Ołów i złoto

nema44 2011-12-03 Opowiadania

...
Zanurzam koniuszki palców w wartkiej wodzie. Brrrr... ale zimna! A przecież to dopiero październik. Spoglądam nad siebie – niebo sine, ołowiane, ponure chmury suną szybko, groźnie marszcząc nastroszone brwi. Ostrzegają przed jesienną ulewą. Rzeka pod nimi też sina, pofalowana i zła, że ktokolwiek próbuje zakłócić spokój jej mieszkańców. Wznoszę modły, aby tym razem okazała się łaskawa dla zbłąkanego wędkarza. Czy pomogą? Nie wiem...
Jesienne łowy nie należą do najłatwiejszych

W zimne dni października nad wodą bywa niewielu ludzi. Główki, ostrogi i kamienne trawersy puste, czasami tylko gdzieś zamajaczy niewyraźna sylwetka, by po chwili zniknąć, pozostawiając obserwatora w niepewności, czy nie uległ złudzeniu stęsknionych towarzysza oczu. Tak, stęsknionych, bo o ile latem ucieka się przed tłumem wędkujących, o tyle po wielogodzinnych jesiennych łowach wygląda się kogoś, z kim można by zamienić parę słów. Jesień to czas samotników, mój czas.
    
Jeszcze ciemno. Przez gumowe buty czuję przejmujący chłód rosy. Miękkie trawy stopniowo ustępują twardym, kanciastym kamieniom. To znak, że zbliżam się do ulubionego łowiska. Ciszę przerywa delikatny szelest, pierwsze krople zimnego deszczu rozbijają się o twarde podłoże. Mokro, nieprzyjemnie. Żyłka klei się do montowanego pospiesznie spinningu. Po chwili przestaje padać, zrywa się natomiast niewielki wiatr, przenikający swoim oddechem aż do szpiku kości. Po kwadransie łowów dostrzegam rozmyte kontury otaczającej mnie rzeczywistości. Dnieje niespiesznie, ociężale. Obławiam kolejne dołki. Powoli, sumiennie, dokładnie. Doświadczenie nauczyło, że tak trzeba, pośpiech zupełnie niewskazany. Jesienne wędkowanie można porównać do grzybobrania – najwspanialsze okazy trafiają się flegmatykom.

W południe robię przerwę na śniadanie i kawę. Po chwili słyszę niewielki plusk. Spoglądam na wodę i dostrzegam kilka maleńkich rybek, pryskających na boki po ataku drapieżnika. Okoń? Kleń? Sandacz? Kto wie... Posyłam małą obrotówkę w miejsce zaobserwowanego zdarzenia. Wędkarski szósty zmysł mówi mi, że za chwilę poczuję upragniony opór. Tak! Atak następuje tuż po kolejnym rzucie, gdy błystka opada spokojnie na dno, wirując powoli skrzydełkiem. Dziękuję Bogu, iż nie przegapiłem brania. Ryba po zacięciu nie zaczyna jakiejś szaleńczej walki, tylko prze uporczywie do dna, od czasu do czasu wyciągając kilka metrów linki. Mija dobrych parę minut i wreszcie podciągam holowany okaz bliżej brzegu. Mimo wielkiej ostrożności popełniam błąd.
Podczas holu szczupaka nietrudno o błąd

Zbyt wysoko unoszę szczytówkę wędziska, co prowokuje drapieżnika do gwałtownego wyskoku nad powierzchnię. Moim oczom ukazuje się wspaniały, kilkukilogramowy okaz szczupaka, który potrząsa zębatym pyskiem, próbując oswobodzić się ze zdradzieckiej kotwiczki. Dopiero teraz odczuwam napływające emocje. Nogi i ręce drżą, serce wali jak po długim biegu. Obły kształt młynkuje tuż pod moimi nogami i bijąc wściekle ogonem, rozbryzguje fontanny wody zmieszanej z wiślanym mułem. Przypominają mi się opowieści kolegi z łososiowej wyprawy na Alaskę. Toż to prawdziwa torpeda! Na szczęście zębacz po chwili uspokaja się i odpływa w głębinę. Po kilku minutach chwytam zmęczoną rybę w okolicach mięsistego karku i wyciągam na brzeg. Boże! Jaki piękny! Jeszcze nigdy nie widziałem tak wspaniale ubarwionego szczupaka! Ciemnozielony, w złote i oliwkowe cętki.
Niekiedy jednak hol kończy się powodzeniem

Spoglądam na wielkie, ostre jak szpilki kły i uświadamiam sobie, że książkowe porównania dużego esoxa do bengalskiego tygrysa wcale nie są takie banalne, jakby się mogło wydawać. Maleńka obrotówka utkwiła w twardym pysku tak mocno, że muszę niemało się napocić, aby ją odhaczyć. Prawdziwy dramat przeżywam po chwili, gdy zastanawiam się, co począć ze wspaniałym okazem. Ryb w zasadzie do domu nie zabieram, ale ten sezon miałem wyjątkowo kruchy i wypadałoby podsumować go choć jedną godną konsumpcji zdobyczą, nieporównywalną smakowo z supermarketowymi pstrągami. Uniesiona ręka zastyga przez moment w bezruchu i powoli opada. Nie mogę! Zbyt piękny, aby go uśmiercać. Trzymam zdobycz przez chwilę w spokojnej wodzie blisko brzegu i uśmiecham się do swoich myśli. Ten prawdziwie może opowiadać pobratymcom, że uciekł katu spod topora.
Jak się nie ulitować, gdy przeciwnik bezradny?

W ferworze walki nawet nie zauważyłem, iż zmieniła się pogoda. Wiatr przegonił chmury i pokazało się słońce. Nagle wszystko pojaśniało i nabrało nowych, fascynujących kolorów. Wiekowe topole zaczęły przypominać rajskie drzewa, oblane złotem i purpurą. "A może to Matka Natura barwnie dziękuje mi za to, że nie skradłem jednego z jej skarbów? Ci Grecy to jednak mądrzy ludzie” – pomyślałem, przypominając sobie mityczną opowieść o Demeter i Korze. Wtem usłyszałem szelest w pobliskich krzakach. Odwróciłem się i moim oczom ukazał się siwy staruszek z leszczynowym wędziskiem w rękach. Wyglądał jak człowiek z innej, dawno minionej epoki. Stary, pomarszczony, w niespotykanym już stroju. „Dziękuję!” – powiedział i spokojnie się oddalił. Zatkało mnie.
    
Koledzy po kiju zwykle podśmiewają się ze mnie, gdy podczas zimowych spotkań przy nalewce opowiadam im tę przygodę. Nie wierzą w wielkość szczupaka ani w istnienie tajemniczego staruszka. A ja mógłbym przysiąc, że spotkałem nad Wisłą strażnika natury.

nema44

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (6)

krzyko, 2011-12-04 08:04:59
Podobało mi się bardzo Twoje opowiadanie.Słowa przelałeś na ekran z samego serca a serce masz bo nie łatwo jest wypuścić dużą piękną rybę.Ale że satysfakcja jest podwójna wie tylko ten co taką rybę zwrócił środowisku.A koledzy niech się śmieją,pewnie nigdy nie odczują takich emocji.
bysior, 2011-12-04 09:50:21
Rewelacyjne opowiadanie Nema... powtórzę za Krzyśkiem, że prosto z serca! :oklasky: Czytając końcówkę zabrakło oddechu... satysfakcja z wypuszczenia pięknej ryby jest bezcenna i bez wątpienia to jeden z najprzyjemniejszych momentów naszej pasji, to machanie rybiego ogona na pożegnanie! :hura: Brawo za świetny tekst :oklasky: :oklasky: :oklasky:
Wozik77, 2011-12-04 17:35:57
No Nema44. Widzę, że lekkość Twojego pióra jest nie mniejsza niż postawa jaką reprezentujesz i którą opisałeś w tym opowiadanku. Brawo :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Tak sobie myślę, że takie małe kroczki i styl, w jakim jest to robione przez nas samych na tej stronie, powoduje że postawy rozsądku i umiaru, a także poszanowania względem przyrody, docierają w większym stopniu niż napastliwe przekonywanie co do swoich racji, nie tylko do młodszego pokolenia ale i do tego troszkę starszego. Super, cieszy mnie to :okok:
gusto, 2011-12-04 18:59:15
No co świetnie przelane doznania i uczucia prawdziwego myśliwego,który potrafi uszanować przeciwnika i obdarzyć ,go należnym szacunkiem.Czyta się i widzi jakby się samemu tam było i łowiło:oklasky::oklasky::oklasky:
garbus, 2011-12-04 19:08:18
Nema :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: a podsumować można go tak: radość z polowania jest większa od przyjemności zabijania :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
Kaz, 2011-12-05 20:32:39
Super napisane nema44,wiesz nema Ja także mam takie same dylematy i choć wiem że wypuszczę swoją zdobycz to też miewam takie same pokusy ( a może by zabrać).W końcu rybki wracają do wody i jak napisałeś ta radość i ulga to jest to czego jeszcze nie wszyscy wędkarze mogą doznać:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: