Pewnego razu gdy odłożyłem spinning...

Wozik77 2010-08-03 Wyprawy wędkarskie

...
Wreszcie upragniony urlop!!! Prawie dwa tygodnie majowego pobytu na ukochanych Mazurach. Na ten wyjazd ostrzyliśmy zęby ( raczej jigowe haki ) już od paru miesięcy. Kwatery od dawna zarezerwowane i wszystko dopięte na ostatni guzik. W końcu środa, 21.05, wyjazd. Droga jak zwykle urokliwa, a z każdym kilometrem coraz bardziej życzliwe oczom charakterystyczne mazurskie widoki - zbożowo-rzepakowe pagórki, duże połacie lasów Puszczy Piskiej no i oczywiście dachy pokryte czerwoną dachówką. W końcu pierwsze niebieskie tafle i lekko zazielenione sitowie, kołyszące się przy podmuchach wiatru.

Kiedy docieramy na miejsce, pół Polski zapewne wychodzi z pracy by stanąć na wylotówkach miast w gigantycznych korkach. Tak, tak. To drugi dłuuuugi weekend w tym miesiącu, tak więc i urlopowy szał. Mamy tego świadomość, dlatego i my pierwszych kilka dni odpuszczamy. W pięcioosobowej ekipie ( Ja z żoneczką, Młodszy Wozik oraz Potok z Dorotą) delektujemy się błogim odpoczynkiem od szarzyzny i nerwowości dnia codziennego. Podziwiamy widoki, oddychamy świeżutkim powietrzem no i oczywiście kosztujemy różnej maści specjałów z grilla, i nie tylko z grilla ;-).

Robimy sobie także wycieczkę do Biebrzańskiego Parku Narodowego oraz zwiedzamy Twierdzę Osowiec. Jak co roku odwiedzamy także zwierzaki w Parku Dzikich Zwierząt. Pogoda w tym czasie też nie zachęca do wędkowania. Cały czas niebo nad mazurską krainą zasnute jest ciężkimi siwo-granatowymi chmurami i choć nie pada to dzięki nim jest dość chłodno. Poważne łowy mamy zamiar zacząć od poniedziałku. Wówczas to kobiety odprawiamy na PKS do Warszawy i już tylko w męskim gronie pozostajemy na prawdziwym wędkarskim wyjeździe. Trzy wcześniejsze dni poświęciliśmy też na nęcenie w pięknej grążelowej zatoce - ot na wypadek, gdyby szczupaki (w co w ogóle nie wierzymy) nie chciały współpracować.

A jednak. Po raz pierwszy od lat szczupaków ani widu ani słychu. Owszem brań jest sporo, ale to jedynie podrostki w przedziale 30-40cm. Po dwóch pełnych dniach takich podchodów, zmian przynęt, metod prowadzenia w końcu mamy serdecznie dość. Brat jeszcze nie daje za wygraną i późnym popołudniem kieruje się na jeziorowe górki. Ja z Potokiem wdrażamy w życie plan B. Pakujemy na łódź wszystko, co niezbędne na spławikowej zasiadce i koło 18.00 kierujemy się na zatokę. Wpływamy na łowisko po cichutku i ostrożnie kotwiczymy się w odległości umożliwiającej swobodne zarzucanie spławikowych zestawów. Potok rozkłada wędki i rozlokowuje cały sprzęt w łodzi. Ja rozrabiam zanętę i wrzucam ją w upatrzone wcześniej miejsca. To już 4 dzień porządnego nęcenia. Obaj mamy nadzieję na efekty. Pierwsza godzina upływa pod znakiem wszędobylskich wzdręg i płotek. Rybki są różnych rozmiarów, choć niektóre z nich to już przysłowiowe patelniaki. Nie one są jednak celem tej wieczornej wyprawy.

Kolejna godzina to już nieco uspokojone spławiki. Nie zanurzają się już energicznie tak jak w przypadku wzdręg. Na branie czeka się dłużej, a efekty to coraz większe krąpie i podleszczaki. W końcu koło 20.30 Brania zupełnie ustają. Woda jeziornej zatoki uspokaja się całkowicie. Zmarszczona jeszcze kwadrans temu wiaterkiem teraz jest gładka niczym powierzchnia lustra. Słoneczko pomału chowa się za drzewami. Robi się spokojnie i cicho. Co i raz słychać jedynie jakiś plusk w szuwarach. Przez parę minut słuchamy też koncertu żab. W końcu i my zaczynamy mówić do siebie szeptem. Ogarnia nas magia wielkiego oczekiwania.
- Popatrz na prawo od Twojego spławika - nagle słyszę z ust Potoka. Wreszcie są. Bąblowe ścieżki. Co i raz tu i ówdzie pojawiają się nowe ich skupiska. A więc przypłynęły i żerują. Pozostaje nam tylko oczekiwanie na pierwsze branie. Nagle jeden z moich spławików zaczyna się lekko przytapiać. Kilak sekund później powolutku "wyjeżdża" ku górze. Długa to męka dla przyzwyczajonego do szybkich reakcji spinningisty. Wytrzymuję jednak ciśnienie i czekam z zacięciem na odpowiedni moment. W końcu jednak na wpół przytopiony spławik wyraźnie odjeżdża w bok. Nie czekam dłużej. Świst kija i już czuję porządny opór po drugiej stronie.
- Jest - mówię do Potoka. To znak-sygnał i kompan już wie dobrze, co ma robić. Rozkłada tylko wcześniej przygotowany podbierak i czeka w pełnej gotowości.
Ryba tym czasem nie daje za wygraną i ostro muruje w stronę dna. Przy tym chodzi raz w lewo raz w prawo. Kilka razy jest w okolicach podbieraka, lecz każde dotknięcie jej siatką powoduje kolejną ucieczkę. W końcu hamulec coraz rzadziej gra swoją melodię i w związku z tym udaje się nam ją podebrać.

Jest!!! Piękny, gruby zielono-złotawy lin. Całe 41 cm aksamitnego szczęścia. Waga 1,06 kg. A więc pierwszy tegoroczny i od razu mój osobisty rekord. Następuje sesja zdjęciowa, po czym rybka trafia do wody. Nigdy nie bierzemy ze sobą linów. Może to za sprawą kłopotów ze skrobaniem, może za sprawą lekko błotnistego posmaku mięska, ale może także z jakiejś wewnętrznej sympatii do tego gatunku. Obaj z doświadczenia linowych zasiadek wiemy, że teraz musi nastąpić mała przerwa. Obszar nęcenia i naszego łowiska jest nie duży, a walka z linem z pewnością narobiła troszkę zamieszania tam poniżej lustra wody. Mija kwadrans, kiedy tym razem to Potokowy spławik wykłada się na powierzchnię. Wiemy dobrze, co to oznacza. Jesteśmy tego tak pewni, że ja zwijam nawet jedną ze swoich wędek. Wszystko po to, aby nie przeszkadzała za chwilę kompanowi. Potok także wykazuje opanowanie i bez pudła odczytuje odpowiedni moment do zacięcia. Znów piękne odjazdy i przepiękny okaz w podbieraku. Ten jest ciut mniejszy od poprzednika, choć 38 cm i 0,86 kg to przecież i tak bardzo ładny wynik.

Jeszcze rozpamiętujemy ten hol, kiedy kolejny Potokowy spławik niknie pod wodą. Ryba ani na chwilę nie daje się oderwać od dna. Buszuje po całym łowisku. W pewnym jednak momencie ostry odjazd od burty i pęka przypon. Potok klnie pod nosem. Okaz był na pewno w przedziale 1,5 - 2 kg.
- A mówiłem Ci. Łów jak ja, bez przyponu. Tylko główna żyłka. Miałem podobną sytuację rok temu. Pamiętasz? Też straciłem takiego kolosa i stąd ta moja modyfikacja zestawu. Znów zestawy z kukurydzą na haczykach lądują w łowisku. W oczekiwaniu na kolejne brania popijamy "tyskacza". Robi się coraz ciemniej. Jest już w zasadzie dobry półmrok, kiedy zauważam kolejną porcję bąbli na powierzchni. Ponieważ mój spławik stoi dużo dalej podciągam zestaw dokładnie w to miejsce. To zabieg, który nie raz już się powodził. Tak jest i tym razem. Dosłownie 20 sekund później spławik zaczyna się przesuwać w prawo. Gdy wyraźnie się przytapia, zacinam.
- Siedzi - uśmiecham się do Potoka. Po raz kolejny tego wieczora dane jest mi walczyć z tak godnym przeciwnikiem. I ten egzemplarz pokazuje moc tego gatunku. Teleskop wygięty w pałąk, co i raz terkotka hamulca kołowrotka. Tak to chwile, na które my wędkarze czekamy. Tym razem miarka pokazuje 40 cm, a waga 1,1 kg. Robimy zdjęcie i puszczamy rybę.
- Rośnij - rzucam mu na pożegnanie. Za rok się spotkamy.

Patrzymy na zegarek. Jest za kwadrans 22.00. Postanawiamy zostać jeszcze maximum pół godziny. To czas, w którym z trudem, bo z trudem, ale widać jeszcze jaskrawe końcówki naszych spławików. Pewnie połowilibyśmy jeszcze dłużej, ale nie wzięliśmy ze sobą świetlików. Decyzja o pozostaniu jednak opłaca się, bo Potok doławia dwie kolejne sztuki 0,76 i 0,85 deko (36 i 38 cm). Wreszcie kończymy. Wyprawę uznajemy za bardzo udaną. Wiemy też obaj, że przypłyniemy tu już jutro, najdalej pojutrze...

Jak się później okaże ten mazurski wypad po raz pierwszy od lat należałoby nazwać - Wyprawa na Liny a nie na Szczupaki... Do końca wyjazdu złowiliśmy jeszcze kilkanaście sztuk, z których żaden nie miał mniej niż 0,75 deko.
Wszystkie rybki w dalszym ciągu penetrują moczarowe łąki w Naszej Zatoce i mam nadzieje, że skutecznie będą unikać haczyków aż do następnego roku, kiedy znów zawiśnie na jednym z nich nasza konserwowa kukurydza

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (1)

witaszek10, 2014-05-22 18:53:03
Lin to mega fajna rybka. Dosyć trudny swojski cwaniak. Szczupły przy nim to jak twardogłowy mięśniak. Pozazdrościć emocji pogratulować barwnego opisu.