Polowanie

adam-z82 2012-03-04 Opowiadania

...
Od najmłodszych lat wpajano mi jedną słuszną zasadę. Ryby z wielkich rzek nie uznają kompromisów. Przesadna wędkarska finezja prędzej czy później zemści się na łowcy. Przegrany pojedynek, ze świadomością naszej winy, boli najdotkliwiej...

Czas: 10 sierpnia 2011.
Miejsce: Rzeka Wisła. Odcinek przedwarszawski.
Woda systematycznie opada, po drugim w tym lecie gwałtownym przyborze, jej stan tego dnia wynosił około 270 cm.Od kilku dni obserwuję świetne żerowanie boleni. Dwa dni wcześniej łowię 70,5 cm, dotychczas największy w sezonie. Do pamiętnego brania łowię jeszcze cztery mniejsze sztuki.

Charakterystyka miejsca.
To coś w rodzaju półwyspu z kamieni, głazów, faszyny, długości mniej więcej 30 metrów nad którą "obecnie" jest około metra wody, która im bliżej brzegu tym bardziej zwalnia i kręci, by po pokonaniu uskoku przyspieszyć i "rozbić" się na powalonym drzewie kilkadziesiąt metrów niżej.
Bardzo obiecujące stanowisko przy dogodnych warunkach.
Podświadomie jakaś nieznana siła kazała mi tu przyjeżdżać kilka wieczorów z rzędu i "katować" to specyficzne miejsce.

Bolenie przestały "bić" .Powoli mrok spowija przestrzeń nadwiślańskiego buszu. Słońce już dawno schowało się za horyzont, tym samym kończąc kolejny długi letni dzień. Nadchodzi pora na zmianę sprzętu, techniki, odpowiedniej do gatunku i miejsca polowania na nocnego "zwierza".
Moim celem miał być rzeczny wilk. Drapieżnik uaktywniający się głównie po zmroku. Polujący przeważnie w stadzie. Uprawiający zmasowane, "falowe" ataki na wszelkiego rodzaju drobnicę.

Stosunkowo wysoka woda i zaczepowe miejsce wymagało użycia solidnego oręża w postaci wędki do 50 gr. i kołowrotka klasy 4000 z nawiniętą plecionką 0,28mm. To tak na wszelki wypadek gdyby sandacz okazał się sumem. Którego, notabene, na tym odcinku dawno nie widziałem i nie słyszałem...
Wiślane zestawy


Zbliża się godzina 21.30. Od godziny obławiam tę niby rafkę dwoma rodzajami wabików. Na pierwszy ogień poszły woblery, uklejopodobne, lecz nie dłuższe niż 10 cm. Drugie pół godziny zarezerwowane jest dla gumowych rybek z różną gramaturą główek. Do wody wpada białe kopyto z niebieskim grzbietem i pomarańczowym ogonem. Optymalne waga obciążenia to 14 gram. Przynęta schodzi z kantu i delikatnie uderza o dno. Trzy niespieszne obroty korbką i puka o kamyk, następnie stuka o patyk, zaczep....
Zaczep - tak pomyślałem w pierwszej chwili, wyginając wędzisko w parabolę. Nie drgnie, rwę. W tym samym momencie wzrok mój skierował się na kołowrotek, z którego bardzo powoli ubywała plecionka.
Co za diabeł?
Zrozumiałem natychmiast, docinając badyl. Siedzi!!!
Wydawało by się że ryba nie odczuła tego "manewru" i z tą samą dostojną prędkością płynęła w dół rzeki. Niespiesznie uciekały zwoje z młynka. Natomiast w mojej głowie błyskawicznie przenikały przeróżne myśli i odczucia tej jakże przepięknej chwili.
Letnia noc, cisza, tylko jak tu zachować spokój, gdy prowadzi się walkę życia z przebiegłym drapieżnikiem. W duchu chyba wiedziałem jaki będzie finał. Gdy linka zaczęła "piłować" przybrzeżne krzaki - wkradło się zwątpienie. Ostatnia deska ratunku to siłowe przytrzymanie.I tak też uczyniłem. Ryba musiała to poczuć, bo natychmiast przyspieszyła, na dokręconym hamulcu, kij się prostował, a z kołowrotka dochodził odgłos jazgotu!!!
Przegrałem!!!
Zwijam "nadszarpnięty" zestaw z lekko rozgiętym hakiem, na którym widnieje "znak" porażki.
Czas na łowy


Czas: 29 października 2011.
Miejsce: wiślana dzika burta.
Jesień w pełni, ta najładniejsza - Złota Polska.
Dni coraz krótsze, uciekają w mgnieniu oka. Wisła od dwóch miesięcy bardzo niska. Niemalże zero opadów deszczu spowodowało lokalne susze. I taki stan rzeczy towarzyszyć będzie już do końca roku.

Każdą wolną chwilę poświęcam polowaniom. Zmieniam rewiry, jednak charakterystyka miejsca pozostaje niezmienna. Skupiłem się na miejscach dzikich, trudnych technicznie, nie darzących przypadkowym łupem. Od miesiąca uganiam się po burtach z dużą ilością zwalisk. To ciężkie łowy, wymagające dużo samozaparcia, dni bez kontaktu z rybą. Wyczekiwanie odpowiedniego momentu, godziny, minuty, tej jednej jedynej sekundy, w której nastąpi branie.
Mgła

Godzina 17-ta, jeszcze trzydzieści minut i nastanie jesienna długa noc. W ręku dzierżę wiślany zestaw. Przynęta to 10 cm twister koloru białego na 18 gramowej główce z hakiem 3/0. Rzucam po skosie w dół rzeki, jakieś 20 metrów przed zatopionymi drzewami spada wabik do wody. Daję mu opaść do dna, po czym energicznie podbijam, opada, podbijam, opada.... Czuje potężne pobicie z natychmiastowym odejściem ryby w górę rzeki, jakieś dziesięć metrów. Konkretny sus! Stoi w samym środku rynny.To niesamowite uczucie skaczącej adrenaliny. Jest! W końcu piękny zwierz na kiju. Aż chce się krzyczeć z radości!!! Intuicja podpowiada, że to nie jest zabawa z byle jaką 70-tką, to poważny przeciwnik, tu małych nie uświadczysz, mówię sam do siebie. Nadal stoi i nie ma zamiaru się ruszyć, spróbuję go nieśmiało sprowokować. Ruszył nagle z piekielną siłą w stronę z której "wylazł". Prosto w zwalisko. Próba zatrzymania tej mocy legła w gruzach. Wrócił do "domu", zostawiając mnie z urwaną linką 0,28 mm i przeświadczeniem, że właśnie straciłem swoją rybę życia.
odpowiedni moment

Czas: 6 września 2011.
Miejsce: wiślana wyspa.
Przełom lata i jesieni to dla rzecznych mieszkańców pora wzmożonej aktywności. To czas na grube łowy, białych jak i szlachetnych nizinnych drapieżników. Woda lekko trącona, jednak ustabilizowana już od kilkunastu dni. Widać, że letni przybór co nieco pozmieniał linię brzegową na tym odcinku, jak również układ nurtów przy dzikich skarpach.
Wyspa

Na zegarku wybiła godzina 20.00. Obławiam warkocz powstały za zatopionym krzakiem. Na tafli cisza. Jedyną oznaką na wodzie są dyskretnie uciekające ukleje. Niby nic specjalnego się nie dzieje, czuję przez skórę, że warto tu zostać dłużej. Cofam się w górę rzeki, do kolejnego większego, zanurzonego w wodzie drzewa, powalonego przez bobry. Czarna kotara zakryła już horyzont. Powtarzam sobie w myślach, jeszcze pół godzinki i wracam.

Wobler wpada do wody, spory, 9 cm, perłowo czarny, płytko schodzący. Przecina trasę skośnie do kierunku prądu. Agresywne uderzenie, czuję w dłoni, w łokciu, w całym ciele!!! W głowie zapala się lampka. Mam! Jest! Czas na walkę, na test wytrzymałości, na spełnienie marzeń. Pojedynek dwóch myśliwych. Hol dużej ryby to magiczny moment, to wspaniałe doznanie emocjonalne, to czar wędkarstwa. Wygrana czy porażka, to póki co jest nieistotne, liczy się tylko ta chwila, która mogła by trwać w nieskończoność. Zwycięstwo!!!
Rzeczny wilk


Jesteśmy szczęściarzami. Obcowanie z przyrodą to skarb, którego namacalne dowody odkrywamy spędzając wolny czas nad ukochanymi wodami.

adam-z82

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (12)

krzyko, 2012-03-04 14:56:00
Adamie poruszyłeś temat jakże bliski mojemu sercu, czyli łowienie dużych drapieżnych ryb w dużej nizinnej rzece.Zgadzam się z Tobą że w trakcie polowania na dużego nocnego drapieżnika nie ma miejsca na subtelności i zbytnie usportowienie zestawu bo kończy się to zawsze jednakowo, zerwaną i zakolczykowaną rybą. Słusznie też nazwałeś takie wędkowanie polowaniem, bo jak określić skradanie się w zupełnych ciemnościach, balansowanie po śliskich kamieniach czy suchych naniesionych przez wodę patykach, gdzie jeden nieostrożny krok niweczy cały trud skradania się, na długie godziny.Trochę to się różni od ogólnie przyjętego wędkowania na grunt z rąbaniem siekierą drewna na ognisko.Dzięki za przywołanie wspomnienia minionych chwil spędzonych nad Królową, w poszukiwaniu dużych osobników ryb drapieżnych.
Paweł, 2012-03-04 17:11:02
Adam Twoje opowieści przemawiają do wyobraźni. Tym bardziej, że znam tę wodę dość dokładnie. Te wieczorne podchody to kwintesencja wielkorzecznych połowów. Łowiąc tak dajemy sobie szansę na przechytrzenie Wielkij Ryby:cwaniak:. I jak widać po Twoich przypadkach, na trudnej wodzie i plecionka o dużej wytrzymałości często nie starcza:bezradny:. Rok 2011 "przegrałeś" 1:2, choć ciężko mówić o porażce, gdyż sam kontakt, nawet nie zakończony wyjęciem ryby z wody, jest dla wędkarza zwycięstwem:hura:. Raz, że skusiłeś jednak rybę do brania, dwa, że nie połamałeś potem kija:D. Ale dzięki tym przygodom w kolejnym roku będziesz próbował z jeszcze większym zaangażowaniem. Bo wiesz, że warto. Życzę Ci w 2012 roku wyniku 3:0, albo nawet 5:0:hura: Super tekst, szczególnie czytany u progu kolejnego sezonu
Wozik77, 2012-03-04 20:28:47
Super tekst Adam. Lekko napisany i tak samo lekko się go czyta. No tak. Duże rzeki. Świat trochę mi znany, ale chyba jeszcze niedoceniany. A może to aspekt, który poruszyłeś, a który zarezerwowany jest właśnie dla mega twardzieli. Mianowicie godziny, dni, tygodnie bez brania po to by w końcu na kiju siadł gruby zwierz??? Chyba jeszcze nie umiem tego docenić, ale wiem jednak że na końcu ta gruba ryba zapewne wynagradza wszystko. Może to jeszcze do mnie przyjdzie? :mysli::mysli: Póki co Adam - jeszcze raz gratki za tekst i za przekazany w nim sens, którego zwieńczeniem jest zdjęcie z taaaaaaaaakim sandaczem jak powyżej.:oklasky::oklasky::oklasky:
morouk, 2012-03-04 20:50:37
Normalnie, jakbym czuł wilgoć nadrzecznego zmierzchu nad wodą - po przeczytaniu tekstu Ech ... Tekst super. Ja też jestem zdania, że na niedźwiedzie nie chodzi się z wiatrówką! Tekst świetny! Oby takich więcej Adam!
morouk, 2012-03-04 20:50:40
Normalnie, jakbym czuł wilgoć nadrzecznego zmierzchu nad wodą - po przeczytaniu tekstu Ech ... Tekst super. Ja też jestem zdania, że na niedźwiedzie nie chodzi się z wiatrówką! Tekst świetny! Oby takich więcej Adam!
moczykij, 2012-03-05 07:48:15
W tym sezonie przymierzam się do nocnych łowów ze spinningiem . Po przeczytaniu Twojego tekstu wyobraźnia została ostro pobudzona . :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Napisz coś o swoim sprzęcie bo czegoś podobnego potrzebuję :prosi:
gusto, 2012-03-05 08:05:28
Super Adamie ,normalnie czuć każde opisane odczucie ,powiew wiatru ,zapach nocnej wody.Oby więcej tego typu tekstów:oklasky::oklasky::oklasky::okok:
DarekP, 2012-03-05 08:59:22
Bardzo fajny,motywujący tekst.:oklasky:
Bizonik, 2012-03-05 17:41:32
Adamie znam to uczucie które opisujesz. Kilkakrotnie miałem podobne sytuacje na Naszej Wiśle. Teraz jestem ciut mądrzejszy i może się nie dam. Czas pokaże. Jedno co wiem to wiara w miejsce i upór daje nam te bezcenne chwile które znają tylko Ci co je przeżyli.
adam-z82, 2012-03-05 22:24:46
Koledzy Wiem że trochę na wyrost jest wasz komentarz z tym"super tekst"ale i tak mi bardzo miło.Dzięki serdeczne:zacieszacz: Jakoś tak jest, że "przegrane" pojedynki długo się pamięta i często wracamy do nich wspomnieniami.Czasu nie cofniemy,a jedyna rzecz jaka nam pozostaje, to wyciągnięcie wniosków, i kolejne nowe doświadczenie które powinno procentować w przyszłości.Wydawało by się że, "wędkarz"jest przygotowany,a i tak zawsze towarzyszyć nam będzie ta "niewiadoma". Piotr-Te,dni,godziny....to raczej jest spowodowane bardzo małą populacją,ryb drapieżnych.Chodź z drugiej strony masz rację,swoje trzeba "wychodzić". Krzyśku-Cała przyjemność po mojej stronie:kwadr: moczykij-Paradoksalnie, kij którym łowie, pierwsze ryby zaliczył w Narwi,w bardzo podobnych okolicznościach.Szukaj "mięsistej" wędki:haha: Bezapelacyjnie.WARTO,przeżywać takie chwile!!!
Grzechu, 2012-03-11 09:53:28
Piękny ten sandacz oj piękny
witaszek10, 2014-05-26 23:25:05
Przeczytane od deski do deski. Wciągająca i pełna zwrotów akcja. Intrygujące zakończenie.