Polesia Czar.

waldi-54 2013-09-23 Raporty znad wody

...
Czar Pojezierza.

Po nie udanym sierpniowym weekendzie, ( jeden szczupak wymiarowy ) tym razem ruszyłem na Pojezierze Łęczyńsko – Włodawskie w piątek 30 sierpnia z zamiarem tygodniowego polowania na drapieżniki ( o ile jeszcze jakieś są ).
Pogoda jaka była tego dnia do najlepszych nie należała, co chwila od południa nadciągały czarne, ciężkie ołowiane chmury z których padał rzęsisty deszcz a niebo rozdzierały błyskawice, muzykę lecącą z radia przerywały wdzierające się pod czaszkę odgłosy uderzających w drzewa piorunów. Ledwie dojechaliśmy na działkę a przywitała nas taka oto letnia ulewa.

Na szczęście burza tak jak nadeszła tak szybko opuściła nasze rejony i mogliśmy choć przez chwilę cieszyć się słonkiem, ponownie śpiewały ptaki a w serce wstąpiła nadzieja, że może aura choć na godzinkę pozwoli wypłynąć na wodę. Szybko, jak mogłem najprędzej, zapakowałem się do łódki i po chwili mknąłem na pierwszą miejscówkę.

Woda w jeziorze po deszczu i burzy jest troszkę mętna, więc na kiju wisi na początek wobler o jaskrawym ubarwieniu, przeczesuję wodę raz koło razu, ale bez efektów, nawet puknięcia nie notuję, zmiana przynęty na wirówkę, na sprawdzoną już nie jeden raz 4 JAXSONA, woda jakby zaczarowana, tak jakby w niej wcale nie było ryb, rozglądam się dookoła, cisza i pustka na wodzie, tylko po drugiej stronie jakiś desperat podobny do mnie co raz zmienia miejsce, czyli tak jak ja szuka drapieżnika, ale czy znajdzie? Nagle odzywa się telefon, odbieram i słyszę w słuchawce – „Hej Waldziu to Ty? Tu Jurak z tej strony, jak tam coś puka? Ja od dwóch godzin biczuję wodę i nic” Pytam o wyniki dnia poprzedniego – „Nic konkretnego się nie działo, co prawda złowiłem szczupaczka, ledwie wymiar i nic poza tym”, odpowiada kolega. Chyba trochę winy za to ponosi dzierżawca, albo ktoś kto jest odpowiedzialny za to, że kolejny już raz podnieśli wodę na jeziorze i wszelka drobnica się schowała w trzciny a za nią wszedł tam drapieżnik i chyba stąd ten problem z namierzeniem szczupaka. Biczuję wodę i ja, ale bez kontaktu z rybą spływam do bazy.
Sobota,- od samego rana siąpi deszczyk i wieje lekki południowo, zachodni wiatr, marszcząc wodę, gdyby tak troszkę słonka się pokazało, to pogoda wymarzona na szczupaka, a tak to tylko ciepły polar i płaszcz pozwalają nie przemoknąć do suchej nitki. Mimo nie ciekawej pogody woda żyje, dookoła łódki widzę spławy ryb i od czasu do czasu widać umykające stada drobnicy, czyli drapieżnik wyruszył na żer, dobra moja, pomyślałem. Jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów i kotwica ląduje na dnie, a ja wykonuję swój pierwszy rzut, potem kolejny i kolejny i kolejny….. po około dwustu rzutach mam wreszcie kontakt, lekkie puknięcie, rzucam drugi raz w to samo miejsce, czekam aż wirówka opadnie na dno, wolno zwijam żyłkę, jestem czujny niczym fotokomórka, która reaguje na najmniejszy ruch, zwijam nadal żyłkę. Przynęta jest już przy samej burcie łódki gdy czuję lekkie pstryknięcie, reaguję natychmiast, czuję dość mocne szarpnięcie i ryba staje w poprzek, by po chwili wolno ruszyć przed siebie, wiem, że to nie jest szczupak, a więc co? Odpowiedź przychodzi po kilku minutach walki, pokazuje mi się dość ładny sandacz, jeszcze jeden odjazd na widok podbieraka i ryba ląduje w łódce, miarka wskazuje całe 71 cm, to jak do tej pory mój nowy rekord sandacza na tym jeziorze, większe miałem tylko łowiąc na zalewie Zemborzyckim
( lubelskie morze )

Kolejne godziny przed południowe nie przynoszą już nawet kontaktu z rybą, więc nie pozostaje nic innego jak spływ do bazy. Czas do popołudniowej sesji pod tytułem, „ machaj wędą ryby będą” postanowiłem wykorzystać na relaks, jeśli tak można nazwać wyprawę
rowerową szlakiem czterech jezior, czyli z nad jeziora Tomaszne poprzez jeziora, Białe Uścimowskie, Czarne Uścimowskie, jezioro Głębokie z powrotem nad jezioro Tomaszne.
Trasa wiedzie przez pola pomiędzy jeziorami, tuż obok sosnowych i brzozowych lasków, jednym słowem, relaks tak fizyczny jak i psychiczny.







Po obiedzie pół godzinki sjesty i na wodę, do zmroku dobre trzy godziny wędkowania, więc czas najwyższy aby wyruszyć. Na pierwszy ogień idą miejscówki położone najbliżej miejsca cumowania łódki, ale poza jednym sumikiem, który skusił się na pięciocentymetrowego „sieka” nic się nie działo, czas na głębsze wody, ale i tam poza bólem ręki nic godnego odnotowania nie wydarzyło się. Coś mnie kusi od rana aby spróbować bliżej środka jeziora, - cóż mam do stracenia – myślę, kilka minut wiosłowania, nic więcej nie tracę. Jak zamierzyłem, tak zrobiłem, rzut oka na jedną stronę łódki i na drugą, jestem prawie na środku, kotwica do wody i wędka w dłoń. Kilkanaście rzutów i nic, trudno, ciężarek do góry, kilkanaście uderzeń wiosłami i ponownie próbuję skusić drapieżnika i ponownie na próżno.
Jeszcze jedna zmiana miejscówki, tym razem ciut bliżej brzegu, już w pierwszym rzucie wiem, że tym razem wybór miejsca był trafny, na kotwicy wisi spora wiązka moczarki, to dobry znak. W jednym z kolejnych rzutów mam wreszcie potężne uderzenie, ryba niemal wyrywa mi kij z ręki, ale po kilku metrach czuję luz na wędce, trudno, ważne, że coś wreszcie było. Kilkadziesiąt pustych rzutów i ponownie mam uderzenie, w porę zacinam i czuję znajome drgania na kiju, jest szczupak. Ok., teraz ważne aby się nie wypiął, wolno staram się
holować rybę, tak aby cały czas mieć nad nią kontrolę. Kilka odjazdów tuż przy łódce i ładny nawet szczupak ląduje w łódce, miarka pokazuje 73cm.




Do wieczora już był spokój, do bazy dotarłem w dobrym humorze, bo z fotkami sandacza oraz szczupaka, obie ryby nadal pływają, chociaż długiego żywota im nie wróżę, bo siatki są nadal stawiane na jeziorze i nie tylko przez miejscowych kłusowi, ale o zgrozo, przez wędkarzy
łowiących z łódek, taki właśnie obrazek widziałem, pan po zwinięciu wędek najzwyczajniej w świecie, powolutku zwinął siatkę i jakby nigdy nic odpłynął do brzegu, za nim przybyli wezwani strażnicy po gościu nie było już nawet śladu. To też jest „Czar Pojezierza”
”. Niedziela - od samego rana niby nie pada, ale olbrzymia wilgotność powietrza powoduje, że bez płaszcza nie warto wypływać na wodę, mgła i delikatna mżawka robi swoje i w kilka minut jestem mokry. Na szczęście zawsze mam w plecaku płaszcz, zwykły lekki ortalionik ze sklepu ogrodniczego, już kilka razy chronił mnie przed przemoknięciem i tym razem nie było inaczej. Od razu płynę na środek jeziora po drodze obserwując wodę, ale na wodzie dzisiaj cisza, nawet spławów nie widać, źle to wróży. Do południa biczuję wodę wszystkim czym mam, w ruch poszły nawet stare wahadłówki wielkości dłoni, na próżno, nawet kontaktu wzrokowego z jakąkolwiek rybą nie było, trudno, jutro też jest dzień. Poniedziałek wita mnie ciemnymi chmurami, ale bez deszczu, wiatr, lekki południowo zachodni, na wodzie cisza nic się nie dzieje, powtórka wczorajszego popołudnia, tylko dla przyzwoitości rzucam kilka razy, bardziej aby usprawiedliwić własne lenistwo, bo w głowie zakwitł pomysł aby ruszyć do lasu na grzyby, miejsce to piękny, odkryty nie dawno las po drugiej stronie kanału Wieprz-Krzna, las typowo borowikowy, grabowo brzozowy. Efekt dwu godzinnego chodzenia po lesie to dwa borowiki i kilka koźlaków w tym jeden
czerwony, jak go nazywają w tych stronach – „kraśniak”, efekt taki sobie, chyba w tym lesie jest jeszcze za wcześnie na grzyby, to nic, ważne, że miejscówka ładna i dobrze wróży na przyszłość.

Po obiadku w planach zasiadka ze spławikami, nic mnie tak nie uspakaja jak bezmyślne gapienie się na spławiki, „jak wół na malowane wrota” taki sposób wędkowania preferuję od dziecka i chyba nigdy mi się to nie znudzi. Odległościówka i waglerki to jest to!
Szybki obiad, wędki paskami trokuję do ramy rowerowej i hajda przed siebie, do Uścimowa. Na miejscu od znajomego dowiaduję się, że wczoraj padły dwa piękne karpie, oba grubo ponad 15 kg, padły dosłownie bo łowca oba zabrał do domu na prezent, ( ostatnio modne jest tłumaczenie, że bierze dla lekarza zamiast koperty )
Docieram na miejsce, jeszcze jedno było wolne, reszta stanowisk zajęta od rana, nawet pomosty są okupowane, na każdym minimum trzech wędkarzy, (echo o karpiach zrobiło swoje). Trudno, skoro już przyjechałem to żal wracać bez rozłożenia wędki. Na zestawach
wisi kukurydza konserwowa, przeciążone spławiki stoją wytrokowane jak świece, czekam na pierwsze branie. Po około godzinie jeden ze
spławików lekko wynurzył się z wody, po czym zakołysał się w lewo i w prawo i ponownie wynurzył się do góry, uznałem to za wystarczające aby zaciąć, poczułem ,że na zestawie jest coś, może nie wielkiego, ale coś co można uznać za „kawałek ryby” jeden odjazd w trzciny i z trudem na delikatnym kiju mogę rybę przytrzymać przed wtargnięciem w trzcinowisko, po chwili ryba ponawia próbę ale i tym razem jestem czujny, po króciutkiej walce rybka słabnie i ostatecznie, wyślizgiem ląduje na brzegu, okazuje się, że to całkiem ładnych rozmiarów karaś, taki oto.

. Na kolejne branie przyszło mi czekać też około godziny, musiało się wszystko uspokoić po karasiu, który tak wiele narobił zamieszania w łowisku. Tym razem branie było bardziej stanowcze, odszedłem na kilka metrów od wędek, ale nie spuszczałem spławików z oka, w pewnej chwili zauważyłem jak jeden ze spławików znika nagle pod wodą, niby nie daleko a jednak za późno dobiegłem aby rybę w tempo zaciąć. Nowe ziarnko na hak, kilka ziaren do wody i czekam. Mija kolejne pół godziny, widzę jak jeden spławik wyraźnie, choć bardzo wolno idzie na dno, daję rybie jeszcze ułamek sekundy czasu i zacinam nie za mocno, ale na tyle mocno, że odzywa się terkot hamulca, tym razem ryba wyrywa na środek nie wielkiej zatoczki i po chwili słabnie, z oporami, ale systematycznie podprowadzam ją w pobliże tak aby podebrać ją ręką, jest to również karaś tylko ciut większy od poprzednika,

gęba sama się uśmiecha, nie może być inaczej, dwa piękne karasie, podczas gdy w pobliżu i na pomostach panuje cisza, większość wędkarzy już zaczęło się zwijać.
Kolejne dwa dni upływają bez kontaktu z rybą, za to w czwartek łowię z łódki na blaszkę trzy sumiki i to jest wszystko tego dnia, w piątek zapraszam szwagra na łódkę i we dwóch biczujemy wodę po wschodniej stronie jeziora, ale ryby jakby się umówiły, że nie będą nam brać, do godziny 11 nie mamy nawet kontaktu, umawiamy się na po południe.
Pogoda jakby się trochę poprawiła i od czasu do czasu zza ciemnych chmur wygląda słońce, wiatr też zmienił kierunek, teraz wieje od zachodu. Na wodzie oprócz nas są jeszcze dwie „łajby” zamierzamy tym razem więcej czasu poświęcić północnej stronie jeziora. Docieramy
na wybrany odcinek, szwagier swoim zwyczajem, najpierw zapala papierosa, a ja ponieważ rzuciłem palenie ostentacyjnie wyjmuję gumę Orbit, zamiast papierosa. No to w imię ducha wody zaczynamy. Szwagier, oczywiście zaczyna wiróweczką, oczywiście czerwona zebra
nr 4, ja standardowo najpierw na gumę, poprzez woblery różnej maści, aż do blach. W drugim, lub w trzecim rzucie szwagier ma pobicie, zacina i po krótkiej walce w łódce melduje się szczupak 57cm, podbieram go w podbierak pełen radości, no wreszcie !

Mam nadzieję, że zła passa już minęła, ale to były tylko nadzieje. Do wieczora już nic się nie wydarzyło, no poza tym, że w końcu i ja miałem szczupaka na wędce, ale po kilku ruchach korbką poczułem tylko luz na zestawie, ale i tak byłem szczęśliwy, że coś się wreszcie działo. Sobota rano, wypływam o świcie, a raczej o szarówce, na wodzie już są trzy łódki, szybko płynę bliżej środka jeziora, bo na wczorajszych miejscówkach już stoją łodzie, nie ma co zagęszczać i tak gęstej atmosfery. Docieram stosunkowo szybko na wiosłach, (kurczę ile ja razy obiecywałem sobie, że wreszcie kupię żelowy akumulator, silnik jest) ciężarek do wody „i po niego”, jak mawia mój znajomy. Biczuję wodę czym się da, cały arsenał jaki posiadam przetestowałem, nawet otrzymane kiedyś w prezencie „star – bajty” jak je nazywam, ale bez rezultatu. Dzwoni małżonka z pytaniem kiedy wracam, bo chciała wiedzieć kiedy robić mi śniadanie, odpowiadam, że już wracam, bo nic się nie dzieje. W tym momencie widzę wyraźnie spore zamieszanie na wodzie, drobnica umyka co sił w płetwach, rzut w tę stronę, czekam aż blacha opadnie i zwijam, powoli metr po metrze i nic, rzut ciut w prawo i trochę mocniej, czekam, zwijam jak maszyna, nagle ostre szarpnięcie, budzi moje zmysły, no, wreszcie, tylko nie próbuj się wypiąć, myślę zwijając żyłkę. Większość szczupaków, które złowiłem w momencie kiedy były już na powierzchni wody, na widok kładzionego na wodę podbieraka, albo wykonywał tanieć na ogonie, albo robił potężny odjazd, najczęściej w okolice linki kotwicznej, a ten nic, podniosłem go z dna, zakręcił tylko małego bączka i już spokojnie czekał na to co się musiało zdarzyć. Podebrałem rybę w podbierak i już w łódce
zobaczyłem, że blacha utkwiła mu w samej gardzieli, co musiało odebrać mu ochotę do walki, myślę, że z bólu. Jak najdelikatniej wypiąłem rybę, szybkie foto i wracaj tam skąd przyszłaś.

To była ostatnia ryba jaką złowiłem w tym tygodniu pełnym samych dobrych chwil spędzonych tylko i wyłącznie na wędkowaniu i grzybobraniu. Rzadko się zdarzało ostatnimi czasy, abym tak właśnie spędził urlop, bo jak to w życiu, zawsze jest coś do zrobienia, coś co
zdaniem żony nie może poczekać, choćby do jutra. Tak więc po raz pierwszy odkąd mam tą działkę, nie musiałem nic, ale to nic robić, jedynym zajęciem było planowanie dnia następnego. Pobyt uznaję za udany, w sumie złowiłem pięć ryb, jak na tydzień pobytu to średnia wypada całkiem, całkiem. A pojezierze o tej porze roku jest piękne, nawet gdy pada deszcz – Polesia Czar.


Pozdrawiam waldi-54.

waldi-54

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (8)

Bizonik, 2013-09-27 20:52:01
Pięknie opisana wyprawa, super rybki okraszone grzybkami i urokami pojezierza. Oby więcej taki wypraw.
gtsphinx, 2013-09-27 21:43:56
Wspaniały klimat i miejsca :okok:
anguiler, 2013-09-28 12:50:05
Wspaniałe miejsca, przeżycia i ryby. Relacja też super, brawo :oklasky:
Wozik77, 2013-09-28 21:45:45
Gratulacje Waldziu udanego urlopu :oklasky::oklasky: Zadowolenie Twoje jak najbardziej o tym świadczy i o to przecież chodzi. Fakt - pogoda jak to pogoda, choć właściwie taka jak była ostatnio ( mokro i dość wietrznie) pokrzyżowała nieco moją wędkarską aktywność podczas mazurskiego pobytu. Życzę szybkiego pobicia świeżego jeszcze sandaczowego rekordu :okok:
Paweł, 2013-09-30 09:43:02
No i o to w tym wszystkim chodzi! Wspaniały odpoczynek, z dala od wszystkich trosk i problemów! Akumulatory znowu naładowane na maxa:hura: Fajnie tak sobie połowić w ciszy i spokoju:hura: Rybek pewnie i mogłoby być więcej, ale cóż, takie wody mamy...:bezradny: Waldi, świetnie nam pokazałeś Polesia czar:oklasky::hura::hejka:
andrew, 2013-10-07 13:37:41
Nigdzie nie ma takiego relaksu jak na Polesiu, no moze jeszcze nad Bugiem. Dobrze napisane Waldek. My czekamy jak zrobi sie chlodno no i przybedzie troche wody na zbiorniki bo poki co wody jest malo, jeszcze ciepla no i drapieznik dopiero sie rozkreca
waldi-54, 2013-10-07 15:41:58
To prawda Andrzejku, Polesie tak jak całe Podlasie i Podole ma taki sam klimat co Mazowsze i Mazury, to jedna trzecia całego kraju, a Bug to też i Podole i Podlasie, czyli super klimat i wiem co mówię, bo nie raz nie dwa, miałem przyjemność wędkować na tej rzece. Dziękuję wszystkim za dobre słowo.:okok: Przypomniały mi się dobre czasy SD gdy podobnych artykułów ukazywało się sporo "i komu to Panie przeszkadzało" :bezradny: więc postanowiłem coś napisać, mam nadzieję, że nie będę wyjątkiem.:cwaniak: Jeszcze raz wielkie dzięki Panowie i pozdrawiam waldi-54:papa2:
Kaz, 2013-10-13 14:58:13
Tak , tak potwierdzam .Ja tam byłem ale wina nie piłem pozatym wszystko prawda.Waldziu brawo fajnaco napisane .:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: