Mazowiecka rzeczka Płonka

Wozik77 2010-08-03 Wyprawy wędkarskie

...
Przed chwilą niby się położyłem, a już ten cholerny budzik nieubłagalnie krzyczy - 4.10 !!! Wstaję. Dziś w gronie Shrap-Drakersów po raz drugi podchodzimy do Wkry. Marcowy rekonesans pokazał nam potencjał tej rzeki, dlatego dziś wszyscy mają nadzieję na udany wędkarski dzień.

Po drodze zabieram "Śpiocha" Bysiora ( to określenie przyznaję mu za półgodzinne oczekiwanie pod jego blokiem ? ) i razem kierujemy się w stronę Płońska. Tuż za Warszawą potężna mgła, która niebawem jednak ustępuje przebłyskom słońca wraz z błękitem nieba. Jak się później okaże, ktoś "na górze" czuwa nad ekipą Shrap-Drakers, gdyż okolica Bolęcina jest jedyną słoneczną, bezwietrzną i w miarę ciepłą w całej niemal Polsce.

Przed siódmą jesteśmy na miejscu. Witamy się z resztą ekipy. Część z nich ma już rozstawione drgające szczytówki i na koncie pierwsze rybki (są płotki), a pozostali próbują szczęścia ze spinningiem w dłoni.
Po drugiej stronie dwóch miejscowych. Jeden z nich na błystkę wyjmuje niewielkiego klenia ( prawdopodobnie to kleń ? ), natomiast drugi tuż za krzaczkiem holuje szczupaka - podrostka. Wniosek jeden - dziś jednak coś się w tej wodzie dzieje. To fajnie. Miła to perspektywa na resztę dnia.

Pora uzbroić "witkę" i ruszyć na łowy. Na kołowrotku 0,16-tka i do tego małe okoniowe kopytko. Rzut oka na oba brzegi i odwieczne pytanie - gdzie się kierować? Chwila zastanowienia i wybór pada na raczej mało uczęszczany odcinek czyli lewy brzeg powyżej Bolęcinowskiej, rzecznej przegrody. Ruszam. Ostatnim razem owy rejon nie zachęcił do wędkowania - utrudniony dostęp do wody, płytkie koryto po mojej stronie i szeroki pas zeszłorocznej roślinności wodnej. To pewnie dlatego nie spotkałem tam nikogo i właśnie dziś, w małej presji wędkarskiej tego odcinka (oraz tym, że może w górę rzeki sytuacja się polepszy) upatruję swojej szansy. Najpierw długi marsz i dopiero po około kilometrze mogę oddać pierwszy rzut. Płytko. Paproch od razu grzęźnie w mule. Latem miejsce gdzie rzucam pewnie porasta piękna zielona trawka. Drugie stanowisko do którego docieram chwilę potem, zaskakuje mnie bardzo!

Dalszą drogę brzegiem Wkry uniemożliwia mi dopływ Płonka - rzeczka której nie da się przebyć nawet w spodniobutach. Szybko jednak oceniam sytuację i właśnie ta woda zaczyna działać na moją wyobraźnię! Podobna do wielu mazowieckich rzeczułek, których brzegi przemierzam od paru lat szybko powoduje, że czuję się jakbym znał ją od dawna. Wolny uciąg, głębokie dość koryto. Do tego już 100 metrów w górę zaczyna się nieźle wić wśród łąk, chłopskich pól i niewielkiego zagajnika. Robota bobrów i tu jest doskonale widoczna. Pełno zwalonych drzew i mini zastoisk. No bajka po prostu! Już widzę te pasiaste grzbiety, czające się dostojnie w " głębinie".

Ruszam w górę, lecz już pierwsze rzuty sprowadzają mnie na ziemię. Rzeczka broni swoich tajemnic i raz za razem zabiera kolejną przynętę. Przy siódmej zaczynam obawiać się czy za godzinę/dwie będę miał czym łowić. W końcu ciekawy zakręt w lewo.

Po drugiej stronie małe spowolnienie. Posyłam tam paprocha. Kilka obrotów korbką i wyraźne branie. Zacinam. Na końcu zestawu dwa szarpnięcia. Podprowadzam przeciwnika pod swój brzeg i chwilę potem widzę, z kim mam do czynienia. Szczupaczek, na oko z 40cm. Nadrzeczne krzaki uniemożliwiają mi swobodne operowanie wędziskiem. Ryba chlapie się tuż przy mnie, a stąd już tylko sekunda bym poczuł luz na żyłce. "Obcinka". Żyłka swobodnie powiewa na wietrze, ale najbardziej boli ta myśl, że przynęta została w rybim pysku. No to jest niestety bolączka kwietniowych łowów na spinning, kiedy szczupaki nader często biorą na niewielkie przynęty, przypominające im wiosenny narybek. Wiążę kolejną przynętę.

Płosząc parę bażantów przedzieram się przez wysokie trawy. Znów docieram do koryta, a przynęta wędruje do wody. Kolejny zaczep. Tym razem puszcza. Rzucam w okolice zwalonego drzewa i odrazu po poderwaniu przynęty z dna następuje branie. Rybka walczy dzielnie i dość charakterystycznie. Ostre i krótkie poszarpywania wskazują na okonia. Faktycznie. "okaz" ma całe 21cm. Zacięty za sam rant pyska. Delikatnie uwalniam go z haczyka i wypuszczam.

Idę dalej. Rzeka wspaniale wkomponowuje się w tutejszy krajobraz. Płynie wąską, zakrzaczoną dolinką u skraju mazowieckiej wsi. Nie widać tu wielu wędkarskich śladów. Pewnie większość z kolegów po kiju wybiera Wkrę, nie mniej jednak ci którzy szukają samotności i lubią takie nieduże rzeczki z pewnością znajdą tu coś dla siebie. W dobrym nastroju docieram do drewnianego mostku. Kurcze. Piękny widok.

Rano nie spodziewałem się takich mini pejzaży. Dłuższą chwilę stoję gapiąc się w dół na wijącą się Płonkę. Zastanawiam się co robić dalej. Iść w górę rzeki, wracać czy może skoro dotarłem już tu spróbować dotrzeć jednak do Wkry? Wybieram tą trzecią opcję. Przez łąki, po 1,5 km marszu docieram nad Wkrę. Jest tu co najmniej dwa razy szersza niż poniżej mostu w Bolęcinie.

Na jednym z zakrętów znajduje się spore starorzecze. Niestety w większości niedostępne z brzegu. Przypatruję mu się uważnie i dostrzegam rzadki widok - para żurawi na gnieździe! Te ptaki, chociaż coraz częściej spotykane w pobliżu siedzib ludzkich niechętnie dają się podglądać podczas wysiadywania potomstwa. W związku z tym postanawiam uwiecznić to na zdjęciu. Skradam się ostrożnie. Jestem już coraz bliżej, a gdy coraz mniej schronienia dają mi krzaki zaczynam się czołgać w niewysokiej trawie. W końcu odległość około 50 m od gniazda pozwala mi przymierzyć się z fotograficznym ujęciem. Sięgam po aparat i nagle suchy trzask. Kolanem łamię uschnięty patyk. Na tle otaczającej mnie ciszy jest to słyszalne niczym łamana potężna gałąź. Żurawie podrywają się natychmiast i na tym kończy się marzenie o moim niepowtarzalnym zdjęciu.

Znów skupiam się na łowieniu. Schodzę brzegiem Wkry i ponownie docieram do Płonki. Tym razem zwiedzam ją dokładnie z drugiej strony koryta, w miejscu gdzie zacząłem spiningować rano. Kurcze. Jak inaczej rzeczka ta wygląda z tej strony. Niby te same miejsca, a jakże wiele nowych ciekawych zastoisk, spowolnień czy bystrzy. Za jednym ze zwalonych drzew coś jakby trącenie w błystkę. Ponawiam rzut i chwilę później holuję kolejnego szczupaka. Tym razem ryba stawia zdecydowanie większy opór, a to za sprawą tego, że ma około 50cm. Podprowadzam go bliżej i delikatnie ląduję na zanurzonej w wodzie trawie. Uwalniam zdobycz. Szkoda, że to nie okoń czy kleń, nie mniej jednak rybostan pokazuje możliwości tej niewielkiej rzeczki. Przesuwam się dalej w górę. Za jednym z zakrętów siadam na trawie i pałaszuję przygotowane w domu kanapki. Piękny dzień. Słońce grzeje po pleckach niczym w maju, a nad głową słychać śpiew skowronka. Znów kieruję się do kolejnego ciekawego miejsca. Na srebrną Aglię nr 1 łapię kolejnego małego okonia, a chwilę później w dwóch sąsiednich miejscach dwa kolejne szczupaki. Jeden z nich znów jest z pewnością powyżej wymiaru.

Postanawiam zakończyć łowienie i ograniczyć możliwość kolejnych szczupaczych brań. W końcu jeszcze to okres ochronny. Mimo tego, że szczupaki najwyraźniej są już po tarle i zaczęły żerować powinny mieć jeszcze dwa tygodnie spokoju.

Zasiadam na niewielkiej skarpie i wdaję się w rozmowę z dwoma miejscowymi łowiącymi po drugiej stronie na spławik. Opowiadają mi o Płonce i o latach jej świetności. Co prawda potwierdzają moje przypuszczenia, że rzeczka ta to raczej typowo wiosenna woda, ponieważ już z końcem maja poziom wody znacząco spada, a koryto bardzo zarasta roślinnością wodną. Większa ryba schodzi do Wkry, a pojedyncze dołki są jak zwykle skutecznie eksploatowane przez kłusowników. Wrażenie robią na mnie opowieści o pięknych miętusach, dużych kleniach, niezliczonej ilości pięknych garbusów, a nawet węgorzach, które niegdyś poławiane były w Płonce.

- Dziś, to już nie to samo Panie. To co wejdzie wiosną do Płonki, to do połowy czerwca jest już wybrane. Masa "warszawiaków", którzy mają w pobliżu działki grasuje tu ze spinningiem. Miejscowych z siateczką też nie braknie. Co prawda PSR z Ciechanowa zagląda tu niemal codziennie, ale tylko na Wkrę. Płonkę, jako mało wędkarską odpuszczają. Do tego wszystkiego jeszcze to coroczne trucie ściekami z Płońska czy nawozami z okolicznych pól.

Nagle świst wędki i miejscowy holuje okonia. Jedno co mnie pozytywnie zaskakuje, to fakt, że wyjmuje z kieszonki miarkę i przykłada do rybki.
- 17,5 cm. Nie miarowy - słyszę. Rybka wraca do wody. Gaworzymy tak jeszcze z dobre pół godzinki i podczas tego czasu miejscowy łowi kolejne dwa okonie i parę płotek. W końcu podnoszę się i mówię "do widzenia". No właśnie czy "do widzenia Płonko"...???

Reasumując. Płonka w ujściowym odcinku (tylko ten poznałem) to całkiem fajna rzeczka, ale tylko dla tych, którzy tego rodzaju wodę lubią. Tu ryba widzi Cię zanim zdążysz zbliżyć się do brzegu, tak więc trzeba się sporo nagimnastykować, żeby podejść w miarę niepostrzeżenie. Kryje w sobie masę zaczepów, co jest efektem działalności bobrów. Zwierzaki te naszpikowały także brzegi Płonki dużą ilością dziur i tuneli, tak więc o skręcenie tu nogi nie trudno. Płonka pokazała mi, że potrafi dostarczyć wędkarskiemu sercu szybszego bicia, tak więc wizyta nad Nią w maju jest wielce wskazana. Wówczas to bez wewnętrznych oporów można popróbować się z tutejszą populacją szczupaka.

Pewnie na medalowy okaz liczyć tu trudno, ale czy to jest jedyny cel na naszej wędkarskiej ścieżce...?

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!