zupełnie nie mógł skoncentrować się na pracy przynęty, dlatego w jednej chwili postanowił zmienić kołowrotek. Na szczęście od paru lat zawsze wkładał do plecaka drugi zapasowy - ot tak na wszelki wypadek.

Kilka chwil później uporał się ze zmianą zestawu. Nie chciał jednak tracić więcej czasu na przewijanie żyłki, dlatego postanowił zadowolić się nawiniętą uprzednio „szesnastką”.
Oddany kolejny rzut od razu poprawił mu nastrój. Nienaganna praca niewielkiego kręciołka w pełni pozwoliła mu zająć się szukaniem przyczajonych drapieżników. W tej nadziei pokonywał kolejne metry brzegu.

Po kwadransie dotarł do obiecującego miejsca. Była to niewielka rynienka w równym dnie, w której środku spoczywał stary - obrośnięty mchem i wodorostami – pień. Ostrożnie zbliżył się do krawędzi niewysokiej skarpy i z namaszczeniem wykonał rzut przynętą pod drugi brzeg. Kopytko wpadło do wody, by już po chwili - wprawione w ruch – wabić swoimi ruchami. W skupieniu obserwował jego pracę. Przejrzystość toni i niewielka szerokość rzeczki w pełni mu na to pozwalały. Przynęta zgrabnie imitowała niewielką rybkę. Przemykała wśród pozostałych pnączy rdestnicy i po paru chwilach była nad podwodną rynienką. Kiedy omijała przeszkodę, wyraźny, podłużny, srebrzysty kształt wyskoczył zza pnia. Jeszcze chwila i energiczne targnięcie wędki upewniło go w tym, że to była ryba. Kij wygiął się w paraboliczny łuk, lecz po chwili poczuł luz. Zwinął zestaw i z zaciekawieniem obejrzał przynętę. Dwa podłużne cięcia od dołu spowodowały jego uśmiech.

- Chyba się nie ukułeś – pomyślał.

Odczekał minutę i ponownie posłał przynętę w okolice podwodnej przeszkody. Gdy przynęta weszła w obiecujący rejon znów nastąpiło przytrzymanie. Pół sekundy w zawieszeniu i wykonał zacięcie. Znów szczytówka skierowała się w stronę lustra wody, by po chwili wyprostować się niespodziewanie. Zszedł.

- Tyyy cwaniaku… – z niespotykaną w takich momentach nutką spokoju powiedział do samego siebie.

Spokojnie wyjął z kamizelki niewielką osełkę i naostrzył hak. Postanowił dać szczupakowi kilka minut przerwy, aby przynęta „nie opatrzyła” się rybie. Nieraz stosował już taki „wybieg” i to często z dobrym skutkiem.
Rozejrzał się po rzece i od niechcenia wykonał rzut pod drugi brzeg. Gdy przynęta była w połowie koryta nastąpiło zupełnie niespodziewane, silne branie. Zaciął energicznie, a ryba od razu ruszyła z prądem rzeki, przez co jeszcze trudniej było ją powstrzymać. Walczyła o swoje życie. Szczytówka wędki skutecznie amortyzowała rybie ucieczki, dlatego z każdą chwilą był pewniejszy o końcowy rezultat tego pojedynku. W końcu, po dobrych kilku chwilach podciągnął rybę bliżej siebie. Na powierzchni wody, wśród podtopionych traw, leżał drapieżnik - średniaczek. Jego zielono-srebrzyste boki przyozdobione były wyraźnymi, żółtymi cętkami. Te jesienne barwy jeszcze bardziej dodawały mu uroku.

Niestety w tym momencie dotarła do niego myśl, że jest na dwumetrowej, stromej skarpie i nie mam jak podebrać ryby. Rozejrzał się w prawo i w lewo. Niestety, nigdzie nie było zejścia do wody. Szczupak zmęczony nieco walką, leżał spokojnie. To wystarczyło, by błyskawicznie podjął ryzykowną decyzję – uniesie go na żyłce do góry. No tak, tylko czy zmieniona niefortunnie linka na znacznie cieńszą ten manewr wytrzyma…?
Ostrożnie naciągnął żyłkę i powoli zaczął unosić rybę do góry. W duchu modlił się tylko, aby szczupak nie poruszył się w tym momencie. Niestety. Wykrakał. Ryba wyczuła chyba niepewność jego ruchów i ekwilibrystycznym zrywem uwolniła się z haka.

Ruszył dalej. Idąc brzegiem przegarniał butami dywan z opadłych, pożółkłych liści. Dwa zakręty dalej na wędce zadyndał pięknie wybarwiony okoń. Kilkanaście metrów niżej złowił drugiego.
Mijały godziny i nawet nie zorientował się jak dotarł do kresu swojej standardowej trasy. Dalszą wędrówkę ograniczał kilkumetrowy, stary rów melioracyjny. Był on zbyt szeroki, aby go przeskoczyć i zbyt mulisty żeby próbować przeprawy. Jedyne, co mógł zrobić to cofnąć się 1,5 km wzdłuż rowu do pierwszych zabudowań wsi i tam przejść przez prowizoryczną kładkę. Potem znów 1,5 km z powrotem i w ten sposób będzie mógł kontynuować połowy w rzece.

Perspektywa trzykilometrowej, naznaczonej stratą czasu wędrówki niezbyt mu się podobała. Zastanawiał się, czy nie udać się w drogę powrotną i jeszcze raz obłowić miejsca, w których już dziś był. Wiedział, że te 2-3 godzinki, jakie minęły były wystarczającym czasem, aby w podwodnych „czatowniach” pojawiły się kolejne drapieżniki.
Tak rozmyślając cofał się, z uwagą przyglądając się przeszkodzie. Nagle zobaczył znacznie jaśniejszy od mulistego kolor. Dno wydawało się być twardsze, więc postanowił ostrożnie przejść na drugą stronę. Powoli zsunął się po trawiastym brzegu. Faktycznie wodery zanurzyły się w piasku jedynie do kostek. Ucieszył się i już po paru minutach był znowu na rzadko odwiedzanym odcinku jego Rzeki.

Tu przywitał go lis



Pieczołowicie obławiał wszystkie ciekawe miejsca i po jakimś czasie dotarł do pięknego, spokojnego zakola.
Zdjął plecak i z precyzją oddał rzut wzdłuż brzegu. Przynęta przeczesywała okolice obumierającej roślinności i gdy była kilkanaście metrów od niego szczytówka przygięła się jednostajnie, tak jakby coś sygnalizowała. Zaciął odruchowo, choć był to raczej czysty instynkt niż nadzieja na cokolwiek. Na końcu zestawu poczuł jednak dwa targnięcie łbem. Ryba jednostajnym tempem płynęła tuż przy dnie w jego kierunku. Popuścił hamulec, by nie obciążać za bardzo i tak przecież delikatnego zestawu. Wiedział, że w lekkim prądzie rzecznym pierwsze wrażenie może być złudne, jednak ten brak szarpaniny dawał nadzieję na coś większego. Ryba odjeżdżała na hamulcu, po czym leciutko hamowana wygiętym w pałąk kijem zawracała w jego kierunku. Jeszcze go nie widział, ale zaczynał mieć nadzieję, że może być to naprawdę godny Ryb. Znów odjazd, znów podciąganie. W końcu z prześwietlonej słońcem wody wyłonił się Szczupak. W kąciku paszczy zapięty był niewielki wabik. Podciągnął rybę pod brzeg. Szczupak na jego widok z siłą małego parowozu szarpnął się i machając ogonem zniknął w toni. Znów chwila przeciągania żyłki i znów szczupak ponownie z impetem odjechał na kilka metrów. W końcu po kolejnym krótszym już odjeździe miał go pod ręką. Wysunął go ślizgiem na zalane trawy i w tym momencie przynęta wypadła z pyska. Niewiele zabrakło, by stracił rybę, ale teraz mógł już cieszyć się zdobyczą.



Zwrócił szczupakowi wolność i spojrzał na zegarek. Było dobrze po jedenastej. Cóż pora wracać. Wrażeń jesiennych miał dziś pod dostatkiem.
Idąc do samochodu przechodził koło grupki schylonych ludzi uwijających się w polu. Jeden z miejscowych wyraźnie zaciekawiony obcym w kapeluszu i z wędką w ręku, zagaił:

- No i co Panie? Pusto? Warto było zrywać się rano na te rybki?

- Jeszcze nie wiesz Pan jak bardzo…!!! – z uśmiechem odpowiedział.

Wsiadając do samochodu wiedział już, że następnym razem znów będzie toczył poranną walkę z samym sobą, ale wiedział też doskonale w imię czego za każdym razem ją stacza …

Z wędkarskim pozdrowieniem
Wozik77

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (13)

Bizonik, 2013-10-30 23:42:20
No Piotrze ponownie fajny tekscik. Jakże brakowało mi Twych opowiadań znad tajemniczej wody. Mam nadzieje że wiecej takich tekstów ukarze się w przyszłości.
Paweł, 2013-10-31 10:27:45
Poza kunsztem pisarskim masz Piotrze coś jeszcze co powoduje, że zawsze bardzo chętnie czytam Twoje opowiadania. Jest to mianowicie niepowtarzalny styl oparty na tworzeniu wspaniałego klimatu. Klimatu spokoju, wyciszenia, integracji z otaczającą przyrodą… Z Twoich tekstów przebija coś w rodzaju „zwolnienie czasu”, które z życiu codziennym coraz rzadziej nam towarzyszy... Ja osobiście takiego zwolnienia doświadczyłem w ostatnich latach kilka razy jeżdżąc na ryby prawie do źródeł Narwi, kwaterując u miejscowych ludzi, jedząc co nam naszykowali. Spałem po 12 godzin, a na rybach z niczym się nie spieszyłem… Chłonąłem ciszę, przyrodę, spokój… Wspaniałe są to odczucia, nieosiągalne na co dzień… Twoje teksty potrafią przypomnieć mi takie dni - za co bardzo Ci dziękuję:oklasky::hura::hejka:!
michaln, 2013-10-31 10:45:07
Ale się rozmarzylem czytając. Potrafisz stworzyć klimat i wspaniale opisać drobne szczegóły w przyrodzie, o których często zapominamy, np. krople rosy na pajęczynach, a które są nieodłącznym elementem naszych wypraw. Brawo.
Bucek, 2013-10-31 12:04:06
Pięknie napisane, człowiek nabiera ochoty do wyjścia nad wodę. Dzięki Piotrze :oklasky:
krzyko, 2013-10-31 15:19:40
"Chwilę później naciągnął po dwie pary ciepłych skarpet i nasunął wodery".Ten cytat dla wielu Drakersów nic nie znaczy, ale jest kilku dla których jest to kultowy tekst nierozerwalnie łaczący się z jesiennymi łowami we Wkrze :haha: Piotrek, super klimatyczne opowiadanie , które przeczytałem z wielką przyjemnością.
domin, 2013-10-31 15:56:34
Fajny, klimatyczny tekst,:kwadr: który tak oddaje rzeczywistość, że i zdjęcia mogłyby być zbędne. Ale fotki jeszcze bardziej podnoszą jego atrakcyjność a mi się buzia uśmiecha jak je widzę
waldi-54, 2013-10-31 17:39:52
Wielkie brawa Piotrze za tekst, który przypomina mi opowiadania Rodziewiczównej o Polesiu.:oklasky::oklasky::oklasky: Czytając człowiek automatycznie przenosi się w te piękne okolice i chłonie całym sobą to piękno i ten zapach porannej rosy, zmieszany z zapachem budzącego się lasu a jeszcze gdy do tego dołożymy widok niewielkiej rzeczki to to jest to, czego wędkarz może oczekiwać od matki przyrody.:muza::mniam::okok: Piękny opis natury, piękne fotki, ryba też.:aparat::okok::oklasky: Pozdrawiam -waldi-54:papa2:
anguiler, 2013-10-31 19:41:36
Czytając to można było sobie wyobrazić i być razem z autorem nad rzeką, czuć, że autor pisze o sobie z perspektywy osoby trzeciej. Kapitalnie to wychodzi i czyta się z zapartym tchem, tym bardziej że opisy przypominają mi znajome miejsca na Mazowszu. Brawo :oklasky:
malcz, 2013-11-03 21:47:35
@Wozik - klasa:oklasky: Ile ja takich wewnętrznych walk już stoczyłem, a ile jeszcze przede mną...tym bardziej teraz w listopadzie;P Świetny tekst!
bysior, 2013-11-04 19:46:52
Klasa jak zwykle Piotrek, świetnie się czytało jednocześnie oczami wyobraźni przenosząc się w opisywane przez Ciebie miejsca i sytuacje :oklasky: I też bardzo sobie cenię ten klimat, który potrafisz stworzyć. :muza: Brawo! :oklasky:
Wozik77, 2013-11-04 20:32:31
Dzięki za miłe komentarze. Cieszę się że kolejna garść moich emocji czy doznań z nad wody Wam się podobała :kwadr:
Blanek, 2013-11-07 00:26:56
Masz rację, że ciężko wstać z ciepłej pościeli, dlatego od dawna wolę jeździć wieczorem, nawet późnym. Ale jak już człowiek wyjdzie z domowego zacisza to poranna rześkość działa jak dobra kawa:-) Takie prawdziwe to Twoje opowiadanie :D
Mariano, 2013-11-07 16:54:07
Przyznam sie, że mnie tez brakowalo Twojego pióra.Brawo.