Piękny dzień

Wozik77 2010-08-03 Wyprawy wędkarskie

...
Listopad. Równiutko rok temu złowiłem swojego ostatniego szczupaka w sezonie 2006. Był pięknie wybarwiony i długi na całe 57cm. Pamiętam tamten poranek. Mglisty jak czort do tego stopnia, że droga nad wodę wydłużyła się wówczas o dobre 30 min ponad przeciętny czas dotarcia na miejsce. A dziś? 5:50. Podrywa mnie budzik. Jakoś dziwnie nie mam problemu z pokonaniem porannej ochoty pozostania w łóżku. To pewnie efekt braku wędkarskich wrażeń w tym roku. Przygotowania ślubno-weselne skutecznie ograniczyły moje wyjazdy nad wodę. Tak naprawdę na poważnych rybach byłem na przełomie maja i czerwca, kiedy to z Potokiem daliśmy popalić mazurskim szczupakom. Latem udało mi się jeszcze wyrwać na krótkie spotkanie nad Narwią w gronie kilku "kolegów po kiju" z WCWI i to byłoby na tyle. Najbardziej zabolała mnie niedoszła jesienna wyprawa na Mazury - Potok się rozchorował, a brat kontuzję nogi zakończył w gipsowym bucie. Trzy dni urlopu przeznaczonego na ten wyjazd spędziłem w domu ?

No i teraz właśnie, kiedy przyszedł upragniony weekend, w piątkowy wieczór informacja - " Zachmurzenie duże, temp 1 stopień powyżej zera, opady deszczu ze śniegiem miejscami dość intensywne, wiatr porywisty". Mina mi rzednie. Wyglądam za okno i z niedowierzaniem wpatruję się w konary dębu rosnącego przed blokiem. No ładnie. Zaczyna się. Drzewem majta na prawo i lewo, a po ciemniejącym niebie przesuwają się ciężkie listopadowe chmurzyska. Jak widać, nie mam szczęścia. Dzwonię do brata.

- I jak Morda? Nie odstraszają Cię prognozy? - pytam z obawą.
- A gdzie tam! Tak dawno nie byłem nad wodą, że nic mnie nie odstraszy!. O której u mnie będziesz?
- 6.20
- Ok. Do zobaczenia.

Poranek za oknem jest zgoła odmienny od wieczornych prognoz i wzbudza we mnie nutkę optymizmu. Chodnik suchy, a gałęzie drzew odchylają się od pionu w rozsądnych granicach. O 6.30 ruszamy spod bloku na warszawskich Górcach. Z każdą minutą niebo widnieje. Raduje to nasze serca, gdyż z zapowiadanych pseudo atrakcji pogodowych póki co, nie ma ani śladu. Zza cienkich chmur prześwituje nawet słońce, tak więc nie zapeszając powinno być nieźle. Sprawdza się tylko temperatura, ale o tej porze roku to już raczej normalność. Oby ten chłodek zaostrzył apetyty drapieżnikom.

Droga upływa nam szybko. Ruch na trasie niewielki, tak więc po pewnym czasie stajemy na skraju wsi - celu naszej podróży. Wysiadamy z auta. Ostry chłodek gryzie w policzki, ale to jedyna cześć ciała, jaką wystawiamy na jego działanie. Ubrani na tzw "cebulę" nie obawiamy się, że zmarzniemy. Zakładamy wodery, w rękę chwytamy spinningi i poprzez nadrzeczne łąki ruszamy w stronę koryta.
Szron na trawie aż chrupie pod stopami. Na drzewach ostatnie już listki dyndają poruszane wiatrem. Wpatruje się w nadrzeczne krzaki i szukam w nich skulonych postaci. Pusto. Nikogo nad rzeką nie ma, tak więc bez pośpiechu i głupiej obawy, znów wszędzie będziemy dziś pierwsi.

W końcu docieramy do łuku rzeczki. Stajemy na niedużej skarpie. Rzeka płynie sobie dość leniwie, co wskazuje na średni stan, nieco zmąconej ostatnimi opadami wody. No do dzieła. Jest w nas ogromna ochota do wędkowania. Czas posuchy zrobił swoje tak więc ostro zabieramy się do obławiania pierwszych miejsc.



Pierwszy rzut oddaje w poprzek koryta i gdy przynęta wpływa w mini zastoisko, następuje wyraźne branie. Instynktowny ruch nadgarstka i na twarzy pojawia mi się uśmiech. Cosik jest! Rybka z początku nie daje się zobaczyć, a do tego walczy całkiem dzielnie. Po chwili, gdy spodziewam się zobaczyć szczupaczą mordkę, z wody wyłania się piękny garbusek. Delikatnie wyjmuję mu z pyska przynętę i robię zdjęcie. Okoń wraca do wody.



Przechodzę na drugą stronę rozłożystego krzaka, gdzie znów tuż przy brzegowej burcie widać wyraźne spowolnienie nurtu. Małe kopytko posyłam dokładnie na koniec owego zastoiska i powoli zwijam plecionkę. Gdy przynęta wyłania się z ciemnej, głębszej wody następuje atak. Widzę go wyraźnie. To około-wymiarowy szczupak. Odbija na środek koryta, gdzie w rzecznym nurcie sprawia wrażenie dużo większego. Kilka chwil później, wynoszę go na trawę. Na ten moment akurat nadchodzi brat. Mierzymy - 46cm.




Znów mała sesja fotograficzna, która będzie cieszyć w zimowe wieczory. Rybie zwracamy wolność i ruszamy dalej. Na małej prostce doławiam niewymiarka, a w dołku pod krzakiem kolejnego ładnego okonia.
- Ale mi dziś dajesz do wiwatu. Ty cztery rybki, ja zero.- mówi brat.
- Spoko. Lada moment i u Ciebie się worek rozpruje. Zobaczysz - uśmiecham się. Kolejna prostka przed nami. Brat wychyla się za przybrzeżne sitowie i rzuca wzdłuż brzegu. Jest tu mała rynienka, która znacząco różnicuje płyciznę tego fragmentu koryta. Podchodzę bliżej i już widzę uśmiechniętą gębulę.

- Ładnie walnął! Tuż przy brzegu. Staryyy, naprawdę konkretne skubnięcie.
- Rzucaj, może powtórzy. Widać, że dziś gryzą z ochotą - odpowiadam i idę kilkadziesiąt metrów poniżej stanowiska brata. Dochodzę do ostrego zakrętu w lewo. Głęboczek na jego łuku sięga 4 metrów, co jest największym wynikiem, jaki znam na tym odcinku. Nigdy nie udaje mi się opuścić tu przynęty do samego dna. Ciężary używanych główek na to nie pozwalają, tak więc skupiam się na zastoisku tuż za zakrętem. Stoję na dwumetrowej skarpie na zewnętrznym łuku i aby obłowić to miejsce muszę przerzucić przynętę na drugą stronę. Mam tam jedynie kilka metrów spokojnej wody, bo już po chwili kopyto wpada w nurt i wynoszone jest mi pod same nogi. W owym miejscu pod przeciwną burtą nie raz złowiłem już szczupaka. Miejsce to nazywam nawet - "dyżurny".


Przynęta celnie podana po kilku sekundach płynie obmyślonym wcześniej torem. Kilka obrotów korbką kołowrotka i następuje przytrzymanie. Reaguję zacięciem i znów czuje miły, pulsujący ciężar. Wędka wygięta w pałąk nie do końca pozwala rozszyfrować drapieżnika. Powodem jest silny prąd, w którym walczy teraz zdobycz. W końcu podprowadzam rybę pod nogi i na wędce podnoszę do góry. Jest mój. Miarka znów wskazuje na 46cm.



- No nie. Odpuściłem Cię tylko na chwilę, a Ty znów coś masz - z uśmiechem rzuca nadchodzący brat. W dobrych nastrojach obławiamy wspólnie kolejny zakręt z nieco spokojniejszą wodą. Tu jednak kompletna pustka, co dziwi mnie jak na tak bankową miejscówkę. Kolejny łuk rzeki i kolejne zastoisko. Ja zaczynam u wejścia w łuk, brat na jego końcowej części.
- Siedzi! - widzę uradowanego Michała. Krótka walka i mały podrostek dynda się na żyłce. Mimo, że zdobycz niewielka to jednak cieszy. Wracam na swoje stanowisko, kiedy to kolejne "jest" znów zwiastuje kontakt z rybą. Tym razem rybka jest nieco większa, ale i tak poniżej ochronnego wymiaru. Wyhaczamy ją ostrożnie i zwracamy wolność. Rzucam i ja od niechcenia. Po kilku obrotach korbką mam branie. Szczupaczek w zasadzie sam się pakuje na hak kopyta i po chwili zmierzony wraca do swojej czatowni. Kolejne miejsca obławiamy równie pieczołowicie, jednak bez sukcesu.

Jak na listopad przystało pogoda zmienia się w pół godziny. Zaczyna siąpić deszcz, a później wtóruje mu śnieżek. Wracamy do samochodu. Jemy kanapki i popijamy czerwonym barszczem, jakim rano sprytnie postanowiłem zapełnić termos. Ponieważ godzina jest całkiem wczesna zapada decyzja - dziś zrobimy jeszcze jedno miejsce, nieco niżej z nurtem rzeki. Wsiadamy do auta i przejeżdżamy leśno-polnymi dróżkami. Po śladach na piachu widać, że i tu będziemy sami. Dojechać w te rejony jest o tyle sztuką, że aby nie pobłądzić w leśnych duktach trzeba naprawdę parę razy przyjechać tu z kimś, kto ów labirynt zna.

Tym bardziej jesteśmy zdumieni, kiedy to na brzegu sporego starorzecza widzimy zaparkowany... traktor. Prace polowe o tej porze roku? Toż to chyba nie czas?. Ku naszemu zdziwieniu nad brzegiem stoi postać ubrana w szaro-bury waciak. Miejscowy zaciekle biczuje wodę za pomocą ruskiego spinningu i sporej, miedzianej wahadłówki. Obok rozłożony podbierak świadczy o poważnym zamiarze złowienia drapieżnika.
Parkujemy obok i również zaczynamy łowy na starorzeczu. Przy drugim rzucie słyszę:
- Mam!
Patrzę w stronę brata. Stoi po łydki w wodzie i trzyma mocno wygiętą wędkę. Po chwili widzę wyraźny wir na powierzchni wody. Tak to szczupak. Michał przeprowadza go dość pewnie przez resztki wodnej roślinności i po sekundzie możemy cieszyć się zdobyczą. Mierzymy szczupaka - 58cm i 1,4 kg.



Całkiem fajnie. Kolejne 40 minut z zaciętością i skupieniem poświęcamy tej wodzie. Nie mamy jednak już żadnego kontaktu z rybą i po pewnym czasie przenosimy się na rzekę. Tu, kilka kilometrów niżej woda jest wyraźnie wyższa. Na pierwszym sporym zakręcie nie daję rady obłowić wewnętrznego łuku. Powód. Za lekko łowię. Koncentruję się na wyjściu z łuku, gdzie wystająca do wody gałąź tworzy ciekawe, głębokie spowolnienie. Rzucam wzdłuż burty i w połowie zastoiska mam długie, przeciągłe zassanie. Lubię takiego typu branie, bo jest pięknie wyczuwalnie na szczytówce z długim czasem na reakcję wędkarza. Zacinam. Czuję jak ryba gdzieś w głębinie targa łbem. Podchodzi pod powierzchnię, gdzie wykonuje efektowny wyskok. Trzymam ją na napiętej plecionce i dzięki temu walka trwa nadal. Po paru jednak chwilach mam ją przy nogach. Podnoszę na wędce i kładę na trawie. Znów ledwo wymiarowy szczupak. Miarka 48cm. No to płyń i rośnij.

Mija kolejne pół godziny. Mamy już trochę kilometrów w nogach. Zaczynają boleć plecy. Do tego dochodzi przedzieranie się przez nadrzeczne chabazie, których tutaj jest w bród. Z jednej strony jestem im wdzięczny, bo skutecznie odstraszą tych, którzy przypadkiem by tu trafili. Łowienie tutaj nie jest proste i wygodniccy, którzy jakimś sposobem by tu zabłądzili drugi raz już tu nie wrócą. Kolejny spory i głęboki łuk. Troszkę ciężko z dojściem. Burta wysoka, a 2,4m to za krótko żeby sięgnąć kijem za siwe łodygi sitowia. Nagle w trawie zauważam mini rowek. Biegnie wprost do wody. To bobrowa ścieżka, którą docieram na małą gliniastą półkę. Stąd mam w miarę dobre miejsce, aby skutecznie obłowić wewnętrzną cześć zakrętu. Zakładam najcięższą główkę, jaką mam dziś ze sobą. 10 gram - dużo jak na większość obławianych dziś miejsc, mało jak na tą głębinę. Rzucam kopytem w załamanie wyraźnego nurtu i nieco spokojniejszej wody. Czekam aż przynęta dotrze w okolice dna, lecz prąd znosi ją jeszcze bliżej brzegu. Rozpoczynam skręcanie. Przynęta idzie wzdłuż resztek podwodnych traw, pod ich nawisem.
Gdy jest w połowie drogi następuje mocne uderzenie. Silnie zacinam. Ryba od razu stawia poważniejszy opór niż poprzednicy. Do tego wszystkiego odbija na środek łuku, gdzie nurt jest dość wyraźny i stawia jeszcze większy opór. Hamulec raz po raz gra swoją - miłą każdemu wędkarzowi - melodię. Po dłuższej chwili podciągam rybę bliżej burty i widzę jej cętkowany bok. Szczupak odbija po raz kolejny gdzieś w głębinę, ale są to już jego ostatnie ucieczki. W końcu mam go przy nogach, jednak nie bardzo wiem jak go podebrać. Brat stoi na wysokiej burcie, a że jest stosunkowo świeżo po zdjęciu gipsu mowy nie ma, żeby zszedł niżej i mi pomógł. Ratunkiem staje się kępa zatopionej trawy, na którą wyślizgiem wyciągam szczupaka. Uff. Udaje się. Jest mój. Oddycha ciężko. Zmęczyła go ta walka. Wynoszę go na górę. Mierzymy - 57cm i 1,44kg.



Szczupak jest pięknie wybarwiony. Ma wyraźne żółte plamy na oliwkowych bokach. Typowo jesienne, intensywne ubarwienie. Jego wypchany brzuch wskazuje, że nie próżnował w ostatnim czasie. Śpieszył się zapewne przed zimą i starał się nagromadzić masy przed przyszłorocznym tarłem. Robimy zdjęcia. Jestem zadowolony. Zbliża się 15.00. Czas pomału kończyć. Zastanawiam się jeszcze czy obłowić następny ciekawy zakręt jednak na dziś wędkarskiej adrenaliny mam już pod dostatkiem. Jeszcze się waham, bo przecież, jeśli źle się ułoży może to być ostatnia spinningowa wyprawa w tym roku. Przyjdzie poważniejszy mrozek, spadnie śnieg i już się tak nie będzie chciało. Wracamy jednak do samochodu. Jeszcze zjadamy po kanapce, popijamy. Znów zaczyna padać śnieżek.


W drodze powrotnej z uśmiechem rozpamiętujemy dzisiejsze połowy. Mimo, że kurtki nieco przemoczone, mimo że wodery utaplane w błocie, mimo że w spodniach nawbijana masa tych czepliwych fafroclji których nazwy nie znam to jednak TO BYŁ WSPANIAŁY WĘDKARSKI DZIEŃ.

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (2)

moczykij, 2011-12-23 12:48:16
Tradycyjnie , świetnie się czytało :kwadr:
cerber, 2011-12-25 23:50:42
Radują te Wozikowe opowieści wędkarskie serca:oczko: