Mazurskie wieści, czyli o tych, co gryzą i co bąblują.....

Wozik77 2013-06-22 Opowiadania

...
Warszawę opuszczaliśmy w strugach deszczu. W zasadzie nie w strugach a w małym oberwaniu chmury. W Legionowie jednak nie było już po tym śladu i w spokoju mogłem delektować się obrazami zza szyby.

Narew pod Pułtuskiem była przyodziana już w zieleń sitowia i fakt, że tydzień temu widziałem zdjęcia z Mazur jeszcze dość szare i jeszcze bure zdawał się niknąć w nadziei tego, co chciałem zobaczyć.

Jasiek nie marudził. Spał. W lusterku widziałem, że i Żonce oko się złapało. Dopiero, gdy wkraczaliśmy w lasy Piskiej Puszczy towarzystwo mi się rozruszało.I tak oto późnym popołudniem stanęliśmy nad brzegiem Jeziora.


Widok był piękny, a jego dostojności dopełniały zbliżające się ciemne burzowe chmury. Te jednak tylko nas postraszyły i po godzinie słonko świeciło niczym w środku dnia.

W ogóle z pogodą na cały ten tydzień trafiliśmy przepięknie, tzn. – zamówiliśmy ją z wyprzedzeniem. Nie było skwaru mąconego burzami, ale nie było tez chłodu i deszczu. Ot typowa czerwcowa aura – Ok 23-25 st i słonko zasłaniane czasem dużym kłębiastym obłokiem. Cieszyłem się z tego ogromnie, bo Jaś mógł swobodnie baraszkować po dworze a nie „męczyć” się w pokoju.


Żona też z uśmiechem tak, więc mogłem myśleć o wyczekanych rybach.

„Wiercić” zacząłem się już następnego dnia, w niedziele. W połowie dnia, kiedy Jaś poszedł na poobiednią drzemkę, wskoczyłem do łódki i obrałem kierunek Zatoka.

Łowiłem lekko, ot bardziej rozpoznawczo. Efektem było kilkanaście okoni i nieduży szczupak. Brat miał troszkę więcej szczęścia i na jego kiju zawitał nieco większy drapieżnik. Zacierałem ręce przed jutrzejszym świtem, kiedy to miałem zamiar rozpocząć poważne łowienie.

Wstałem wcześnie, tuż po 3.00. Za oknem szarzyzna, choć w pierwszej chwili myślałem, że to efekt przed-świtu. Po kwadransie było już jaśniej, a o parapet zaczęły pukać pierwsze krople. W końcu lunęło jak z cebra. Nie miałem za bardzo ochoty by wypływać. Wtuliłem się w poduszkę i zniknąłem we śnie.

Po 10.00 po deszczu nie było śladu, a pogoda jak przysłowiowy drut.

W połowie dnia dojeżdża DarekP ze swoją familią. Ściskamy grabę i temat schodzi oczywiście na ryby. Płyniemy kajakiem by zanęcić linowe łowisko. Darkowi podoba się wybór miejsca, jakiego dokonałem. Bez wahania też umawiamy się na następny spinningowy dzień. Zbiórka przy łódce o 3.30. Tegoż dnia wieczorem robimy jeszcze wspólne ognisko, z którego kiełbaski smakują i nam i dziewczynom wyśmienicie.

Świt. Choć jesteśmy (jak co dzień zresztą) pierwsi na jeziorze, to zgodnie stwierdzamy, że można było urwać jeszcze z 30 min i wstać wcześniej.

Obieram kierunek zachodni i wiozę Darka na płytki blacik porośnięty rogatkiem. Już w pierwszym miejscu mam kilka brań, a i pierwsze podrostki meldują się w łódce. Darek próbuje wielu przynęt, jednak jego szczytówka milczy. Trochę mi głupio, bo naprawdę chciałbym, aby i Jemu na kijku zaczęły siadać esoxy. Po piątym szczupaku Darek bierze ode mnie „narodowego Relaxa”, którym to właśnie ja łowię.
Nim na dobre wychodzi słońce po polikach smyra nas całkiem rześki wiaterek. Woda jednak jest dość ciepła, aż przyjemnie zanurzyć w niej dłonie.

Przenosimy się na drugą, szerszą i ciut głębszą półkę. Tu sytuacja się powtarza. Brań mam sporo, ale bardzo delikatnych. Z trudem daje się coś zaciąć, ale na pokładzie melduje się kolejnych kilka ryb.

Naprawdę nie wiem, o co chodzi. Darek łowi tuż obok mnie, w tym samym miejscu, na tę samą przynętę, taką samą gramaturą główki i prowadzi ją w tej samej, co ja partii wody. Jednak nie ma przez długi czas ‘kontaktu”. Przyczyny takiego stanu rzeczy upatrujemy w troszkę za sztywnym (skróconym o kilka centymetrów z konieczności) kijku Darka. To dobry wybór na rzekę, ale być może na wodę stojącą i to przy delikatnych tylko podgryzaniach szczupaków to jest nie to, co być powinno. Innego wytłumaczenia nie mam.

W końcu i Darek zapina podrostka, czym mam nadzieję rozpruje worek z tutejszymi rybami. Wypłynięcie kończymy około 9.00 Wszystkie ryby to jednak póki co młodzież.

Późnym popołudniem docieramy na Zatokę. Miejsce to, nęcąc, przygotowuje już kilka dni. Ustawiamy łódkę, donęcamy i szykujemy zestawy. W końcu po paru chwilach zestawy lądują w wodzie.


Nie zdążyliśmy nawet na dobre się zainstalować, kiedy Darek zacina pierwszą fajną sztukę. Kij gnie się w pałąk, a rybka ani myśli, aby się pokazać. Mam nadzieję, że to Ta, po którą tu przypłynęliśmy. Chwile później ryba pokazuje nam swoje oblicze. Tak. Nie myliłem się. To Pan Lin. Cieszymy się, choć do końca szczęścia jest jeszcze chwila. Ryba dzielnie walczy i odjeżdża od łódki. Za którymś w końcu razem udaje mi się zagarnąć ją do podbieraka. To chyba ostatni na to moment, gdyż już w siatce ryba wypina się. Darek jest szczęśliwy. Liny łowił już jakiś czas temu i miał dużą nadzieję na spotkanie z tymi z Zatoki, o których nie raz mu opowiadałem.


Cieszę się i ja, nawet może i bardziej. Po porannej „niesprawiedliwości” w obdarowaniu nas szczupakami teraz przynajmniej można powiedzieć, że jestem gościny na swojej wodzie w stosunku do kompana z łódki.

Po tym sukcesie i paru złowionych wzdręgach, następuje przerwa, po czym w łowisko wchodzą leszcze.

Piękne wykładane brania oraz majestatyczne odjazdy spławików cieszą nas przez dobre pół godziny. W tym czasie wyjmujemy kilkanaście leszczy i choć może nie są to jakieś mega łopaty, to ciemny, stalowy kolor jeziorowych leszczy cieszy nas bardzo.


Tuż przed 22.00 rzucam do Darka.

- No przydałby się jeszcze lin na okrasę i pięknie zakończylibyśmy ten wieczór.

Dwie minuty później mój spławik pięknie ciągnie w dół. Zacięcie i siedzi. Wiem już, że to nie leniwy leszcz. Rybka jedzie ostro w prawo by po chwili zmienić kierunek na odwrotny. Darek wyjmuje swoje wędki i czeka w gotowości z podbierakiem. Naprowadzam rybę i chwilę potem ponownie możemy cieszyć się z zielonego prosiaczka.

Kilka fotek i rybka wraca do wody.

Zwijamy się. To był piękny wieczór. Cały czas coś na wędkach się działo. Darek chwali mnie za przygotowanie miejsca, lecz ja mam nadzieję, że to jeszcze nie wszystkie atrakcje, jakie przygotowało nam jezioro.

Następnego dnia dzielnie wypełniamy rodzinno-urlopowe obowiązki. Dzieciaki bawią się świetnie, aż miło na to popatrzeć.

Na obiedzie zerkamy na siebie z Darkiem porozumiewawczo, czego konsekwencją jest popołudniowe wypłynięcie ze spiningami. Wcześniej jednak następuje mój muchowy debiut. Darek pieczołowicie tłumaczy mi jak posługiwać się muchówką i w jaki sposób posłać ten nic nieważący owłosiony haczyk na sporą odległość. Po chwili teorii mam po raz pierwszy w dłoni muchówkę. Pierwsze, choć koślawe rzuty dają nadzieję na postępy. Nie plączę sznura, co już jest dla mnie nie lada wyczynem !!!!! Darek już na pomoście łowi kilka małych wzdręg, co motywuje mnie do kolejnych prób.

Na łódkę zabieram lekką okoniową witkę a Darek dwie muchówki. Kierunek Zatoka Żarłocznego Szczupaka, cel okonie i wzdręgi. Wcześniej jednak zatrzymujemy się przy trzcinkach. Darek czuje tu ryby. Fakt. Drobnica na powierzchni raz na jakiś czas ratuje się wyskokiem przed atakami z dołu. Kotwiczymy łódkę. Darek próbuje zadebiutować szczupakiem na muchę, ja natomiast uzbrajam kijek w mały 2,5 cm żółty twisterek.

Posyłam przynętę po stoku i już w pierwszym rzucie mam szczupaka. Nie duży, ale na witce chodzi pięknie.

Znów posyłam wabik pod drobnice i po poderwaniu przynęty z dna czuję ten przyjemny pulsujący opór.

Piękna zabawa. Rybka jest podobnych rozmiarów i ponownie daje mi dużo radości z holu na delikatnym zestawie.

Wspólnie postanawiamy jednak, że nie to miało być naszym celem i wpływamy na Zatokę. Tam już rządzi Darek. Wzdręga za wzdręgą. Choć nie duże to poławiane na muchę dają wiele satysfakcji. W końcu i ja biorę do ręki sznur i z początku pokracznie to jednak umieszczam muchę w miarę możliwości tam, gdzie sobie zamyśliłem. To już jest sukces sam w sobie.

W tym miejscu muszę docenić kunszt i doświadczenie Darka, który muchówką włada mega precyzyjnie. Naprawdę to sztuka położyć włochaty haczyk z kilkunastu metrów na kilka centymetrów przed grążelowym liściem. Rozmyślam nad tą metodą. Fakt – namachać się tu trzeba by oddać jeden rzut, ale warto............... o czym przekonuję się kilka chwil później!!! Na moim zestawie jest ryba!!! Poczułem tylko drobne szarpnięcie linki i już szczytówka kija drgała rytmicznie. Nieco nieporadnie holuję zdobycz do łódki. Cieszę się z tej wzdręgi – toż to moja pierwsza muchowa rybka!!! To „niebezpieczna” radość, bo widzę, że jest większa niż te dzisiejsze „lekkie” szczupaki. Czyżby rodził się we mnie muchowy bakcyl?

Dwie godzinki na Zatoce mijają szybciutko. Nie chcemy zbytnio przeginać i nadwyrężać przychylności naszych Pań, w końcu jest to urlop rodzinny i mamy świadomość praw, ale i obowiązków. Wiemy obaj, że na takim iście wędkarskim wyjazdowym wypadzie nieschodzilibyśmy chyba z wody. Darek ma pod tym względem podobne zacięcie do mojego, więc rozumiemy się bez słów.

Na brzegu okazuje się, że nasze Panie miło biwakują nad jeziorem i nawet nie robią większych uwag, gdy nadmieniamy o wieczornych linach.
Wobec powyższego o 19.00 kotwiczymy się ponownie na zanęconym miejscu. Darek montuje zestaw a ja rozrabiam zanętę. Nagle odzywa się telefon.

- Nie zostawiłeś mi klucza od pokoju – słyszę w słuchawce głos Żony.

Wrrrr. Jestem zły na siebie jak diabli. Spływać? Toż to strata z pół godziny. No nie. Jak mogłem. To wszystko przez ten pośpiech.
Z opresji ratuje mnie brat, który deklaruje się, że podejdzie na Zatokę, a my mamy podpłynąć tylko kilkanaście metrów i podać mu klucz.
Tak się też dzieje i po ogarnięciu całego zamieszania w końcu w ciszy i spokoju oddajemy się wędkowaniu. Dziś leszcze biorą znacznie gorzej za to Darek ponownie zacina lina. Znów piękny, długi hol. Znów uśmiechy na naszych gębulach.



Kwadrans przed 22.00 , tak jak i wczoraj melduje się następny. Znów Darek pięknie operuje kijem, ale tym razem rybka niekoniecznie chce nam się pokazać. Wędkarska adrenalina tryska nam uszami, gdy w końcu na powierzchni przewija się aksamitny, zielony bok. Na oko widać, że rybka może ocierać się o Darkowy rekord, stąd skupienie łowcy i podbierającego jest ogromne. Kij wygięty, hamulczyk zagrywa melodię – czego chcieć więcej?

W końcu udaje się doholować rybkę nad podbierak skąd już sekunda i możemy sobie gratulować.


Pstrykamy zdjęcia i wypuszczamy naszego bohatera. W świetnej kondycji znika w nocnej już toni jeziora, ochlapując nas ogonem. Tym razem jeszcze, dwa liny okazały się mocniejsze od nas. Chwila walki na wędce i luz. No cóż może innym razem?

Czwartek. Znów budzik ćwierka tuz po 3.00. Darek już przy łódce. Montujemy silnik i chwilę potem mkniemy przez opary mgły na drugi koniec jeziora.



Celem jest spora zatoka z dużym szerokim pasem grążeli. Tam mam nadzieję, że siądzie nam na kiju coś konkretnego, tym bardziej, że wiemy już o połowie mojego Brata z drugiej łódki, o szczupaku, którego z pewnością takim mianem można nazwać.

Obławiamy pieczołowicie każdą grążelową dziurę, każdy szerszy korytarz. Darek jest trochę zdziwiony takim łowieniem, jednak po chwili przekonuje się, co do skuteczności takiego postępowania. Tego rodzaju szukania szczupaków swojego czasu nauczył mnie Potok. On to dopiero szpera wśród liści!!!

W ciągu kilku minut wyciągamy po około 1,5 kg rybce. Walka wśród grążelowych pnączy dostarcza dodatkowej porcji emocji. Ryby są bardzo waleczne stąd naprawdę trzeba się dobrze orientować by nie poszły w gąszcz i się nie spięły.



Darkowi zagryzają dwa kolejne szczupaki, jednak zacięcie delikatnych brań nie jest łatwą sprawą.

Po jakimś czasie przestawiamy się pod trzcinową wysepkę. Na jej skraju grążelowe pole. Pod nami, w wodzie delikatny 3-4 metrowy stok porośnięty rogatkiem. Próbuje się z okoniami, które całkiem ochoczo zagryzają małego żółtego twisterka. Przyłowem są dwa kolejne szczupaki, co dodatkowo zachęca nas do dokładnego obrzucania tego miejsca. Nic więcej jednak się nie dzieje, więc przepływamy na kolejną zatokę, z dużą, płytką rogatkową łąką.

Tu sytuacja się zmienia. Brań mamy sporo, ale ponownie bardzo delikatnych. Spinamy po jednej fajnej rybce. Widać jeszcze nie czas na coś większego, tym bardziej przecież, że dziś 13-ty. Ta woda to w końcu nie szwedzkie eldorado. Tu swoje trzeba przepłynąć, swoje trzeba przerzucić. W końcu jednak Jezioro nam to wynagrodzi.

Niestety Darkowi już nie tym razem. Popołudniu – mimo usilnych starań przedłużenia swoich urlopów – muszą wracać do domu.

Widzę, że zarówno Darkowi jak i Jego Dziewczynom spodobał się spokój płynący z tego miejsca. Cieszę się z tego faktu. Wiem, że i wędkarsko coraz lepiej poznał akwen, a to kiedyś z pewnością zaprocentuje.
Tego dnia odpuszczam leszcze czy liny. Nastawiam się już na kolejny ranek, gdzie chcę ponownie obłowić miejsca, które dzień wcześniej przeszukiwałem z Darkiem.

Znów na jeziorze jestem pierwszy. Odbijam od pomostu i płynąc w kierunku zachodnim staję przed dylematem, gdzie najpierw. Zatoka na drugim końcu jeziora kusi, lecz wiem, że do 6.00 rano jest zacieniona i wieje chłodem. Dziś jednak świt jest bardzo ciepły, więc postanawiam tam właśnie rozpocząć swoje wędkowanie.

20 min później jestem na miejscu. Obławiając trzcinowy stok spinam jednego szczupaka, a w grążelowym kanałku wyjmuję średniaczka. Mam jeszcze jakieś brania, lecz przyznaję, że liczyłem na cos więcej. Przed 6.00 przestawiam się znów pod wyspę, by pobawić się z okoniami. Kotwiczę tam, gdzie dokładnie dzień wcześniej staliśmy razem.
Pieczołowicie obrzucam miejsce dookoła szczupakowym zestawem. „Narodowa” przynęta, czyli biały z czerwonym grzbietem, kusi do wyjścia tuż przy łódce zębacza, jednakże ten na powierzchni przewija się i zawraca nie atakując.

Zmieniam więc wędkę na okoniową witkę. Żyłka 0,18mm, cieniutki przypon i znów fartowny ostatnio 2,5 cm żółty twisterek na 2 gramowej główce. To jest ponownie dobry wybór. Okonie meldują się raz za razem, niektóre nawet całkiem fajne.


W końcu posyłam przynętę pod pas grążeli i prowadzę ją tuż przy dnie, po stoku w dół. Nagle szczytówka witki przygina się jednostajnie, tak jakby zaczepiła o roślinę. Zacinam odruchowo, choć to raczej czysty instynkt niż nadzieja na cokolwiek. Jakie jest moje zdziwienie, kiedy na końcu zestawu czuję dwa targnięcia. Już po paru sekundach wiem, że może być całkiem fajnie. Nie ma szarpania, wyskoków czy bezcelowej ucieczki prawo lewo, tak charakterystycznej dla młodzieży tego gatunku. Jest tylko jednostajny ruch tuż przy dnie w jednym kierunku. Luzuję nieco hamulec, by nie obciążać za bardzo delikatnego zestawu. Wiem, że na witce to może być złudne i już średni pięćdziesiątak może tak zawalczyć. Jednak ten brak szarpaniny daje nadzieję na godnego sześćdziesiątaka. Ryba odjeżdża na hamulcu, po czym leciutko hamowana przeze mnie wygiętym w pałąk kijem zawraca w kierunku łódki Jeszcze go nie widzę, ale zaczynam mieć nadzieję, że może być to naprawdę fajny ryb. Jeszcze nie czas by sięgać po podbierak, ale w dość ekwilibrystyczny sposób przygotowuje go sobie pod rękę. Znów odjazd, znów podciąganie. W końcu z prześwietlonej słońcem wody wyłania się On. Jest już naprawdę gruby w karku, z potężnym pyskiem, na którego skraju uczepiony jest śmiesznie mały żółty wabik. Wyciągam rękę po podbierak, wkładam go do wody. Szczupak na jego widok z siłą małego parowozu znika w toni. Znów chwila przeciągania żyłki i mam pierwszą okazję na podebranie. Szczupak ponownie z impetem odchodzi na kilka metrów. Tym razem jednak pruje prosto pod łódkę. Wkładam witkę pionowo w dół przy prawej burcie, ale czuję, że ryba skręca w kierunku kotwicznej linki. Nieco bardziej stanowczo hamuję ją kijem i to pomaga. Szczupak wraca w okolice podbieraka. Oceniam go na ponad siedemdziesiat centymetrów. Jeszcze krótki odjazd i mam go nad siatką. Wsuwam go i w tym momencie twiesterek wypada z pyska. Ufff. Niewiele zabrakło bym klął jak szewc, jednak teraz mogę cieszyć się zdobyczą. Jest dobrze. Z pewnością ponad 80 cm. Plecak na ławkę, na plecak aparat. Szybciutko ustawiam samowyzwalacz i pstrykam fotkę.

Wkładam szczupaka do wody i przytrzymuję by nabrał sił. Chwilę patrzymy sobie w oczy. Ja dziękuje mu za wspaniałe chwile emocji, On za zwrócenie wolności. Ten hol naprawdę będę wspominał długoooo. Na tak lekkim zestawie emocje były spotęgowane dwukrotnie. Ostatnie spojrzenie i szczupak odpływa w toń jeziora.

Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy. Takie wydarzenia powodują, że kolejne miejsca obławiam już z zupełnie innym nastawieniem. Już mam swoją rybkę wyjazdu, już mam tego „konkretnego”, już jestem spełniony. Uśmiech nie schodzi mi z buzi.

W powrotnej drodze staję na trzcinowym cypelku. Tym sprzed dwóch dni. Znów drobnica oczkuje na powierzchni, a ja łowię tuż pod nią. Kolejne 20 minut pieczętuje to wypłynięcie. Mam kilkanaście agresywnych brań. Ryby powtarzają uderzenia.


Udaje mi się wyjąc 8 szczupaków, średniaków, ale ten fakt bardzo mnie cieszy. To był bardzo udany poranek. Do statystyki trafia kolejnych 11 sztuk.

Wieczorem ostatni raz wypływam ze spławikiem. Jest troszkę wiaterku i upływa dłuższa chwila zanim na wodzie robi się tafla. Wraz z nią zaczynają się brania leszczy. Łowię kilkanaście sztuk, po czym nastaje cisza.

W końcu telefon od Brata i ten głos emocji:

- Ty. Miałem Go. Ku...a miałem. Najpierw nie mogłem ruszyć go od dna, w końcu poszło. Chodził dołem, dość długo. W końcu podciągnąłem go pod powierzchnię. Nie robiłem nic na siłę, dałem mu poszaleć. Ten jednak miał jakieś geny akrobaty. 2 świece w powietrzu i za trzecim razem się wypiął. Był fajny.

No cóż. Znam uczucie straty dużej ryby. Jest to zawsze chwila, kiedy wkurzeni jesteśmy na cały świat. Rozmyślam nad tym, ale przecież nie zawsze jest tak, że to my wygrywamy z rybą. To dobrze, ze i one mają szansę na uwolnienie się zanim wpadną w nasze ręce, tym bardziej, że nadal nad naszymi wodami jest duża część wędkarzy, która nie zawsze potrafi oprzeć się pokusie, by sporej, pięknej rybie zwrócić wolność.
Z tego letargu myślowego powracam znów do swoich spławików. Podziwiam wszystko dookoła, po czym wzrok skupiam na czerwonej antence. Ta zaczyna podrygiwać i lekko się przytapiać. Chwytam za wędkę, lecz minie jeszcze dobry kwadrans zanim zdecyduje się na zacięcie. W końcu pach i kolejna fajna zdobycz gnie kij. Już wiem, że to lin. Ta ryba swoją walecznością naprawdę zdobyła już dawno moje serducho. Tym razem znów odejścia na boki, ale w końcu finał w podbieraku. Znów szybka fotka, buzi i woda.


Nęcenie się opłaciło, liny dopisały. Piękne złotawe jeziorowe leszcze były miłym przyłowem.

W niedzielę pozostaje nam pakowanie bagaży. Gdy wkładam ostatnie torby przyjeżdża Morouk z Żoną i Córką. Nie mógł wcześniej, a szkoda. Teraz jednak to przed nim tydzień laby i zabawy z rybkami. Dostaje od nas szczegółowe namiary, gdzie stoi moja sztuka, gdzie Brat miał spotkanie z potworem. Może jemu się poszczęści.

Ja póki co swoimi wspomnieniami z tego czerwcowego tygodnia będę się cieszyć długo, ale kto wie czy jesienią nie wzbogacę się o nowe wrażenia ;-)

Z wędkarskim pozdrowieniem
Wozik77

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (11)

anguiler, 2013-06-21 08:21:33
Gratuluję pięknego i udanego wyjazdu. Jak widać można połączyć rodzinne wyjazdy i wędkarski urlop. Ładny szczupak, sporo mniejszych, ale najbardziej podziwiam te liny. Oj zazdrodzczę i zawsze się cieszę jak czytam takie wieści z tej wyjątkowej krainy Brawa za wyjazd i relację :oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky:
krzysiex, 2013-06-21 09:09:12
Dzięki za wspaniały piątek przy kawce i rewelacyjnym artykule Fajnie się czyta o mazurskich jeziorach, na których można coś konkretnego złowić od czasu do czasu.
spining, 2013-06-21 19:14:10
Piękna rzeczowa relacja, ale przede wszystkim wspaniała wędkarska przygoda, idealnie połączona z rodzinnym urlopem:oklasky: Spotkałem Twojego Brata, który wspomniał, że właśnie Tam się wybieracie. Od początku byłem przekonany, że worek szczupakowo-linowy się rozwiąże. Jak zwykle u Was zresztą. Dzieci rosną a my się starzejemy ;P Jednak widzę, że Junior jest już wyćwiczony i biega podbierać Tacie okazy . Jeszcze raz gratuluję i życzę jak najszybszego powrotu do tej Krainy. Ciekawe czy Morouk dopisze "happy end" i wyjmie tę bestię, która spadła Michałowi?
nema44, 2013-06-22 11:51:10
Super się czytało, dzięki za artykuł, ja muszę jeszcze trochę poczekać, zanim oddam się swej pasji . Te liny wspaniałe....
waldi-54, 2013-06-22 18:35:35
Wielkie gratulacje Piotrze tak za tekst jak i za ryby, brawka za pierwszą rybę złowioną na "muchię":oklasky::oklasky::oklasky: Fajnie się czyta i już zaczynam tęsknić za taką "zasiadką linową, ale jeszcze troszkę muszę wytrzymać, mam nadzieję, że mnie też dopiszą te oliwkowo złociste, różowo uste, waleczne rybki, bo szczupaków w tym roku muszę szukać, gdzieś na starorzeczach. Pozdrawiam waldi-54:papa2:
krzyko, 2013-06-23 14:44:33
Fajna relacja ,fajne przeżycia związane z pobytem w tak magicznym miejscu jakim jest tajne jezioro Wozika.Bardzo miło się czytało o Waszych wspólnych wypadach na jezioro i o złowionych rybach.Zresztą nie mogło być inaczej kiedy na jednej łódce spotkało się dwóch wielkich miłośników przyrody całym sercem związanych z ochroną fauny i flory w naszym kraju.Gratuluję panowie i czekam na relację z jesiennych połowów :oklasky:, to się dopiero będzie czytało :okok:
DarekP, 2013-06-23 21:03:46
Relacja KLASA!:oklasky:Było tak jak Piotrek napisał a nawet lepiej!Dzięki za wszystko Woziku!Zostaną mi w głowie piękne wspomnienia :muza:
morouk, 2013-06-23 22:40:05
Powtórzę jeszcze raz to, co już Ci Piotrze przekazywałem - super wypad i świetna proza. Stylu i formy nie zmieniaj, bo jest sprawdzona i ... jest w pewnym sensie wizytówką Twoich relacji znad Jeziora. A tak poza tym - to jesteś killer na szczupaki. Przekonał się Darek i ... przekonałem się również ja ;)
przem, 2013-06-24 17:37:23
Dzięki takim relacjom człowiek odzyskuje wiarę w to że jeszcze coś można na tych mazurach złapać No i dobrze że te szczupaki i liny trafiły na przynęty tak zacnych wędkarzy i, co za tym idzie, przed obiektywy a nie na stół :okok: Graty!!!
bysior, 2013-06-25 11:28:41
Fajne linki Darek i piękny szczupak Piotruś!!! To że macie takie swoje tajne miejscówki na Mazurach to skarb, który głęboko schowajcie i nikomu nie mówcie gdzie! Wozik jak zwykle świetny tekst!!! :oklasky: :oklasky: :oklasky:
Paweł, 2013-06-25 20:49:06
Piotrek, tekst jak zawsze klasa sama w sobie:oklasky:! Kochasz Ty te Mazury, a One odwdzięczają się Tobie rybami. Śliczne liny, konkretne (i sporo) szczupaki. Rodzina blisko! Darek na łódce:haha: Do takich ciepłych relacji - opowiadań warto wracać raz na jakiś czas:kwiatek::oklasky::hura: