Początki mojego jerkowania

rybakaw 2014-09-17 Metody i triki

...
Od momentu kiedy zacząłem swoją przygodę ze spinningiem śmieszyły mnie obrazki wędkarzy, pochodzących zwykle z anglojęzycznych krajów, łowiących ryby za pomocą jak dla mnie dziwnie krótkich wędek uzbrojonych w multiplikatory. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że kiedyś i ja sięgnę po tą metodę dostrzegając jej niesamowite mozliwości.

Początki mojego jerkowania"


Od momentu kiedy zacząłem swoją przygodę ze spinningiem śmieszyły mnie obrazki wędkarzy, pochodzących zwykle z anglojęzycznych krajów, łowiących ryby za pomocą jak dla mnie dziwnie krótkich wędek uzbrojonych w multiplikatory. „Jak się tym zarzuca?” zadawałem sobie pytanie. „Przecież to okropnie toporna i wręcz chamska metoda. Rzucasz, ściągasz, masz branie i bez dawania ani milimetra luzu rybie ściągasz ją do łodzi. Nieeee… to nie dla mnie.. Nigdy nie spróbuję tej topornej metody…” – powtarzałem sobie przez długie lata.„Chyba można na to łowić tylko te głupie amerykańskie bassy”. Jednak jak to w życiu bywa wszystko się zmienia. Dni mijały a moje poglądy na wędkowanie ulegały przemianom. Przyszedł czas na stopniowe doskonalenie sztuki wędkarskiej. Najpierw było zaszczepienie bakcyla startów w zawodach wędkarskich. Potem lata szlifowania metody spławikowej, bat, tyczka a następnie metoda spinningowa. Wreszcie przyszła chwila na dokonanie ciężkiego wyboru. Czasu na wędkowanie jest coraz mniej i na dodatek doszły liczne obowiązki w pracy i przede wszystkim w kole wędkarskim Polskiego Związku Wędkarskiego. Należało zadać sobie pytanie „Co dalej?”. Wybór był tylko jeden. Odstawiam w kąt tyczkę, baty i inne wędki spławikowe. Oddaję swój wędkarski żywot jedynej słusznej metodzie. PRZYSZEDŁ CZAS WYŁĄCZNIE NA SPINNIG!

Nadeszły lata uganiania się za grążelowymi szczupakami, zalewowymi sandaczami i okoniami kuszonymi za pomocą bocznego troka. Mijały miesiące i lata. Były wzloty i upadki. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że czas castingu był coraz bliższy. Wreszcie w połowie 2013 roku okazyjnie udało mi się zakupić wędkę Dragona typu jerk wraz z multiplikatorem Daiwa Viento. Pierwsze wrażenie: „Hmmmm….. Ten zestaw jest zupełnie inny niż mi się wydawało. Kij dobrze leży w ręku, multiplikator również.” Potem drobne zdziwienie: pierwsze rzuty nie powodują plątania plecionki przed czym przestrzegali użytkownicy tej metody na licznych forach wędkarskich. No i to czucie przynęty. Każdy ruch woblera czy wahadłówki czuję aż w ramieniu.

Pierwsze kroki


Na początku 2014 roku przyszedł czas na lekką korektę polegającą na wymianie dotychczasowego kija na zdecydowanie sztywniejszy i krótszy. Nareszcie byłem przygotowany na podbój wędkarstwa castingowego. Mój zestaw w postaci kija Dragon Guide Select Skinner oraz multiplikatora Daiwa Viento wraz z plecionką Power Pro 0,30 mm był gotowy do boju. Pierwsze nieśmiałe kroki (nie licząc kilkunastu rzutów wykonanych w kilku wypadach w 2013 roku) stawiałem na łódce wypożyczonej na Jeziorze Czerniakowskim. Nie było idealnie. Ogromny upał i popłudniowe godziny nie były tym co tygrysy lubią najbardziej. Było jednak coś jeszcze: TA METODA PO PROSTU MI SIĘ SPODOBAŁA! Okazało się, że o dziwo wcale nie jest tak toporna jak mi się wydawało. Być może ciężkie, 10 cm Slidery lądowały w wodzie z dużym pluskiem. Może po wykonaniu kilkuset rzutów bolał nadgarstek. Może każdemu z rzutów towarzyszył głośny zgrzyt obracającej się dużą prędkością szpuli. Ale było coś jeszcze: widok majestatycznie sunącego wśród grążeli woblera był po prostu niesamowity. Dodatkowo fantastyczna była możliwość obławiania mocno zarośniętych fragmentów jeziora, gdzie nad ogromnym dywanem roślinności pozostawało zaledwie 30… no może 40 cm wody. „To musi przynieść prędzej czy później wyniki” – myślałem.

Czas wielkiej próby


Wreszcie przyszedł czas kiedy mogłem w 100% sprawdzić siłę zestawu castingowego. Wraz z bratem mieliśmy okazję wybrać się nad Szwedzkie wody. Wybór padł na jezioro Mällängen w środkowej części Skandynawi. Wodę tą mieliśmy okazję poznać już rok wcześniej. Niestety jeden dzień wędkowania i kiepskie przygotowanie sprzętowe doprowadziło do tego, że wyniki pozostawiały dużo do życzenia. W tym roku mieliśmy okazję zrewanżować się wielkiemu Mällängen.
Nad brzegiem wielkiego Mällängen


Jezioro to jest typowe jak na warunki szwedzkie. Bardzo urozmaicone dno. Głębiny ponad 20 m sąsiadują z 0,5 metrowymi zatokami porośniętymi grążelami i inną roślinnością wodną. No i te głazy, którymi upstrzone były brzegi i dno jeziora. To wszystko uzupełniało ten nieziemski krajobraz. W tak urozmaiconym łowisku rzadko zdarza mi się łowić.
Gdzie patyki tam wyniki. Przydało by sie jeszcze kilka grążeli.


Przyjęliśmy taktykę, że powoli będziemy obławiać kolejne części ogromnego jeziora. Każdego dnia będziemy kierować się w coraz to nowe partie łowiska. Pierwsze dni były ciężkie ale w efekcie owocne. Pół dnia poznawania wody wreszcie dało efekt w postaci kilku pięknych szczupaków w tym mojego PB – pięknej 88 cmszczupaczej mamuśki. Wielkość jeszcze na pewno do pobicia ale ten atak pod samą burtą łodzi i wystrzałowy hol jest tym czego chyba nie zapomnę do końca życia.Po prostu poezja!
Grążelowa mamuśka

Pierwsze dni łowów to klasyczny spinning z użyciem kołowrotka Red Arc 725 o stałej szpuli i spinningu Guide Select Boxer o długości 2,7 m i c.w. 15-28 g. Wyniki dobre ale to co mnie najbardziej zaskoczyło w czasie tego wyjazdu miało dopiero nadejść. Drugiego lub trzeciego dnia pobytu trafiliśmy na sporą płytką zatokę wśród torfowisk i bagien. Brzegi porośnięte po horyzont rachitycznymi sosnami. Mnóstwo suchych badyli i liczne kępy wrzosów i traw. W wodzie sceneria równie niesamowita. Zatoka mająca około 50 metrów szerokości, tyle samo długości i woda sięgająca najwyżej do pasa. Dno pokryte kawałkami drewna i liczne grążele „śmierdziały” szczupakiem na kilometr. Dwa rzuty skutecznym dotychczas bezsterowym woblerem typu rattlin i efekt w postaci pukli gnijącego zielska na kotwiczkach upewniły mnie, że to nie jest metoda na tą miejscówkę. Rozejrzałem się po łódce. Mój wzrok padł na zestaw castingowy oparty o obie burty w poprzek łodzi. Chwyciłem mojego Skinnera z 7 centymetrowym woblerem Dorado Drunk uczepionym do grubego przyponu fluorocarbonowego. Wybrałem najwyżej 0,5 metrowej szerokości ścieżkę wśród grążeli i wykonałem rzut. Żółto-brązowy wobler śmignął w powietrzu i z głośnym pluskiem upadł na wodę w samym środku ścieżki wśród grążeli. Wokół niego powoli rozpłynęły się drobne fale a ja wolnymi szarpnięciami zacząłem prowadzić przynętę w kierunku łodzi. Raz, dwa, trzy spokojne szarpnięcia. Woblerek beztrosko zaczął pokazywać to lewy to prawy bok. Nagle kątem oka zobaczyłem ciemny kształt, który wyskoczył spod liścia z prawej strony przynęty, stanął na ułamek sekundy i nagle poczułem pulsujący ciężar na kiju. Na wodzie pojawiły się fale a ja straciłem z oczu mojego woblerka. Dalej wszystko potoczyło się jak na zwolniony filmie. Głośny plusk w miejscu gdzie przed ułamkiem sekundy była moja przynęta, zacięcie i mój okrzyk „JEEEEST!!!!”. W tym samym momencie z boku słyszę taki sam okrzyk mojego brata łowiącego na Slidera Salmo. Staje się jasne, że mamy podwójny hol. Może te szczupaki nie były duże. Raptem 55 no może 60 cm. Ale dały nam mnóstwo radości i oczywiście majestatycznie wróciły do wody. To było coś czego nie zapomina się nigdy. Tak zaczęła się moja przygoda z jerkowaniem. W czasie kolejnych dni pływaliśmy po wielkim Mällängen. Wyszukiwaliśmy płytkich grążelowisk i łowiliśmy kolejne piękne szczupaki. Praktycznie każda miejscówka obdarzała nas kilkom zębatymi drapieżnikami. Wiele brań było totalnie zaskakujących. Miałem wrażenie, że szczupaki są wszędzie. Często atakowały przynętę zaraz po opadnięciu na powierzchnię lub tuż przed jej wyjęciem z wody. Od tego momentu każda miejscówka o głębokości do 1,5 m i porośnięta roślinnością, zwłaszcza luźno rosnącymi grążelami, od razu kojarzy mi się z jerkowaniem.
Ufff...Udało się....


Czego się nauczyłem


Jakie doświadczenia zebrałem wciągu tych dni wędkowania na Jerki nad pięknym jeziorem Mällängen? Oto one. Po pierwsze nie należy bać się ciężkiego sprzętu. Wędka do jerkowania powinna być krótka i sztywna. Te cechy w połączeniu z mocną plecionką gwarantują pewność i w efekcie użyteczność tej metody. Łowimy w trudnych miejscach, często omijanych przez większość spinningistów. Ale w tym tkwi klucz do sukcesu! Okazuje się, że niewielki prześwit między roślinnością, krótka nawet 2 lub 1,5 metrowa, wąska ścieżka między grążelami może obdarzyć nas piękną rybą. Nie bójmy się nawet sytuacji, które zgodnie z zasadami rozsądku muszą skończyć się zaczepieniem o roślinność. Przez cały czas kiedy przynęta jest w wodzie możemy spodziewać się brania. Zdarzały mi się one zarówno zaraz po upadnięciu woblera do wody jak i ułamek sekundy przed tym jak miał ugrzęznąć w gęstych roślinach.
Dubelek z grążeli

To właśnie mocny sprzęt gwarantuje nam możliwość wyjęcia przynęty z roślinności. Dodatkowo ryby zaraz po zacięciu od razu w panice wbijają się w największy gąszcz roślin. Tylko mocna plecionka i sztywny kij w połączeniu ze spokojnym holem pozwolą nam na sukces. Co mnie zaskoczyło w tej metodzie? Obok jej niesamowitej skuteczności jeden element. Hamulec w wielu modelach multiplikatorów nie terkocze. Może to błahostka. DROBIAZG…. Wydaje mi się jednak, że ten element doprowadził do tego, że początkowo uznałem tą metodę za strasznie toporną. Wydawało mi się, że ryba nie może tutaj wybierać linki z kołowrotka i w efekcie jest chamsko ściągana do łódki. Dzisiaj wiem, że tylko mi się wydawało.

Reasumując, co mogę podpowiedzieć przyszłym castingowcom? Nie bójcie się tej metody. Wśród roślinności, nawet tej rosnącej na 0,5 - 1,0 metrowej głębokości możemy spodziewać się okazałych ryb. To są miejsca, które zwykle są omijane przez większość wędkarzy. Jednym słowem nie są one przełowione. A zaczepy? Nie są takie straszne jeżeli dobrze się na nie przygotujemy. Mocny sprzęt nie jest tutaj oznaką mięsiarstwa ale gwarancją sukcesu wędkarza i oczywiście powrotu nie wymęczonej ryby do wody.
Płyń i rośnij. Może kiedyś znowu się spotkamy.

Jedno co należy dobrze wytrenować przed wzięciem kija castingowego do ręki to technika. Musimy opanować trafianie przynętą w wybrany punkt wręcz do perfekcji. Kuriozalnie bez techniki nie mamy czego szukać w jerkowaniu. Jej brak będzie powodował ciągłe wrzucanie przynęty w roślinność, nie trafianie w wybrane oczka w roślinności i po prostu psucie miejscówek. Dobrym pomysłem jest tutaj prosty trening. Przed wędkowaniem dowiążcie do plecionki 25 g ciężarek i np. na trawniku przed domem poćwiczcie rzuty do celu. Raptem 30 minut lub maksymalnie godzina treningu da wam pojęcie o technice i tym jak skutecznie zarzucać przynętę w metodzie castingowej.

Tych kilka elementów w połączeniu w dobrymi polaroidami i obserwowaniem błyskającej w słońcu przynęty na pewno zapewni wam mnóstwo spektakularnych brań i ogromna frajdę z wędkowania. Tego wam życzę i powodzenia nad wodą. Oczywiście z kijem castingowym w ręku…….

Powodzenia!

rybakaw

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (3)

walkor, 2014-09-29 08:21:31
Ciekawy artykuł. Czyta się niemalże jakbym tam był :ROTFL:
bysior, 2014-09-29 09:06:37
Ja na jerki łowiłem raz z na wyprawie z Team-Rapą i to jeszcze na spinning normalny Mi daleko do tej metody ze względu na rzekę i moją specyfikę łowienia. Ale art świetny, super się czytało
przem, 2014-09-30 19:57:36
Fajny artykuł, miło się czyta. Szkoda że ostatnio tak ich mało na Shrapie...