Pilchowickie cesarskie Karpie Wilhelma II i toruńskie, wiślane Leszcze Hermana von Salza, czyli osobista migracja

dariusz-bereski 2012-01-18 Opowiadania

...

Doświadczenie - suma naszych klęsk


Ileż to razy pewni własnych umiejętności, przekonani o własnej sile, mądrości i wiedzy a posteriori, popełniamy karygodne błędy podczas holu Big Fish. uż na marginesie, przy okazji polecam! Świetny film! A jeszcze lepsza książka, autorstwa Daniela Wallace’a. Jakiż bezmiar eksperymentów, doświadczeń, odkryć topimy w ostatniej dekadzie niespełnionego sukcesu, mimo akceleracji, jak nam się przynajmniej wydaje naszej wędkarskiej tożsamości. Niby wszystko już wiemy, ale często w dziecinnie prosty sposób kończymy walkę, niczym Gołota z Lamonem Brewsterem leżąc na deskach trzy razy w ciągu 53 sekund.

Co poszło nie tak? Rozdygotani przywołujemy w pamięci ostatni etap pojedynku. Ryba zacięta w porę, sprzęt jak najbardziej w porządku, mocna świeżo przełożona plecionka, sprawny, wielołożyskowy kołowrotek, szczytowa akcja wędziska, świeżutka przynęta. Co więc się stało?

W błyskawicy chwili dochodzi nas retoryczne pytanie - Cóż zrobić ze zdarzeniem, które nie powinno mieć miejsca w czasie? Czy można je cofnąć, zmienić? Dlaczego nie możemy egzemplifikować danej chwili? Czyżby czas był za ciasny dla wszystkich zdarzeń? Zatroskani, a nawet wściekli odrzucamy wędzisko, niegodni sprawnego przeciwnika, ze smakiem sromotnej porażki. Rozdygotane serce uspokaja się dopiero po kilku minutach, a roztrzęsione ręce jeszcze na jakiś czas tracą swoją manualną sprawność. Tylko spokojnie, bez zbytecznej paniki, mówimy sami do siebie. Załatwimy to po cichu, we własnym zakresie działania, najlepiej bez przypadkowych świadków.

Z dużą rybą dużo niespodzianek


Jeśli została dobrze zacięta, a sprzęt, zwłaszcza żyłka ma wystarczającą średnicę należy solidnie zmęczyć rybę, nie pozwalając jej na zbyt swobodne odejścia. W żadnym wypadku nie powinniśmy tracić kontaktu z przeciwnikiem, a jest to możliwe przy dobrze ustawionym kołowrotku. Innymi słowy koncentracja i wyczucie to pierwszy warunek sukcesu. Tak trudno jest wtedy zapomnieć o emocjach, jeszcze trudniej wyprowadzić stan spokoju czy kalkulacji. Zdezorientowani wewnętrznie, drżąc w sprzecznych impulsach popełniamy błąd za błędem. Jeśli mamy za plecami kibiców, czy kibica, nie sugerujmy się podpowiedziami. To one właśnie bardzo często wprowadzają zamęt na łowisku, a my przestajemy być sobą. Przecież czasami łowimy wiele godzin, dni bez efektu, więc cieszmy się holem, nawet tym długim, zwłaszcza długim. Niech ulubiony, wymarzony ciężar pulsuje, a kołowrotek niechaj gra swoje melodie.

Nasza taktyka powinna domagać się laurowego wieńca


ale tylko wtedy, gdy walka sam na sam będzie naszym zwycięstwem. Przypomina mi się odległa historia, kiedy to na pilchowickim zbiorniku retencyjnym, w dawnym województwie jeleniogórskim zmagałem się z olbrzymim amurem. Poniosłem wówczas porażkę, ale walka trwała równe pięćdziesiąt minut. Ten niespełniony cień Wiktorii czy Glorii Victis starczył na wiele lat, uzupełnił marzenia, zapewnił wspomnienia aż do kolejnego wielkiego sukcesu i następnej porażki. Przecież sam Ernest Hemingway, a wiedział sporo o wędkowaniu, zredagował słynną do dzisiaj myśl - "Człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać." Więc skoro był wędkarzem...

Osiemdziesiąt procent tego, czego się obawiamy, nigdy się nie wydarzy. Na dziesięć procent tego, co się wydarzy, nie będziemy mieli żadnego wpływu. Z pozostałą częścią większość z nas potrafi sobie znakomicie poradzić



To był maj, pamiętam silny podmuch wiatru, słońce ukryte za ciężkimi cumulusami, spływające z nieba granatem. Natura zwiastowała deszcz, a deszcz prowokował moją niechęć do kolejnej wyprawy. Zacinający prosto w twarz, spływający za kołnierz wędkarskiej kurtki, lepiący żyłkę do ociekającego kroplami wędziska. I ta bezgraniczna, wszechobecna wilgoć, wdzierająca się do plecaka, przynęt, do przykrytej na prędce zanęty. Wilgoć z natury swojej powoduje inercję, bezwładność czy bierność, spadek dobrego samopoczucia, niechęć do twórczego działania. Wilgoć jest jak przedłużająca się w nieskończoność gorączka chorego, jak powolna agonia. Tak ją postrzegam i tak odczuwam. Ale zawsze wierzę, że tak jak po burzy jest pogoda, tak po przenikliwej wilgotności nadchodzi z pierwszym porannym promieniem słońca odrobina wytchnienia. Z pomocą wiatru zaczynamy parować, a mgiełka, która się nad nami unosi, powoli rozprasza się, niknąc gdzieś za horyzontem, zamieniając się w słoneczny bezdech.

Przedzierałem się z ciężkim ekwipunkiem na plecach, dysząc i posapując, bo samochód pozostawiłem dwa kilometry wcześniej, na jedynym wówczas dostępnym parkingu. Piszę dumnie samochód, a był to wówczas Mały Fiat 600 rocznik 77, wersja włoska, ta lepsza (miał wtedy, bagatela prawie 18 lat i jeszcze jeździł), szczyt luksusu i komfortu, zwłaszcza dla wędkarza. Sukcesem było dojechać i wrócić bez awarii.

Jezioro Pilchowickie

to jedno z najpiękniejszych pod względem krajobrazowym miejsc w naszym kraju. Piękno i zjawiskowość tego niepowtarzalnego zbiornika zaporowego doceniałem przez lata. Dość napisać, że w pobliskiej Jeleniej Górze spędziłem dziesięć lat dorosłego życia a zbiornik retencyjny był najczęstszą odskocznią od mojego teatralnego exodusu. Wtajemniczeni doskonale wiedzieli, że gdy nie ma mnie w teatrze na próbach, czy przedstawianych inscenizacjach, to jedyna szansa na bezpośredni, a priori kontakt ze mną, to odszukanie mnie gdzieś nad pobliską wodą. Jako osoba publiczna odczuwałem radość i satysfakcję z tego, że w okolicy teatru większość nie utożsamiała mnie z wędkarstwem, a w pobliżu wody wiedza na temat mojego aktorstwa była całkowicie zbędna i nikt nigdy nie pokusił się o dialog w tym kierunku. Bardzo odpowiadała mi ta dwoistość, ale absolutnie szczera, nie skrywana pod żadną maską czy teatralnym kostiumem.

Jezioro Pilchowickie to zbiornik zaporowy, położony w końcowej części górnego biegu Bobru, pomiędzy Jelenią Górą a Wleniem. To zbiornik stosunkowo stary, już dalece zakorzeniony w wędkarskiej świadomości, o całkowicie zneutralizowanym korycie, charakteryzujący się wyraźnym, naturalnym podziałem na trzy sporych rozmiarów zatoki. Mianowicie płytka Zatoka Wrzeszczyńska, głębsza Pilchowicka oraz biorąca swoje imię od najbliższej miejscowości- Zatoka Siedlęcińska. Posługując się jeszcze przez moment branżowym językiem, perspektywa i kadr tych rozległych obszarów mógłby posłużyć niejednokrotnie jako autonomiczny i rodzimy plener filmowy imitujący np. fińskie fiordy, bo małych zatoczek, położonych wśród skalistych i stromych brzegów jest ci tu dostatek. Ale i krajobraz, a za nim linia brzegowa oraz ukształtowanie dna zmienia się wraz z każdą kolejną wielką zatoką. Można się oczywiście domyślać, że mnogość i wielość gatunków ryb jest tutaj bardzo okazała. Przy tym osiągają one spore rozmiary, ze względu na rozległość i obszar opisywanych terenów.

Szczególną presją wędkarską cieszy się Zatoka Wrzeszczyńska, stosunkowo płytka, zamieszkana przez rekordowe karpie i amury. Tam kierowałem się swoim wewnętrznym kompasem, który określał mi azymut wyprawy. No, cóż, wrócę teraz do porażki i tego długiego zmagania się z ogromnym amurem. Pamiętam, że było to 12 maja, termin utrwalił mi się na zawsze w pamięci.

Motyl tak długo ucieka przed nami w ogrodzie, jak długo go gonimy. Jeśli zatrzymamy się i poczekamy, jest szansa, że wkrótce usiądzie nam na ramieniu



Skulony przysiadłem na wędkarskim krzesełku, zarzuciłem zestawy karpiowe, wtuliłem się w moje wędkarskie odzienie, bo mimo maja temperatura wskazywała około 11 stopni Celsjusza, przy czym zacinał deszcz i wiał porywisty, gwałtowny wiatr. Uwikłane w czarnych gałęziach, splątanych konarach pojedynczych drzew, duszne granatowo- szare niebo zdawało się leżeć mi na karku. Bezforemne, przygniatające linie ciężkich chmur wieściły wciąż nastający z każdą minutą jeszcze mocniejszy opad, grubego, nasączonego zapachem melancholii wiosennego deszczu. Na tle ołowianych i ciemno- burych skłębień świeciła jedynie myśl o tym jedynym, ale wyjątkowym braniu.

Trzeba pogodzić się z tym, że chociaż to my sadzimy roślinę, to kto inny ją zerwie, znacznie, znacznie później



Wyludniało nad zatoką, a wędkarska brać czekała na lepszą aurę. Milczała wędka i wskaźnik brań, sprzęt reagował na coraz to większe podmuchy wilgotnego wiatru. Na haczyku bardzo klasyczna przynęta, której sposób mocowania podpatrzyłem u miejscowych amatorów długoterminowych zasiadek. Zwykła bułka kawiarka obrana z miąższu a skórka złożona w tak zwaną kopertę. Taką skórkę nadziewa się na hak a następnie okleja miąższem. I to wszystko. Kiedy namoknie wierzchnia okleina bułki rozpada się, zamieniając całość w drobiny smużącej, koniecznej w toni zanęty, a na haku pozostaje serce przynęty, niezawodnie mocno tkwiące na grocie haczyka. Jak dla mnie to zbyt proste, pozbawione finezji i zdecydowanie za duże, ale wskazówki miejscowych łowców były jednoznaczne i nie poddawały się żadnym dyskusjom. Moja wiara w skuteczność takiej przynęty była adekwatna do tej, że karpie i amury tak rozsmakowały się w tutejszym pieczywie, że od czasu do czasu samodzielnie odwiedzały miejscową piekarnię. Dobrze, dobrze, koniec żartów, spróbuję i ja...

Teraz byłem zupełnie sam nad wodą i bez wiary w jakiekolwiek powodzenie oddałem się samotnej kontemplacji. Ponieważ jest to zbiornik retencyjny, woda jest w nim ruchoma i potrafi nas spotkać tu nie lada niespodzianka. Zdarza się, że miejsce w którym łowimy następnego dnia jest całkowicie pod wodą, ba czasem drogę, położoną sto metrów dalej również pochłania przybór wody i staje się wówczas ścieżynką nie dla nas, ale dla wędrujących karpi czy amurów. Działa to również w przeciwną stronę. Czasem zbiornik odsłania swoje dno a linia brzegowa przesuwa się nawet o kilkadziesiąt metrów. Wówczas to my wędrujemy po miejscach żeru białorybu. Rozmyślam o zalanych wioskach i ruinach dawnych domostw, spowitych glonami i gęstym rogatkiem, które spoczywają na dnie jeziora. Szczegółowe informacje otrzymałem od wnuków autochtonów, którzy pamiętają moment zalewania okolicznych terenów i czas tworzenia zbiornika. Niebywałe. Kiedyś mieszkali tu ludzie, gdzie dziś na dnie spoczywa moja nasiąknięta bułka, być może u progu bramy podwodnego domostwa, a ja oczekuję obecnych gospodarzy...

Zbiornik jest mekką jeleniogórskich wędkarzy, turystycznym miejscem wypoczynku, dla spragnionych odrobiny natury i romantycznych doznań. Retencja, czyli działanie przeciwpowodziowe oraz produkcja energii elektrycznej to dwa znamienne cele, które stanowiły ideę fix, myśl przewodnią dla decydentów, kiedy to na początku lat dwudziestych XX wieku przegrodzili rzekę Bóbr. Pięćdziesiąt milionów metrów sześciennych pluska u moich stóp, a ja robaczek modlę się o jedno jedyne branie. Litania zdaje się nie ma końca. Przeglądając materiały sprzed lat dostępne w internecie o Zbiorniku Pilchowickim odnajduję i subtelną wzmiankę o sobie. Więc nie chcąc się powtarzać, wszystkich zainteresowanych, po lekturze moich zapisków odsyłam na oficjalną stronę gminy Jeżów Sudecki, woj. Dolnośląskie, powiat Jeleniogórski, do fragmentu - Klasyczne techniki.

Zdaję sobie sprawę, że powinienem teraz umieścić piękne fotografie pilchowickiej zapory, czy fotograficzne kalendarium siedlęcińskich łowisk, ale przyznaję, nie posiadam takowych w prywatnych zbiorach, bo przypominam opisuję zdarzenia sprzed kilkunastu laty, kiedy to wędrówkom moim nie zawsze towarzyszył aparat. Wybaczcie mi. Miast tego, przedzielę swoje myśli innym, inspirującym widoczkiem.

16 listopada 1912 r. nastąpiło oficjalne otwarcie zapory przez cesarza Wilhelma II, ostatniego niemieckiego cesarza i króla Prus, przedstawiciela dynastii Hohenzollernów. Na starych historiach wyrosły przez lata różnorakie, nadwodne rośliny. Kolejna wiosna zazieleniła się w zapomnieniu, kwitły wciąż rozrastające się drzewa, których korzenie zagłębiały się w starych dziejach. Chwilę potem w zbiorniku pojawiły się amury i karpie. To, co zamierzam łowić, to potomkowie tych hohenzollernowskich zarybień, a więc królewskie pełnołuskie karpie, dumne golce i przebiegłe sazany z błękitną krwią. Czuję, że moja wyobraźnia jest dziś niespokojna i nie wiem do jakich wniosków dojdę kończąc artykuł, więc decyduję się odłożyć pisanie i przy zdrowym rozsądku, czy osądzie, świeżym spojrzeniu wyspanych oczu, zmuszony będę poszperać w pamięci przywołując obrazy sprzed lat.

Granica pomiędzy wyborem a przypadkiem jest jak nić, na której wisi cud istnienia


Uciekłem daleko od tego ogromnego amura, kiedy przeczytałem, wszystko to, co chciałem wam przekazać. Ale mimo upływu lat, wciąż delektuję się tamtą chwilą. Pragnę więc skończyć historię wyraźnie i szczerze. Kiedy tak rozmyślałem, siedząc na zydelku, podrzemując odrobinę, z letargu wyrwał mnie stanowczy, męski głos
- I co tam, bierze dziś? - Drgnąłem, zaskoczony czyjąś obecnością. Miejscowy wędkarz, bo spotykałem go często nad zatoką, oparł swój wysłużony rower o lekko wznoszący się w północnym kierunku stok, pokryty łęgami topolowo-wierzbowymi, dziś przemoknięty chłodnym deszczem i nasączony przebarwioną, rozpuszczoną błotnistą gliną.
- Cisza. Żadnego brania - Wędkarz powoli, z namaszczeniem wyciągał swój przemoknięty sprzęt.
- Wytrwałość przynosi pomyślny los - rzucił mimochodem, po czym zajął się moszczeniem siedziska, rozkładaniem wędek, podpórek i ugniataniem przygotowanej jeszcze w pobliskim Siedlęcinie zanęty. Zanurzył się w swój świat niedostępny, swoją potrzebę samotności, swoją szkołę odosobnienia. Poszedłem i ja w jego ślady, smakując reguły, budząc własną szkołę ciszy. Ustał deszcz, ale wilgoć wciąż królowała. Drzemałem w półśnie, tworząc iluzję ciepła i słonecznej aury, nie wiedząc, że pod naporem czyichś oczu moją samotność wystawiono na próbę. Wystarczy przecież zamknąć oczy w wiosennym słońcu, aby chłonąć je, fala za falą...

Wędzisko z impetem, w parabolicznym ruchu, zatrzymane wyłącznie przygotowaną wcześniej blokadą, gięło się do granic swoich możliwości, co raz to ponawiając nieskoordynowane odruchy jakiejś ponad fizycznej siły. Precyzyjnie wyregulowany kołowrotek zgrzytał resztkami sił, przecinając z dźwiękiem powietrze, dusił łożyskami pierwotną siłę ciążenia. Katapultowałem z siedziska, chwytając wędkę dwojgiem kończyn. Żyłka wysnuwała się z wilgotnej szpuli i jedyne, co łagodziło tarcie to krople potu, które opuściły mars czoła i spływały po wystającym kabłąku. Obejrzałem się za łowiącym w pobliżu wędkarzem. Byłem sam, żadnych świadków, a echo minionej rozmowy rozpłynęło się w czeluściach akwenu. Byle przetrwać ten czas krytyczny, tych parę pierwszych chwil i najsilniejszych odjazdów ryby. Klepsydra przesypywała piasek miarowo, a ja nieświadom upływającego czasu prowadziłem walkę (chyba bardziej z samym sobą). Czterdzieści minut, jak z bicza strzelił minęło lotem błyskawicy, ale obolała ręka nie poddawała się, przytrzymywała opór, bacząc na ciągłą regulację hamulca, na stałe napięcie i kontakt. Długie, niepohamowane ucieczki, stawały się krótsze, a przeszkód, zalegających w toni jako takich, walcząca o życie ryba nie napotykała.

Doprowadziłem puls do stabilności, a gorąc adrenaliny zacieplał już tylko moje ciało, przyzwyczajałem się do samotnego triumfu lidera, który oderwał się na dobre dwie mile od peletonu. Ryba osiadła na mieliźnie, kładąc się na swoim srebrnołuskim boku. Majestatyczna, dorodna, matka pilchowickich amurów, potomkini pierwszej historycznej dynastii Xia, aklimatyzowana również w naszych rodzimych wodach. Ogromna, z lekko pomarańczowym, nabrzmiałym podbrzuszem, ponad trzydziesto kilowa - Leuciscus idella, teraz leżała zaledwie kilka metrów ode mnie, niemal u stóp.

Popełniłem jeden, jedyny błąd, ale okazał się dla mnie zimnym prysznicem, nagłym rozstaniem z wymarzonym okazem, tak szybkim i niespodziewanym, jak wcześniej opisywane branie. Nie poluzowałem kołowrotka, pozostawiając lekki opór na szpuli, który był efektem ostatniego, długiego odejścia ryby. Ten opór zadecydował o wszystkim. Kiedy krok po kroku zbliżałem się do amura, brodząc w płytkiej wodzie, chcąc delikatnie go podebrać (podbierak w tym momencie okazał się całkowicie zbędny), ryba resztkami sił, ale zdecydowanie, jakby przeczuwając, że to jej ostatnia szansa podjęła walkę. Ze swojej bocznej, niewygodnej pozycji odnalazła równowagę i pion. Żyłka rwała się jak zjełczała nitka, po wielokroć skręcona i pozbawiona całkowicie swoich właściwości. Była już bezużyteczna a samica amura dochodziła swych sił już na wolności, odpływając od przykrego dla niej miejsca zdarzenia. Jeszcze na pożegnanie zobaczyłem mocno zielony grzbiet i charakterystyczne ciemno obramowane łuski, tworzące wzór siatki. Godzinę później witałem się z leszczem. Jakże chudy wydał się wówczas (4.90kg), a złoty medal zamienił się w tymbak z grawerką.

Piętnaście lat później, mierząc gregoriańskim kalendarzem stąpałem po toruńskiej ziemi, zakochując się bez pamięci w dolinie królowej Wisły, okolicy pradawnej bursztynowej drogi, pagórkowatym terenie wyrastającym od głębokiej niecki rzeki, w samym centrum zalesionej kotliny. Wisła napiera na zmysły od samego wjazdu do kopernikańskiego grodu aż po granice miasta. Wieczorem odbija w swym zwierciadle kontury zabytków, iluminowane światłem, zdaje się wydzielać woń szypru, dzieląc się unikalną kompozycją zapachową łączącą tawerniane zapachy ludzkie, drzewne, zwierzęce, ptasie, kwiatowe i rybie. Przepływające rzeczne jednostki, dodają kolorytu i smaku, a krzyk mew i rybitw niesiony echem rzeki, cień samotnego wędkarza i pojedyncza łódź rybacka czy głos barki afektują ukryte w podświadomości pragnienia.

Zamieszkałem Na Skarpie, malowniczym osiedlu, na obrzeżach sosen, u podnóża lasu, na dawnym karczu drzew i pradawnych łąk, na korzeniach wrzosowych borów, skąpym jałowcowym podszycie i ubogich piaskach wydmowych. Ta część miasta dosłownie wpiła się w szeroki drzewostan i stanowi dzisiaj przykład głębokiej ludzkiej ingerencji w świat przyrody. Dla niej to żadna korzyść, my mamy za to szansę widywać jelenie, sarny, kuny, dziki, daniele, lisy, borsuki i wiele innych zwierząt.

Wisła w Toruniu i okolicach


nie mówiąc o całym jej biegu, zasłużyła na niejedną epopeję wędkarską, a w zasadzie zapracował na to każdy jej odcinek. Można snuć opowieści o rzecznych potworach, wielkich sumach, gigantycznych sandaczach czy szczupakach, jaziach, leszczach, kleniach, brzanach, węgorzach i Bóg wie czym jeszcze. Każdy z moich wędkarskich przyjaciół ma swoją tajemniczą, ulubioną przypowieść, często z zaskakującym morałem, swoją w tajemnicy skrywaną, przed niepożądanymi gośćmi miejscówkę. Wielu moim wędkarskim towarzyszom Wisła złamała serce, nie zawsze z wzajemnością, dla wielu jest miejscem magicznym, mekką polskiego wędkarstwa, miejscem świętym, jedynym w swoim rodzaju, niektórym po trosze oddała część ich fascynacji czy miłości.

Wisła jest podręcznikiem wędkarskim, sprawdzianem naszych możliwości i umiejętności


Jest alfabetem, zdaniem, opowiadaniem, traktatem, powieścią. Może być sonetem, pieśnią i fraszką, odą, elegią czy hymnem. Wisła to również ballada, baśń, legenda i mit. To nowela pamiętnik, powieść, poemat czy satyra. To także dramat i komedia. Wisła jest wędkarskim przedszkolem ale i nadaje habilitacje naukowe, doktoranckie szlify czy profesorskie tytuły. Egzemplifikuje wszystko to czym jest nasza wędkarska choroba. Wisła ma rozmiary świata, a raczej jest światem.

Romantyczne wyobrażenia zbyt rzadko przeradzają się w czyn, ale zawsze znajdzie się ktoś kto powie - Skończ to co zacząłeś i wreszcie - każdy z nas ma władzę, gdy jest całkowicie przekonany o słuszności tego, co robi

Moim ulubionym wiślanym miejscem, któremu poświęcam sporo uwagi i czasu jest Grabowiec (powiat toruński, gmina Lubicz), położony w pobliżu mostu przez Wisłę, na trasie wciąż rozbudowującej się autostrady A1. Czasem dla urozmaicenia, ale i z dużą dozą przyjemności przejeżdżam mostem na drugą stronę Wisły, jadę około dwóch kilometrów w kierunku Ciechocinka, i wjeżdżam na ul. Wiślaną, która przemienia się w drogę p.pożarową, ciągnącą się wzdłuż malowniczych wylewów aż do rzecznej macierzy. Oba miejsca nie są żadną skrytą wędkarską tajemnicą, bo podlegają dość sporej presji pasjonatów. Ale zawsze jest nadzieja, na odkrycie wolnej główki i całodniową, samotną zasiadkę. I po jednej i po drugiej stronie Wisły zdarza się naprawdę wiele, to z kolei przyciąga jak ukryty magnes.

Moje wędkarskie trofea z każdym rokiem zasilają twardy dysk komputera, tworząc fotograficzną mozaikę, uporządkowanych zdjęć z rekordowymi okazami, wyholowanymi właśnie w rzeczonych miejscach. Wędkuję tu różnymi metodami gruntowymi, a wskaźnikiem brań jest zazwyczaj drgająca szczytówka. Czasem stosuję ciężką gruntową metodę, kiedy to przeczuwam spotkanie z (Silurus glanis). Bardzo często spinninguję, podchodząc na kolanach pod szczyt główki, niczym łowczy tropiący płochliwą zwierzynę. W ruch idą srebrzyste Rapale, o różnych odcieniach i cała paleta gumowych przynęt.

Ach ten balet boleni (Aspius aspius), ta nieustanna walka o terytorium podwodnych polowań, te opryskane i wieczne podmokłe kamienie usypanych główek, paniczny lęk spłoszonych uklei, ach to niezmierzone bogactwo kształtów, ruchów i zwinności fauny, i niedosięgła głębia flory. Metodą drgającej szczytówki pozyskuję kolejną, wyrośniętą, wciąż wędrującą certę (Vimba vimba), która dorasta do 50 cm, tutaj nie jest rzadkością, a ostatnie sezony pokazują, że trasa wędrówki tej anadromicznej ryby, przebiega w zasadzie przez moje zanęcone miejsce. A piękne essoxy i przerośnięte garbusy, których żołądki wypełnione są po granice możliwości młodym wylęgiem a czasami nawet rakami, których od lat już nie spotkałem na brzegach usypanych główek? A dorodne mętnookie, które prowokuję najczęściej gumową przynętą prowadzoną bardzo powoli tuż przy dnie opukując każdy sześcienny metr wody? Wreszcie (Abramis brama), który w Wiśle czuje się wyśmienicie a którego łowów mogą nam zazdrościć mieszkańcy północnej Skandynawii, czy obu Półwyspów - Apenińskiego i Iberyjskiego.

Leszcz - Abramis brama


Zatrzymam się na chwilę przy leszczu właśnie. Popularna to przecież ryba, ale jakże ciesząca każdego wędkarza. Łowiłem ją naprawdę w wielu miejscach, różnych wodach, nie zważając na atmosferyczne warunki,na trudno dostępne łowiska. Na pojezierzu brodnickim, na jeziorze Łąkorz przegrałem z domniemywanym rekordem Polski, ale największą częstotliwość poławianych okazów, z którymi miałem szansę zmierzyć się dała mi królowa wód. Leszcz lubi głęboką wodę, ale w Wiśle, bardzo często łowię go zdecydowanie płycej, kiedy to zwabiony komponentem zapachowym, jak po przysłowiowym sznurku wchodzi w zanętę i apetyt jego nie zna granic.

Ponieważ dobrze czuje się wśród swoich pobratymców i ma stadny charakter, zawsze możemy liczyć na przysłowiową powtórkę z rozrywki. Byle nie spłoszyć stada, zachować umiarkowaną ostrożność i w miarę względną ciszę podczas tego pierwszego holu (uchowaj Boże od głośnego chlapania ogonem i co gorsza od zerwania pierwszej sztuki). Bardzo szybko stracony, uciekający pierwszy leszcz odprowadzi skutecznie całe stado z łowiska i możemy wówczas zająć się np. mieszaniem zanęty, albo godzinnym podziwianiem krajobrazu. Każdego toruńskiego leszcza ochrzciłem pięknie brzmiącym imieniem - HERMAN.

Etymologia czy jak kto woli źródłosłów tego żartobliwego poczęcia ma swoją krótką historię a mocno odległą genezę. Historia nazwy jest krótka, bo ma około 10 lat, geneza sięga historycznych źródeł. To właśnie Herman von Salz - Wielki Mistrz Krzyżacki, na terenach ówczesnej ziemi chełmińskiej nadał prawa lokacyjne miastu (XIII w.) i od tego momentu Toruń stał się główną siedzibą Krzyżaków. Do dzisiejszych czasów przetrwała zapisana wiedza o krzyżackiej kuchni. Absolutnie bogata, w tym mocno rybna. Na talerzach obok jesiotrów, sandaczy i łososi znalazł się właśnie (Abramis brama) - leszcz. Jestem również głęboko przekonany, że Herman von Salz, ze swojej krzyżackiej wieżyczki tuż przy Mostowej Bramie, w okolicy dzisiejszego Filadelfijskiego Bulwaru oglądał spławiające się leszcze.

Dążymy do perfekcji


Łowi ten, kto nie tylko często przebywa na łowisku, ale i ten, który wciąż doskonali swoją wiedzę i poznaje nieustannie nowsze techniki. Nie wyciągajmy nauki ze zwycięstwa lecz z porażki, bo przecież każdy strzał w dziesiątkę jest wynikiem setki strzałów chybionych. Jakże trafnie powiedział poeta Stracone okazje nie trafiają do biura rzeczy znalezionych.

Z wędkarza przeobrażam się znów w aktora, bo przemówił mój niespokojny duch, konieczność czasu, przeobrażenie materii, bezwzględna dwoistość, o której wspominałem, dialektyka zdarzeń, która ujmuje rzeczywistość w aspekcie dynamicznym, zakładam maskę na czas jakiś i skrywam się w innym wymiarze. Ale tylko na czas jakiś. Wrócę szybciej niż myślicie.

Jestem wytrwały, a wytrwałość, jak już pisałem przynosi pomyślny los. Opowiem o tym następnym razem... Połamania języka w kolejnych opowiastkach! Skupionej lektury przy aromacie świeżo parzonej kawy. I tradycyjnie Połamania kija!

dariusz-bereski

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (14)

garbus, 2012-01-18 13:19:34
Witaj Darku widzę że wielu czyta i nikt nie odważył się napisać parę słów, z pewnością trawią, delektując się kwintesencją słowa pisanego. Choć nie ujmę tego co myślę, tak poetycko jak Ty, poszerzający nasze ubogie, codzienne słownictwo....ale jednak nie, miałem napisać lecz stwierdziłem że przeczytam jeszcze raz może dwa i wtedy odważę się i pokuszę się o parę słów a teraz tylko :oklasky: :okok:
waldi-54, 2012-01-18 13:42:43
Darku, jak widać jesteś nie tylko dobrym aktorem, wyśmienitym wędkarzem, ale też wspaniałym pisarzem. Cały artykuł przeczytałem z wielką ciekawością, bo każdy myślowy przerywnik wprowadzał mnie wręcz w niecierpliwość, co będzie się dalej działo a twoja znajomość historii jest dopełnieniem tego wspaniałego artykułu. Brawo, brawo i po stokroć brawo.:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Czekam na kolejną dawkę tych wspaniałych wrażeń.:okok: Pozdrawiam waldi-54:papa2:
, 2012-01-18 13:53:34
Dzięki Panowie!!!W tej zimowej aurze/niezbyt często na rybach/ można tylko pomarzyć, powspominać i czasem coś napisać. Moją sporą bolączką są zdjęcia!!!W zasadzie jestem przygotowany na zakup profesjonalnego aparatu, ale potrzebny jest też CZAS na zgłębienie tematu. Sprawa dojrzewa we mnie od jakiegoś czasu...Pozdrawiam
Krystek, 2012-01-18 13:55:26
Witam Jeśli potrzeba to mam kilka fotek zap.Pilchowic, zapora. Mogę użyczyc do art. Pozdrawiam
gusto, 2012-01-18 15:12:33
Czytałem raz i drugi ,czemu powróciłem trzeci nie wiem :oklasky::oklasky::oklasky:Darku.Pisz a my będziemy czytać i powracać wielokrotnie:hura::hejka:
Kaz, 2012-01-18 20:26:33
Darku jak już wcześniej napisał Pawełek tylko czytać i czytać i pozostaje nam się delektować słowem pisanym jakim operujesz.:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
bysior, 2012-01-18 21:49:21
[i]Biada temu kto nie podjął ryzyka. Co prawda nie zazna nigdy smaku rozczarowań i utraconych złudzeń, nie będzie cierpiał jak ci, którzy pragną spełnić swoje marzenia, ale kiedy spojrzy za siebie - bowiem zawsze dogania nas przeszłość - usłyszy głos własnego sumienia.[/i] Rewelacyjny tekst Darku! :oklasky: :oklasky: :oklasky:
, 2012-01-19 09:59:06
Dziękuję- I za miły akces podzielenia się ze mną fotografią rzeczonych terenów,za gorące słowa po lekturze tekstu
krzyko, 2012-01-19 18:42:25
Ja może napiszę "z innej beczki". Dziękuję Ci @Dariuszu-Bereski za przypomnienie o tym że język nasz jest taki piękny i bogaty.Sam mam wykształcenie techniczne i nie mi było uczyć się języka literackiego bo w tamtym czasie nie przykładano do tego wagi.Łatwiej jest porozumiewać się nowomową internetową jednak czytanie Twoich artykułów sprawia mi wielką przyjemność, właśnie z powodu używanego przez Ciebie słowa.Mam nadzieję że zostaniesz z nami na długo i wszyscy podciągniemy się dzięki Tobie w pisaniu po Polsku :tak:, bo pisane po "Polskiemu" czyta się trochę inaczej :zawstydzony:
Wozik77, 2012-01-19 19:08:15
Darek. Ponownie uświadczasz mnie w przekonaniu, iż Twoje teksty mają niesamowitą moc i magię, w durzej mierze dzięki używanemu językowi o jakim wyżej wspomina Krzyko. Zdjęcia dopełniają tekst Brawo :oklasky: :oklasky: Piękne jest to Twoje ( Nasze ) Wędkarstwo ! :muza: Zachęcam tych, którzy tylko zerknęli na teskt, aby w przypływie chwili ciszy i spokoju, przeczytali go na spokojnie jeszcze raz.
, 2012-01-20 00:56:42
Dziękuję Ci Krzyko za piękne, dojrzałe i mądre słowa . Ja, gdzieś tam siłą rzeczy szperam w almanachach czy poezji, czy soczystej prozy, smakując naszego , polskiego języka. Bardzo często jest to związane z moimi publicznymi słowotwórczymi wystąpieniami. Po prostu, z moim zawodem, gdzie słowo jest, bądź musi być siłą i musi przemawiać do innych. Wiem, że siła tkwi w słowie ale i bezwzględnie w interpretacji tegoż słowa. Mam szacunek do ludzi , którzy wcale niekoniecznie muszą ,,smakować'' w bogactwie języka, ale np. mają swoją wrażliwość i delikatność w postrzeganiu po prostu wszystkiego tego,co nas interesuje. A więc piękne osobiste zdjęcia, tematy godne poruszenia, prostotę wypowiedzi i absolutną wrażliwość. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.
, 2012-01-20 01:02:16
Dziękuję Ci Wozik za Twoją wrażliwość, już nie pierwszy raz!!! Dzięki za słowa otuchy, za Twoją absolutną, pełną wrażliwość. Pozdrawiam serdecznie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
spokojny, 2012-03-24 22:21:43
Cóż by Ci tu rzec Przyjacielu, takiego uniesienia czytając o zwykłym leszczu jeszcze ni przeżyłem. Słowo Twe przemyślane i pełne celebracji nad tym naszym skromnym hobby, jestem rad że mogę być Twoim znajomym. Opowieść o amurze i błędach technicznych oraz rozmowie, nie rozmowie z miejscowym wędkarzem daje do myślenia. A przemyślenia przychodzą zawsze wtedy gdy mamy chwilę dla siebie i naszych przeciwników w toni. Dziękuję że mogłem się delektować świetnym tekstem. Grzegorz Spokojny Kamiński Ps. Przeczytałem 3 razy zanim zdecydowałem się na komentarz Brawo Darku, i czekam na jeszcze :oklasky::oklasky::oklasky:
, 2012-03-25 09:33:05
Grzegorzu.Piękne dzięki za to, ze znalazłeś czas na lekturę mojego artykułu.Bardzo cieszę się i dziękuję za komentarz.Myślę, że już niedługo ,,wstawię''nową opowieść.Przez ostatnie miesiące pisałem-ale o naszej pasji mniej, bo przygotowuję wydanie swojego tomiku wierszy .Po moich wyjazdach wracam nad nasze wody.Przyroda już pachnie życiem i sama prosi o komentarze.Jeszcze raz dziękuję :haha::muza::luzik::luzik::luzik::luzik: