Nadzieja nasza Mamusia

Bombel 2010-08-04 Wyprawy wędkarskie

...
Już wiosną dowiaduję się od Kiciusia_buraska, że na 22 lipca jest dla wucewujków rezerwacja na 8 miejsc. Oczywiście na pokładzie "Admirała", bo jakżeby inaczej Jarek przekazuje mi pałeczkę, bo sam jechać nie może. Kurde, no oczywiście, że wykorzystam! Kilkanaście telefonów, trochę wieści na priv i ekipa zaczyna się montować. Wchodzi Marian, PikeHunteR, Kazanow z żoną i ja. Reszta obdzwonionych nie może. Bo to wczasy, wyjazdy, to, tamto, siamto i owanto. Wreszcie, na trzy tygodnie przed planowanym terminem, dołączają Radomiacy: Kaz z żoną i Blanek.

Jeszcze trochę zamieszania z noclegami. Bośmy się z Olgierdem dogadali jak dwóch głuchych przez ścianę. Krzysztof36 zaklepał nam miejsca we Władku. Po 57 zetów od twarzy. Lecz Olo coś wspomina, że może załatwić po 30. Oczywiście wybór prosty, bo groszem nie śmierdzimy. Więc odwołuję pokoje zarezerwowane dla nas przez Krzyśka. A Olo - zdumiony. Bo przecież miały być te pokoje po 57 zł... Rzutem na taśmę udaje Mu się wyszarpać trzy miejsca. Tylko trzy, bo Blanek na nadmorskich wywczasach, Kazik z żoną zakwaterują się właśnie tam, a Marek i Ewa - niestety nie mogą. Praca.
Marek miał zorganizować busa. Skoro jechać nie może, to i transport nieaktualny. Więc pada na Ola. W to, czym ja jeżdżę, nie zapakuje się trzech chłopa z bagażami. Zresztą podróż byłaby koszmarem, czego z Marianem już na majowej beloniadzie doświadczyliśmy. Wóz Mariana owszem, pojemny, ale żłopie ze 12 l/100 km. A to i tak wersja skrajnie optymistyczna. Więc polecimy Mazdą Olgierda. Też paliwożerna, lecz dwulitrowy silnik i moc 170 KM czegoś potrzebują. I tak taniej, niż w aucie Mariana.

W ostatnich dniach kilka rozmów z Olkiem Cichoszem, szyprem Admirała. Tak, w porządku, jest dobrze, jest ryba. I to nie jakieś bolki, a już przyzwoite sztuki. Uzgadniamy więc z Warszawiakami, że startujemy w sobotę rano. To jeszcze sobie połazimy po Władku, poplażujemy, być może w sobotnie popołudnie w porcie poćwiczymy czy to na lekki spinning, czy na spławik, może na pickerka. Kaz z żoną, mający kwaterować u Blanka, dojadą rano, prosto na pokład. Będzie dobrze!!!

Jeszcze piątkowy telefon do Olka: odpuście, nagłe załamanie pogody, raczej nie wyjdziemy z portu. Konsternacja. Telefony się grzeją. Zaczynamy się wahać. Na szczęście jeszcze zdążyłem dodzwonić się do Kazika. Który już spakowany i zaraz ma startować. Ponad 700 km w jedną stronę to nie w kij dmuchał. Ale tylko po to, by na parę godzin znajome gęby zobaczyć i przy piwie posiedzieć?

Umówieni jesteśmy z Olkiem na poranny kontakt. Poczekajmy na aktualną prognozę. Może coś się poprawi? Może ten nagły front atmosferyczny pójdzie sobie w diabły? W każdym razie odkładamy godzinę wyjazdu. Jeśli wystartujemy w porze obiadowej, to i tak przed zmierzchem będziemy na miejscu. Sobota rano: Olek niezmiennie źle wróży. A u nas znowu telefony się grzeją. Kazik odpuszcza. Nie będzie ryzykował takiej trasy tylko po to, by wycieczkę zrobić. Bez gwarancji wejścia na pokład. Szczególnie, że w poniedziałek rano do pracy, więc musi ciągnąć z powrotem natychmiast po zejściu z pokładu.

Tymczasem stołeczna ekipa co chwila wzajem do siebie wydzwania. Siedzimy na portalach z przepowiedniami pogody. Kurde, nie wygląda tak źle, jak złowieszczo ostrzega Olek. Wreszcie decyzja: jadymy! Niech się wali, niech się pali, lecz skoro jest jakaś szansa, to spróbujemy. Najwyżej zrobimy sobie dość kosztowną wycieczkę. Ok. czternastej startujemy. Jesteśmy już za Płońskiem, gdy Olek dzwoni: zapomnijcie, my jutro z portu nie wychodzimy. Może ktoś inny zaryzykuje, ja na pewno nie. Ale pamiętajcie, że uprzedzałem.

Wracać? Czy jechać dalej? Jedziemy, może któryś kuter jednak wyjdzie. Dla trzech powinno się znaleźć miejsce. Szczególnie, że skoro warunki na morzu mają być bardzo trudne, to pewnie trochę ludzi zrezygnuje z pływania.

Wreszcie dojeżdżamy na kwaterę. Warunki na poziomie mniej niż przeciętnego akademika. Ale czego się spodziewać za 30 zł od twarzy? Najważniejsze, że mamy gdzie spać i się umyć. W dodatku przemiła gospodyni pozwala nam zabrać do pokoju zapasową lodówkę. Gdzie będziemy trzymać przywiezione żarełko, a nazajutrz - złowione ryby. Potem ruszamy w miasto. Na jakąś kolację, a też i na morze popatrzeć, powąchać. Najpierw do portu, w bosmanacie zapytać o prognozy. Tam mają najlepsze, najbardziej precyzyjne. I... dupa zbita. Dyżurny bosman wybija nam z głowy resztkę nadziei. Jutro nikt nie wyjdzie. Nawet kutry rybackie zaaresztowane w porcie. Sztorm już się zaczął, ma tendencję wzrostową. Może dopiero w poniedziałek się uda, bo z morzem to nic do końca nie wiadomo. Ale raczej nie, bo na poniedziałek zapowiedziana kulminacja. Może być i "dziewiątka", a nawet lepiej. Dopiero we wtorek zacznie się uspokajać.

Spacer po porcie, w minorowych nastrojach. Z westchnieniem tęsknoty niespełnionej oglądamy "Admirała". Potem kolacja, oczywiście w smażalni. Wreszcie Marian odnajduje nr telefonu do szypra Pasata VII, bazującego w Jastarni. Ci chodzą na Zat. Gdańską, gdzie powinno być spokojniej. Jest! Jest! Jest! Rano wychodzą, trzy miejsca się znajdą (Blanek zrezygnował z ryzykownego telepania się 100 km w jedną stronę). Hurrraaa! Dobrze jest!

Jastarnia. "Pasat" ma wychodzić dość późno, dopiero o ósmej. Zbiórka na pokładzie o 7.30. My się meldujemy jako pierwsi, kilka minut po siódmej. Zajmujemy trzy miejsca na dziobie, zbroimy zestawy, podziwiamy oryginalny wygląd jednostki. Drewniana, stylizowana jakby na hiszpański galeon. Ciut ten dziób za wysoki, będzie problem z podnoszeniem ryb. Ale co tam! Najważniejsze, że wypłyniemy.

Powoli docierają inni uczestnicy, załoga zaczyna się krzątać przed wypłynięciem. Gawędzimy sobie m.in. z gościem, który pierwszy raz się wybiera. Zabrał syna i... spinning. Jak wyglądają pilkery i morski sprzęt to dopiero u nas widzi. Olo też pierwszy raz. Ale naszukał się i nagadał wcześniej, co zakupić. Więc zaopatrzony znakomicie. Przy okazji nas chwali, że dobrych porad żeśmy Mu udzielili. Dobra! Wreszcie silnik zaczyna mruczeć. Ze sterówki słychać radio. Pogawędka szypra z bosmanatem trwa ze dwie minuty. Po czym szyper wychodzi na pokład i mówi... przykro mi, panowie, nie mamy zgody na wyjście. Jest sztorm z tendencją wzrostową. W poniedziałek ma być jeszcze gorzej. Marian się wściekł. No kurde blaszka! - powiada - przecież zatoka spokojniutka, prawie jak stół. To czego jakiś bałwan zatrzymuje nas w porcie?! Prawdziwy sztorm, według prognoz, dolecieć powinien dopiero koło południa. Więc byśmy sobie połowili choć kilka godzin!

Jak mus - to mus. Urzędu się nie przeskoczy. Idziemy sobie ochłonąć, popatrzeć na zatokę. Woda co prawda wygląda na spokojną, ale przecież osłonięta przez półwysep. Górą wiatr idzie zdecydowanie mocniejszy. Patrzę, jak nawet kormorany z trudem lecą pod wiatr. Z wiatrem - jakby odrzutowe dopalacze miały ...

Znów we Władku. Wracamy na kwaterę. Po drodze, jeszcze w Jastarni, zatrzymujemy się na drugie śniadanie. Oczywiście pożeramy rybki.

Co dalej? No co dalej? Zostajemy, może jutro uda się wyjść. Tymczasem pójdźmy coś pojeść, spróbujemy powędkować w porcie, może od strony morza. Ale jak, skoro mamy tylko mocarne morskie wędziska? Znaczy, ja mam jeszcze ultralajta, a Olgierd lekki zestaw spławikowy. Tylko... Olowi nie chce się brać spławikówki, a ja zapominam zabrać wędeczki. Kamizelka z upchanym po kieszeniach zapasem gumek, ciężarków, haków i główek - jak najbardziej spakowana do torby. Ale gapiostwo moje sprawia, że kijaszek zostaje w kącie pokoju.

W portowym sklepie rybacko - wędkarskim nabywamy stugramowe "gruszki", robactwo i żyłkę przyponową. Haczyków niet. Można dostać tylko śledziowe "choinki". Dobre i tyle. Po obcięciu ozdóbek uzyska się normalny haczyk.
W porcie dmucha wielce paskudnie. Momentami, choć mam na sobie polarową bluzę, jest mi nieprzyjemnie zimno. Tłum spacerowiczów - też odziani w polary lub nawet typowo jesienne kurtki. Nikt nie wygląda na specjalnie zadowolonego. Ot, spacerują sobie ludziska. Bo co tu innego robić?

Miejscowy wędkarz, trenujący pickerki, też niespecjalnie zadowolony. Jeszcze przedwczoraj trochę gryzły patelniane płotki i okonie. Ale dzisiaj kicha. Flądra to tylko na fileta ze świeżego śledzia.
Próbuję Olgierda namówić, żeby śmignął, poszukał śledzi w sklepach rybnych. Tylko... dysponujemy wyłącznie haczykami nr 8. Pięć sztuk na trzech chłopa. Nie dziwne więc, że Olowi się nie chce. Dopiero potem kojarzę, że niepotrzebnie by się telepał. Przecież sztorm, rybacy pauzują. To skąd wziąć świeżego śledzia?

Zbroimy zestawy, zaczynamy. Marian, zanim ja zmontowałem zestaw, wyjmuje pierwszą rybę. Znaczy - rybeńkę. To babka wielkości palca. Drugą rybę ma Olo - niewiele większe okoniątko. U mnie nic. Wreszcie drgnęła szczytówka. Wyjmuję i... zaczepiam starą oponę, przy nabrzeżu robiącą za odbijacz. Olo ciągnie kolejnego okoneczka. Naraz i ja widzę wyraźne branie. Jest! Okonek z 18 - 20 cm. Jak się okazało - była to ryba dnia. Choć ja stary okoniarz jestem, to tak chudego pasiastego jeszcze chyba nie widziałem.

Przy okazji czujemy się jak małpy w ZOO. Z gęstego stada spacerowiczów co chwila ktoś podchodzi popatrzeć. Sensację mają ludziska okrutną. O, patrz! - mówi mama do dziecka - pan rybkę złowił! Plosę pana - zaintrygowane dziecko na to - cy mogę jibkę zobacyć? W wolnych (czyli spokojnych od najazdu gapiów) chwilach, rozglądamy się i my. Dyskretnie wymieniając się uwagami w stylu: patrz, z tyłu po prawej. Ale sztuka! Na to drugi: ta z lewej, w opiętych dżinsach, zdecydowanie lepsza. Na co pierwszy: eee, ja tam bym wolał tę blondynkę... Tylko co nam z tego, skoro to zupełne młódki? A jak która w wieku nam "podchodzącym", to zaobrączkowana, z dzieckiem za rękę i chłopem pod rękę? Tylko Marian jakiś taki spokojny. Powiada, że nie ma to jak Ania. Od 33 lat ta sama.

Kończymy w porze obiadowej. Wiatr się wzmaga, zaczyna siąpić deszcz. Wyniki: Marian jedną babkę, Olgierd trzy okonki i babkę, ja cztery okonki. Zresztą wiatr się wzmaga, nam w brzuchach burczy. I czerwone robaki się skończyły. Widocznie za wiele żeśmy się rozglądali za siebie, zamiast na szczytówki patrzeć. To i wyciągaliśmy gołe haki. Dość na dzisiaj.

Wkrótce potem dzwoni Krzysztof36. Zapomnijcie o wyjściu w morze. Prognozy są paskudne, nikt z portu nie wyjdzie. Ale możemy podjechać na Redę. Sztorm wpędza do rzeki sporo łososi i trotek. Wieczorami widowiskowo skaczą na progiem. Fantastycznie to wygląda! Kurde, oczywiście że pojedziemy, zerkniemy. Żaden z nas jeszcze tego nie widział. Krzysiek przyjeżdża z krewniakiem, Mateuszem, pod wieczór. Spotykamy się w restauracji "U chłopa".

Żarełko pyszne, klimacik wspaniały. Niestety, leje jak z cebra, a wietrzysko mało drzew nie połamie. Więc siedzimy sobie przy zupce chmielowej i gawędzim, gawędzim, gawędzim...

W poniedziałkowy poranek, pożegnawszy się z przemiłą gospodynią, podjeżdżamy jeszcze nad Bałtyk. Plaża prawie pusta. Ludziska w polarach, w jesiennych kurtkach. W brzeg walą metrowe, a niekiedy i większe fale. Wiatr się zmienił, dmucha z płd.-zach. Ale porywisty i przenikliwie zimny. Jako jedyny jestem w krótkich spodenkach i wodoodpornych sandałach. No jak to tak? Być nad morzem i nawet nóg nie pomoczyć? Włażę. Choć nie dalej niż do połowy łydek, to dwie kolejne fale sprawiają, że spodenki mam mokre ciut powyżej klejnotów rodowych.

Marian i Olo, choć do wody nie włażą, przez chwilę nieuwagi mają mokro w butach. Wystarczy. Dłużej nie mamy czego tu szukać. Czas do domu. Jeszcze tylko ja muszę się przebrać. Znaczy - ubrać. Bo z plaży na parking szedłem z portkami w garści. Inaczej wyglądałbym tak, jakbym zażył tabletkę pozwalającą na oddawanie moczu bez konieczności przerywania snu . W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w wybranym przez Ola zajeździe nad Jez. Drwęckim. Pięęęknie. Żarełko pyszne! A w budce obok wędzone ryby. Sielawa droga nieprzyzwoicie, ale nie umiałem sobie odmówić. Także i Marian zrobił zaopatrzenie. No bo żeby dwie doby być na rybach ( na rybach? ), a ryby do domu nie przywieźć? Pyszne były te sielawki!

Straty.

W zasadzie żadne. Hobby kosztuje. Szczególnie, gdy człeka goni przez pół kraju po to, by niekoniecznie cokolwiek złowił. Wkalkulowane w uprawianie hobby. Szczególnie wówczas, gdy fachowiec odradza, a my z oślim uporem wsiadamy w samochód i jedziemy. W świadomości mając, jak bardzo nikłe są szanse na połowienie.
Lecz cóż, nie pierwszy i pewnie nie ostatni to przypadek. Wszak chyba wszyscy znamy sytuacje, gdy się człek telepie ze sto kilometrów, a na miejscu się okazuje, że woda tak podniesiona, że do burty dojść nie można. Albo że co chwila burza przelatuje, więc czystą głupotą by było użycie węglowej wędki.

Pożytki.

Dwie doby spędzone w znakomitym towarzystwie. Luzik totalny. Wspaniałe powietrze. Atmosfera wokół taka, że nie chce się człekowi myśleć o pracy czy innych problemach. Wypoczynek (poza podróżą) pełną gębą. Akumulatory naładowane, wystarczy na wiele dni, w których problem na każdym kroku. Rozpoznana i po części zaprzyjaźniona kolejna miejscówka, gdzie w miarę wygodnie, w znakomitej atmosferze można sobie wygodnie pospać. I to za rozumne pieniądze. Dodatkowo - uzupełniliśmy sobie dorszowy arsenał sprzętowy. To nic, że nabiegaliśmy się po sklepach, szukając kolejnych koniecznych rzeczy. Że wyłożyliśmy sporo kasy na te przedmioty. Na pewno jeszcze nie raz się przydadzą. Nie zardzewieją. Doczekają się bardziej sprzyjającej okazji.


Wniosek

Prawdopodobnie nigdy więcej nie będę uparty jak osioł w sprawie wędkarskich wypraw na Bałtyk. Teraz już wiem na pewno, że skoro Olek (czyli fachman pełną gębą) powiada, że tylko zrobimy sobie wycieczkę, to w istocie tak będzie. Chrzanię prognozy znajdowane w necie. Te zbyt często kłamią. Nie ma to jak pogadać z fachurą. Który szanuje klienta.

Bombel

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!