Moje spotkanie z granicznym Bugiem

Wozik77 2010-08-03 Opowiadania

...
Lat temu to było kilka. Rok 2005. Już od dawna z ogromnym zaciekawieniem wczytywałem się we wszystkie artykuły i publikacje na temat wędkowania na Nadbużańskim Podlasiu. Piękne opisy dziewiczych wciąż terenów podpierane zdjęciami z albumów skutecznie działały na moją wyobraźnię. Powalały mnie zdjęcia piaszczystej wiejskiej drogi, przydomowych ławeczek, na których przesiadywali starzy mieszkańcy tych okolic. Niemal sam czułem zapach siana patrząc na zdjęcia łąk przyodzianych w stogi, a tuman kurzu ciągnącego się za końskim wozem z charakterystycznym pałąkiem w zasadzie osiadał mi na ubraniu. A rzeka? O rajusa!!! Cóż za widoki. Wiosenne rozlewiska po horyzont, wysokie burty Bugu i ta majowa zieleń starorzeczy. Serce moje radowało się na myśl, że są jeszcze miejsca w Polsce, gdzie w samotności można przemierzać kilometry brzegu i obcować z pięknem przyrody.

W czasopiśmie "Wędkarz Polski" natknąłem się pewnego razu na niewielką relację z zawodów "Spinning Bugu", rozgrywanych właśnie na kresach wschodnich. Wchłonąłem ją błyskawicznie. Z opisu biła niesamowita atmosfera tych - kameralnych jeszcze wtedy - zawodów. Mnogość poławianych ryb i ciekawe opisy wędkarzy spowodowały, że zacząłem poważnie marzyć o wędkarskim wypadzie w tamte rejony. Niestety jak to zwykle bywa na owych marzeniach się wówczas kończyło. Jedyne co mi pozostało to kolejne numery czasopisma i dość częste opisy ciekawych łowisk z pogranicza.

Kolejne lata mijały, a mi nadal nie składało się pojechać na wschód. W jesiennych numerach Wędkarza Polskiego wciąż przewijały się relacje z kolejnych edycji "Spinningu Bugu", rozgrywanych w co raz to nowych miejscach. Impreza ta wydawać by się mogło wędrowała wraz z nurtem tej dzikiej rzeki. Przemierzała niemal cały swój graniczny odcinek mi pozostawiając ciche do niej wzdychania.

Aż wreszcie przyszedł rok 2004. Namówiłem kolegę i z początkiem lipca wysłaliśmy swoje zgłoszenia. Byliśmy podaj pierwszymi uczestnikami na liście i z niecierpliwością czekaliśmy października. I wtedy stało się. Najpierw Potok, a w dwa tygodnie później ja zachorowaliśmy na dość przecież dziecięcą chorobę - ospę. I tym razem wyprawa nad Bug nie doszła do skutku. To jakieś fatum - pomyślałem.

Rok później jednak, 7 października 2005, w piękne piątkowe popołudnie mknąłem trasą na Siedlce. W Mińsku Mazowieckim odebrałem Potoka (wtedy tam pracował) i razem już przemierzaliśmy dalszą drogę. Około godziny 20.00 byliśmy na miejscu. Wówczas impreza zagościła w Janowie Podlaskim. Uczestnicy zakwaterowani byli w sporym internacie na samym Janowskim ryneczku. Na dziedzińcu spora grupa wędkarzy. Parkujemy auto i udajemy się na recepcję. Tam dopełniamy wszelkich formalności i udajemy się na kolację. Tuż po niej wieczorna odprawa przed dwudniowymi zmaganiami.

Świetlica wypełnia się po brzegi. Od razu zaskakuje nas niezwykle sympatyczna atmosfera, o której przez lata naczytałem się w relacjach z zawodów. Wszyscy życzliwi i sympatyczni.
Redaktor Wędkarza Polskiego po krótce omawia plan na najbliższe dni. Wszyscy startujący otrzymują prezenty - koszulki, znaczki, czapeczki a także woblery i błystki. Po godzinnym spotkaniu wszyscy rozchodzą się do pokoi.
Mieszkamy we czterech. Razem z nami dwóch starszych jegomości z okolic Wrocławia. Wspólnie wymieniamy się garścią doświadczeń. My jesteśmy "zieloni" za to koledzy z pokoju przyjeżdżają na "Spinning Bugu" od początku, czyli od dziewięciu lat!!!. Nastawiają się na rzekę. My - wędkarze raczej wód stojących - liczymy na starorzecza. Rozmyślając zapadam w sen.

Rano pobudka. Klauzula zawodów jest na tyle elastyczna, że nikt nikogo nie pogania. Każdy zaczyna łowić kiedy chce i gdzie chce. Wyznaczony jest tylko obszar kilkunastu kilometrów Bugu, gdzie możemy się swobodnie poruszać.
Po śniadaniu i spakowaniu suchego prowiantu wsiadamy w samochód. Szybkie spojrzenie na opracowaną wcześniej trasę i udajemy się w stronę Pratulina. Tam - jak nam się wydaje - szukać będziemy swojej szansy w sportowej rywalizacji.

Tuż za Janowem niesamowity widok. Z wrażenia zatrzymuję auto. Droga gładziutka jak masło (dziwię się, że są w ogóle w Polsce takie drogi) ciągnie się po wysokiej skarpie. Po lewej jej stronie olbrzymia pradolina Bugu. Wszystko spowite poranną mgłą, przez którą przebijają pierwsze promienie październikowego słońca. Ponieważ jesteśmy na wzniesieniu, mgła wydaje się być poniżej nas. Z jej gęstego, mlecznego poszycia wyłaniają się jedynie dachy jednej z nadbużańskich wsi - dachy strzechą kryte!!! Tak, tak. To okolica gdzie wcale budownictwo murowane nie wszędzie jeszcze jest większością, a słomiany dach nie jest krajobrazowym rodzynkiem.
Na podziwianiu widoków mija nam kolejne kilkanaście kilometrów. Gładka szosa się kończy, a my wjeżdżamy w zieloną aleję. Szpaler drzew wydaje się kłaniać nam na przywitanie. Mgła gęstnieje. Tu kończy się dokładność naszej mapy i w nadbużańskim bezkresie łąk musimy zdać się już tylko na wędkarskiego nosa. Ten kieruje nas całkiem sprawnie i po kilkuset metrach wyjeżdżamy na coś w rodzaju wału przeciwpowodziowego. Dziwi mnie jednak fakt iż ciągnie się on prostopadle do rzeki i cały jest wybrukowany "kocimi łbami" niczym stara, zabytkowa aleja na warszawskiej Pradze. Jak się później okazuje to zabytkowy trakt królewski przed wiekami prowadzący do przeprawy przez Bug na Ruś. Poruszamy się nim jeszcze przez kilkaset metrów i nagle stop. Droga przerwana olbrzymim dołem. To niczym lej po bombie. Zagłębienie jest pokaźnych rozmiarów i do tego wypełnione czystą wodą, na której nie brakuje grążeli żółtych i sitowia.

- No wygląda na to, że to tu się chyba zaczyna nasz raj - rzucam do Potoka. Faktycznie. Według mapy to pierwsze z tutejszych starorzeczy.

Parkujemy auto. Termometr pokazuje 1 stopień na plusie. Brrrrr... Wysiadamy. Faktycznie zimno. Montujemy zestawy i z nasypu obserwujemy starorzecze. W krzakach za rogiem spinningista. Wygląda na miejscowego. A więc jednak coś tu być musi. Jak się jednak okazuje, miejsce które zajął jest jedynym dostępnym. Musimy obejść się smakiem.

Ruszamy przed siebie. Brnąc przez mieniące się w porannym słońcu, rozpostarte na krzewach pajęczyny kierujemy się stronę kolejnego, potencjalnego dołka. Nie jest łatwo. Im dalej na wschód tym gęstwina drzewek, traw i krzewów staje się coraz mniej przyjazna, a momentami wręcz wroga. Wierzbowe witki sieką nas po twarzy i dłoniach. Niektóre fragmenty są wprost nie do przebycia. Musimy nadrabiać dziesiątki metrów obchodząc je dookoła. Nie wszystkie strzały są celne. Kolejne jeziorko okazuje się "wyschniętym źródełkiem". To z racji suchego lata. Na wczorajszej odprawie ostrzegano tych, co chcą szukać swojej szansy w stojącej wodzie. Część ze starorzeczy nie połączonych na stałe z rzeką, z powodu braku letniego wylewu Bugu najzwyczajniej wyschła. Patrzę na Potoka. Minę ma nad wyraz wymowną. Łazimy już w tym buszu dobre 45 minut i nawet nie oddaliśmy jednego rzutu. Pot cieknie mi po plecach. Słońce z każdą chwilą podnosi się znad horyzontu. Odpoczywamy. Rozglądam się dookoła. Wszędzie ten sam widok. Krzewy niczym zasieki bronią tajemnic tych okolic. Biorę mapę. Według niej gdzieś na południe powinno być cosik większego. Tak, to spory akwen, dość blisko samego Bugu, więc z pewnością nie wysechł. Ruszamy.

Kolejna plątanina. Znów mija kilkanaście minut nim docieramy na skraj brunatnej tafli wody. No nie. Owe duże starorzecze okazuje się być malutkim dołkiem. No, ale jest woda. Schodzimy niżej i wybieramy stanowiska. Nie jest łatwo. Baldachim z drzew skutecznie utrudnia operowanie kijem. Pierwszy rzut i ... zaczep. Twardy. Nie puszcza. No nic. Trzeba rwać. Patrzę na Potoka. To samo. Dołek jest dość głęboki, ale naszpikowany jakimiś wystającymi z wody dziwnymi kołkami. Całość konstrukcji wydaje się być stworzona przez człowieka. Pytanie tylko po co?



Coś takiego spotkamy jeszcze w dwóch innych starorzeczach, a już po powrocie do domu i lekturze ciekawego albumu - Bug - Nadbużańskie Podlasie okaże się, że owe kołki to dawna konstrukcja do przechowywania beczek z kiszonymi ogórkami! Rwiemy jeszcze po dwa zestawy i mamy dość.

- Słabo to widzę - komentuje nasze poczynania Potok. Jemy kanapki. To już prawie 2,5 godziny a my nawet nie dotarliśmy nad porządną wodę. Dzikości nam się zachciało, samotności. To teraz proszę - mam wyrzuty do samego siebie.
Z tyłu za plecami coś jakby przecinka w drzewach.
- Choć. Spróbujemy tam - namawiam Potoka.

Faktycznie. Przecinka jest, ale jest także i bagnisty kanałek, wyraźnie głębszy niż zasięg naszych woderów. Tylko dokąd on prowadzi?
Idziemy jego skrajem. Po kilkudziesięciu metrach krzaki stają się nieco rzadsze, a prześwity słońca częstsze. W końcu polanka i przepiękny błękit "dużej wody". Tak. To z pewnością akwen, którego szukaliśmy wcześniej, a mały dołek to była tylko jego odnoga.



Cieszymy się niczym rozbitkowie, którzy wreszcie dotarli do "bezludnej wyspy". No właśnie. Czy "bezludnej"?

Kije w dłoń. Starorzecze wygląda dość obiecująco. Lustro wody obficie porastają grążele. W niewielu miejscach da się porzucać, dlatego tym większa jest radość, kiedy już znajdzie się obiecujący przesmyk. Pierwsze rzuty to jakby sondowanie, z czym mamy do czynienia. Woda średnio głęboka, 2 -2,5 m. Dno raczej miękkie, pokryte moczarką. Tuż za pasem grążeli przynęta przyhacza o rdestnicę, a więc może być całkiem interesująco.
W końcu za którymś rzutem coś jakby przytrzymanie. Wyjmuję kopyto z wody i bacznie się mu przyglądam. W końcu znajduję. Wyraźne podłużne cięcie. Całkiem spore. A więc są i do tego gryzą! Ponawiam rzut. Pusto. Kolejny. Tym razem przepuszczam przynętę wzdłuż pasa nenufarów. Gdy przynęta jest w połowie drogi następuje wyraźne przygięcie szczytówki. Kwituje to energicznym zacięciem. Ryba przez moment jest na haku, jednak udaje się jej odzyskać wolność. Zmieniamy miejsce. Starorzecze jest całkiem duże, ale miejsc do łowienia jak na lekarstwo. Jak się później okaże, to dość charakterystyczna cecha owych wód. Jest już dobrze koło południa, kiedy Potok oświadcza:
- Morda. Chcesz to łów. Ja mam dość.

Po czym układa się na trawiastej skarpie. No tak. Słoneczko przygrzewa, ptaszki śpiewają, widoki przecudne, więc czego chcieć więcej. Przysiadam i ja. W ciszy podziwiamy wszystko wokół.
Po półgodzinnym odpoczynku postanawiam jeszcze troszkę porzucać. Potok śpi. Odchodzę kilkanaście metrów dalej i w kolejnym przesmyku wśród grążeli szukam swojej szansy. Zaczyna troszkę wiać. Kolejny rzut i przynęta wpada gdzieś pod drugim brzegiem. Czekam, aż opadnie na dno i rozpoczynam powolne skręcanie. Gdy jest w połowie drogi czuje wyraźne zassanie. Na okoniowej witce jest to szczególnie widoczne. Jeszcze pół sekundy i ostro zacinam. Po drugiej stronie szybka odpowiedź - dwa dość energiczne targnięcia paszczą. Wiem już, że to szczupak. Dość sprawnie podprowadzam go bliżej brzegu jednakże tutaj zaczynają się schody. Pas grążeli jest dość szeroki. Nie brałem pod uwagę tego, że może będę holował tędy jakąś zdobycz. Szczupak sprawia mi jednak miłą niespodziankę, ponieważ podchodzi pod powierzchnię i daje się wyślizgiem po liściach podciągnąć do ręki. Sprawny ruch i jest na brzegu. No, no. Jest całkiem ładny. Mierzę. 64 cm! A więc mam swój rekord! Dzwonię do Potoka. Odbiera zaspany.

- Co jest?
- Morda. Bierz aparat i chodź. Pobiłem swój rekord! - mówię podekscytowany. Kompan jest chwile później.
- No. To teraz przynajmniej wiem, za jakie grzechy musieliśmy brnąć przez ten "sajgon".




Robimy zdjęcia. Przez kolejne 40 min z zapałem spinningujemy. Nagle głośne "jest" i patrzę w stronę Potoka. Bryzgi wody tuż za linią nenufarów. Wędka wygięta. Podbiegam i widzę cętkowanego drapieżnika. Jest jeszcze większy od mojego. Na pewno dobrze ponad 70cm. Potok wprowadza go w grążelowy kanałek. Nagle ryba z impetem odchodzi w gęstwinę kłączy, a chwilę później wędka prostuje się. Niestety. Zwycięstwo ryby. Trudno, ale to przecież część tej gry.

Jest koło 15.00. Wracamy do Janowa.

Jak zwykle w takich przypadkach tłumek przy wadze. Podchodzę i ja. Przede mną znajomi z pokoju. Jeden z nich kładzie na wadze okaz, przy którym mój rekord to pikuś. Zębacz waży prawie 6 kg i jak się okazuje został złowiony w rzece. Ja ze swoją zdobyczą, po pierwszym dniu zawodów zajmuje 13 miejsce. Jak na ponad setkę startujących jest to całkiem dobry wynik.

Wieczorem wspólne biesiadowanie przy grillu. Cześć uczestników dyskusje i omawiania najlepszej taktyki łowienia prowadzi do późnych godzin nocnych, a niektórzy "trenują" niemal całą noc - tych łatwo było rozpoznać, bo w stołówce na porannym śniadaniu zjawiali się jako ostatni i zamawiali jedynie soczek do popicia proszków na ból głowy... ?

W niedzielę znów udajemy się na "bużany" (regionalna nazwa starorzeczy). Tym razem jednak wybieramy miejscowość Gnojono. Po dojechaniu na łowisko oczom naszym ukazuje się sielski krajobraz - bezkres nadbużańskich łąk, gdzieniegdzie tylko przyozdobiony zbiorowiskiem olch czy topól.



Znów niewiele miejsc do wędkowania. A efektów zero. Z zaciekawieniem więc - widząc zanurzoną w wodzie siatkę wędkarską ze szczupakiem - pytam spotkanego "starszego dziadka" jak długo już tu łowi...? (z myślą, że już jednego drapieżnika dziś złowił). Jego poważna odpowiedź zdumiała mnie i zarazem rozbawiła - " Od przed wojny Panie, od przed wojny...".

Po dwóch godzinach postanawiamy przenieść się na rzekę - wybór pada na Pratulin. Tam Bug pokazuje nam swoje prawdziwe oblicze.



Potężny zakręt dużej rzeki robi wrażenie. Po drugiej stronie Białoruś. Przez kolejne 2 godziny przesuwamy się z nurtem przeczesując przynętami przybrzeżne okolice stromej skarpy. Niestety. Ryby nie współpracują lub my nie potrafimy się do nich dobrać. To jednak duża rzeka.



Zupełnie co innego niż wody jeziora czy małe rzeczki Mazowsza. Dziś też nad rzeką jesteśmy sami. Jedyna żywa istota, jaką spotykamy to rudy lisek - wielce zdumiony naszym widokiem.



Na koniec wracamy jeszcze na dołek z soboty. Dziś bogatsi o wiedzę z wczoraj docieramy samochodem do łowiska zdecydowanie bliżej. Wybieramy stanowiska i w skupieniu spinningujemy. W jednym z ostatnich rzutów branie. Zacinam i już wiem, że mam kolejnego szczupaka. Jest mniejszy niż wczorajszy, ale to mimo wszystko ponadprzeciętna rybka.



Chwilę później widzę zmagającego się z rybą Potoka. I tym razem kompan nie ma szczęścia. Walkę wygrywa ryba. Gdy już wyciąga po nią rękę macha ogonem i odpływa. Wracamy. Dziś ryb do punktacji jest sporo. Przeważają okonie i szczupaki, jest kilka sandaczy i spory boleń. Komisja sędziowska oblicza wyniki, a my pałaszujemy obiad. Tuż po nim jeden ze stałych sponsorów tej imprezy - firma Konger - prezentuje swoje wędziska. Z zaciekawieniem przyglądamy się nowym kijkom, a to dlatego, że razem z Potokiem jesteśmy już wiernymi użytkownikami tej marki.

Pora wracać. Muszę przyznać, że wizyta nad granicznym Bugiem była jedną z takich wypraw, o których pamięta się latami. I nie dzięki rybom, bo choć pobiłem wówczas swój rekord w szczupaku to jednak bardziej pamiętam ją ze względu na piękno terenu, w jakim mogłem połowić. Nigdy nie byłem mocny w dużej wodzie płynącej. Zawsze lepiej czułem się na jeziorze bądź mniejszym mazowieckim cieku, jednak patrząc dopiero na dziki, nieuregulowany Bug pojąłem jak wiele możliwości jest w spinningowaniu w takich miejscach. Poza tym wszystkim czułem, że przeżyłem ten wyjazd w sposób dziwnie duchowy. W jakimś stopniu wydaje mi się, że czas na tych terenach płynie zdecydowanie wolniej, że może nawet się zatrzymał. I dlatego była to też wyprawa przenosząca mnie w czasie. Mogłem podziwiać to, co teraz widuje się tylko w albumach, natomiast kiedyś było codziennością. Kresy wschodnie zawsze działały na moją wyobraźnię i dlatego mam nadzieję, że jeszcze kiedyś je odwiedzę. Już całkiem prywatnie i gdzieś w górze tej dzikiej rzeki...

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (5)

waldi-54, 2010-12-30 08:50:37
Pięknie napisana opowieść o jeszcze piękniejszej rzece , jaką jest graniczny Bug. To jedyna większa rzeka w Polsce nie dotknięta ręką meliorantów . Znam ją dość dobrze, jak również niektóre jej starorzecza . Już jako kilkuletni chłopak miałem okazję wędkować na niej wraz ze swym ś.p ojcem . Obecnie trochę przezemnie zaniedbana , ale nie tracę nadziei , że jeszcze będę miał okazję zmierzyć się z dzikim Bugiem , może już w nadchodzącym 2011-tym roku. pozdrawiam waldi-54
Wozik77, 2010-12-30 22:26:11
Waldi. Twój komentarz wyciągnął "na wierzch" tekst, który iż mimo że sam napisałem dziś z ciekawością jeszcze raz przeczytałem :kwadr: . Nadal tkwi we mnie miłośc do granicznego BUGu, także wierzę, że i ja zawitam nad Jego brzeg w niedalekiej przyszłości :muza: ...czego i Tobie życzę
, 2011-01-23 19:49:24
Jeżeli się odbęcie to zapraszam w tym roku na biwakowanie nad Bugiem. Może pojedziemy w końcu do Łęg, może Woroblin, może Kołtun albo Krzna, Bug i Neple...?? Zobaczymy...
Wozik77, 2011-01-23 20:39:32
Może w tym roku Bug na to pozwoli :kwadr:
adam-z82, 2011-02-25 22:29:18
Mało w naszym kraju takich perełek,bardzo mało!!!Tam naprawdę zatrzymał się czas!!!Bug to kwitesencja dzikiej nizinnej rzeki.Cud!W końcu mnie wychowała ta rzeka:zacieszacz:Bardzo fajne sprawozdanie,czytając je odżyły wspomnienia,nocnej gotującej się od ryb płynącej Burzańskiej wody!!!Cudo!!!Do zobaczyska nad Bugiem:papa2::papa2:Pozdrawiam:hejka: