Nigdy nie mów NIGDY!

Paweł 2012-02-29 Opowiadania

...
Wszystko zaczęło się tak jak powinno się zacząć... Mały chłopiec pojechał na wczasy z Rodzicami. Do Somianki, nad Bug. Tam, w piękny lipcowy wieczór, pod okiem starszego brata ciotecznego złapał pierwszą w życiu rybkę. Kolorową płotkę.

Przyznać się Wam muszę, iż pamiętam tę płoteczkę po dziś dzień. Złowiona była na spławik, w takim mini starorzeczu. Wędka oczywiście bambusowa. Radości dała co niemiara.
Ta płotka zapoczątkowała pasję, która trwa do dziś. I z roku na rok się nasila…

Później wszystko również potoczyło się zgodnie z planem. Pierwsza osobista, leszczynowa wędka wycięta przez dziadka, żyłka tęczówka, spławik z pióra i sobotnie wyprawy z dziadkiem i Jego kolegami, nad Wisłę. Również wyjścia z własnymi kolegami nad pobliski stawik (100 metrów od domu) na karaski. Później Jeziorko za Kościołem, które kusiło płotkami i większymi karasiami… Z czasem przyszedł czas na samodzielne wycieczki nad płynącą trzy kilometry od domu Wisłę…

Najpierw to wszystko odbywało się wyłącznie w wakacje. Pierwsze samodzielne wyjazdy rowerem nad Wisłę zaczęły wydłużać sezon. Już nie tylko wakacje, ciepłe majowe dni kusiły coraz bardziej, również wrześniowa złota polska jesień…

Wraz z nabywanym doświadczeniem i coraz większą wszechstronnością wędkarską pierwszy maja stawał się dla mnie nie tylko dniem pochodu, uświetniającym Święto Pracy, ale również początkiem sezonu wędkarskiego. A dopiero październikowe „jesienne szarugi” wyganiały mnie z nad wody.

Teraz się z tego śmieję, ale naprawdę mając lat 12-13 mój sezon wędkarski trwał od maja do, mniej więcej, połowy października zaledwie.

Rok 1982 to rok zdobycia karty wędkarskiej.

I dopiero wtedy, mając kartę wędkarską, poczułem „zew wiosny”. A, że już od jakiegoś czasu czytałem Wiadomości Wędkarskie wiedziałem – w kwietniu przychodzi czas na płotkę.
Nieco później wyczaiłem, że i w marcu, o ile wiosna pozwala, można spróbować rzecznego spławikowania. Z kolei już prawie dorosłe doświadczenia spinningowe nie pozwalały zakończyć sezonu przed zamarznięciem wody.

I tak to właśnie się ustabilizowało. Rozpoczęcie sezonu w marcu na płotkach, koniec roku nierzadko pod koniec roku, bywało, że 31 grudnia. I tak trwało wiele lat...

Jak ktoś mnie pytał o zimowe połowy zawsze odpowiadałem – NIGDY!!! Że styczeń i luty to czas ładowania akumulatorów na cały sezon wędkarski, że przecież kiedyś od wędki trzeba odpocząć. Że to jednak bywa niebezpieczne. Że zimno! Że… Tych „że” było jeszcze kilka… Byłem pogodzony właściwie z zimowym życiem w cieplutkich kapciach z pilotem w ręku…

Coś zaczęło pękać późną jesienią 2010 roku. Po udanym sezonie jesiennym na Wiśle, pod koniec listopada bardzo mocno przymroziło. Pierwszego grudnia było już ponad 20 stopni mrozu. Pozostał niedosyt po sezonie, który przecież powinien jeszcze trwać. Czyli podatny grunt był już przygotowany…
Jedni Drakersi rozpoczęli sezon podlodowy, inni planowali wyprawy na trocie. Nadal wiedziałem, że to nie dla mnie, że przecież ja nigdy…

Jednak „coś” kazało mi kupić kilka przynęt trociowych, „coś” kazało umówić się wstępnie na styczeń nad Drwęcę. To „coś” spowodowało również, iż zakupiłem wędkę podlodową i kilka malutkich blaszek, że stałem się udziałowcem (33%) świdra … To „coś” podpowiadało – „przecież masz ciepły pływający kombinezon i sporo oleju w głowie”… Generalnie to naprawdę było fajnego „coś”…

Styczeń 2011 był bardzo mroźny, więc trocie odłożyły się w czasie. Ale tęgi mróz to jednocześnie solidny lód!
Więc 6 stycznia 2011 roku wywierciłem swoją pierwszą dziurę w lodzie. Na Okoniu.


To był mój jedyny kontakt tamtej zimy z lodem, a wyprawa na troć w końcu nie doszła do skutku…
Ale ziarno zostało zasiane. I spadło na podatny grunt, a dokładniej na… bardzo podatny grunt!!!
Sezon 2011 minął jak co roku, ostatnia wyprawa ze spinningiem wypadła w okolicach Świąt Bożego Narodzenia.
Lodu wtedy ani słychu, ani widu było…

Ale… Jak nie lód to przecież… TROĆ!!!

I znowu 6 stycznia. Tyle, że roku 2012. Pierwszy rzut za trocią w przepiękne nurty Drwęcy! Ach, cóż to była za wyprawa. Cóż to był za wspaniały towarzyski klimat, był też kontakt z tajemniczą rybą. Kontakt prawdziwy, dwuminutowy. A dlaczego tajemniczy? Bo się ryba nie pokazała i zbiegła…


Dwa tygodnie później znowu Drwęca była grana. Wszak styczeń był ciepły, można było spokojnie próbować łowić te trocie.


Umawialiśmy się nawet na kolejny tydzień. Ale… przyszła zima, silne mrozy. I z troci nici…

Ale… skoro mróz to i… LÓD! Hura!

Dawno już nie byłem tak podekscytowany jak 11-tego lutego! Decyzja była już podjęta: jedziemy na lód. Tylko gdzie? Wieczorne, sobotnie dyskusje telefoniczne z Bizonikiem… Trudny wybór łowiska. Już prawie zdecydowaliśmy: Łowisko Okoń, wszak tam będą też inni Drakersi. Kuszące, ale… po tych dzikich klimatach nad Drwęcą jakoś nie byliśmy przekonani... Więc wyciągam swoje sztabówki (kiedyś bardzo lubiłem typować sobie łowiska za pomocą mapy), grzebię w Internecie. Czuję to znane mi z przeszłości napięcie, ten dreszczyk emocji, który zawsze towarzyszy podczas takich poszukiwań. Telefon do Pawła: „chyba coś znalazłem!”. Więc może byśmy zaryzykowali i Tam pojechali? Kupił pomysł od razu.

Następnego dnia jedziemy właśnie Tam! W nieznane, dwóch lodowych nowicjuszy (choć Paweł miał już w swoich młodych latach kontakt z łowieniem podlodowym na Mazurach).

Nie ukrywam, że nie wchodziłem na lód zbyt pewnie. Mimo, iż mróz trzymał od dwóch tygodni, a pokrywa lodowa, według doniesień Drakersów, musiała mieć już ponad 30 cm stąpałem nad wyraz ostrożnie. Ba, pierwszy głuchy odgłos w połączeniu z „uciekającą” rysą na lodzie spowodował lekkie odczucie paniki w mojej głowie… Ale starałem się robić dobrą minę do złej gry...

Ale po pierwszym odwiercie i stwierdzeniu, że lód zbliża się do grubości 40-tu centymetrów – uspokoiłem się dość szybko!

A jak po niedługim czasie „wyholowałem” swoją pierwszą lodową rybę (oczywiście pierwszą rybą była płotka…na blachę) wiedziałem, że stało się to, co ponad miesiąc wcześniej nad Drwęcą po pierwszym trociowym holu – znowu wpadłem po uszy!!!

Nie zmącił mi humoru nawet fakt, że tego dnia Paweł dość porządnie mi dokopał okoniami. Ba, wręcz przeciwnie, widok pięknego trzydziestka zimą – bezcenny!!!

Cały tydzień niecierpliwie czekałem na kolejny weekend. Ale nie bezczynnie. Zakupiłem drugą wędkę podlodową, która… mi się złamała podczas próby wytrzymałości w domu. Nic to – w miejsce złamania wpasowałem sobie cieniutką drgającą szczytówkę i w ten sposób stałem się posiadaczem delikatnej „samoróbki” o długości 95-ciu centymetrów. A w sobotę pojechaliśmy w większym gronie połowić. Przy okazji pośmialiśmy się, bo Krzysiu tłumaczył nam, że w lutym to już się powinno łowić na mormyszkę, na blachę jest dużo gorzej. A że my o tym nie wiedzieliśmy – mieliśmy tylko blachy. I łowiliśmy! Tak więc nieświadomość i niewiedza okazała się tym razem sprzymierzeńcem, pewnie dlatego, że okoń brał agresywnie i błystki tego dnia bardziej mu pasowały.
A i moja wędka spisała się znakomicie, hol szczupaka (a byłem pewien, że to okoń czterdziestak) dostarczył mi zimowej adrenaliny w nadmiarze…
Następnego dnia byliśmy z Pawłem na łowisku… grubo przed świtem. Tym razem lód nie obdarował nas już tak hojnie… Może dlatego, że tajemnic jeziora strzegł stwór powołany do życia poprzedniego dnia przez córkę Pawła - Agatkę…

Kolejny tydzień to już dodatnie temperatury. Doświadczeni wędkarze oczywiście jeszcze łowią pod lodem, ale ja już sobie odpuszczę. Nie ma co kusić losu, zbyt mało na razie znam się na zachowaniu lodu podczas odwilży…

Kończąc tę moją opowiastkę - tak się zastanawiam: co ja zyskałem, a co straciłem łamiąc swoją zimową „odwieczną” strategię (a właściwie brak strategii), której byłem wierny przez ponad 30 lat wędkowania…
Na pewno straciłem „spokój ducha”. Kiedyś wiedziałem: „jest zima to musi być zimno”. I był spokój. Nie wyglądałem niecierpliwie za okno o świcie. Nie oglądałem gorączkowo prognozy pogody dla Torunia… Straciłem też zapewne tę coroczną „wiosenną niecierpliwość”, kiedy to wędkarz wyposzczony po zimie czeka na pierwsze marcowe ocieplenie…

A co zyskałem?
Na pewno zyskałem zimowy „niepokój ducha”, jakże lubiany przez nas stan przed kolejną wyprawą nad wodę. Zyskałem „wiosenną spokojną niecierpliwość” pozwalającą z radością, ale i płynnie przejść do kolejnej fazy sezonu wędkarskiego… Zyskałem sporo zimowego, zdrowego ruchu, wszak wędrówka nad trociową rzeką czy wywiercenie kilkudziesięciu otworów w czterdziestocentymetrowym lodzie potrafi fajnie przewentylować płucka.

Oceniam, że straciłem mało, zyskałem za to dużo, baaardzo dużo!!!

Gdy piszę te słowa jest przełom lutego i marca. Lód kończy się definitywnie…
Ale skoro robi się ciepło… Drwęca powinna już zrzucić zimową otoczkę. Więc jak myślicie, gdzie mnie będzie można spotkać w jeden z kolejnych weekendów?
Podobno w marcu wpadają tam już Srebrniaki!!!

Cieszę się, że mój sezon wędkarski trwa teraz 12 miesięcy i nigdy się nie kończy…

Paweł

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (6)

moczykij, 2012-02-29 18:20:19
Tradycyjnie świetnie się czytało :okok: Myślę że w jeden z kolejnych weekendów Pawła będzie można spotkać nad wodą :haha: osobiście z lodu będę łowił :mysli: "... NIGDY!!!..." :haha: :haha: :haha:
pioo, 2012-02-29 18:57:03
:okok:
gusto, 2012-02-29 19:28:35
Stara prawda "ja nigdy"wielu z nas tak miało i się zaklinało ,no niestety duch nasz nie spokojny i w domu nie da posiedzieć :bezradny: A co do tekstu to pisz pisz Pawełku a my będziemy czytać i :oklasky::oklasky:bić:hejka:
Wozik77, 2012-02-29 19:43:04
Pięknie Pawełku, pięknie. 12-to miesięczny sezon - czego chcieć więcej? :kwadr: Fajnie że letnia płotka z Somianki ( swoją drogą starorzecze to obfitowało kiedyś też w piękne szczupaki :kwadr zatoczyła swojego rodzaju koło i stała się zimową płotką z tajemnego starorzecza ;) Sam doświadczeń podlodowych mam tyle co palców u jednej ręki, ale fakt - okonie najpiękniejsze trafiały mi się właśnie zimową porą i znam to uczucie, kiedy z przerębla wychodzi ładny garbus Gratulacje za tekst Pawełku i coś mi się wydaje, że jakby ktoś podarował nam jakiś 13-sty miesiąc w roku to nazywałbyś go "wędkarski" i jakąś metode połowu na tę okoliczność byś wymyślił :kwadr:
waldi-54, 2012-02-29 19:55:10
Super Paweł opisałeś tą swoją pasję,:okok: oczywiście, że nie straciłeś, nie tylko nie wiele, ale śmiem twierdzić, że Nic!:hura: A co zyskałeś? Zyskałeś wędkarski sezon na okrągło z ukochaną wędką w dłoni,który pozwala mam ciągle patrzeć w niebo, przy kolejnym planowaniu następnej wyprawy.:mysli: A oto przecież Nam właściwie chodzi.:okok: Wielkie brawa za tekst i foty:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::okok: Pozdrawiam waldi-54:papa2:
Bizonik, 2012-09-17 22:54:23
Kurcze Pawełku wracam do tych starych tekstów i aż łezka w oku się kreci. Powoli zaczynam się niecierpliwić do zimowych wypraw. Mam nadzieje że w tym razem uda się złowić trotkę i trochę pod lodowych okoni