Oliwkowy rekord....

Wozik77 2011-06-19 Wyprawy wędkarskie

...
Czerwone dachy popielatych chałup ewidentnie wskazywały, że wjeżdżamy do krainy jezior mazurskich. Roboczy tydzień był już gdzieś z tyłu mnie, a przede mną tylko radość i długo wyczekiwane wędkowanie. Niby takie samo od lat, bo w tym samym miejscu, niby scenariusz z góry ułożony i dość przewidywalny, no i wreszcie niby z ogólnie pojmowanym przez ludzi wypoczynkiem też ten czas miał mieć niewiele wspólnego. Dlaczego?

No bo czy wstawanie przez kilka dni o 3 rano, by o świcie być na wodzie jest wypoczynkiem? Czy tachanie silnika i akumulatorów, oraz wszystkich wędkarskich i nie tylko gratów dwa razy dziennie do łódki i z powrotem jest relaksem? Czy spinningowanie 8 godzin przez 6 dni okraszone 3 godzinną, wieczorną zasiadką ze spławikiem może nie wyczerpać człowieka i mu się nie znudzić? Otóż powiem Wam, że mi NIE, po stokroć NIE !!!

Wyjeżdżaliśmy z Warszawy pochmurnym piątkowym popołudniem, sprytnie omijając drogą przez Dębę korki w Legionowie lub Nieporęcie, Serocku i przed Pułtuskiem. Mazowsze opuszczaliśmy pod baldachimem wiszącego w górze deszczu, jednakże Mazury przywitały nas dopiero co wyglądającym zza chmur wieczornym, zachodzącym słonkiem. Prognozy na najbliższe dni były obiecujące i dawały nadzieję na wytchnienie po dwutygodniowych upałach.

W drzwiach domu jak zwykle słowami „Szczupaki drzyjcie”, przywitał nas Gospodarz. Uścisk dłoni, pytanie o zdrowie i na pomost nacieszyć oczy widokiem.

Nie pozostawało nic innego tylko cieszyć się nadchodzącym tygodniem.

Pełnie tej radości odkładałem na poniedziałek, kiedy to według moich przewidywań weekendowy ruch na jeziorze miał zelżeć. Tak też się stało, jednakże w sobotę i niedzielę rozpocząłem przyzwyczajanie biało-rybu do miejsca, w którym zamiarowałem wędkować.

Niedzielną, późną poobiadową porą nie wytrzymaliśmy i wypłynęliśmy z bratem na spinningowy rekonesans.

Szczupaki współpracowały przednie. Brań było sporo, a ryby z każdą kolejną sztuką były o kilka cm większe.

Cieszyło nas to bardzo i było dobrym prognostykiem na kolejne dni, jednakże z opisu pominąć muszę przysłowiowego 13-go, o którego pechu i mi było dane się przekonać. Jego bilans podsumuję tylko złamanym na własne życzenie (poprzez popełnienie szkolnego błędu) spinningiem oraz wypięciem przy podbieraniu 4 godnych już drapieżników. Brat, na drugiej łódce też nie miał najlepszego dnia, więc zgodnie zrzuciliśmy to na kark “przesądu”, kończąc ten dzień w miejscowej knajpce i zajadając się smakołykami z grila popijając je piwkiem. Zaprzyjaźniliśmy się też z pewnym bocianem, który odwiedzał nas codziennie.

Kolejny dzień zapowiadał się już dużo lepiej. Połów rozpocząłem jednak od skorupiaków

Ryby natomiast brały co prawda rzadziej niż dzień wcześniej, ale sprawiały niebywałą radość podczas emocjonujących holi.

W tym miejscu muszę nadmienić, iż po lekturze artykułu zamieszczonego na Shrap-Drakes.pl, autorstwa Pawła Popławskiego n/t fotografi wędkarskich, postanowiłem zabierać ze sobą na łódkę mały statyw. Wraz z niewielkim kompakcikiem spisał się wyśmienicie, gdyż do tej pory zawsze miałem problem ze zdjęciami na łódce (a raczej ich brakiem). Pływanie samotne niemal wykluczało zrobienie sobie fotki z rybą. Tym razem było zupełnie inaczej, a statyw z pewnością na stałe zagości w moim wyposażeniu łódki.




Zmagania ze szczupakami skończyłem przed 18.00, a kwadrans poźniej wpłynąłem do zatoki na nęcone od kilku dni łowisko.

Smakołyki przygotowane dla ryb ponownie powędrowały do wody, a ja w spokoju i bez pośpiechu zabrałem się za montowanie zestawów.
Wieczór był cichy, ciepły i bezwietrzny. Idealna aura na zasiadkę. Odpadły wszelkie problemy ze zwiewaniem zestawów, co ewidentnie przełożyło się na spokojne oczekiwanie na brania.

Najpierw drobnica. Jak zawsze. Wzdręgi, płotki. Niektóre niczego sobie, ale to nie one były celem mojego polowania. Po 20.00 następuje 20 minut ciszy i w końcu pojawiło się w łowisku bąblowanie. Moja koncentracja sięgnęła zenitu, kiedy bąbelki wynurzały się dokładnie pod spławikiem.
Nie czekałem długo. Wyłożenie spławika i pierwszy leszczyk melduje się w podbieraku.

Nie mija kwadrans jak kolejny raz wędka gnie się pod ciężarem rybki. Ten jest już większy i dużo piękniejszy. Ciemne ubarwienie jest domeną jeziorowych leszczy, ale także ubarwieniem dna, jakie tu się znajduje.

Po paru minutach mam kolejnego przedstawiciela rodu Abramis Brama, jednak zaczynam się zastanawiać czy stado leszczy nie przepłoszyło mi skutecznie bohaterów, dla których tu przypłynąłem. Chwilę przed 21.00 spławik zaczyna rytmicznie podrygiwać. Znam ten widok i mija jeszcze dobrych kilka minut zanim ryba przytapia go i majestatycznie przesuwa w bok.

- Nie ma na co czekać Piotruch - rzucam sam do siebie w myślach. - Teraz !!!

Zacinam, a w toni odpowiadają mi dwa mocne szarpnięcia. Hamulczyk kołowrotka zagrywa melodię, a ryba odjeżdża raz w prawo, raz w lewo. Prze do przodu z mocą lokomotywy, a solidna matchówka gnie się w pałąk. Zanim zaczynam na dobre cieszyć się tą walką... jest po wszystkim.

Zciągam zestaw. Brak haczyka. Z używania przyponu już kiedyś wyleczył mnie jeden złoty osobnik, jednakże teraz musiałem coś spartaczyć z węzłem. Klnę pod nosem za niewykorzystaną szansę. Ryba narobiła troszkę zamieszania i przez pół godziny nie dzieje się nic. Przed 22.00 doławiam jeszcze kolejnego leszcza jednak niesmak pozostaje.


Rybka wraca do wody, a ja postanawiam kończyć.

Następnego dnia rano, podczas gdy “cętkowane nadzieje” zamieniają się w “pasiaste szczęście”, ja wciąż rozmyślam nad przebiegiem wczorajszej zasiadki. Wiem, że mogłem pobić swój rekord, ale wierzę też, że może dziś los się uśmiechnie.






Popołudniu znów ten sam scenariusz. 19.00 donęcenie i do dwudziestej drobiazg. Potem cisza. Po niej - tak jak dzień wcześniej, niemal z zegarkiem w ręku bąblowanie. Co i raz to tu, to tam, na gładkiej powierzchni wody widać ich zwartą masę. W półmroku wytężam wzrok, kiedy to jeden ze spławików zaczyna się podtapiać, jednak to jeszcze nie czas. W braniu mojego bohatera, nie wiem dlaczego, ale już tak jest, że dokładnie na 100% wiesz, że to jest ten moment zacięcia. Znów zabawa trwa kilka chwil i kiedy myślę, że tylko posmakował, spławik majestatycznie w połowie zatopiony, odjeżdża powolnie w prawo. Świst kija i rozpoczyna się walka. Tu nie ma miejsca na błędy, dlatego liczę, że wzmocniona wersja węzła z dnia wczorajszego jest wystarczająca. To samo myślę o żyłce, ale o rozmiar 0,22 tym razem się niepokoję. Powód jest prosty. Takiego oporu białej ryby na kiju nie miałem chyba nigdy. Ryba idzie dołem wzniecając wokoło bańki powietrza unoszące się do góry z roślinności na dnie. Na szczęście jedną ręką udaje mi się sięgnąć drugi zestaw i przesunąć go nieskładnie, ale jednak mocno w prawo. Oczyszcza to mi teren walki. Teren w moim rozumieniu, bo przeciwnik nic sobie z tego nie robi i pływa tam, gdzie On chce. Zaczynam obawiać się o finał tej zabawy i luzuję jeszcze bardziej hamulec. Wiem, że wypięcie z pyska w tym przypadku zdarza się niezmiernie rzadko, a poprzez przesadny hol siłowy finał może być jednak niekorzystny dla mnie. Po dobrych dwóch minutach w końcu moim oczom ukazuje się lin. Nogi mam jak z waty, bo wiem, że to mój rekord !!!

Na zanurzony wcześniej podbierak podprowadzam rybę, jednak tak nie zamierza kapitulować. Kolejny odjazd w toń zatoki jest jednak jej zgubą. Tak niefortunnie robi młynek, ze okręca się żyłką wokół tułowia. To troszkę krepuje jej ruchy i znacząco ułatwia mi kolejną próbę podebrania. W końcu mogę się cieszyć zdobyczą!!!



Dopiero w podbieraku, na dnie łódki widzę jak jest duży. Drżącymi rękoma przykładam miarkę. Równiutko 50cm ! Cieszę się ogromnie. Ryba zmęczona walką leży na mokrym podbieraku, a ja podziwiam jej aksamitną, oliwkowo-zielono-złotą barwę. Szybka sesja foto i Pan Lin wędruje z powrotem do wody. Po takich emocjach i harmidrze dalsze łowienie w dniu dzisiejszym odpuszczam. Spływam z jeziora niezmiernie szczęśliwy.

Kolejne dwa dni przynoszą mi nieco mniejszych przedstawicieli rodu TINCA TINCA, ale wyniki między 38-42cm cieszą niezgorzej, bo jeszcze do wczoraj oscylowałby wokół poprzedniego rekordu. Oczywiście wszystkie wracają do wody, by rosnąć dalej i cieszyć jak mnie kolejnych szczęśliwców.




Ostatniego dnia Mazury zaciągają się ciężkimi chmurami, woda wychładza się znacząco, a toń jeziora marszczy fala. Wędkowanie odpuszczam, tym bardziej, że jutro już powrót. Sercowe rozterki, jakie przeżywam, kiedy po raz ostatni stoję na pomoście patrząc na jezioro, najlepiej określą słowa pewnej piosenki…

„Chce do jedynego miejsca na Ziemi, gdzie problemy przestają mieć znaczenie, do objęć które akceptują me słabości, do nich pragnę, tylko do mej miłości, jest na Ziemi jedno moje małe miejsce, gdzie poza biciem serca nie liczy się nic więcej, uciekam tam z moją całą miłością, wierzę w Ciebie, wierze w moje SACRUM...”

PS. Podziękowania dla mojej Małżonki, za wyrozumiałość dla mojej pasji, jaką jest wędkarstwo i za to, że akceptuje i toleruje moje prawdziwe wędkarskie eskapady. Ola. Dziękuję

Żegnajcie Mazury, tym razem na dłużej.

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (14)

waldi-54, 2011-06-19 07:06:42
No Piotruś, ale połowiłeś, wielkie gratulacje.:oklasky: Pięknie napisana relacja z wędkarskiej wyprawy, piękne fotki i śliczne ryby. Wielkie brawa za rekord lina, taki 50-tak zostawia na długie lata wspomnienie, gratuluję raz jeszcze.:oklasky::oklasky::oklasky: pozdrawiam waldi-54:papa2:
morouk, 2011-06-19 09:48:41
Piotr, pieknie, po prostu pieknie! Lin kapitalny, wyprawa znakomita, a zdjęcia z łódki - lux! Paweł z pewnością będzie dumny z takiego ucznia ;) ! :okok: :okok:
bysior, 2011-06-19 11:19:27
Piotruś przepiękne zdjęcia, przepiękne opowiadanie, przepiękne ryby i przepiękny lin z Twojego ukochanego jeziora! Jednym tchem przeczytałem ten tekst i chyba nie potrafię znaleźć adekwatnych słów żeby wyrazić swój podziw. Ja również dziękuję Twojej Żonie - i mam nadzieję, że na te eskapady mazurskie będzie Cię wypuszczać jak najczęściej! :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
krzyko, 2011-06-19 17:12:23
Fajna relacja z urlopowych Mazur.Myślałem że w ciepłych miesiącach roku szczupak siedzi w zielsku i jest niedostępny, a tu proszę biorą regularnie.Lin to dla mnie zupełna niewiadoma ale kusisz Piotrek kusisz : Haha:
Novis, 2011-06-19 22:22:45
Peter, jak zwykle klasa. Wyczuwam ( nie po raz pierwszy) w Twoich artykułach swojego rodzaju fascynację mazurską. Tak bym to określił. Widać emocjonalne związanie z tym pięknym regionem Polski.Mazur w zasadzie nie znam. Może stąd moja ocena. Może kiedyś ruszę w Twoje ślady?
mario, 2011-06-20 06:39:40
Piotrek super udany urlop nad ulubioną wodą, piękne rybki i krajobrazy. Tylko zastanawia mnie gdzie się podział słynny Wozikowy kapelusz:nerwus:, czyżby zmiana na nowszy model:mysli:
Wozik77, 2011-06-21 21:52:58
Dzieki Chłopaki za miłe słowa. Tak, Mazury nadal kryją w swoich pieknych jeziorach ładne rybki, tylko trzeba troszkę czasu poświęcić aby je poprostu znaleźć.Polecam. Mario. To letnia wersja :D
kojoto, 2011-06-21 23:13:33
No to jest dopiero piękna relacja! :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Gratuluję i na więcej brak słów
rapa, 2011-06-22 09:48:49
Cieszę się że jesteś wypoczęty i zadowolony bo to najważniejsze. Lin bajka, mam nadzieję że choć raz uda mi się wybrać ze spławikiem w tym roku nie ma to jak sprawdzone mazurskie jeziorko :D
gusto, 2011-07-02 15:04:41
No to połowiłeś kolego rybki super:hura:,zdjęcia rewelacyjne:aparat::oklasky::oklasky:
moczykij, 2011-10-12 21:08:46
Chyba już znalazłem mojego ulubionego autora na S-D :D Uwielbiam czytać takie opowiadania a fotki klasa :okok:
Wozik77, 2011-10-13 12:08:12
Moczykij - :kwadr: Tez znam tego gościa!!! :oczko: . W jego imieniu dzieki za miłe słowo :oczko:. Kazał przekazać, że zachęca do przeczytania jego starszych artykułów :kwadr:
nema44, 2011-12-24 14:20:26
Jakie piękne liny! Jakie piękne jezioro! Jaki piękny urlop! Jaki piękny artykuł!!! Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością - liny to moje ukochane ryby spokojnego żeru. Gratuluję umiejętności i wspaniałych wyników, a zazdroszczę jedynie tego, że potrafisz znaleźć czas, by realizować w pełni swoje hobby. No i wyrozumiałej małżonki zazdroszczę . Proszę ją pozdrowić...
Wozik77, 2011-12-24 14:28:26
Nema44@ - oczywiście pozdrowię i dziękuję w Jej imieniu. A liny - fakt. To piękne ryby i choć dość wymagające to połów oraz hol wynagradzają godziny wyczekiwania. :okok: