Pierwsza wyprawa na północ Szwecji.

walkor 2014-04-28 Wyprawy wędkarskie

...
Postanowiłem stworzyć ten tekst ponieważ sam szukałem podobnych o wędkarskich wyprawach do Szwecji. Temat może oklepany, ale dla spinningisty zawsze przyjemnym doświadczeniem jest poczytać jak łowili i przygotowywali się inni Koledzy Wędkarze. Opiszę swoje doświadczenia, ale proszę również o opinie i komentarze od innych Czytelników. Mam nadzieję że dzięki temu wpisowi ktoś będzie miał lepszą zabawę w Szwecji, a ja dzięki komentarzom będę mógł również powiększyć swój zasób wiedzy.

Krótki opis wyprawy


Zostaliśmy razem z Bratem zaproszeni do znajomych. Miejscowość Flaxenbo niedaleko Bollnäs oraz Alfta. Mapka pozwoli na wyobrażenie sobie w przestrzeni tego miejsca.
Hej Przygodo. Tam byliśmy. Źródło: Google Maps

To była pierwsza taka wyprawa więc od początku jej charakter był określany na wędkarsko-turystyczny (jednak z mocnym postawieniem na wędkarski). Ekipa Polska składała się z 5 osób, w tym 3 wędkarskich zapaleńców (nieskromnie się do nich zaliczę), oraz dwójka turystów. Oprócz tego był jeszcze Nasz wspaniały Gospodarz wraz z dziewczyną Kilka dni towarzyszyła nam matka dziewczyny Gospodarza. W związku z powyższym nie mogliśmy zabrać tyle sprzętu ile byśmy chcieli (ale o tym za chwilę). Na północy spędziliśmy 10 dni. Środek sierpnia 2014 r. okazał się dla Nas bardzo łaskawy pod względem pogody. Temperatura od 10 do 30 stopni, raczej w górnych granicach tego przedziału. Sporadyczny deszcz i bardzo umiarkowany wiatr. Nasi Gospodarze powiedzieli że to było jedno z piękniejszych lat w Szwecji w tej dekadzie.

Przygotowania


Przed wyjazdem zrobiłem dokładne rozeznanie co do promu, godzin odpraw, cen biletów, potrzebnych dokumentów. Zarezerwowałem bilety, i je opłaciliśmy. Kolejnym etapem była kalkulacja cen paliwa. Przy wyjeździe własnym samochodem do Szwecji trzeba koniecznie brać pod uwagę, że w Polsce paliwo jest tańsze od 2 do 3 zł. W związku z tym warto zatankować się pod korek przed wjazdem na prom. Przed wyjazdem należy również pamiętać o zaktualizowaniu nawigacji (najlepiej na interesującą Nas część Europy, ze zdecydowanym nastawieniem na Polskę „w budowie”). Odpowiednio wcześniej zająłem się wyrobieniem kart EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego). Jako obywatele Polski i Unii Europejskiej mamy prawo do darmowej opieki zdrowotnej. Ta karta ułatwia ewentualne procedury administracyjne podczas udzielania świadczeń zdrowotnych. Można również ubezpieczyć się dodatkowo na czas wyjazdu.

Kolejnym etapem było zakupienie jedzenia. Jeśli organizujemy wyjazd i jest możliwość własnego wyżywienia to zdecydowanie warto kupić żywność w Polsce. My jechaliśmy do Znajomych więc porządnie się zaopatrzyliśmy. I tu pierwsza rada. Nie warto kupować wody. W Szwecji dzięki warunkom geologicznym woda z kranu jest świetnej jakości i prawie wszędzie nadaje się do picia. Tu możemy zaoszczędzić. Kalkulacja kosztów jedzenia jest bardzo subiektywna więc nie będę jej tu umieszczał. Kolejna rada będzie dotyczyła alkoholu. Jeśli macie zamiar go spożywać to zdecydowanie taniej jest wziąć go z Polski. Ceny mogą być dwukrotnie wyższe ze zdecydowaną tendencją zwyżkową. Poza tym dostęp do alkoholu jest utrudniony. W Szwecji jest niewielka ilość sklepów posiadających koncesję na sprzedaż trunków powyżej 3,5%. W dużych miastach jest ich więcej ale średnia ich ilość to około 3 na powierzchnię polskiego powiatu ziemskiego.

Pamiętajmy o zachowaniu limitów celnych, które są dostępne na stronie Ambasady Szwecji.

Zdecydowanie należy pamiętać o sprawdzeniu stanu technicznego pojazdu. Akurat Nasz wehikuł miał na ostatnią chwilę wymieniane sprzęgło. Nie powinno się planować takich rzeczy bezpośrednio przed wyjazdem, ale czasem inaczej się nie da.

A teraz coś na temat wędkarskiego przygotowania. Co wziąłem ze sobą? 3 wędki: Robinson Diaflex light spin, 240 cm, 5-21g cw., Robinson Diaflex spin set, 275 cm, 10-30 cw., Daiwa Megaforce Jig, 280 cm. 5-20 cw. Wędki były zapakowane w tubę podróżną marki Cormoran oraz oryginalne pokrowce.

Z braku innych używałem następujących kołowrotków: Colmic Rios XS 30 z plecionką Mikado Baltic Cod 0,18 mm żółta, Konger Bullfighter 2000 z plecionką 0,12 mm Robinson Phantom żółta, Abu Cardinal 1000 z żyłką TeamDragon 0,16 mm. Dodatkowo zakupiłem na zapas plecionkę Robinson Phantom żółta 0,18 mm. Okazało się, że wspomniana plecionka Robinsona przedstawia bardzo korzystną relację ceny do jakości.

Brat uzbrojony był w następujący arsenał. Wędki: Dragon Guide Select Boxer 275 cm 15-35 g.; Mikado Silver EagleSpin 240 cm 20-40g. Kołowrotki: Team Dragon FD 735iX, Spro Red Arc 10200. Nie jestem pewny co do linek które były zamontowany na tych kołowrotkach. Na pewno wiem, że na jednym z tych kołowrotków zamontowana była plecionka PowerPro Green Moss o grubości około 0,16-0,18mm.

A teraz przynęty. Maleńkie pudełko z akcesoriami do bocznego troka, przydało się tylko raz. Następnym razem nie będę go brał w ogóle. Skupiłem się na przynętach o „oczko” większych niż używane w Polsce. Obrotówki od rozmiaru 2 do 4. Gumy od 4 do 21cm. Wahadłówki – głównie duże, do około 10 cm długość typu Cefal, Alga, Wydra, Gnom, Mors, Kalewa itp. (na jeziorze okazały się bardzo dobrym wyborem). Woblery najróżniejszego sortu – prawie ich nie używałem.

Z zabranych akcesoriów te warte wymienienia to: rozwieracz, pean, wypychacz, miarka, przypony stalowe i wolframowe w różnych wielkościach i długościach, oraz przyrząd do uwalniania przynęt z zaczepów, okulary z polaryzacją, kamizelka wędkarska.

Co do odzieży: przed wyjazdem zakupiłem 2 pary długich spodni z odpinanymi nogawkami. Okazały się strzałem w dziesiątkę w zmienną, letnią pogodę. Ważne są również wszelkiego rodzaju polary oraz kurtka z windstopperm oraz membraną. Osobiście zabrałem również pałatkę przeciwdeszczową. Dla mnie bardzo ważny był nóż dobrej jakości.

Podróż


Wyjazd rozpoczął się w podwarszawskim Józefowie. Pierwszy etap zakładał przetransportowanie się do Gdańska (około 340 km). Nissan Terrano II zapakowany prawie pod dach. Około 16 trzeba było się stawić na odprawie na prom. Wyjazd odbył się w środku tygodnia więc na drodze nie było tłoku.
Oczekiwanie na odprawę w Gdańsku. Foto. P. Walkiewicz

Do odprawy dotarliśmy jako jedni z pierwszych. Po załatwieniu formalności i ustawieniu samochodu pasażerowie udają się do swoich kajut by zostawić bagaż podręczny, a później czeka się na odcumowanie i wypłyniecie. Ma to zwykle miejsce około godziny 18. Przy sprzyjającej pogodzie warto oglądać jak prom odbija z najwyższego pokładu widokowego.

Kolejna rada, jeśli nie chcemy bardzo przepłacić za alkohol to warto wziąć jakąś jego ilość na pokład i korzystać z niego dyskretnie oraz umiarem. To również tyczy się jedzenia. Warto przygotować sobie coś z myślą o kolacji i śniadaniu. Jedzenie na promie jest drogie. Ceny są wyższe od polskich, jednak niższe niż szwedzkie. Kierowcom zdecydowanie odradzam spożywania alkoholu ponieważ często są kontrole trzeźwości już na terenie Szwecji w okolicy portu, a nawet bezpośrednio po zjeździe z promu.

W tym miejscu apeluję do Naszych Rodaków: pokazujmy, że jesteśmy kulturalnymi i dobrze wychowanymi ludźmi. Niestety musimy naprawiać (często słusznie wyrobione) niepochlebne opinie oraz stereotypy o Polakach. Nie jestem osobą leciwą, ale na promie widziałem ludzi zachowujących się poniżej wszelkiej krytyki. Niestety byli to Obywatele Polski. Szwedzi bardzo zwracają uwagę na zachowanie. U Nas można dużo zyskać pozytywnym pierwszym wrażeniem i dobrymi manierami, w Szwecji jest to podstawą.

Po nocy na promie, około godz. 13 następuje cumowanie w Nynäshamn. Port ten leży niedaleko Sztokholmu. My pierwszą noc spędziliśmy u znajomych w Sztokholmie. Następnego dnia koło 10 wyjechaliśmy na północ. Jeżdżenie w Szwecji zdecydowanie różni się od tego czego nauczyliśmy się w Ojczyźnie. Przede wszystkim pamiętajcie, że w Szwecji nie ma żadnej tolerancji co do przekroczenia prędkości. Jedziesz ile jest napisane. Mandaty są bardzo wysokie jak na Nasze zarobki więc nie warto się narażać. Po za tym jak mamy znak informujący o kontroli radarowej to będzie ona na bank. Znaki są ustawione logicznie i ze zdrowym rozsądkiem. Kierowcy są w zdecydowanej większości wyuczeni uprzejmości więc nie warto się wychylać. Co więcej jazda po Szwedzkich autostradach jest przyjemna. Niektórzy mogą powiedzieć, że nudna. Nie miałbym nic przeciwko, żeby u Nas było tak nudno. Wrzucasz tempomat na tyle ile Ci można i jedziesz. Około 350 km ze Sztokholmu do Flaxenbo, pokonaliśmy w 3 godziny. Był jeszcze przystanek na rozprostowanie nóg i podstawowe zakupy Naszych Gospodarzy. Drogę powrotną pokonaliśmy w mniej niż 2,5 godziny bez zatrzymywania się. Oczywiście bez przekraczania przepisów.

Łowiska i łowienie


Nasi Gospodarze oprócz posiadłości są właścicielami kawałka rzeczki położonej w pięknym lesie. Dzięki temu mogliśmy tam łowić bez wykupowana zezwoleń. Głębokość cieku wynosiła średnio 2-2,5 m. z różnymi wariacjami. Brzegi bardzo stromo schodziły w dół. Woda przeźroczysta, o brązowawym zabarwieniu związanym z dużą ilością drewna oraz soli żelaza.
Na pierwszy rzut oka niepozorna rzeczka. Foto. P. Walkiewicz

Rzeczką spławiano kiedyś drewno do tartaku, w związku z czym około 60% dna usłane jest takowymi balami. Po pierwszym dniu jiggowanie z bezpośrednim dotknięciem przynętą podłoża wybiłem sobie z głowy. Moje pudełka mocno się przewietrzyły zanim do tego doszedłem. Od tego momentu przyrząd do wyciągania przynęt z zaczepów stał się nieodzownym akcesorium. Dzięki niemu zaoszczędziliśmy ładnych parę złotych i wiele świetnych przynęt. Ze względu na swoje umiłowanie do spinningu wodę głównie młóciliśmy najróżniejszymi przynętami sztucznymi. Raz spróbowałem postawić żywcówkę. Tego dnia było obniżenie aktywności drapieżników więc rezultatów brak. Na początku skupiliśmy się na brzegu bezpośrednio przylegającym do posiadłości. Szczupaczki od 40 do 70 cm oraz okonie od 25 do 30 cm były normą.
Typowy mieszkaniec brązowej wody. Foto. A. Walkiewicz

Po dwóch dniach zaczęliśmy penetrować dalsze rejony rzeczki. Zrzuciliśmy łódkę (około 4 metrów optymalna na 3 osoby) i zaczęła się zabawa. Szczupaki i okonie w wymienionych rozmiarach dziabały w zmiennych ilościach i apetytem.
nie można zapomnieć o pasiastych. Foto. F. Jakubik

Z racji ilości bagaży nie byliśmy w stanie wziąć silnika spalinowego ani dobrego akumulatora, oraz echosondy. Wiedzieliśmy, że na miejscu jest silnik elektryczny i niewielki akumulator. Silnik o mocy 30lbs na rzeczce dawał radę. Gorzej było z akumulatorem który wystarczał na około 1h pływania. Odległości niewielkie, a łódka miała bardzo dobre właściwości więc przyjemnie było trochę powiosłować.
Ah, jak przyjemnie kołysać się wśród fal, Gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal. Na serio szumiała bo zaraz był niewielki wospad. Foto. Ł. Echeński

Oczywiście były dwa dni kiedy nic nie złowiliśmy. Ryby też reagują na czynniki otaczającego środowiska, czym tłumaczę te okresy bezrybia. Moim hitem na rzeczce była biała obrotówka Mepss w rozmiarze 2. Tłukły zarówno okonie jak i szczupaki. Brat najlepsze wyniki miał na niewielką gumę Dragon'a Hitman w kolorze perłowo-niebieskim. Przynęty raczej mniejsze, wolno prowadzone, zmienne tempo z częstą zmianą kierunków.
Mój Personal Best. Foto A. Walkiewicz

Raz wybraliśmy się na jedno z okolicznych Jezior- Mällängen (czyt. Molongen). Tu napotkaliśmy na jeden problem. Nie mogliśmy kupić zezwolenia. U jednego miejscowego, który takowe sprzedawał nie było znaku życia przez dwa dni. W końcu pojechaliśmy w inne miejsce i kupiliśmy jednodniowe zezwolenie. Kosztowało to Nas po około 50 koron na głowę. W tym miejscu powtarzam apel o zachowanie kultury. Skoro na danym terenie trzeba wykupić zezwolenie to je wykupmy. Nie ma co się narażać na wstyd i nieprzyjemności. Na pożyczonej od sąsiadów przyczepie zaciągnęliśmy łódkę na brzeg jeziora. I tu ciekawostka: jak znajdziecie na brzegu wielki kamień z cyfrą i strzałką „to wiedzcie, że coś się dzieje”. Płyniecie w potencjalnie dobre miejsce. Strzałka oznacza kierunek a cyfra odległość do dołka zarzuconego gałęziami. Nie wiem czy na innych jeziorach ale na tym specjalnie tworzą w dołkach takie enklawy dla drobnych ryb. W takim miejscach chętnie stacjonuje i rozmnaża się drobnica. Można to wykorzystać. Każdy lubi mieszkać blisko dobrej restauracji więc takich miejscówek często pilnują ładne okazy. Dołek który zaczęliśmy na dzień dobry opukiwać przynętami miał około 15 m. głębokości. Na pukanie nikt nie odpowiedział. Za to plecionka i przynęty często zaczepiały o głazy i zawady na dnie. Na szczęście obyło się bez strat. Jeszcze jeden taki dołek i zabraliśmy się za okonie. Popłynęliśmy w płytką zatokę i namierzyliśmy stadko. Dziabały maluchy poniżej 25 cm. W tym momencie przydała się zapasowa plecionka. Brat złapał brodę i już nie było innego wyjścia jak nawinąć nową linkę.

Porada: jedna zapasowa linka jest niezbędna. Jak naurywacie przynęt to zmniejsza się ilość linki. Po za tym linka na wszędzie występujących kamieniach i kłodach bardzo szybko się strzępi w najczęściej używanej przedniej części. Jak łapiecie brodę to często całe, długie metry plecionki muszą zostać odcięte. Ktoś może również wpaść na pomysł, że linka ma złe właściwość itp. i będzie chciał zmienić. W Szwecji sprzęt jest drogi a zakupienie linki, która w Polsce kosztuje (przyjmijmy na cele tego opracowania) około 70 zł to w Szwecji będzie koszt około 200 koron jak nie lepiej (kurs około 50 groszy za 1 koronę). I jeszcze pytanie: czy na tym odludziu znajdziecie sklep z artykułami wędkarskimi.

Niestety na Molongen (powierzchnia od 2 do 3 razy większa od Niegocina) bardzo dał nam się w znak brak silnika spalinowego. Akumulator wyczerpał się po około 1h. i trzeba było „korblować”. Ten czynnik wraz z brakiem echosondy wpłynął znacząco na Nasze wyniki. W tym miejscu trzeba nadmienić, że w związku z tym że wędkujących był czterech musieliśmy napompować ponton, który przy przemieszczaniu się na większe odległości ciągnęliśmy za łódką. Płynąc w trollingu na wiosełkach Kolega trafił 80-cio centymetrowego zębatego ze śladami poważnego urazu kręgosłupa. Możliwe, że w młodości był trafiony przez śrubę motorówki.

Okazało się, że na środku jeziora wpłynęliśmy z głębinki na łączkę o średniej głębokości 2m. Stwierdziliśmy że warto tu porzucać. W pierwszym rzucie piękne branie i w łodzi wylądowała kolejna 80-tka. Tym razem mi się poszczęściło. Przyjemności było co nie miara ponieważ to pierwsza tak duża ryba na Diaflex’ie Spin Set. Wędki z tej serii świetnie przenoszą brania, więc przy uderzeniu miałem odczucia jakby ktoś rąbnał w szczytówkę młotkiem. Oba zębate skusiły się na duże wahadłówki. Mój na Algę 3. Po porównaniu wielkości głów tych szczupaków uznaliśmy, że „Kwazimodo” z przetrąconym kręgosłupem gdyby był w pełni zdrowia powinien mieć co najmniej 90 cm długości.

Po około godzinie zrobiliśmy przerwę w przepięknym miejscu. Wyspa z niewielkim domkiem na środku. Dookoła woda. Jeden wielki pomost i po przeciwnej stronie mniejszy. Miejsce super. W domku dwie koje, księgi do wpisywania się (zebrało się tego około 7 tomów, z wpisami w różnych językach), patelnia, olej, trochę opału i na środku palenisko. Inskrypcja nad drzwiami „Finnaholmen”- wyspa znalazców. Na kartce przybitej do ściany regulamin, który głosił w skrócie: korzystaj jeśli chcesz; zostaw w takim stanie jak zastałeś. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce, na przykład na Mazurach?
Urokliwe Finnaholmen. Foto. P. Walkiewicz

Po krótkiej przerwie i przekąpaniu się w lodowatej wodzie wypłynęliśmy dalej. Pogoda się zepsuła momentalnie. Zerwał się wiatr, w oddali słychać było pioruny. Dopłynięcie na wiosłach do miejsca gdzie zostawiliśmy samochód z przyczepą wymagało dużego wysiłku. Zanim dopłynęliśmy pogoda zaczęła się klarować. W efekcie nie dobiliśmy do brzegu tylko postanowiliśmy spróbować naszych sił w innym miejscu. Po zakotwiczeniu zauważyliśmy żerowanie stadka okoni. Trafiło się parę ładnych pasiaków. Wzięcie miały głównie niewielkie obrotówki z chwostem.
Okonek z Mällängen. Foto. P. Walkiewicz

Zauważyłem, że w przypadku głębokich dołów lepiej nie używać większych główek niż 20g. Lepszy jest wolniejszy opad niż agresywna torpeda lecąca pionowo w dół. Argument, że większa główka wznieci obłoczek mułu i tym przyciągnie uwagę innych ryb po prostu się nie sprawdzi – w Szwecji napotkamy głównie kamieniste dno. Do reszty głębokości proponuję wariację główek od 7 do 15g. Oczywiście dobieramy do wielkości gumy, sposobu jej prowadzenia, naszych zamiarów i przede wszystkim tego, jakie warunki mamy pod wodą.

Podsumowanie



a) Uważam, że im dalej na północ Szwecji tym fajniej dla wędkarza: mniej ludzi, bardziej wiejsko-leśny charakter.

b) Według mnie Szwecja jest świetnym miejscem na ryby. Należy jednak pamiętać, że ryby reagują na różne czynniki środowiska tak samo jak na każdym łowisku. Mitem jest, że jak tam pojedziesz to musisz złapać metrówkę. Kraj jest około 30% większy od Polski, ale ma ponad 4 razy mniej mieszkańców. Jezior jest około 100 tys. w porównaniu do 5,5 tys. w Polsce. Rzek nawet nie liczę. Presja wędkarska jest bez porównania mniejsza. Nie spotkałem się z czymś takim jak kult „mięsa”. Złowisz ile potrzebujesz na obiad i wracasz, albo wypuszczasz.

c) Kraj jest dla Polaków dosyć drogi. Ale są możliwości żeby zmniejszyć koszt wyjazdu.

d) Niemalże z każdym Szwedem dogadasz się po angielsku. Bardziej lub mniej łamanym i wyraźnym. Jednak większość Szwedów zawstydzi Polaka poziomem opanowania języków obcych.

e) Sprzęt trzeba używać o „rozmiar” większy niż w Polsce. Tyczy się to wędek i przynęt i linek.

f) Na jeziorach zapomnijmy o łowieniu z brzegu. Rozległość akwenów oraz dostępność do brzegów jest zróżnicowana i nie warta zachodu. Mamy niewiele czasu więc penetracja łowiska z łódki jest jedynym optymalnym rozwiązaniem. Jeśli jesteśmy odważni i nie boimy się dzikiej zwierzyny(im dalej na północ tym ten argument jest mocniejszy) to można ryzykować łowienie z brzegu rzek, jednak raczej odradzam.

g) Silnik i echosonda są podstawowym wyposażeniem. Uwalniacz do przynęt powinien być przynajmniej jeden na łódce. Zaleca się posiadanie zapasowych linek.

h) Nie warto brać ultralekkich kijów. Na czas wyjazdu kij o cw. 5-20 przemianujmy na „okoniówkę”. Nie warto męczyć ryb bardzo długimi holami. Zwiększa to szanse na zwrócenie wolności rybie która padnie i będzie pokarmem dla innych mieszkańców wód zamiast przedłużać swoją linię genetyczną.

i) Koniecznie zakładajmy przypony metalowe. Długość co najmniej 25 cm. Oszczędzimy na przynętach, a ryby oszczędzą życie i zdrowie. Lepiej sprawnie wyholować rybę delikatnie wyciągnąć jej przynętę. Robimy zdjęcie pamiątkowe i do wody. Ryba nie żołnierz i ordery w postaci przynęt zatkniętych na amen w pysku i gardłach jej nie upiększają, a zabijają. Dlaczego co najmniej 25 cm metalu na końcu linki? Wyobraźcie sobie rybę o pysku głębokości najmarniej 20 cm atakującą waszą przynętę. Atakuje pod kątem i oprócz przynęty łapie za miejsce przywiązania linki do przyponu. Ciach! Nie ma ryby, nie ma przynęty z przyponem. Dla Nas mały problem. Dowiąże się następny, ale ryba nie wyjmie sobie sama haka lub kotwiczki. Pamiętajmy też, że na niewielką przynętę okoniową może trafić się Szczupak życia. Stąd zakładajcie przypony metalowe.

j) Im mniejszy akwen tym stosunkowo mniejsze przynęty się przydadzą. Pamiętajmy jednak, że szczupaki są oportunistami i jak trafi im się coś fajnie ruszającego się pod pyskiem to pewnie kłapną nim. Jednak w większości przypadków będą się kierowały taką zasadą: mała przynęta – potencjalnie mało mięcha – mało energii uzyskam, więcej wsadzę w atak – nie warto się ruszyć. Większe przynęty są bardziej selektywne. Jak to w przyrodzie bywa są oczywiście wyjątki, ale na tym polega piękno wędkarstwa.

k) Jadąc do Szwecji proponuję spędzić dużo czasu na planowaniu. Im więcej sytuacji przewidzimy tym lepiej będziemy mogli im sprostać i lepiej spędzimy zasłużony urlop.

Wnioski dla mnie samego na następny wyjazd/y. Zostaliśmy zaproszeni ponownie w tym roku więc:


a) Zawężę charakter wyjazdu do stricte wędkarskiego. Nie warto tracić czas cennego urlopu.

b) Zrobię wszystko żeby wziąć echosondę i silnik jeśli nie będą zapewnione.

c) Wymienię elementy sprzętu wędkarskiego, które mogą zawieść – już zakupiłem nowe kołowrotki Ryobi Zauber CF 2000 i 3000 oraz testuję nową plecionkę – Daiwę Tournament 0,16mm.

d) Przed wyjazdem przetestuję nowe przynęty i spróbuję opanować jak się nimi skutecznie wabi ryby.

e) Zapomnę o bocznym troku. Jedyna opcja to plecionka i wolframowy przypon. Jednak po co łowić na troka skoro jesteśmy w miejscu gdzie zagęszczenie kaczodziobego jest potencjalnie największe w Europie?

f) Chciałbym kiedyś spróbować wyjazdu na szkiery i z przewodnikiem wędkarskim. Sprzęt podstawowy (wędki, kołowrotki, przynęty akcesoria) wezmę jednak swój. Co do podróży (dojazd we własnym zakresie vs. organizowany przez firmę/osobę zewnętrzną) musiałbym po pierwsze dokonać kalkulacji (cena), oceny własnej sytuacji (dostępne środki materialne takie jak samochód, fundusze również czas) oraz dostępnych innych opcji. Wtedy podjąłbym decyzję.

Na zakończenie proszę o Wasze opinie co do łowienia w Szwecji. Szykuję się do nowego wyjazdu w sierpniu i bardzo interesują mnie opinie i doświadczenia (w szczególności co do przynęt i spinnigowych metod połowu) innych Kolegów Wędkarzy.

Mam nadzieję, że ten tekst pomoże komuś przygotować się do wędkarskiej wyprawy.

Pozdrawiam,
Walkor

walkor

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (11)

Paweł, 2014-04-28 21:10:59
Przyznać muszę, że bardzo dobrze się czyta Twój tekst o Szwecji. W necie jest mnóstwo opisów wyjazdów do Skandynawii, ale znaczna ich większość całkowicie pomija aspekty ekonomiczno-bytowo-…hm, zwyczajne. No i oczywiście prawie zawsze jest to opis polowania na wielkie ryby…:boisie: Walkor, Twój opis szwedzkiej wyprawy jest bardzo naturalny, sporo w nim jest uroku takiego zwykłego wędkowania, entuzjazmu i rozpoznania walką. O sprawności pisarskiej nie wspomnę bo rzecz opisałeś płynnie i w sposób bardzo poukładany. I co ważne przedstawiłeś swoje wnioski, które zamierzasz zrealizować podczas kolejnego wyjazdu. To bardzo słuszne podejście, człowiek jednak najszybciej uczy się na własnych doświadczeniach (często błędach, patrz brak chociażby solidnego akumulatora) Ja Ci rad co do połowów w Szwecji raczej dawać nie mogę. Byłem tam raz więc doświadczenie żadne. Aczkolwiek Twoje marzenie o Szkierach rozumiem, mnie dane było tego doświadczyć. Naprawdę warto:hura:!!! Liczę, że z wyprawy 2014 też zechcesz zdać relację. I żeby nie zapeszać – metrówki Ci życzyć nie będę, ale dziewięćdziesiątki jak najbardziej…:hejka:
sacha, 2014-04-28 21:29:34
Przez Szwecję tylko przyjeżdżam ale takie uwagi do części pierwszej: Na promie małe Tyskie(0,33l)= 12plz czyli się nie opłaca ale co do posiłku bym się nie zgodził. Płynę w czerwcu 5x , no i będę wracał. Kolację jadam przed wjechaniem na prom w jakiejś gdyńskiej restauracji ale zawsze wykupuję śniadanie, 29plz za bufet śniadaniowy uważam że jest spokojnie do przyjęcia. Tak przed zjazdem z promu twarożek ze szczypiorkiem + kilka naleśników z dżemem starcza mi na 6-7h czyli do norweskiej granicy. Co do reszty czyli jazdy zgadzam się ale też nie do końca, do 10km jak przekroczysz to się nie przyczepią, bardziej bym o takiej restrykcyjnej postawie powiedział o Norwegach. Piwo mają droższe no i ....... tylko trochę do piwa podobne.
bysior, 2014-04-28 21:35:08
Po pierwsze to gratuluję debiutu na łamach Shrapa! Po drugie interesujący artykuł, tak jak napisał Paweł nieco inny niż standardowy tekst o Szwecji co czyni go ciekawym i przydatnym zwłaszcza dla osób które na północ wybierają się po raz pierwszy. :oklasky:
walkor, 2014-04-28 22:43:48
Panowie, Dziękuję za komentarze. Miło jest czytać takie słowa podczas "debiutu".
malcz, 2014-04-29 00:04:21
Walkor. Sympatyczny tekst, taki życiowy – sporo czasu poświęciłeś na jego napisanie i powiem szczerze, bardzo mocno nawiązuje do moich pierwszych odczuć co do wyjazdów do Skandynawii. Obecnie sporo już się zmieniło w tej kwestii, nie jestem nieopierzonym żółtodziobem, na północ jeżdżę od 10 lat, czasami dwa razy w roku, także moje obecne podejście, spostrzeżenie i nastawienie na całość są dużo inne i bardziej chłodne niż było to na pierwszych wyprawach za morze….ale po kolei… Epizod I: Asnen 2004 W raz z Bratem i Wujkiem wybraliśmy się pierwszy raz na szczupaki, przecież Szwecja to zawsze metrówki Po dwie wędki, pudełko przynęt, kilkanaście przyponów. Bez echosondy i jazda. Weryfikacja była okrutna, na trolling nie byliśmy przygotowani w ogóle, mało tego nikt z nas nie miał o tym zielonego pojęcia, ale że z ręki tam się nie da połowić – trzeba było kombinować. Po jednym dniu nie mieliśmy woblerów i przyponów, zakupy w miejscowym sklepie okazały się zabójcze – no ale nie było wyjścia. Pierwsza nauczka: weryfikacja sprzęt i rozpoznanie wody przed wyjazdem. Epizod II: Asunden 2005 Po nauczce z 2004 uzbrojeni po zęby w woblery DT za grube miliony talarów ruszyliśmy na Asunden, oczywiście nastąpiła szybka weryfikacja – z trolla nie brały, albo nie potrafiliśmy znaleźć ryby. Dziwnie było pływać po plosie z głębokością 35metrów, z tail dancerem na 8m, pewnie tak właśnie trzeba było robić, ale wyposzczony młokos z Polski chciał już i teraz, więc skończyło się na łowieniu 65-85 szczupaków w krzakach na obrotówki 3. Wtedy też trafiliśmy pierwsze ryby na Jerki. Ogólnie patrząc z perspektywy lat to pomimo tego, że Asunden to akwen wybitnie pod trolla to daliśmy radę, nawet gospodarze jak wyjeżdżaliśmy byli w szoku, że połowiliśmy „z ręki”. Echo już za nami było. Epizod III: Syrsan 2006 Pierwsze Szkiery, wyprawa pod wpływem artykułu na jerkbaicie, woda ekstra, ale jak dotarliśmy na początku września to gospodarz zrobił wielkie oczy. Teraz? Tutaj? Ilościowo masakra, ale ryby grube – pierwsze 90-tki. Epizod IV: Gamlebyviken Świetna woda i pierwszy w 100% udany wyjazd, metrówki co prawda nie było, ale ryb mnóstwo. Wiał wiatr i to była połowa sukcesu. Ten wyjazd to prawdziwa szkoła łowienia z opadu, na koniec refleks był taki że cięło się zanim szczupły wiedział że chce zjeść gumisia – czad. Epizod V: Hjalmaren Jak dotąd chyba największy łomot, akwen ogromny i głęboki. Do tego pogoda, która z dnia na dzień zmieniała się o kilkanaście stopni – przez dwa i pół dnia pływałem bez kontaktu….Szwecja… Epizod VI: Św. Anna Świetna woda….pomimo, że to Szkiery to są sandacze – i to bydlaki Trzeba popływać, poszukać, wymacać kamienne blaty…ale warto, brania wyrywają kij z ręki Pierwszy metr naszej ekipy – 102 Brata. Epizod VII: Św. Anna Pierwszy raz powtórka tego co w zeszłym roku…sandacze większe, ale ryby ogólnie bardziej chimeryczne i wyniki gorsze, ale po raz kolejny wyjazd ekstra. Epizody VIII – X To wyjazdy prywatne, bez biur podróży – organizowane na własną rękę na różne sposoby. Jeziora wybierane losowo. Czasem po dwa na jednej wyprawie. Wypadów zaliczyłem 10 i na pewno nie wyobrażam sobie: 1.Wyjazdu w miejsce gdzie nie ma silnika spalinowego, w Szwecji to absolutna podstawa. Jak nie biorą, trzeba pływać, pływać i jeszcze raz pływać. Zmieniać strony i szukać, niebywałe jest to jak szczupaki potrafią się skupić obok siebie na małej przestrzeni – jak znajdziesz miejsce w godzinę wszystko może się zmienić się o 180 stopni. 2.Przesadnego oszczędzania na sprzęcie przed wyjazdem. Nie wyobrażam sobie faktu, że czegoś nie mam. Taka wyprawa jest tyle wyczekiwaną niewiadomą, że trzeba mieć „wszystko” żeby sobie nie popsuć wyjazdu. W Szwecji nie ma czasu na jeżdżenie i szukanie sklepu z przyponami, albo plecionką. 3.Kupowania jedzenia w Szwecji – Nie ma na to czasu. Bierze się tyle, żeby człowiek nie musiał odpalać fury przez tydzień. Uwierzcie mi, nie ma z tym problemu. 4.Kupowania piwka w Szwecji – wiem że zaraz dostanę reprymendę, ale cóż Piwko musi być. Najlepiej zahaczyć Tesco, Makro albo coś w tym stylu i kupić co trzeba przed wyjazdem. O ilościach nie mówię, bo każdy ma inne spożycie. Ja wolę mieć dużo i martwić się że zostanie, niż się szczypać  5.Pływania z jedną wędką. Ja mam na łódce zawsze 3 a zdarzało się i 4 na raz. - kij do jerków - wklejka okoniowa - wklejka do cięższej zabawy Ewentualnie - kijek pod obrotówkę lub coblera Nigdy nie wiesz co się będzie działo na wodzie, pomimo że to Szwecja – wędka okoniowa z cienką plećką musi być. 6. Łowienia na boczny trok 7. Spływania do domku bo czegoś nie mam. 8.Łowienia żyłką – po prostu nie pasuje Te 10 lat wyjazdów nauczyło mnie, żeby być gotowym na wszystko – także o ile miejsce pozwala, a ja akurat taki komfort mam biorę wszystko co się da – może poza wędką boleniową Chociaż patrząc co się ostatnio dzieje, trzeba się będzie nad tym zastanowić. Kolejna sprawa to podejście do wyjazdu, ja już się wyleczyłem i podchodzę do tego na luzie – początki były ciężkie, szczególnie jak nie brały Jeśli w Polsce wędkarstwo uczy pokory to co dopiero w Szwecji gdzie ilość ryb jest absolutnie nieporównywalna do tego co jest u nas a wyniki czasami są identyczne. Następna sprawa to organizacja wyjazdu, niestety to nie jest do końca tania zabawa, wiadomo można zrobić wersję „economic”, ale ja wolę oszczędzić przed i po wyjeździe ale nie oszczędzać na sprzęcie, ciuchach itp. To jest komfort psychiczny – mega ważny. Oczywiście trzeba oszczędzić tam gdzie się da, bo da się sporo i wtedy zostają dukaty na szaleństwa w sklepie u Kojoto Przede wszystkim szukać domku na własną rękę, nie przez biuro wędkarskie. Domków jest milion, niestety 95% nie w tych znanych i łownych miejscach, więc jest ryzyko, ale to zawsze Szwecja więc o studnię ciężko. Tutaj ważne jest rozpoznanie sprawy i poświęcenie trochę czasu na guglowanie–ale naprawdę da się ogarnąć temat na tip-top. A jak nie, to pozostaje te powiedzmy 5% nad „znanymi” wodami. Jak jest możliwość to płynąć w tygodniu, a nie w piątek – prom jest dużo tańszy. Trochę długi ten post, ale jakoś mnie naszło po lekturze artykułu Walkora Jakby były jakieś pytania – służę radą i podpowiedzią. Pozdrawiam, malcz
walkor, 2014-04-29 08:17:03
Dzięki Malacz! Co do długości komentarza: właśnie po to napisałem ten artykuł, żeby takie czytać. Udowodniłeś że wybrałem właściwe miejsce żeby się podzielić swoimi doświadczeniami i zbierać kolejne.
bysior, 2014-04-29 10:43:47
Malcz brawo za komentarz, świetne uzupełnienie tekstu Walkora :oklasky: Btw. taki mały OT: wiele z tych rzeczy, odnośnie przygotowań i zaopatrzenia w sprzęt sprawdzają się również na naszych rodzimych łowiskach Wypływając na sandacze wieczorem, gdzie na miejscówkę płyniesz 8-10 km też nie wyobrażam sobie być nie przygotowanym!
sacha, 2014-04-29 14:33:39
Nawet totalne przygotowanie czasami nie pomoże :bezradny: Pozwolę sobie przypomnieć z mojego skandynawskiego wyjazdu co było mimo przygotowania: "Pierwszego dnia kolega na ponad 60 m zacina coś… To coś ciągnie nas gdzieś na morze i nie ma opcji podniesienia ryby nawet na metr w górę. Kolega po kwadransie prosi o zmianę, ja też tak robię i tak się zmieniamy przez 1h 20 minut, bolą nogi, pośladki, ręce, plecy, a ryba nawet nie myśli pójść ciut-ciut do góry. Oczywiście zarejestrowaliśmy, że to nie jakiś dorsz czy czarniak, ale raczej wypasiony halibut. Po w/w czasie zapada decyzja o wyciągnięciu ryby siłowo, Kot_Bury dokręca hamulec, co tak wnerwia halibuta, że włącza 5 bieg łamiąc wędkę przy dolniku i drugiej przelotce, a plecionka do 80 funtów pęka jak nitka. No to dupa!!! W ciągu 2 tygodni kolega ma jeszcze jednego na kiju, ja mam 4 brania i 4 hole.Jedna wędka pęka, raz nie wytrzymuje kółeczko łączące pilkera z kotwiczką, raz łamie się jeden z haków 8/0 i raz plecionka 50 funtów puszcza na węźle, ale co sobie poholowałem to moje."
gumax, 2014-04-29 22:10:07
Bardzo konkretne info w momencie gdy się pakuje na Szwecję. Już teraz wiem że dobrze być na Shrapie hura:.
, 2014-12-10 19:47:48
Piéknie opisana wyprawa .Chétnie pojechalbym na pólnoc Szwecji .Poludnie i srodek tego kraju mam juz wédkarsko zwiedzony .Moze szukacie kogos na 2015 Rok ? Pozdrawiam !!! Krzysztof
walkor, 2014-12-11 13:36:12
@krzysztof-46 Dziękuję za pozytywny komentarz. Jeśli spodobał Ci się ten artykuł to zachęcam do lektury drugiej części http://www.firmadragon.pl/index.php/czytelnia/waldemar-ptak-przedstawia/2002--do-dwoch-razy-szczupak?showall=1 Jest bardziej konkretna pod względem wędkarskim.