Artykuły wędkarskie / Opowiadania
Narew 2008 i nie tylko
Autor: Bombel, opublikowano 2010-08-04 07:43:06
komentarze: 0, wyświetleń: 956
--
Jak prawie zawsze i prawie każdemu, na przełomie kolejnych lat i mnie zbiera się na podsumowania, przemyślenia, remanenty, snucie planów. W tym oczywiście na płaszczyźnie wędkarskiej. Tym razem naszło mnie jednak na sięgnięcie pamięcią znacznie dalej, do lat szczenięcych, potem młodzieńczych. Do czasów, kiedy m.in. rodzice goszczącego nas tutaj bysiora nawet nie mieli jeszcze pojęcia, że niejaki Tomasz dopiero wiele lat później będzie Im paskudził w pieluszki :)))
Kiedyś bywało...
Owszem, chciałbym uniknąć smętków w stylu: paaanie, kiedyś to były ryby! Bo i owszem, były. Gdy jako dziesięcio-, dwunastolatek śmigałem z leszczynową witką po Pełcie, po gliniankach za koszarami, po kanałku, wreszcie - już z bambusem i kartą wędkarską - po Narwi, ryb rzeczywiście było dużo. Nie jakieś tam spektakularne sukcesy, ale płotek po 20 - 25 cm, leszczy takich do kilograma, z glinianek to też niezłych linów i karasi - dłoniaków zawsze się połowiło. Że ktoś sieci stawiał? Nieszkodliwy był. No, poza jednym gościem z Białowiejskiej. Nazwiska nie wspominam, wszak to przeszłość sprzed ponad ćwierć wieku. Zresztą po co wspominać? Moi rówieśnicy, czyli obecni około czterdziestoparolatkowie i starsi, raczej pamiętają, o kim się mówiło, że glinki wyczyścił...
Grubych ryb, w tym grubych drapieżników, połowić mógł każdy, kto wiedział jak i miał odpowiedni ku temu sprzęt. Gdy jako szesnastolatek wszedłem wreszcie w posiadanie szklaka Germiny (chyba 1,8 m, pierońsko ciężkie) i kręciołka Rileh Rex, to jakbym Bogu do pięt doskoczył! W pudełku kilka gnomów, jakieś algi, morsy i wydry. Na szpuli stilonowska "trzydziestka" poskręcana jak sprężyna i... heja! Wystarczyło się przejść od zamku w górę, może gdzieś w okolice wlotu kanałku, a nawet i po samym kanałku. Nie było siły, żeby z tak topornym (wedle dzisiejszych standardów) sprzętem i praktycznie bez teoretycznego przygotowania, rzucając byle gdzie i byle jak, nie wyjąć przynajmniej jednego szczupaka. A przecież komplety (wówczas 4 szt., min. 40 cm) nie były żadnym osiągnięciem. Ot, po prostu norma. Te czterdziestaki oczywiście się wypuszczało, bo niby co robić z takim malcem? Niech wraca do wody i rośnie, zaraz da się przechytrzyć jakiś bardziej godny patelni.
A co się działo, gdy wreszcie uciułałem na oryginalnego Mepps'sa! Aglia nr 3, srebrna paletka w czarne kropki. Re-we-la-cja!!! Zapewniam, chwilami aż nudna. Wystarczyło się przejść po kanałku, od mostku na Wygonie do tzw. kręgla (jak kto woli - do zatoczki), by w pół godziny mieć komplet. Przy gorszym dniu trzeba było powędrować dalej, zwykle do dzikiego kąpieliska zwanego "pólkiem".
Ależ to był skarb! W Pewexie kosztował 2 lub 3 $. Oryginalne dżinsy Wrangler, Lee czy Levi"s, czyli absolutny krzyk nie tylko młodzieżowej mody, obiekt pożądania, kosztował bodajże 8 $. A przeciętna płaca kształtowała się wówczas, w przeliczeniu po czarnorynkowym kursie dolara, coś w okolicy 15 - 20 $. Nie dziwota więc, że po posadzeniu blaszki na uwadzie człek nawet w listopadzie był gotów rozebrać się do rosołu i nurkować, póki blaszki nie uwolni. Też nurkowałem. Niestety, za którymś razem blaszki nie znalazłem. Ależ bolało!!!
Albo łowy ze spławikiem: przed tym samym mostkiem na Wygonie była maleńka zatoczka (dalej jest, ale ogrodzone i wybetonowane). Druga miejscówka, jeśli z brzegu, to sama zatoczka, gdzie jednak lepiej było wejść na którąś z cumujących tam łódek. Liny - to przede wszystkim. Ale trafiały się i tzw. blejaki do 40 cm. Do tej pory nie wiem, czy były to krąpie, czy leszcze. A może rozpióry? Może sapy? Niestety, jako małolat nie umiałem odróżniać. Blejak to blejak - i już...
Powracałem, ciągnięty wspomnieniami...
Jeszcze do końca lat '80 ub.w. było znakomicie. Fakt, ryb ubywało, lecz za to sprzęt, choć wciąż bardzo trudno dostępny i nietani, stawał się coraz doskonalszy. Zaś ja, przeflancowanym będąc do stolicy, miałem nie tylko przyzwoite zarobki, ale i to, co najważniejsze: sklepy. Do sławetnego niegdyś, doskonale zaopatrzonego Moby Dicka (splajtował dawno temu) w podziemiach przy Dworcu Centralnym - 5 minut spaceru. Na jedyny w swoim rodzaju bazarek przy ul. KRN (obecnie Twarda) - 4 minuty. Do nieźle zaopatrzonego stoiska wędkarskiego w PDT Junior (obecnie Galeria Centrum) - 10 minut. Po prostu pełnia szczęścia! Pod nosem wszystko to, co jak widywałem wcześniej jako małolat, okazjonalnie przyjeżdżając do Wawki na zakupy, to w porównaniu z zaopatrzeniem widywanym w sklepie sportowym przy Kościuszki w Pułtusku (ktoś to jeszcze pamięta?) dostawałem wypieków. Szczególnie ciągnął ten bazarek przy KRN. Czegóż tam nie było! A jak nie było, to wystarczyło zamówić, najdalej po dwóch tygodniach sprzęt był sprowadzany. Fakt, po paskarskich cenach, ale zawsze dało się potargować i coś urwać. Z perspektywy czasu na anegdotę zakrawa choćby dostępność białych (i barwionych) robaków, na bazarku odmierzanych łyżeczkami. Ależ bogactwo! A pomyśleć, że za czasów podstawówki, potem ogólniaka, białe stanowiły szalenie trudny, a wymarzony rarytas. Kto je zdobył - ten na pewno nieźle połowił. Ale skąd je było zdobywać? Tylko nieliczni, oczywiście dorośli, mieli jakieś wejścia gdzieś na ubojniach, stamtąd przywozili. Inni, jeśli mieli ku temu warunki (czyli kawałek własnego ogródka) sami hodowali.
Start w samodzielną dorosłość
Praca w piątek i świątek, rodzina - na wiele lat wyłączyły mnie z aktywnego wędkowania. Dopiero pod koniec lat '80 zyskałem więcej swobody. I, co najważniejsze, stałem się posiadaczem jeździdełka. Ciasny był ten maluszek, ale na nadnarwiańskich wertepach spisywał się doskonale. Więc już mogłem sobie pozwolić na częste wypady w miejsca, gdzie w latach młodzieńczych bywałem bardzo rzadko. Bo na piechotę, nawet na rowerze, się nie chciało. Zresztą po co było jeździć gdzieś dalej, skoro w samym mieście, najdalej pod "ruskim", można było nałowić się do syta? Owszem, i tam bywaliśmy, głównie na noce. Zawszeć to bezpieczniej było wypić jakieś trunki z dala od wścibskich oczu rodziców, wszelakich ciotek, znajomych, sąsiadów etc. Na te bardziej odległe miejsca, wtedy jeszcze niemal całkiem bezludne, jak choćby w Kleszewie, Lipie, Ponikwi, Pawłówku, Szygówku czy Gnojnie. Powracałem tym chętniej, że tam wciąż panował spokój. Bo stołeczna stonka nie wiedziała, że można dojechać, a Pułtuszczakom zwyczajnie się nie chciało.
Ryby?
Na początku lat '90 zaczął się dla mnie czas fascynacji metodą bolońską. Pierwszą "piątką" Daiwy, gdy wreszcie nauczyłem się nią posługiwać i nabrałem doświadczenia, wśród narwiańskich leszczy robiłem rzeź niewiniątek. Dziesięć, niekiedy i ze dwadzieścia ryb takich od kilograma w górę, w ciągu czterech, góra sześciu godzin łowienia - to było to! Ale...któregoś dnia zadałem sobie pytanie: PO CO? Co mi przyjdzie z pokaleczenia aż tylu rybich pysków? Przecież i tak zabierałem do domu dwa, góra trzy, a reszta wracała do wody. Zresztą zaczęło mnie to po prostu nudzić. W którym z rozpracowanych miejsc bym nie stanął - niemal zawsze to samo. Tylko czasem trafiały się ryby naprawdę warte grzechu, dające pełnię satysfakcji. W tym moje rekordy, dotychczas niepobite: leszcz 74 cm, przynajmniej 4 kg; kleń 59 cm - ten to dał mi popalić, ponad godzina holu! Krąp ponad 40 cm, jaź (nie pamiętam dokładnie, ale na pewno ponad pół metra). I sporo ryb, które wysnuwały cały nawój żyłki, by na koniec urwać przypon. Co to było? Może karpiska? Może brzany? Może fenomenalne klenie (a widywałem takie po ok. 70 cm)? Już się nie dowiem. Ale warto było telepać się kilkadziesiąt kilometrów choćby dla tych kilku minut bezradnego patrzenia, jak żyłka ucieka ze szpuli.
Jako rzekłem - spławik zaczął mnie nudzić. Nie, na pewno nie umiałem wszystkiego. Ale też przestałem iść na rekordowy wynik. A rywalizacja w stylu tzw. zawodów nigdy mnie nie kręciła. Owszem, zawody towarzyskie - z przyjemnością. Ale to nie dla ryb czy miejsca na pudełku, a dla odświeżenia znajomości z kupą ludzi, z którymi, z racji obowiązków, tak rzadko można było się spotkać. Dla ogniska kończącego spotkanie, dla tej atmosfery radosnego, prawie jak rodzinnego, pikniku.
Wciągnął mnie spinning. Źle znoszę nudę, rutynę, nie cierpię powtarzalności. Wędrówka z kijem w garści, nieraz po dziesięć kilometrów dziennie, ciągłe kombinowanie, rozpracowywanie, wciąż na nowo, ulubionych, lecz ciągle zmienianych przez rzekę miejsc, ciągłe poszukiwanie kolejnych przynęt, sposobów ich podawania i prowadzenia, dobierania wabików w zależności od zastanych w danym miejscu warunków, zapuszczanie się w miejsca, które wcześniej zdawały się dostępne tylko od strony wody, z łodzi - wciągnęło mnie niepostrzeżenie i chyba już dożywotnio. Ba! Jakże szybko się przekonałem, że jeden kilogramowy szczupak, w bezrybnym dniu wypracowany z najwyższym trudem, przynosi o niebo więcej frajdy niż dziesięć pokaźnych lecholi rutynowo złowionych na spławik. A gdzie jeszcze aspekty kulinarne? A co, przecież uwielbiam pożerać ryby! Ale spoko, zapasów nie robię, bo zamrożona ryba już nie smakuje tak dobrze jak świeża. Więc nawet w ostatnie lato, gdy wreszcie odkryłem szczupakowe eldorado (o tym później), gdy miewałem na kiju po kilkanaście ryb dziennie, wystarczał mi jeden. Tyle, by było na pyszną kolację. Albo dwa, gdy zwalałem się na głowę rodzince, więc jeden kilogramowy zębaty wystarczyłby najwyżej na symboliczne pocmokanie.
Gdy na dobre zaczynałem przygodę ze spinningiem, gumy dopiero wchodziły do użytku. Szybko dałem się namówić, trochę się poduczyłem. Wreszcie dobrałem się do sandaczy, dotychczas dostępnych wyłącznie jako przyłów. Znacie tę najdłuższą główkę pod Lipą? Ależ ich tam było! I nie tylko tam. Bywało, że w godzinę meldował się na kiju komplet takich 1- 3 kg i jeszcze kilka mniejszych. Nieee, no oczywiście, że nie każdego dnia był raj, o kiju też nie raz schodziłem. Te mętnookie bywają bardziej kapryśne niż okonie. Być może ktoś zapyta, czemu zdradzam miejscówkę... Proste - tam już prawie nie ma sandaczy. Większość została wytłuczona, niedobitki się wyniosły.
Ale jak nie miały zostać wytłuczone, skoro lawinowo rosła presja? Skoro ludziska dysponowali coraz lepszym sprzętem i coraz większymi umiejętnościami? Skoro większość z tych, którzy odkryli najlepsze miejsca, niebawem przywozili swoich kolesi, tamci następnych kolesi itd.? Skoro lwia część łowiących pakowała do bagażników wszystko, co powiesiło się na haku? Ba! Pułtuszczacy drodzy, sami uderzcie się we własne piersi. Przecież rokrocznie powtarza się ten sam scenariusz. Ktoś namierzy sandacze, nazajutrz płynie czy jedzie tam z kolegą, w kolejny weekend już tam kotwiczy z pięć łódek, a po kolejnych dwóch czy trzech - zbrakło sandaczy... Szeroko niesie się więc płacz i zgrzytanie zębów, że jakieś sukinsyny wybrali, wytępili...
Błyskawiczny wzrost presji...
...nastąpił na początku lat '90. Złożyło się na to kilka czynników. Z których my, ludzie, cieszyliśmy się jak dzieci, ale które doprowadziły do gwałtownego spadku ilości ryb. Zaczęło się od zmian ustrojowych i otwarcia granic na Zachód. Błyskawicznie przybywało sklepów wędkarskich, powszechnie dostępny i coraz tańszy stał się markowy sprzęt. Na sklepowe półki trafiło tysiące sztucznych przynęt, które do niedawna były dostępne tylko w Pewexie bądź z prywatnego importu z zagranicy. Więc piekielnie drogie, dla większości nieosiągalne. Jednocześnie zaczęto ściągać zza Odry setki tysięcy używanych, niedrogich samochodów. Toteż już ok. roku 1992, może 1993 na nadnarwiańskich łąkach, gdzie jeszcze niedawno miejscowemu kopara opadała na widok mojego malucha ze stołeczną rejestracją i padało pytanie: jakżeś pan tu trafił? - ruch się zrobił jak na Marszałkowskiej. A co się zaczęło dziać pod Białą Górą, aż hen pod Szygówek? Na weekendy wyrastały tam dosłownie miasteczka namiotowe. Kto się spóźnił, ten i godzinę się błąkał po brzegu, choćby skrawka wolnego miejsca szukając. Żeby tylko namiot rozbić, bo stawianie wędki na zupełnej płyciźnie było bezsensowne. I mnie zdarzyło się kilka razy, że wędrując ze spinningiem lewym brzegiem, w okolicy Szygłówka, czasem i po 300 - 400 metrów nie znajdowałem miejsca na oddanie nawet najkrótszego rzutu. Zresztą po co było rzucać, skoro wolne miejsca były tylko tam, gdzie nawet ukleję trudno spotkać?
Kolejny powód najazdu to kryzys. Choć na samochody i sprzęt ludzi jakoś było stać, to we wszelkich ośrodkach wypoczynkowych ceny tak podskoczyły, że przeciętnie zarabiający mogli tylko pomarzyć. Poznałem to i na własnym przykładzie. Oto jeszcze w 1988 r. , jako młody oficer, mogłem zabrać rodzinę na dwutygodniowy pobyt w ośrodku. Koszt pokoju i żarcia - mniej więcej jedna moja pensja. To samo, ale w 1990 r., wymagało wyłożenia moich kwartalnych dochodów. Dokładnie z tym samym zetknęli się chyba wszyscy pracownicy sfery budżetowej. Kto miał łeb na karku, smykałkę do interesów i parę groszy na inwestycję, ten rozkręcał prywatną działalność. Wtedy dawało się nieźle zarobić prawie na wszystkim. Lecz cóż, nie każdy jest do tego stworzony. Zresztą na prywatnej niwie na pewno nie dla wszystkich starczyłoby miejsca. W dodatku galopująca inflacja sprawiła, że większość small biznesów rozpadła się szybciej niż powstała, a setki tysięcy ludzi zostało z ręką w nocniku. Skoro na wczasy ludzi nie stać, a samochód jest, to zostało tylko nabycie byle jakiego namiotu, materacy już niekoniecznie. Dzięki czemu cały urlop można spędzić praktycznie za darmo, nawet taniej niż w domu. Oczywiście nie na Mazurach, gdzie zrobiło się potwornie tłoczno, a opłaty za pole namiotowe tak poszły w górę, że głowa mała. Więc dokąd? Oczywiście, że gdzieś blisko! Czyli nad Narew, nad Bug. Gdzie woda czysta, miejsca mnóstwo, nikt opłat nie pobiera etc. A skoro namiot i nad wodą, to jakże tak, bez wędki? Te z dolnej półki stały się tanie jak barszcz. Dosłownie za grosze wszystko można było kupić na bazarach. A że o jakiejkolwiek kontroli nie było co marzyć, to łowili ludziska na potęgę. Nie przejmując się jakimiś tam wymiarami czy okresami ochronnymi, także dozwoloną ilością używanych wędek.
Rozhulali się i rybacy sieciowi. Pozbawieni jakiejkolwiek kontroli robili co chcieli. Więc prawie nikogo nie dziwiło, choć niejednemu scyzoryk się w kieszeni otwierał, że pan rybak już kwietniu (nie wolno im było) otacza sieciami stada tarłowe leszczy. Że z jednej nocy potrafi jeden pan (starsi wędkarze z Pułtuska z pewnością pamiętają nazwisko) wyciągnąć i pół tony ryb. A że się nie chce durniowi pojechać z tym do Legionowa czy Warszawy, to na Rynku sprzeda za grosze może z 50 kg. Reszta - dla świń. Jak już i świnie nie mogą, bo śmierdzi, to ryby do piachu). W połowie lat '90 zaczął się bardzo wyraźny spadek rybności Narwi. W ukochanych, doskonale rozpracowanych miejscach, gdzie jeszcze niedawno miewałem na kiju po 10 - 20 leszczy powyżej kilograma, gdzie prawie nie zdarzało się puste przepuszczenie zestawu, z roku na rok coraz trudniej było złowić choćby trzy lechy. Jeszcze szybciej znikały szczupaki i sandacze. I choć bywałem często, choć doskonale poznałem wiele kilometrów brzegu i jego tajemnice, to do wyjątków zaczęło należeć złowienie kompletu, zaś dwukilówka stała się rzadko spotykanym rarytasem. Na szczęście pogoniono rybaka, strażnicy, tak z PSR, jak i SSR, ostro wzięli się za tępienie kłusoli, sprawdzanie posiadaczy wędek (nie wędkarzy, a posiadaczy wędek właśnie). Poszły zarybienia. Powoli, w sposób mało zauważalny, zaczęło się poprawiać. Oczywiście daleko było do stanu z końca lat '80, ale rysowała się szansa na uzyskanie zadowalającej rybności Narwi.
I znów wszystko wzięło w łeb. A to za sprawą przetargów na obwody rybackie. Gdy zlikwidowano dawny obwód nr 13 (od ujścia Kluskówki do ujścia Orzyca), a na jego miejsce wprowadzono moloch, czyli obwód nr 7: od czoła zapory w Dębem po Orzyc na Narwi i po Liwiec na Bugu. Ciechanów praktycznie bez walki oddał swoją wodę. Godząc się nawet z paradoksem, że z okien zajmowanego budynku można popatrzeć na rzekę, do której nie ma się żadnych praw. Zadowolił się Ciechanów dwoma rzeczami: monopolem w przetargu na mało atrakcyjną, niemającą znaczenia gospodarczego (jeśli chodzi o odłowy) Wkrą oraz tym, że pułtuska "jedynka" pozostaje w składzie ZO Ciechanów. Mimo, że czysta logika, choćby z racji lokalizacji, kazałaby przenieść koło pod skrzydła ZO Mazowsze. Tak, by podległość organizacyjna szła w parze z Ba! Ale bez składek Pułtuszczaków pewnie nie starczyłoby w ZO Ciechanów kasy na utrzymanie biura, pensje dla pracowników itd.
Swoją drogą nieco wiem, ile czasu poświęcili niektórzy Pułtuszczacy na jazdy prywatnymi samochodami, na wieszanie się u prezesowskich klamek, na próby negocjowania, doprowadzenia do normalności. Wszystko to o kant tyłka rozbić. Zastanawiam się jednak... Czy aby nie dlatego, że ponad tysiąc chłopa zrzeszonych w kole, zamiast udzielić poparcia, zamiast wesprzeć, miała to wszystko głęboko w... poważaniu? Że tak wielu czekało, że ktoś za nich to zrobi? Pamiętacie "Wesele" Wyspiańskiego? Cytat stamtąd: miałeś chamie złoty róg...
Powoli odpuszczam
wędkarskie zaglądanie na ukochane, od prawie czterech dekad znane sobie miejsca. Takie Gnojno, będące niegdyś fantastycznym łowiskiem, szczególnie okoni. A przecież w czasie, gdy miało status łowiska specjalnego, ta woda w oczach rozkwitała! I co? Warszawce, Siedlcom i innym ZO nie podobało się, że trzeba płacić za licencje. No to przejęli wodę, upadł status łowiska specjalnego. Zaraz potem i sam widziałem, jednej soboty, aż pięć autokarów wypełnionych tzw. zawodnikami z różnych kół. Plus oczywiście wielu dojechało własnymi pojazdami. Plus kilkudziesięciu wędkarzy niestarujących w zawodach, na zbiorniku ze czterdzieści łódek. Efekt? Biega nad wodą, niemal pięściami wojując o skrawek wolnego miejsca, ponad dwustu spinningistów. Przekleństwa latają jak jaskółki, przepychanki, nerwy...
Wszystko po to, żeby w pogoni za jakimś plastikowym, błyszczącym pucharkiem dobijać resztę żyjących tam ryb. Bo gdzie indziej, nawet na olbrzymim i niegdyś bardzo rybnym Zal. Zegrzyńskim, coraz trudniej cokolwiek przyzwoitego złowić. A i to pod warunkiem, że dobrze zna się choć kilkanaście miejscówek i trafi się w dzień dobrej aktywności żerowej. Bo nawet na plemniki, czyli najmniejsze gumeczki podawane na bocznym trok, złowienie kilku przyzwoitych okoni stało się prawie wyczynem.
Tak, coraz rzadziej bywam. Owszem, uwielbiam podreptać po swoich ścieżkach, odszukać zostawione tam setki dobrych wspomnień, sentymentalnych, ciepłych śladów. Ale już nie bardzo liczę na spotkanie z jakąś godną uwagi rybą. W latach 2006 - 2007, mimo bardzo częstych wizyt i przebrnięcia ze spinem dziesiątków kilometrów, miałem na koncie może z dziesięć ledwo miarowych szczupaczków, chyba ze trzy sandacze, nieco okonków. Ze spławika, z DS, wreszcie z nocnego, ciężkiego gruntu, trafiło się może z dziesięć okołokilogramowych leszczy, reszta to sama drobnica. Ba! Nawet i tych krąpików czy płoteczek, od których jeszcze niedawno chwilami nie szło się opędzić, też jak na lekarstwo. W 2007 roku kibicowałem zawodom z cyklu Maver Cup. Kilkudziesięciu speców z profesjonalnym sprzętem, ogromnym doświadczeniem i wieloletnią praktyką zawodniczą, do wody powędrowały setki litrów wymyślnych zanęt. I co? Średnia to ok. 0,5 kg ryb na jednego. Poza - raczej przypadkowymi - jaziem, kleniami i kilkoma leszczami reszta to drobnica. Czyli krąpiczki, pozbawione wymiaru leszczyki, wreszcie ukleje. I to gdzie? W przepięknej, niegdyś obrzydliwie rybnej rynnie poniżej zakrętu pod Białą Górą!
Rok 2008
na Narwi to dla mnie kompletna porażka. Fakt, już tylko spinning, z innych metod prawie zrezygnowałem. Nie dlatego, że akurat coraz mocniej nastawiam się na drapieżniki. Po prostu lubię ruch, lubię zwiedzać, poznawać, wędrować. Nie cierpię gnuśnieć przy gruntówkach czy innym DS. No, chyba że w doborowym towarzystwie, gdy z bractwem zderzamy się nad wodą po to, by sobie pogadać, wysączyć browarka, pośmiać się, powspominać. Odpalić ognisko i grilla, upiec jakieś smakowitości, o pierwszym brzasku, nierzadko z lekka niepewnym krokiem, powędrować do przygotowanego wcześniej legowiska w namiocie czy samochodzie. Ale w takich sytuacjach wędki są w zasadzie nawet już nie tyle nieodłącznymi akcesoriami, co bardziej usprawiedliwieniem długiego, wesołego spotkania w zaufanym gronie.
Tłukąc kilometry po narwiańskich brzegach zaglądałem do siatek spotykanych wędkarzy, pytałem o wyniki. Bryndza, jakiej jeszcze nie było! No bo żeby trzech gości (po samym sprzęcie i urządzeniu stanowisk widać, że nie neofici), stojąc od piątku do niedzieli, miało na rozkładzie jednego chudego leszczyka i kilka niewielkich krąpi? Żeby nawet tyczkarze wędkujący w rynnie pod Lipą, też nie nowicjusze, po dwudniowym, profesjonalnym nęceniu sporadycznie zacinali samą drobnicę? Spinningistom też się nie wiodło. W tej liczbie mnie. Od maja do połowy lipca dwa ledwo miarowe szczupaki (w tym jeden na rozpoczęcie sezonu, na tzw. kaczych dołkach - pisałem o tym), kilka niedorostków. Na dawnych, niegdyś rewelacyjnych sandaczowiskach - bodajże trzy delikatne puknięcia. Okonie na sprawdzonych od lat stanowiskach - tylko takie do 20 - 22 cm, i to w pojedyncze. Plus nieco króciaków. Fakt, stosowałem nieco większe, selektywne przynęty, czyli nie mniejsze niż wirówka nr 2, wobler 5 cm czy dwucalowe gumki. Lecz kiedyś, jeszcze niedawno, do tych wabików wychodziły niezłe garbuski, i to w zadowalających ilościach.
Gnojno? W 2008 nie byłem ani razu, odechciało mi się. Wielu znajomych, z którymi rozmawiałem, odradzali. O szczupaku, tym bardziej sandaczu, należy zapomnieć. Najwyżej jakiś przypadkowy się trafi. Okoni chyba mniej niż wędkujących (a prawie wszyscy trenują "zboczka"), przez cały dzień trafi się może ze cztery "dwudziestaki" i kilkanaście niemiarków. No, chyba że ktoś ma fart i wstrzeli się w "ten dzień" i w "to miejsce". Lecz to sporadyczne przypadki.
Nie tylko pułtuski odcinek
Narwi stał się tak tragicznie słaby. Zbieram wieści z różnych stron, z niemal całej Narwi. Wędkarze z Ostrołęki też narzekali na bezrybie. Wędkarze z Łomży i okolic, gdzie od ujścia Szkwy do ujścia Biebrzy gospodaruje teraz GRŁ z Łomży, też nie darzył rybami. Mimo, że odkąd "Godulici" przejęli ten obwód rybacki w dzierżawę, w latach 2006-07 wędkarze z dużym zadowoleniem obserwowali wyraźną poprawę rybostanu. Czego dowodem choćby wyniki cyklicznych imprez o nazwie "Maraton wędkarski" (trzyosobowe zespoły, doba wędkowania, każdy pierwszy weekend lipca i sierpnia, dla zespołu ok. 100 mb brzegu, dozwolone wszystkie dopuszczone prawem metody wędkowania, zawody na żywej rybie), gdzie wyniki z 2007 okazały się o ok. 20% lepsze od tych z poprzedniego sezonu. Niestety, sezon 2008 okazał się mizerniutki.
I sam nieraz tam wędkowałem. Choć rzadko i bez spektakularnych sukcesów, to jednak lepsze miewałem tam efekty niż na dolnej Narwi. Ale nie w 2008 roku. Jak i niżej - była bryndza. Tak samo kiepsko było z pstrągami na Łojewku i Skrodzie (odpowiednio dopływy Narwi i Pisy). Mimo, że w poprzednich dwóch latach kropkowańce dość chętnie współpracowały z każdym, kto ma nieco pojęcia o ich przechytrzaniu. Z kim bym w 2008 nie pogadał - wszyscy narzekali.
Winą obarczając jak zwykle pogodę, złe gospodarowanie, nadmierne odłowy gospodarcze (których przecież nie ma, poza odłowami tarlaków trafiających do wylęgarni)... No cóż, dajcie mi paragraf, a znajdę winnego; dajcie mi człowieka, a znajdę mu paragraf...
Mało tego - pod koniec czerwca miałem przyjemność zaliczyć wędkarski, dwudniowy spływ w obrębie Narwiańskiego Parku Narodowego. Przepiękna woda, przecudny, pierwotny teren, plątanina kanałków, bagnisk, niewielkich rozlewisk, uśpionych starorzeczy - po prostu wędkarski raj! Niestety, w przeciwieństwie do poprzednich sezonów (a wiem o tym od stałych bywalców z Białegostoku) ostatni sezon był tam mizerniutki.
Choćby i nasze doświadczenia ze spływu: na 15 osób spinningujących ze środków pływających umożliwiających dotarcie do najciekawszych miejsc, mimo wyposażenia w echosondy i testowania setek różnych przynęt, mimo, że w większości byli to bardzo doświadczeni wędkarze, z rybami było kiepściutko. Przez dwa dni, nieśpiesznie pokonując prawie 20 km, obrzucając chyba każde co ciekawsze miejsce, każdy dołek (a są takie i po 12 m), sprawdzając i płytkie rozlewiska, i pionowe, głębokie spady przy trzcinach, i nawet - już czystej desperacji - miejsca, gdzie w zasadzie nie należy oczekiwać szczupaków, ogółem złowiliśmy bodajże z pięć ledwo miarowych szczupłych plus dziesięć razy tyle króciaków. Trafiło się zaledwie kilka okoni.
Zastanawiające i zadziwiające, że nawet echosondy pokazywały tylko niewielkie stadka, tylko niewielkich ryb. Od jednego ze "spływowiczów", dysponującego porządnym echem i wielkim doświadczeniem usłyszałem, że te nieliczne duże leżały przyklejone do dna, zupełnie nieaktywne. Lecz to nie pewnik, a tylko próba interpretacji togo, co pokazywał wyświetlacz.. Poza tym trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że w tamtym rejonie, gdzie trzy razy więcej wody jest między trzcinami i w potwornie zarośniętych, nieosiągalnych dla wędkarzy zatoczkach, te większe ryby siedziały właśnie tam, poza naszym zasięgiem.
Nie wszystko stracone?
Przyznaję - nie wiem. Zaglądając na dziesiątki różnych łowisk, otrzymując od przyjaciół wiele informacji z różnych stron kraju, w miarę możliwości śledząc doniesienia zamieszczane na witrynach wędkarskich, cały rok 2008 uznaję za wybitnie niefartowny. A dotyczy to przede wszystkim Mazowsza, też i Podlasia. Owszem, rybacy czynią kolosalne spustoszenie. Wędkarze, szczególnie liczni na pułtuskim odcinku Narwi, w większości pazernie pakujący do worów wszystko jak leci, też mają swoje na sumieniu. Lecz czy możliwe, by tak nagle, z roku na rok, znikły z Narwi ryby? Przecież nawet na wodach "Godulitów", gdzie sieci nie ma, kłusowników już niewielu, a wędkarzy jak na lekarstwo, też panowała totalna bryndza. Wyżej, w granicach NPN, gdzie odłowów gospodarczych też nie ma, kłusole nie są w stanie nawet i z prądem dojść do tysięcy rybich mateczników, zaś wędkarzy spotka się może z pięciu na dziesięć kilometrów rzeki, także panowała totalna kicha. Podobnie i na dolnym Bugu. Rzece chyba nie mniej rybnej niż Narew, choć - jak dla mnie - mniej czytelnej i trudniejszej technicznie. A Biebrza? Przepiękna rzeka, kto nie był, a tęskni do łowienia w niemal zupełnie dziewiczej wodzie, ten powinien tam zawitać. Lecz cóż, nawet i serdeczny kamrat, znakomity wędkarz doskonale znający spory kawałek tej rzeki, na swoim belly-boat wciskający się w najbardziej niedostępne, wciąż bardzo rybne miejsca, też nie miał powodów do zadowolenia. Było wyraźnie gorzej niż przed rokiem. Podobnie na młodym zalewie Wykrot, utworzonym na Rodzodze - przed rokiem niezłe okonie i sporo szczupaków, w ostatnim sezonie mizeria.
Co więc zawiniło? Chce się powiedzieć - jak zwykle pogoda. Może rzeczywiście? Zapewne sami przyznacie, że nie rozpieszczała. Paskudny, mokry i zimny maj, więcej jak pół czerwca pod znakiem ciągłych skoków ciśnienia i deszczu, bardzo ładny kawałek lipca, potem znowu huśtawka pogodowa. Nie dziwota więc, że poza nielicznymi, szczęśliwymi dniami, chyba wszyscy narzekamy na bezrybie. Myślę, a przynajmniej mam nadzieję, że ryb sporo zostało. Stanęliśmy jednak przed koniecznością borykania się z czynnikami, na które nie mamy wpływu. I to do tego stopnia, że gotowiśmy ciskać gromy na rybaków, kłusoli, kormorany, czyli ogólne wyrybienie, ale też zaczynamy wątpić we własne umiejętności, w skuteczność dotychczas sprawdzonych przynęt, zanęt czy metod połowu. Przyznaję, że i sam zaczynałem wątpić. Ale przeszło mi, gdy podczas wędrówek brzegiem spotykałem po kilkudziesięciu wędkarzy nastawionych na białoryb, po kilkunastu spinningistów. U wszystkich taka sama kicha.
W zasadzie aż tak bardzo nie narzekam. Znalazłem swoje szczupakowe eldorado. Znalazłem też metodę i grupę przynęt, dzięki którym wyłowiłem się prawie do zakwasów powodowanych przez częste hole ryb. Pochwalę się wynikiem z najlepszego dnia. Lipcowe, skwarne przedpołudnie, w godz. 8 - 12. Dwa komplety szczupłych w przedziale 50 - 68 cm. Trzy komplety w przedziale 45 - 50 cm. Do tego ze dwadzieścia podwymiarków. Niezły wynik, prawda? Gdy w drodze powrotnej z łowiska zadzwoniłem do Naczelnego WŚ, Jacka Kolendowicza i pochwaliłem się efektami, od razu warknął: nie ściemniaj, na pewno w Szwecji jesteś! Na sukces złożyło się kilka czynników: miejsce, metoda, przynęta. Na tej samej wodzie wszystkie inne metody i wabiki, łącznie z najbardziej wymyślnymi sztuczkami podczas prowadzenia, całkowicie zawodziły. Po prostu miałem po trosze szczęście, a po trosze nosa. Zaś moje poszukiwania recepty przyniosły wreszcie skutek lepszy od najśmielszych oczekiwań. Oczywiście próżno byście próbowali pociągnąć mnie za język, gdzie tak jeszcze jest. Wie zaledwie kilka osób. Przyjaciół, co do których jestem absolutnie pewien, że nie tylko nie wytrzebią tamtejszych szczupaków, ale i innym nie zdradzą. Takich, którzy mając w pobliżu świadka kolejnego zacięcia wolą dać rybie luz i świadomie ją spuścić z kotwiczki. Byle tylko postronni nie dostrzegli, że tam są ryby. A już na pewno nie zobaczyli, jak i na co łowić.
Gdzie było lepiej?
Jak zwykle - na południu kraju. Nie narzekają wędkarze z Dolnego Śląska. Odra i jej dopływy niezmiennie darzą rybami. Co więcej - odkąd tamtejsze rzeki stają się coraz bardziej czyste, to ryb zdaje się przybywać.
Południowy wschód, wędkarsko prawie nieznany reszcie kraju, mimo ogromnej skali kłusownictwa, wciąż pozostaje bardzo atrakcyjny. Nie tylko rzeki, jak Bug (ten graniczny jest po prostu przecudny!), Wieprz i pomniejsze, ale i całe Poj. Łęczycko - Włodawskie. Że o wodach pstrągowych nie wspomnę. Po raz kolejny zaliczyłem Bug na południe od przejścia w Dorohusku, zajrzałem na fantastyczne bużyska (tak tam zwą starorzecza). Żal ogarnia, że znowu mogłem na bardzo krótko, że nie miałem szansy na poznanie nawet znikomej części łowisk odległych od ośrodka najwyżej o dwadzieścia minut jazdy. Może w zbliżającym się sezonie uda się na dłużej? Bardzo bym chciał, lecz czy dam radę? Gdyby ktoś chciał też się zachwycić, to z pełną odpowiedzialnością za słowo i absolutnym przekonaniem namawiam. To cykliczna impreza portalu wcwi.pl, zwana "Pożegnaniem Lata". Głównym "sprawcą zamieszania" jest zaglądający tu Puzio. Świetny wędkarz, takiż organizator i kompan - gawędziarz.
Od kilku lat coraz bardziej, coraz mocniej ciągnie mnie na Podlasie. Dalej, aż pod Wiznę. Narew ma tam najwyżej ze 40 m, pięknie meandruje, na łukach rwąc doły po 10 - 12 m, jest sporo śródrzecznych, kamienistych raf. Są wreszcie wspaniałe, aż pachnące rybą starorzecza, tak połączone z rzeką, jak i odcięte (łączą się podczas przyborów). I jeszcze to, co dla tak wielu z nas jest chyba nie mniej cenne niż ryby - spokój. Wyobraźcie sobie kilometry bezkresnych łąk, pociętych starorzeczami, zatoczkami, różnej wielkości oczkami wodnymi. Tu anegdotka sprzed nieco ponad roku: zjechało nas się kilkunastu. Warszawa, Ostrołęka, Otwock, Jabłonna,, Białystok. Na tarasie zaprzyjaźnionego zajazdu (właściciel to też znakomity wędkarz i znawca tamtych łowisk), pożeramy śniadanko, nieśpiesznie sączymy to kawę, to browarek. A każdemu oczy uciekają nad rzekę odległą o 50 m, na widoczne dalej, rozległe starorzecze. Kryskon powiada: cholercia, trzeba jechać sporo dalej, bo straszny tu dzisiaj tłok. Rozglądam się pilnie, ale jakoś nic nie widzę. Fakt, jestem krótkowidz, a okulary w samochodzie. No ale mam tylko -0,7 Dioptrii, więc z pół kilometra dostrzegę człowieka. Liczę - w zasięgu wzroku jest chyba z sześciu, może siedmiu. No to gdzie ten tłok? - pytam zdumiony. No tam spójrz! - Kryskon pokazuje skupisko tych kilku wędkarzy - Ale ludzi najechało! Ech, Krzysiu, Krzysiu, żebyś Ty zobaczył narwiański brzeg pod Białą Górą...
Skoro Narew, to i jeszcze wyżej, na plątaninę kanałów w obrębie Narwiańskiego Parku Narodowego. Niestety, dostępnych z brzegu miejsc tyle co kot napłakał. I jeszcze trzeba wiedzieć jak trafić. Trzeba mieć własne pływadło i albo doświadczonego, zaufanego, znającego teren przewodnika, albo zdać się na precyzyjną mapę, GPS i własną intuicję. Przy odrobinie pecha można tak się wpakować, że i przez trzy dni będzie się błądzić między ścianami trzcin wybujałych na 4 - 5 m. W dodatku trzeba jeszcze mieć na uwadze, że te kanały, widoczne na mapach satelitarnych (mapy z wydawnictw, mimo częstych aktualizacji zwykle przekłamują) istniały tydzień, może trzy tygodnie wcześniej. W dniu, gdy ruszamy, ich układ ta kochana, całkowicie dzika rzeka mogła już całkowicie zmienić. Może się więc zdarzyć, że po drodze miniemy z dziesięć dokładnie takich samych kanałków pod różnymi kątami odchodzących na boki. Płynąć trzeba na wyczucie, zwykle szukając tego, który zdaje się najszerszy, a nurt w nim najbardziej wyrazisty. Lecz jakże bywa to złudne! Okazać się może, że po kilkuset metrach, nawet dalej, trafimy na zwartą, niemożliwą do przebrnięcia ścianę trzcin. Owszem, nurt wyraźnie płynie między nimi, ale nawet i węgorzowi trudno by było się tamtędy przecisnąć. Więc z powrotem. Być może rufą do przodu, bo za wąsko, by się odwrócić. Ale którym kanałkiem tu wpłynęliśmy? Przecież wszystkie mijane wyglądały tak samo...
Ech, rozgadałem się, bo się rozmarzyłem... Z rosnącą niecierpliwością i jeszcze większą nadzieją nie mogę się doczekać chwili, gdy chłopaki z Łajtstoka, z Kryskoństwem na czele, skrzykną nas na kolejną edycję spływu po tych dziewiczych miejscach. Gdzie tak cudnie, że momentami aż zapomina się o wędkowaniu. A już na pewno nocami, gdy bractwo rozbije namiociki i rozsiądzie przy ognisku. Ba! Przecież wcześniej jest majowa beloniada! To dopiero frajda, gdy poczuje się na rękojeści kopnięcie mocniejsze niż boleniowe, gdy bocianiodzioba ryba, chudsza przecież od węgorza, połowę holu potrafi spędzić w powietrzu! Ależ jazda! A jakie smakowitości! Tyle, że te zielone ości niejednemu potrafią odebrać apetyt... No i dorsze... Daaawno nie byłem. Do Władka pół tysiąca kilometrów, noclegi nietanie, jednorazowe wejście na pokład to prawie równowartość rocznej opłaty na Mazowszu... Cholera, jak by nie patrzeć, to czasowo i finansowo jest "pod górkę"... Ale gdy już pokład rozkołysze się pod nogami, gdy z siedemdziesięciu metrów na ćwierćkilogramowym pilkerze przyjdzie ciągnąć choćby "dwójkowego" bolka - zapomina człek o przeszkodach. No, może nie ci nieszczęśnicy, którzy zaraz po wyjściu z portu zaczynają składać Neptunowi daninę, po trzecim rzyganiu żałosnym głosem bełkocą: łojezu, teraz to już chyba własne pięty wyrzygam!, a następnie wędrują pod pokład, gdzie w postaci worka po kartoflach spędzają resztę rejsu...
Aha, jeszcze o planach na dolną Narew, tę z okolic Pułtuska. A jakże, będę. Niemniej celem wypraw będzie możliwie najdalsza ucieczka od rozbestwionych, hałaśliwych tłumów. Więc - ciut dalej, w górę rzeki. Tam, gdzie żadna pijacka ekipa gości zerwanych z małżeńskich smyczy, żadna rozbestwiona grupka młodzieży pozbawionej rodzicielskiego nadzoru - nie dotrą. Czyli tam, gdzie nie da się dojechać. Gdzie parę kilometrów trzeba się tłuc z całym majdanem na grzbiecie. Przez największą gęstwę krzaczorów, niekiedy przez mokradła. Do królestwa komarów, bobrów i łosi. Po spokój, po odpoczynek od zgiełku. A ryby? Owszem, spinningowy travel jak zawsze powędruje w plecaku. A nuż będzie lepiej i czasem jakaś przyzwoita ryba da się oszukać? Ach, już teraz, gdy za oknem prawie dziesięć stopni mrozu, czuję niepowtarzalny smak dzwonków szczupaka pieczonych nad żarem... Mniam! Palce lizać! No, ale jakby co to kiełbasa z patyka czy szproty w pomidorach w puszce też nie są złe...
Będzie lepiej?
Miejmy nadzieję. Z Ostrejmęki mam już pierwsze zimowe info: paru chłopaków nieźle połowiło z pierwszego lodu. Na pewno lepiej niż przed rokiem. PikeHunter (fuksiarz jeden!!!) wysłał mi MMS z kropkowańsem ponad pół metra. Z otwarcia sezonu na Skrodzie. Poza tym - obecna zima zaczęła wygląda na normalną. Trochę śniegu, jeszcze więcej mrozu (miejmy nadzieję, że larwy komarów i meszek wymarzną). Czyli jakby normalnie dla naszej strefy klimatycznej.
Ale to przez parę dni. 21 stycznia: rano śnieg z deszczem, potem już tylko deszcz. Temperatura +5 st. Kilka godzin przerwy i znów deszcz, przez prawie całą noc, rzęsisty. 2 lutego - znów trochę mrozi, trochę posypało śniegiem. Ale telewizory coś przebąkiwali, że nadchodzi spore ocieplenie, z wiosennymi temperaturami. Lecz lód jeszcze trzyma. Przed dwoma dniami dzwonił kamrat serdeczny, pochwalił się: niedaleko podwarszawskiego Raszyna jest parohokterowy staw, pięknie zagryzają płocie. Nie za duże, takie do 25 cm. Ale 50 sztuk złowionych w czasie parogodzinnego wypadu to nie w kij dmuchał... Cholera! Z wiekiem zrobiłem się ciepłolubny i jakoś mnie nie ciągnie... Ale chyba pociągnie. Bo pożerać rybki uwielbiam. A ileż można się posiłkować jakąś tam pangą czy mrożonymi kostkami z mintaja?
Zważywszy więc na to, że w poprzednim sezonie prawie nikt nie połowił, że tępienie kłusoli było dość efektywne, że nawet i licencjonowani sieciarze nie odnosili sukcesów (tu akurat brak dostatecznie wiarygodnych danych), można mieć nadzieję, że te wszystkie ryby, które nie dały się oszukać i zeżreć (przecież się nie potopiły!), od zeszłego roku podrosły. Że jeszcze zdążą przystąpić do tarła. Więc, jeśli komuś do moczenia kijaszków tęskno, a przymarzanie do lodu odpuszcza, może się już brać za przeglądy i porządkowanie sprzętu. Co ja osobiście odpuszczam. A to dlatego, że straszny ze mnie bałaganiarz, więc choćbym i trzydzieści razy przejrzał posiadane akcesoria, pedantycznie układając je we właściwych pudełkach, to i tak po pierwszym wędkowaniu pierdolnik będzie dokładnie taki sam, jaki mam teraz :)))
Oczywiście kijaszki i kręciołki oczyszczone i przekonserwowane. I już wiem, na jakie przynęty muszę zaoszczędzić. Ech, przydałaby się przynajmniej jedna krajowa miesięczna pensja w wolnej dyspozycji... Cienko przędę, więc wreszcie chyba przyjdzie czas na wyrywanie tego, co od dawna leżakuje w pudełkach. Bo nabywałem kiedyś z myślą, że to będą przynęty rewelacyjnie skuteczne. Bo raz i drugi nieźle połowiłem. Naczytałem się, nasłuchałem od najlepszych. I co? Jeden taki, co to w pełnym oporządzeniu trociowym na 3 dni (na otwarcie sezonu, czyli w styczniu), z zapasem żarcia, sprzętu i ubrań na zmianę waży ponoć ok. 55 kg (przytyło Mu się, odkąd palenie rzucił, więc w porywach może ważyć nawet i 60 kg), już nie raz się dziwił: ocipiałeś? Ta oczojebnozielonkawa guma to była dobra w zeszłym roku, tylko przez tydzień. Ostatnio to było zajebiste! - i pokazuje mi coś, czego jeszcze nie widziały sklepowe półki. I dopowiada: - Ale tylko w jednym dole, za nową rafą, pod Niu Jorkiem Mazowieckim. Bo, wyobraź sobie, pod Czerwińskiem to ni chu chu! A jak pod Modlinem byłem, to na widok tej gumy wszystkie sandały spieprzały z piskiem opon!
Znaczy... wydaje mi się, że wiem, co trzeba kupić. Co wcale nie znaczy, że wąziutka grupa spinningowych wabików rewelacyjnie skutecznych w sezonie 2008 okaże się równie dobra w najbliższym sezonie. Bo może powrócą do łask np. wobki z grzechotką, na które przez kilka lat miewałem na Narwi znakomite wyniki, a na które przez ostatnie trzy lata nie miałem nawet powąchania? A może strzałem w dziesiątkę będzie z lekka zardzewiały Gnom 1 (ten z Polspingu, nie jakaś podróba), który z osiem lat temu był rewelacyjny między Kleszewem a Gnojnem? A może srebrny Mepp's "kiblówka" (czyli nr 00), w którego pasiaste z Gnojna okresowo waliły o niebo lepiej niż we wszelkiej maści paproszki? A może perłowy (z niebieskawym odcieniem i odrobiną brokatu) Predator 2"? A może "Death Fish" Dorado, w którego niedawno grzmociły nie tylko szczupłe z zarośniętych płycizn, ale nawet i mewy? A może wirówki DAM Libelle nr 1 i 2, cholernie trudno dostępne, w które przez parę lat waliło wszystko co drapieżne, a w co przez ostatnie dwa lata nie chciała walnąć nawet żadna uwada? A może wreszcie uwierzę, że zachwalane wobki Kenarta, których trochę w zapasie mam, rzeczywiście warte są tych pochwał? Bo w równie zachwalane Bonito uwierzyłem. Ale po wyrwaniu steru z modeli pływających i prowadzeniu ich jak typowego jerka. A może Invadery Dorado, na które jeszcze niedawno siadały wszystkie typowe drapieżniki, a na które ostatnio zaliczyłem jeno kilka rwań? A może wirówki long, na Mepps'sie wzorowane, przez Hiszpanów robione pod insygniami Jaxona? Darek (ten w sklepie "pod górką") mnie namówił, sprawdziłem. Nawet moje ukochane "lepperki" (czyli coca-colki, czyli DAM Effzet srebrny w czerwone paski) przy nich wysiadły. Te jaxonowskie "hiszpanki" to rewela była! Ale... w ciągu trzech, może pięciu wypraw, w środku lata. Potem już kicha, zero zainteresowania.
I bądź tu człowieku mądry...
Informacje o autorze
Skomentuj "Narew 2008 i nie tylko"
Aby dodać swój komentarz musisz się zalogować!
Jeśli nie masz jeszcze konta na Shrap-Drakers.pl zapraszamy do zapoznania się z regulaminem i rejestracji na portalu!
Komentarze (0)
Ostatnio komentowane teksty
|
|
Vabank 2 - czyli WróBlanki na Jarkach (cz.1)skomenował: Blanek@Kaz- Dzięki Kaziu to był naprawdę fajny wyjazd
@Waldi-54 - Dzięki Waldziu, jak widzisz Twój wierszyk nam się spodobał i został zaakceptowany A i dzięki za wymyślenie WróBlanków
@ ... zobacz więcej | ||
|
|
Vabank 2 - czyli WróBlanki na Jarkach (cz.1)skomenował: bysiorFajne miśki Marcinku A Wróbelek co? Nic nie złapał czy dopiero w drugiej części coś złapie? ... zobacz więcej | ||
|
|
Vabank 2 - czyli WróBlanki na Jarkach (cz.1)skomenował: waldi-54"Wróbel i Blanek dwaj przyjaciele, obaj razem to są Wró - Blanki, dziś takich mało, albo nie wiele, to przyjaciele od wędki i szklanki" Brawo ![]() ![]() Blaneczku, fajnie się czy ... zobacz więcej | ||
|
|
Vabank 2 - czyli WróBlanki na Jarkach (cz.1)skomenował: KazBlanku moje gratulacje wspaniale połowiliście i przy okazji pobite rekordy życiowe -super tak trzymać koledzy.Relacyjka super napisana Marcin. ![]() ![]() ![]() ![]() ... zobacz więcej | ||
|
|
Biebrza - dzika rzekaskomenował: krysko131Pawlaczku, wielkie dzięki za obecność Waszej ekipy na naszych włościach i myślę, że to nie ostatni raz. Zapraszam przeserdelecznie na następny wypad na Biebrzę bardziej typowo wędkarski. Nie chcąc pow ... zobacz więcej | ||
|
|
Biebrza - dzika rzekaskomenował: PawełŚwietna sprawa taka "przejażdżka" po Biebrzy
Do tego towarzystwo przednie, czego chcieć więcej? No może kilku jeszcze rybek i odrobinę lepszej pogody...
Ale to zapewne do nadrobienia w przyszł ... zobacz więcej | ||
|
|
Boleniowa majówka 2012skomenował: KazZa artykuł ![]() ![]() :oklasky:za rybki ![]() ![]() -super Pawełku ... zobacz więcej | ||
|
|
Biebrza - dzika rzekaskomenował: KazDziękuję wszystkim uczestnikom i Tobie Pawełku za wspaniały artykuł o naszej wyprawie .Wspaniała i dzika rzeka, trele słowików a może ich wzajemne przekomarzanie się wniosły sporo w tem jak wspaniały ... zobacz więcej | ||

@Waldi-54 - Dzięki Waldziu, jak widzisz Twój wierszyk nam się spodobał i został zaakceptowany
A i dzięki za wymyślenie WróBlanków
@ ...