Moja inauguracja cętkowanego sezonu 2008

Wozik77 2010-08-03 Wyprawy wędkarskie

...
Od paru miesięcy zastanawiałem się gdzie na dobre rozpocząć szczupakowy sezon 2008. Im bliżej było początku maja tym częściej patrzyłem na mapę. Znów poczułem się jak poszukiwacz/odkrywca i zaznałem uczucia, o którym jakiś czas temu w swoim artykule pisał Bombel. Nie była to co prawda nowa woda, ale raczej odwiedziny Starej Znajomej. W końcu po dłuższym czasie określiłem potencjalne miejsce, gdzie zjawię się by zapolować na szczupaka. Tym razem palec wskazał na miejsce ok 80 km na zachód od Warszawy. Tak tak Bzura - oto cel mojej wyprawy. Kupę czasu nad Nią nie byłem i pora to nadrobić. Zapewne Jej chude lata stojące pod znakiem "trucicieli" gdzieś w górze nurtu już dawno ma za sobą, tak więc przy odrobinie szczęścia wierzę, że szybciej zabije moje wędkarskie szczęście.

Budzik nastawiony na 3:15. Wstaję i cichuśko przemykam między kuchnią, łazienką i pokojem. Staram się nie zbudzić śpiącej żony. Ona idzie do pracy, a ja szczęśliwiec na ryby! Odbieram wolne za długi weekend spędzony przy firmowym biurku, a nieco spóźnione rozpoczęcie "cętkowanego sezonu" traktuję z lekką nadzieją - w tygodniu nie powinno być poprostu nad wodą zbyt dużo wędkarzy. Mam więc szansę na kolejną ciekawą i nieprzewidywalną wyprawę ze spinem w ręku!!!

Po naszykowaniu wszystkiego co niezbędne pakuję graty do samochodu. Temperatura 7 stopni, niebo czyste. Widać, że zapowiadana prognoza ( ok 17 stopni i słoneczny dzień ) z pewnością się sprawdzi. Ruszam.

Po ponad godzinie drogi w końcu przed oczami pierwsze zabudowania mazowieckiej wsi. To właśnie cel mojej wizyty. Godzina 5.00. Gaszę silnik. Teraz dopiero dostrzegam, że na samochodowym termometrze jest minus jeden !!! Nie wierzę. O rany, nie ubrałem się na taką temperaturę. Wysiadam. Odrazu orzeźwiający chłód ociera mi policzki.

Zaciągam wodery z nadzieją, że będzie mi ciut cieplej i drżącymi dłońmi zbroję wędkę. Chwilę później wędruję przez nadrzeczne łąki. W około cisza i spokój. Po prawej, gdzieś pod ścianą zagajnika wije się stara znajoma - poczciwa Bzura. Pojedyncze drzewa i krzewy wyłaniające się z porannej mgły zdradzają ten fakt komuś, kto doskonale wie, czego szukać. Ten, kto zawitałby tu pierwszy raz nie odrazu zobaczyłby lustro wody, ale ja juz wiem, gdzie się kierować. Idę i rozmyślam. Tak sobie to przecież jeszcze wczoraj przed snem wyobrażałem. Uśpiona jeszcze wieś, na skraju, której wije się ta rzeczka. W końcu docieram do brzegu. No, no. Jest całkiem obiecująco.

Bzura kręci tu raz w prawo raz w lewo, stwarzając na zakrętach bardzo ciekawe i chyba dość głębokie dołki. Do tego wszystkiego jej koryto przegradzają licznie zwalone przez bobry drzewa, tak, więc mam nadzieje, że będzie dobrze. Woda jest lekko mętna, ale to chyba efekt weekendowych opadów.

Rozpoczynam spinningowanie. W skupieniu obserwuje szczytówkę. Pierwsze przepuszczenia "kopytem" nie dają oczekiwanych efektów. Poranna woda jeszcze się chyba nie obudziła. Zmieniam kolejne miejsca. W końcu prosta rynna ze spokojnie płynącą wodą. Wsłuchuję się w śpiewanie ptaków i gębula sama mi się śmieje. Do tego wszystkiego przyroda jest dla mnie dziś szczególnie łaskawa. Na nadrzecznych łąkach i polach obserwuję kicające zające. Jest ich tyle, że chyba przez całe swoje życie tulu nie widziałem.

Kilka chwil później robię zdjęcie żurawiom. Jest przeszczęśliwy. Dla takich poranków warto żyć. Nagle pod drugim brzegiem widzę ciemną głowę wynurzoną z wody. To bóbr penetrujący swój rewir o poranku. Nieruchomieję. Zwierzak przepływa dokładnie na przeciw mnie, po czym wychodzi na brzeg. Nigdy z tak bliska go nie obserwowałem. Zdarzało się, że gdzieś w oddali przepływał, ale mieć go kilkanaście metrów od siebie to zupełnie inne uczucie. Przychodzi myśl o zdjęciu, ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa aparat mam w plecaku. Zwierze tym czasem obgryza olchową gałązkę, po czym znów przepływa gdzieś dalej. Teraz dopiero mogę niepostrzeżenie cyknąć mu fotkę.

Przemieszczam się w dół rzeki. Na środku stara karpa, obrośnięta nieco zeszłorocznym sitowiem tworzy taką mini wyspę. Przed nią zawirowanie. Rzucam dokładnie w to miejsce. Nim przynęta dotknie dna rozpoczynam skręcanie. Nagle wyraźne uderzenie i energiczne drgania na szczytówce. Mam coś! Po chwili wyłania się z wody pasiasty grzbiet okonia. Pstrykam mu kilka fotek, po czym, rybka wraca do wody. No, na dobry początek coś jest. Niestety kilkanaście kolejnych miejsc znów pustych niczym przysłowiowa studnia. W końcu na niewielkim wypłyceniu dyżurny czterdziestak.
- No kolego, Ty to jeszcze musisz sporo podrosnąć - szepcę sam do siebie.

Jest już dobrze po dziewiątej, kiedy docieram do ciekawego zakrętu. Wyraźnie woda pod moim brzegiem wymyła głęboką rynnę. Tam musi coś siedzieć. Co prawda dość wysoka burta i brak zejścia nie napawa optymizmem przed ewentualnym holem zdobyczy, ale kto by teraz o tym myślał. Tym to się będę martwił jak przyjdzie na to czas.

Rzucam kopytem wzdłuż brzegu i czekam aż przynęta osiągnie okolice dna. Dłuższa to chwila, co ewidentnie wskazuje na ciekawe miejsce. Niestety to, jak i kilka kolejnych przepuszczeń kończą się fiaskiem. Przesuwam się kilkanaście metrów w dół. Znów kopyto idzie do wody. Kiedy podrywam je z dna następuje branie. Już wiem, że to szczupak. Ryba na grającym hamulcu odjeżdża na środek rzeki. Plecionka pruje powierzchnię, a ja stoję w amoku i patrzę na to wszystko. Duża dawka adrenaliny cuci mnie nieco z tego stanu odrętwienia. Rozpoczynam hol ryby. Idzie ciężko, po części za sprawą nurtu. Wiem, że to może być złudzenie, ale rybka z pewnością jest wymiarowa. Znów kolejny odjazd, po którym podciągam rybę pod powierzchnię. Uuuuuu ......jest całkiem dobrze! Ryba ma na pewno przyzwoite 60 cm.

Teraz dopiero dostrzegam, że miejsce, z którego rzucam ma pewien poważny feler. Jest to ogromna gałąź zakotwiczona w brzegu tuż obok mnie. Spory to problem przy lądowaniu ryby. Nie mam jednak czasu na dłuższe myślenie o finale tej zabawy, bo szczupak ponownie efektownie ucieka w głębinę. W końcu jednak wyciągam go z niej i podprowadzam pod brzeg. Szczupak od razu dostrzega szansę w owej gałęzi i bez większego problemu nurkuje w jej okolice. No ładnie. Już po nim - myślę. Ciągnę za plecionkę, ale nie wyczuwam już drgań na jej końcu. Zauważam jednak małą glinianą półkę metr poniżej mnie. Schodzę na nią cały czas ostrożnie napinając plecionkę. W końcu chwytam za gałąź i wyciągam ją na brzeg. Manewruję przy tym wędziskiem co dość szczęśliwie skutkuje uwolnieniem plecionki. Pół sekundy później linka znów napręża się, a hamulec ostro zagrywa swoją melodię. A więc jest !!! - uradowany podskakuję niemal do góry. Ryba nie daje za wygraną, jednak kolejne odjazdy są już znacznie krótsze. W końcu przychodzi moment na ostrą chlapaninę przy samym brzegu oraz obawę, że za moment będzie po wszystkim. Szczęście jednak sprzyja mi dziś wyjątkowo. Schylam się, z trudem utrzymując równowagę i wreszcie mogę cieszyć się z sukcesu. Wynoszę szczupaka na górę i kładę na trawie. O kurcze. Teraz dopiero widzę jego prawdziwą wielkość. To chyba mój prywatny rekord z Bzury. Drżącymi rękoma sięgam po miarkę. Przykładam ją do ryby. Tak - to rekordowy szczupak z tej rzeki. Równe 72cm i na oko ok 2,5 kg. Ryba ma wypchany brzuch, który wyraźnie wskazuje na intensywne żerowanie w ostatnim okresie. Jest piękna. Pstrykam jej kilka fotek.

Chwilę później staję przed decyzją - zabrać czy wypuścić.

- No i co Panie Piotrze? Zdaje się, że po ostatnim rekordzie życiowym miałeś spore wyrzuty sumienia, kiedy to szczupacza dusza uniosła się znad lustra jeziora ku krainie bezkresnych wód. Teraz odpowiedz sobie na pytanie. Co pozostało w Tobie z tamtych zapewnień, że tak nieprzeciętnie piękne i duże ryby należy wypuszczać? O nie! Uczucie uśmiercenia takiej sztuki już znam. To nie pięćdziesiątak, który tak "nie boli".To ryba, jaką w naszych polskich realiach łowi się raz/ dwa do roku. Ten szczupak mieszkał na tym odcinku pewnie juz kilka lat. Dziś chce mieć świadomość, że dalej będzie penetrował swój rewir. Dziś chcę zaznać uczucia wypuszczenia największej z dotychczas wypuszczonych przeze mnie ryb!!! Biorę ostrożnie szczupaka w dłonie i kładę w wodzie. Jeszcze przytrzymuje go za ogon, aby przez chwilę woda obmyła mu skrzela. W końcu puszczam. Jeszcze stoi przez moment i pomachuje płetwami. Może dziękuje...??? Wreszcie odpływa.

Dumny z siebie jestem, że hej! Wysyłam smski do brata i kolegi. Jestem naprawdę szczęśliwy. To jest piękny majowy dzień. Dalsze łowienie jest już w cieniu mojego szczupaka. Po kolejnej godzinie mam dość i zasiadam sobie na rzecznej skarpie. Obserwuję sobie wszystko dookoła, zajadam kanapki. Rozmyślam nad dzisiejszą wyprawą. Nigdy przecież nie rozpocząłem sezonu takim okazem. To dobra zapowiedź dalszych wypraw w tym roku. Najbardziej jednak jestem dumny z tego, że wypuściłem swoją Taaaaką Rybę. Mówię Wam - warto było!!!

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!