Na otarcie łez

dariusz-bereski 2011-11-30 Raporty znad wody

...
Artykuł ten dedykuję zwłaszcza tym wędkarzom, którzy z różnych powodów nie dotrą nad pomorskie rzeki. Tym, którzy z utęsknieniem czekać będą na pierwsze zielone listki, cieplejszy powiew wiatru, aby znów zameldować się nad wytęsknioną ukochaną wodą. Niech czas krótkiego wędkarskiego odpoczynku będzie czasem refleksji nad minionym sezonem, koniecznie czasem nowych postanowień i niech będzie,co tu dużo mówić jak najkrótszym. Nie zamierzam nikogo niczego uczyć, bo tego nie potrafię. Odczuwam jednakże jakąś nieodpartą potrzebę, aby dzielić się odczuciami, wspomnieniami i refleksjami. Jeśli tak jak ja kochacie przyrodę i naszą szczególną pasję wędkowania-wybaczcie.

Nie zawsze łowimy tam, gdzie sięgają nasze marzenia. Najczęściej decyduje przypadek. Przypadek, to tylko usprawiedliwienie tego, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Ale zdarza się, że właśnie przypadek zbliża nas do marzeń. O tym "przypadku" wyczytałem kiedyś u wybitnego współczesnego pisarza, bodajże w "Traktacie o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego, ale to już zupełnie inna sprawa.

Moim przypadkiem jest zamieszkanie w Toruniu, do którego przeniosłem się ze stolicy Dolnego Śląska, rodzinnego Wrocławia. No cóż, zmiana jest częścią życia, podobnie jak czas. We Wrocławiu poznałem rzeki i kanały. Słynny Wrocławski Węzeł Wodny! Rzeki Odra, Bystrzyca, Oława, Ślęza i Widawa. Dziesiątki kanałów, starorzecza i odrzańskie doły. Tam uczyłem się czułości do wędkarstwa, cierpliwości, poznawałem tajniki i niuanse w pieczołowity sposób przekazywane mi przez ojca wędkarza. Swego czasu i działacza okręgu i prezesa wędkarskiego koła. Klasycznie – miłość wyssana z mlekiem matki. Nie, nie przejęzyczyłem się. Z mlekiem matki. Skoro już wspomniałem o matce, czuję się w obowiązku ale i niezaprzeczalnej dumie nadmienić, że była pierwszą kobietą - sędziną klasy okręgowej w wędkarstwie gruntowym. Możecie to sobie wyobrazić? Miałem dwie możliwości. Albo uciec, gdzie przysłowiowy pieprz rośnie, albo złapać, czy też nadziać się na wędkarskiego bakcyla. No, cóż, wiecie co zrobiłem... A rodzinny bakcyl powiększał coraz to bardziej swoją objętość - dziadek, wujek, szwagier. Chociaż dziadek to wolał konsumować ryby a łowić to już mniej. Nie ominęło to również i rodzinnej płci pięknej, przecież obowiązywała kategoria Senior, Junior i Kobiety, no to jakże by bez pań... To właśnie we Wrocławiu systematycznie wypróżniałem swoją wędkarską Puszkę Pandory zamieniając ją na swój mały Eden.

Pierwszy odrzański leszcz powyżej kilograma mienił się miedziano czerwoną barwą, to nic że po mięsiste wargi wypełniony organicznymi związkami, popularnie zwanymi Fenolami, czy kwasami karbolowymi. No cóż, wówczas o ekologii nikt nie słyszał, albo nie chciał słyszeć, a ścieki płynęły do królowej rzek Dolnego Śląska strumieniami. Ale wówczas ten leszcz był moją złotą rybką- bo pierwszy, taki duży i złowiony samodzielnie. I po latach uświadomiłem sobie, że był przełomem w moim wędkarskim myśleniu. Jako zawodnik junior specjalizowałem się w łowieniu oczywiście uklei, zdarzała się płotka, okonek, krasnopiórka. Ale łowienie gruntowe,nie tylko spławikowe to już oddzielna para kaloszy.To wymagało zweryfikowania posiadanego sprzętu, a właściwie uzupełnienia go o sprzęt gruntowy. Jako zawodnik wędkarski startowałem w około trzydziestu zawodach rocznie, w tym skrupulatnie prowadzonych szkoleniach bezpośrednio nad wodą przez wędkarskiego trenera. Były zgrupowania, moje Mistrzostwo Koła, potem Okręgu, starty w Mistrzostwach Polski na kanale Karsibór w Świnoujściu i w Opolu. A były to lata ‘79-84, więc i ze sprzętem nie było tak łatwo. Ale nie będę pisał, że przed wojną żyło się lepiej, bo tego po prostu nie wiem.

Wiem natomiast, że dziś cenię wiedzę bardziej niż w młodości, odrzucam stereotypy i jestem zdecydowanie bardziej otwarty na wszelkie wędkarskie nowinki. Ze spiningiem miałem również bardzo wcześnie do czynienia, bo odznaczony Młodzieżowym Aktywistą Wędkarskim, dla młodszych czytelników informacja - taki honor upoważniał do zezwolenia samodzielnego spiningowania osobom małoletnim, rzuciłem się na podbój esoxów.

W Każdą Wigilię świąt Bożego Narodzenia, zaraz po opłatku i pierwszej kolędzie rozpoczynał się Rodzinny Nadzwyczajny Okręgowy Zjazd Delegatów PZW. To się dopiero działo... Były i analizy wyników ostatnich zawodów wędkarskich, punktowe podliczenia, przeglądanie zdjęć, oczywiście z okazami ryb, pozujących przedstawicieli różnych krajowych gatunków, podróże kulinarne z rybą w roli głównej, plany na kolejne wędkarskie wczasy. A my dzieciaki czuliśmy się jak przed egzaminem na kartę wędkarską. Nawet po 30 latach, w Wielkanoc sprzeczałem się z samym Seniorem o mianowicie rzecz priorytetową. Czy łowiłem jeszcze na bambusa, czy tylko przypisuję sobie tamte lata i tamten archaiczny sprzęt na barki własnej wyobraźni i pseudo doświadczenia. Pisząc kolokwialnie - CO TY TAM WIESZ!! Innymi słowy, czy rzeczywiście pamiętam, jak to kiedyś się łowiło.

Na marginesie - Pamiętam i rzeczywiście zaczynałem od bambusa i nawet jeszcze wcześniej od dobrze wystruganej leszczyny - bo to był przecież początek lat siedemdziesiątych. Karp by się uśmiał... Ale do rzeczy, wędkarska biografia kiedy indziej...

Pojezierze stu jezior to jeden z najbardziej malowniczych nizinnych zakątków naszego kraju. Nazywam je Preludium Mazur ze względu na proporcjonalnie mniejszą rozległość swoich obszarów. Mniejszą pod względem hektarów a nie przygód czy niespodzianek, które każdy szanujący się amator wędkarstwa może tu przeżyć. To taki właśnie wstęp do jeszcze większego dzieła natury.

Na Pojezierzu Brodnickim, bo o nim piszę, znajduje się blisko 100 akwenów wodnych o powierzchni przekraczającej 1 ha. Położone jest ono w północno - wschodniej części województwa kujawsko-pomorskiego, a więc terenu w którym przyszło mi spędzić wiele lat życia, a z tego przynajmniej połowę z wędką.

Do najpiękniejszych jezior należy zaliczyć: Wysokie Brodno, Bachotek, Robotno, Zbiczno, Wielkie i Małe Partęczyny oraz jeziora Strażym, Głowińskie i Łąkorz. W ogromnej większości są to układające się w ciągi jeziora rynnowe. Cała dolina jest ważnym korytarzem ekologicznym o znaczeniu krajowym. Lasy tworzą jeden zwarty i rozległy kompleks. Wyjeżdżając z Torunia w kierunku Brodnicy zapach lasu dociera nawet do spoconej maski samochodu i nieśmiało wdziera się do środka. Nozdrza stają się czujne. Czuję las, a za chwilę pachnieć będzie wodą, bo za szybą samochodu w porannym świetle rozwiewa się mgiełka nad kolejnym leśnym jeziorkiem, które mijam po drodze. I powiem szczerze, takie były moje wrażenia, kiedy kilkanaście lat temu po raz pierwszy zmierzałem właśnie w kierunku Brodnicy. Ja, Dolnoślązak czułem wtedy jakiś prawie nadmorski klimat, obserwując pochylone sosny i kilometrowe połacie piasku. Sosna i piasek, te bliskie skojarzenia przywoływały mi właśnie te nadmorskie klimaty. Doświadczyłem, ze życie nie jest przymiarką. Nie powinienem sobie odpuszczać, kiedy mogę zrobić ze swoim życiem to co chcę, bez względu na ryzyko, a może nawet ze względu na ryzyko. I z tej zmiany, poważnej zmiany krainy zamieszkania/ bo oprócz Wrocławia była jeszcze przez 10 lat Jelenia Góra - cieszyłem się z myślą o bliskości prawdziwych jezior. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów z Torunia i już kraina głębokich, malowniczych rynnowych wód i ogromnych połaci lasów. Choć bywam sentymentalny i przywiązuję się do miejsc, pamiętam również i o tym, że połączenie spokoju ducha i szaleństwa skłania duszę do filozofowania, do myślenia,że czego nie spróbuję, mogę kiedyś żałować.

Nad brzegami wielu z tych jezior stawiałem swój wędkarski ekwipunek. Wydeptywałem brzegi znacząc śladami swoich woderów trudno dostępne ścieżynki. Nie sposób opisać wszystkich szlaków, wielu niespodzianek, którymi obdarzała mnie woda i wielu rozczarowań, które jak to zwykle bywa są przypisane wszystkim miłośnikom takich wypraw. I to wcale nawet nie chłodna kalkulacja ale często przypadek -o którym wspominałem wcześniej doprowadzał mnie do celu moich skrytych marzeń. O takim małym spełnieniu wędkarskich marzeń opowiem za chwilę .

Mieć uszy i oczy szeroko otwarte. Wiedza w tym przypadku nie zawsze rekompensuje nam całą teorię przygotowań do wyprawy wędkarskiej. Sposoby i miejsca żerowania ryb mogą być mocno nieprzewidywalne. Tu książkowa wiedza a nawet nasze spore doświadczenie bywa bezskuteczne. Praktykami i fachowcami są najczęściej miejscowi wędkarze. To oni poświęcają się wodzie namaszczeni przez naturę, stanowią jej integralną część. Może nawet poświęcają jej każdą swoją chwilę, stając się prawdziwymi Profesionals Fishing Experts. Nawet dobrej jakości sprzęt niczego nie załatwi-poza komfortem łowienia. Przecież samochód ekskluzywny czy stary, mocno zużyty bez paliwa nie pojedzie. A oktany ułatwią podróż do celu. Tymi oktanami są: długoterminowa obserwacja wody, w tym i zwyczajów ryb na danym łowisku, nawyki i pory żerowania z wpływem ciśnienia atmosferycznego i kierunku wiatru, ukształtowanie powierzchni dna, szczegółowa znajomość wody. Często przyzwyczajenie do określonych zachowań i kulinarnych upodobań ryb, poprzez stosowanie tajemnej zanęty i przynęty. Miejscowe kompozyty opierają się w głównej mierze na znajomości żołądków potencjalnych zdobycz. A te często uzupełniane są wszystkim tym, czym nęcą miejscowi wędkarze. Wszystkie te elementy określonego łowiska są oczywiście możliwe przez nas do rozpoznania, ale wymagają czasu, nierzadko poświęcenia całego wręcz urlopu. A przecież czasu nam nie zbywa- więc nic innego jak integrować się z miejscowymi wędkarzami, a przynajmniej od czasu do czasu uciąć sobie z nimi życzliwą pogawędkę. Zdarza się, że strzegą swych tajemnic. Ale i to zrozumiałe. My oddajemy się pasji, często na zasadzie fair plair, oni walczą o przetrwanie-zasilając przede wszystkim swoją kuchnię i miejscowe skupy. Niestety w wielu regionach Polski, a może nawet i w każdym takie podejście do łowienia jest obecne. Z punktu widzenia socjologicznego, dopóki nie zmieni się komfort życia i nie wyedukuje się nowego, ekologicznego podejścia do wędkarstwa jest to uzasadnione. Ale obawiam się, że taka zmiana może pojawić się dopiero w kolejnych pokoleniach, jeśli jeszcze pozostawimy następcom choć odrobinę narybku w wodach...

Poznałem urocze małżeństwo, które nad jeziorem Łąkorz na Pojezierzu Brodnickim dba o swoje eldorado, którym jest niewielki acz gustownie urządzony domek. To w zasadzie rybaczówka i myśliwska przystań, z której komfortu korzystają głównie ich przyjaciele, najczęściej wędkarze samotnicy. Sami właściciele mieszkają parę kilometrów dalej, w pobliskiej wsi. Pierwsze moje majowe odwiedziny miały miejsce kilkanaście lat temu i były raczej towarzyskim spotkaniem przy grillu, chłodnym piwku i czarujących opowieściach z lasów i jezior. Taki wędkarski rekonesans w poszukiwaniu nowych wrażeń. A z ręką na sercu tych przez wiele lat wędkarskich wypadów do przyjaciół nie brakowało. Komfort łowienia zapewniony, bo do lustra wody tylko kilkadziesiąt metrów. Tam wysłużona kładka, spatynowany łańcuch i wędkarska łódka, która zapewni swobodne przemieszczanie się po jeziorze w poszukiwaniu różnych gatunków ryb.Tu przyznaję nie jestem nowoczesny. Zamiast echosondy wolę tajemnicę toni odkrywać bardziej tradycyjnymi metodami. Najczęściej spiningiem, bo skutecznie wyczuję głębokość łowiska. A silnik, nawet ten elektryczny zawsze pozostawiam innym. Wolę wiosła. Przy okazji dbam o tężyznę fizyczną. Pewnie tylko do czasu. Życie jest energią nie trwaniem, a energia wyczerpuje się. Ale jeszcze nie teraz.

Wracając do jeziora, które przez wiele lat było miejscem moich wędkarskich wędrówek, do Łąkorza. Kształt jeziora jest owalny. Jezioro nie jest małe, bo troszkę powyżej 160 ha, a maksymalna głębokość wynosi 33 metry. Ale przeciętnie średnia głębokość wynosi od 5 do 8 metrów. Stwarza to bardzo dobre warunki żerowe dla leszcza. Jest go tutaj naprawdę sporo. Dla niecierpliwych czekają popularne leszczaki, które biorą wszędzie, zwłaszcza w pobliżu trzcinowisk. Każda powszechnie znana przynęta jest dobra.Wśród drapieżników dominuje okoń i szczupak, ale wraz ze zmianą ukształtowania powierzchni i rodzaju dna (kamieniste) można natrafić na spore okazy sandacza. Nasłuchałem się od miejscowych wędkarzy o okazach kilkunastokilowych a kilkukilowe są dla nich chlebem powszednim.

Przez jezioro przepływa strumień zasilający z jeziora Głowińskiego, który łączy jezioro Łąkorz z jeziorem Wielkie Partęczyny – dopływ Skarlanki. Linia brzegowa jest mało urozmaicona w większości zarośnięta wąskim pasem roślinności wynurzonej-szczególnie trzciny. To typ jeziora sielawowego, a więc można głęboce trolingować w poszukiwaniu dobrze odżywionych zębatych. Czasem któryś zapędzi się na wypłycenie, zwłaszcza w okolicy popularnej wyspy. Obserwowałem wygrzewające się, naprawdę duże szczupaki w bardzo przejrzystej,wczesnomajowej aurze. Jeszcze wtedy natura nie śpieszy, właściwie ledwie żegna się z chłodem i przedwiośniem. Nie ma mowy o kwitnięciu wody, a narybek jest zupełnie niewidoczny. Przejrzystość wody jest wtedy wręcz idealna. I co charakterystyczne, te wszystkie namierzone okazy zupełnie ignorowały wszystkie moje podsuwane im pod nos wędkarskie wabiki. Jakby wcale nie chciały żerować a tylko prężyć swoje torpedowe ciała. Czasem któryś się skusił, ale nigdy ten, którego wypatrzyłem. Wyspa to nieprawdopodobna wylęgarnia ptactwa wszelkiego,wiecznie żywa, pulsująca odgłosami lęgowymi i ostrzegawczymi czujnych ptaków, zajętych swym chwilowym macierzyństwem. Na wyspie nie można stanąć suchą stopą. Jest lekko zanurzona i całkowicie zarośnięta. Ale to jedyne miejsce, gdzie w zależności od kierunku wiatru można dobrze się ukryć i wędkować w spokoju.

I tu niespodzianka. W jeziorze w okolicy wyspy można natknąć się na wystające pale,które przy niskim stanie wody są całkiem dobrze widoczne. Przy wysokim stanowią niebezpieczeństwo i skarbnicę wszelkich możliwych wędkarskich przynęt-wirówek, wahadłówek, woblerów, gumek, żywcowych spławików, haczyków etc.To pozostałość po dawnych budowlach.

Palafity, bo taką noszą nazwę, stosowano w celach obronnych budując całe wsie na palach na jeziorach lub wśród bagien. Taki sposób budowania typowy był np. dla dawnych Prusów. A więc i namacalna historia ukryta w toni, której szczyty możemy obserwować na jezierze Łąkorz. I właśnie te Palafity to najlepsze miejca na drapieżniki. Zielone płuca Polski - kiedy o tym myślę oddycham głębiej i ładuję przysłowiowe akumulatory. Jezioro w sezonie zaczyna pięknie zarastać, oczywiście w płytszych partiach. Pojawiają się grążele, których obecność pobudza wędkarska wyobraźnię. Miejsc na lina do wyboru. Nie trzeba szczególnej fantazji,aby przekonać się i poznać wędrówki tych najpiękniejszych w moim odczuciu przedstawicieli białorybu. Przekonałem się o tym wielokrotnie, łowiąc kilka sztuk powyżej dwóch kilogramów. Ale na liny ustawiam się inaczej, w jeszcze innych miejscach. Zaraz po wypłynięciu z małej zatoczki, gdzie przycumowana jest na stałe łódka mojego przyjaciela odbijam ledwie trzydzieści czterdzieści metrów od pomostu i przemieszczam się wzdłuż trzcin. W odległości stu metrów od mojego łowiska rozpościera się opisywana przeze mnie wyspa. Ja kotwiczę w odległości piętnastu metrów od trzcin. I mam wybór, i co rzadko się zdarza sam określam gatunki ryb, które zamierzam łowić. Przy trzcinach żerują stadnie przepięknie ubarwione krasnopióry i można kusić się na zdobycie imponujących przedstawicieli tego gatunku. Razem z nimi trzymają się krąpie i niewielkie leszcze. Ale dokonując selekcji i bez zmrużenia oka zakładając na haczyk pokaźnych rozmiarów przynętę brania drobnicy ustają. I właśnie wtedy rozpoczynam zasiadkę na lina. Każda przynęta, którą znamy z wędkarskich podręczników jest dobra, byle duża. Nęcę niezbyt dużo, również zdecydowanie grubszą zanętą, do której między innymi dokładam sporo kukurydzy i pszenicy,skrojonych w kostęczkę niedogotowanych ziemniaków i kawałków rosówek.

Procedurę powtarzam dwa razy dziennie,rano i wieczorem. Kotwicząc w tym samym miejscu, ale zarzucając przynętę w przeciwnym kierunku, w kierunku toni mogę liczyć na sporego leszcza. Tu nęcę najczęściej jedną z polecanych,profesjonalnych mocno zapachowych leszczowych zanęt. Moja łódka kotwiczy na ciekawym spadzie i miejsce, gdzie kładę zanętę sięga ośmiu do dziesięciu metrów. Od czasu do czasu, kiedy ustają brania, warto poczesać całe łowisko spinem, bo dobrze wiemy czyja to sprawka. Dla zwolenników łowienia na żywca to doskonała miejscówka, jako że pasiaste aż same proszą się o dokładkę. No i martwa rybka, bo tak często poszukiwany i pożądany węgorz, przy sprzyjających atmosferycznych warunkach, albo tylko sobie znanym okolicznościom nie zaskoczy, kiedy przekąsi co nieco nawet w samo południe. Nad jezioro Łąkorz przyjeżdżam od lat systematycznie z końcem maja, jeszcze przed tarłem ryby białej,ale już w okresie niezłego apetytu wszelkich drapieżnych.

Któregoś razu, przed kilku laty, jak zawsze zjawiłem się nad jeziorem pełen nadziei, że tym razem sezon będzie szczególnie udanym. Jakieś wewnętrzne przeczucie i wyjątkowa tęsknota za obrazem świeżo wyrastających pędów trzcin mówiło mi – spiesz się, Łąkorz czeka. Tuż po pierwszym nęceniu,, w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób odczułem dziwne ruchy, może prądy czy przemieszczenia się czegoś żywego, tuż przy samych trzcinach. Zjawisko pojawiło się ponownie. Trzciny chwiały się niespokojnie. Coś przy dnie buszowało w dość agresywny sposób. Zamarłem w swojej łupince, ale cichutko rozwijałem sprzęt.

Bobry? Nigdy wcześniej ich tu nie spotkałem, bo pas trzcin jest tu dość rozległy i do samego brzegu jest jeszcze kilkadziesiąt metrów. Może jakiś zbłąkany nurek?- Ale nie zaobserwowałem wydostających się na powierzchnię pęcherzyków powietrza. Zresztą co by tu robił w jeszcze dość zimnej wodzie na tej płyciźnie? Może tarło?-Niemożliwe. Jestem tu co roku, o tej samej porze, a tarło rozpoczynało się zawsze miesiąc później.Więc o co chodzi? Zarzuciłem cichutko wędkę uzbrojoną w dwu i pół gramowy spławik, którą wcześniej przygotowałem sobie na lina. Założyłem na haczyk wijącą się w rozpaczy rosówkę i kilka białych robaków. Branie było zdecydowane. Po zacięciu, kij od razu wykonał próbę wytrzymałościową i to I generalną, wędka wygięła się do granic możliwości a rozradowany kołowrotek zagrał swoją ulubiona melodię. Boże! Co to jest - Jakiś wielki karp? Ryba z impetem ruszyła na głęboką wodę wybierając kilkadziesiąt metrów żyłki/O,18mm/. Ręce drżą, ciśnienie dobrze ponad dwieście, żadnych świadków tylko z góry przygląda się moim poczynaniom zbłąkany bielik. Ryba odchodzi jeszcze kilka razy, ale z trudem mogę oderwać ją od dna.Sprzęt pracuje nienagannie, ja mam czas i dobre warunki-żadnych zawad czy przeszkód, otwarta woda, jestem na łodzi, muszę dać radę. Ale to wszystko trwa i trwa. Czas wlecze się niemiłosiernie. W końcu pojawia się skromne już tylko pragnienie-Zobaczyć, zobaczyć co zjawi się na końcu haczyka. Dokręcam kołowrotek i na granicy wytrzymałości żyłki niebezpiecznie zaczynam pompować. Ja w górę ona w dół. Ja w górę...

Powoli, powoli to coś zaczyna unosić się ku powierzchni. Woda przejrzysta jak szkło, więc mam spore szanse. Świeci słońce i stwarza doskonałą widoczność. Jeszcze niczego nie dostrzegam, potem jakiś cień. Przypomniałem sobie hol, co prawda w innych warunkach 12 kilowego amura i 20 kilowego karpia na Jeziorze Pilchowickim. Wiem, jak pachnie duża ryba, jak walczy o swoje życie, ale dzisiaj nie wiem o co chodzi... Jeszcze jeden metr wyżej i kolejny. Dostrzegam kształt ogromnego karpia, tak mi się przynajmniej wydaje. Wiem, ze woda powiększa, ale zdobycz wydaje się niemożliwie imponująca. Wreszcie widzę dokładnie. Ryba jest metr pod powierzchnią wody. Matko Boska!!! To GIGANTYCZNY leszcz, przekraczający moje najśmielsze wyobrażenia. Mój dotychczasowy rekord w tym gatunku to samica 4,90 kg złowiona w Pilchowickim zbiorniku zaporowym, ale to co mam na kiju, to z pewnością nowy rekord Polski - oceniam go na jakieś osiem kilogramów.

Gigantyczna łopata!


Nigdy wcześniej nie widziałem takiego leszcza! Potężne podbrzusze, błyszczący mosiądz. Ja spoglądam na rybę ona odpoczywa przez chwilę, leży na boku, wiec dostrzegam wszystkie szczegóły. Jeśli go nie wyjmę, to opowiastki pójdą do lamusa, nikt mi nie uwierzy. Przecież wędkarze mają inną miarę, lubią przesadzać - powiedzą przyszli słuchacze. Jeszcze tylko ostatnia, najtrudniejsza faza, podciągnąć go do powierzchni, dać mu zaczęrpnąć atmosferycznego powietrza....

Jeszcze tylko chwila, już prawie go mam, jeszcze... Stało się..... Wędka wyprostowała się. Spiął się....

... po prostu i zwyczajnie spiął się. Nie mogę uwierzyć! Nawet nie zerwałem przyponu. Lekko wygięty haczyk i resztki wyssanej przynęty. Za duży opór. Przegrałem.... Ale w trzcinach znowu podobny ruch, łodygi świeżych pędów wibrują ponownie i pochlają się raz w prawo potem w drugą stronę. Zmieniam przypon, sprawdzam sprzęt. Wszystko wydaje się na miejscu. Zarzucam ponownie i nie czekam długo. Historia powtarza się jeszcze dwukrotnie, bez urwania przyponu. Za każdym razem wielka ryba ucieka na głębinę. Tych dwóch pozostałych nie zdążyłem zobaczyć. Ale opór, odjazdy i walka podobna za każdym razem. Śmieję się sam do siebie. Jak głupi do sera. No bo cóż uczynić innego? Takiej historii jeszcze nad wodą nie miałem. Potem cisza. Przez godzinę nic się nie dzieje. Jeszcze trzy podobne brania, ale ryba zachowuje się inaczej, ucieka w w stronę brzegu, głęboko w trzciny. Zaciskam zęby, jeśli nie dam rady to wędkarska emerytura! Nie jest tak źle. W podbieraku ląduje lin - 2.5 kg, potem kolejny 2.2 kg i ostatni 1,5 kg. Wszystko w ciągu trzech godzin. Te trzy medalowe ryby były tylko na pocieszenie.

Wielokrotnie analizowałem to, co wówczas wydarzyło się nad jeziorem. Przez następnych wiele lat i owszem sporo połowiłem, ale leszcze co najwyżej ledwie przekraczały kilogram. Trzciny zawsze stały spokojnie i nie drgały. I taki obfity dzień się już nie powtórzył. Tłumaczę sobie, że te wielkie leszcze, tuż przed wcześniejszym tamtego lata tarłem weszły na żerowisko, na kompletnie zarośniętą płyciznę, a ja zjawiłem się samotnie i w ciszy tuż za nimi. Nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy.... Ech nie zbadane są wyroki...

Myślę sobie, że wielu z nas ma takie wędkarskie małe spełnienie, jak ja to określiłem na początku artykułu. Należę raczej do tych, którzy cieszą się z rzeczy małych, ale szanuję i inne silniejsze potrzeby, i mocniejsze wyzwania. Jesteśmy różni, i to dobrze. Cieszą nas różne rzeczy. I niech tak pozostanie.

Wybaczcie mi moi drodzy, ze kończę artykuł poetycko. Ale pasja wędkarstwa, kontakt z naturą nie pozostają dla mnie obojętne i skłaniają mnie do od czasu do czasu do sięgnięcia po pióro. Myślę, że wędkarstwo uwrażliwia, a każda chwila nad wodą to jak zapisana strofa wiersza. Bo czymże jest wschód słońca nad jeziorem a my w nadziei na przygodę, kontemplując poranek w jakiejś łódce pomiędzy tonią a horyzontem, skąpani w pierwszych promieniach? A odbite niebo w lazurze wody?

Listopad


Nad rzecznym urwiskiem
W splecionych objęciem konarach i pnączach
Opuszczonych i przegniłych gniazdach
Butwiejących resztkach korzeni
Błotnistych ścieżkach powalonych brzozach
Nasączonych zakrzepłą żywicą
Stawiam pierwszy poranny krok

Znowu tu jestem...

Pod nogami już nic nie skrzypi
Wilgoć smaruje podeszwy
I Króluje jak zawsze o tej porze
Świszczący oddech odbija się od topoli
Naderwana huba przywiera swym uściskiem
Do samotnej olchy
Przerażona krzykiem żurawi

Coś mnie tu przyciąga...

Nurt rzeki powolny i leniwy
Jak przystało na poranek
Od czasu do czasu odbija się od brzegu
I wtedy przez chwilę przyśpiesza
Ale nigdy nie zmienia kierunku
Teatr liści wędruje po powierzchni rzeki
A nagie ramiona drzew kurczą się i drżą

Drugi krok jest pewniejszy...

Na skraju skarpy na wpół zwinięta już pajęczyna
Jak czasza balonu pod naporem powietrza
Balansuje pod ciężarem jednej kropli
Dotykając niemal lustra wody
Wyżłobione ścieżki w korze
Już dawno pokrył zielonkawy nalot
Drogi opuszczone-świadectwo życia

Kończę tradycyjnie. Połamania kija i życzę szybkiego powrotu nad wodę.

dariusz-bereski

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (10)

waldi-54, 2011-12-01 10:08:12
Brawo "Dariusz-Bereski" wielkie brawo za pasję i talent, chylę czoła.:oklasky::oklasky::oklasky: Piękny tekst, śliczne fotki i prześliczna Poezja, dopełniają całości, nic tylko gratulować, :muza: co niniejszym czynię - moje wielkie gratulacje.:okok: Pozdrawiam waldi-54:papa2:
Paweł, 2011-12-01 10:34:12
Darek, ależ Ty masz fajne spojrzenie na naszą pasję:hura:! I niesamowitą wrażliwość na otaczające nas piękno:hura: I co jeszcze ważniejsze - umiesz nam to wszystko przekazać:kwiatek: Tekst, fotki, poezja - super Brawa wielkie:oklasky::oklasky::oklasky:
gusto, 2011-12-01 15:36:20
Świetnie napisane wspomnienia ,refleksje:okok:czyta się jednym tchem ,po prostu jak się zacznie nie można nie dokończyć. za:aparat::oklasky::oklasky::oklasky: za tekst:oklasky::oklasky::oklasky:
Wozik77, 2011-12-01 18:40:58
Darku - wspaniały tekst przepełniony ogromną wędkarską pasją. Moje gratulacje :oklasky::oklasky::oklasky: Dodam także, że jeden fragment jest cholernie mi bliski, bo przypomina mi bowiem jak, to ja zetknąłem się pierwszy raz z wielko-jeziorowym wędkowaniem :muza:. To było naprawdę wielkie "coś" dla mnie i było milowym krokiem w mojej wędkarskiej edukacji. Dareku. Napisałes fajne zdanie - " Nie zawsze łowimy tam, gdzie sięgają nasze marzenia" . Coś w tym jest, bo to te marzenia pchają nas przed siebie. Wciąż je chyba gonimy - przynajmniej ja. Wiele z nich nadal pozostaje przede mną, ale jednocześnie robię ostatnio coraz więcej by móc je dogonić :okok: Jeszcze raz gratulacje za fajny tekst ! :oklasky:
bysior, 2011-12-01 20:20:31
Delektuje się tym tekstem po raz drugi... i chyba jeszcze nie stać mnie na komentarz.... muszę go przeczytać raz jeszcze aby go pochłonąć! :kwiatek: Rewelacyjnie piszesz Darku :hura: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky: :oklasky:
morouk, 2011-12-01 21:09:46
Po prostu brawo! Nikt lepiej nie opisał jak Ty pasji, która pewnie jest w większości zaglądających na tę stronę!
garbus, 2011-12-02 19:43:41
Czytałem kilka razy to co napisali przedmówcy praktycznie w pełni oddaje wszystko. Ja od siebie mogę dodać tylko tyle - Pisz Darku, pisz :okok::okok::okok:
bysior, 2011-12-03 12:50:06
Przeczytałem po raz trzeci.... i ciągle mi mało :hura: i za każdym razem odkrywam coś nowego :hura: Piszesz, że "Życie jest energią nie trwaniem, a energia wyczerpuje się. Ale jeszcze nie teraz." Energia się nie wyczerpuje i nie znika, energia będzie zawsze i wszędzie, energia jest bytem samym w sobie, który podlewany wędkarską pasją będzie wspierał ziemski organizm do końca jego egzystencji na tym padole Czego sobie i wszystkim życzę
, 2011-12-03 17:12:48
Odpowiedź dla kolegi Bysiora Myślałem raczej o energii jednostki - w tym konkretnym przypadku swojej osoby i dodałem - Jeszcze nie teraz. Ale absolutnie się zgadzam, że energia trwa wiecznie i trwać powinna. My zapaleńcy wędkarze mamy też szansę, aby energię (nawet kiedy lampka dogasa) przekazać następnym pokoleniom. Bardzo mi miło, że absolutnie wnikliwie i w naprawdę mądry sposób analizujesz zapisane myśli. Cieszę się niezmiernie, że są na naszym forum tacy czytelnicy jak Ty. Pozdrawiam.
bysior, 2011-12-03 23:41:00
Wiem jaki był kontekst i co miałeś na myśli, ale trochę wziąłem byka za rogi, bo lubię takie dyskusję A mam jeszcze parę komentarzy po czwartym przeczytaniu Twojego tekstu ale zostawię je na potem, na zimowe dysputy ;)