Madagaskar - pierwszy raz w tropikach

lenok77 2020-07-19 Wyprawy wędkarskie

...
Madagaskar.... czerwona wyspa. Któż o niej nie słyszał? Przeważnie kojarzy się nam z lemurami oraz królem Julianem. Ale Madagaskar posiada jeszcze coś co kazało mi dotrzeć na tę wyspę. Tym czymś są wody opływające jej wybrzeża a dokładnie to co w nich pływa. Madagaskar to wciąż niemal dziewicze łowiska pełne rybiego bractwa różnych gatunków.

Długo zastanawiałem się jak zacząć... jak opisać to egzotyczne miejsce z mojej perspektywy? Jak dobrać słowa by w pełni oddać koloryt tej wyspy, smak owoców i co chyba najważniejsze, wszak po to tam przybyliśmy, jakimi słowami opisać silę, waleczność i agresję ryb pływających w wodach wokół Nosy Be.... ale spróbuję.

Przygotowania rozpocząłem na długo przed 11 listopada kiedy to ma podróż miała się zacząć. Po skompletowaniu zestawu kilkudziesięciu popperów, stickbaitsów oraz jigów, zakupie odpowiednich wędzisk i kołowrotków, niestety sprzęt używany na Bałtyku a nawet w Norwegii nie daje rady. Zostało odliczać dni do wyjazdu – ależ ten czas się dłużył...

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Droga na Madagaskar prowadziła przez Paryż i urokliwą wyspę Majotte w archipelagu Komorów. W jednej z wielu kawiarenek na lotnisku de Goulla spotykam się z częścią ekipy tak samo mocno chcącej zmierzyć się z legendarnymi GT. Pozostali 'wariaci' mieli dołączyć do nas już na Nosy Be. Po niemal całonocnym locie lądujemy na urokliwym lotnisku Dzaoudzi by w końcu w późnych godzinach popołudniowych zameldować się na Nosy Be w ośrodku prowadzonym przez Gianniego, włocha pochodzącego z Sardynii.


Ewa Air – tymi francuskimi liniami mieliśmy pokonać ostatni etap podróży na Madagaskar. ATR-72 podczas załadunku między innymi naszego sprzętu na płycie lotniska Dzaoudzi.


Nosy Be – tutaj nasza przygoda się zaczęła. Nosy Be której nazwa w języku Malgaszy oznacza 'duża wyspa' leży na północno-zachodnim brzegu Madagaskaru. To na niej koncentruje się niemal cały ruch turystyczny. Tereny i wybrzeże na południe od niej to niemal 'niezbadane' wędkarsko i turystycznie obszary.

Tutejszy warzywniak. To w nim uzupełniamy nasz prowiant o przepyszne banany, papaje i inne miejscowe rarytasy. Owoce chlebowca wyglądają najokazalej.


Prowiant należało zapakować na katamaran który miał być naszym domem przez kolejne dni. W drodze do portu mijamy między innymii suszarnie liści palmowych.


Tak z wolna czas płynie w 'dzielnicy portowej'.


Miejscowa flota rybacka.


Do Nosy Be nie dobijają wielkie wycieczkowce więc nabrzeże portowe nie musi być przystosowane do przyjmowania tego typu jednostek. Taki port ma swój wyjątkowy klimat...


Andoany – jedna z ulic głównego miasta Nosy Be. Mnie bardziej odpowiada inna nazwa tego miasta – Hell Ville. Kolejna nazwa jest już niemal nie do wypowiedzenia – Antsirambazaha.


Plumeria biała – rośnie nawet w centrum miasta


Ulice Andoany.


Przydrożna suszarnia a może sortownia kwiatów Ylang Ylang.


Niestety okazuje się, że moja tuba z wędkami została na Komorach i dotrze do mnie dopiero kilka dni później gdy będziemy już uganiać się za oceanicznymi drapieżnikami na miejscówce zwanej Castor Bank, będącej rozległym kilkudziesięciometrowym 'wypłyceniem' znajdującym się wśród kilkusetmetrowych głębin w odległości ok. 80km na północny zachód od Nosy Be. Spędziliśmy tam 3 z zaplanowanych 4 dni, co spowodowane było coraz silniejszym wiatrem który nie pomagał w walce z męczącą chorobą morską. Ale nie ma tego złego.... dzięki temu zyskaliśmy dodatkowy dzień w cudownym archipelagi Mitsio.


'Komitet powitalny' na Castor Bank.... Kanał Mozambicki jest miejscem z jedną z największych populacji rekinów na świecie, co niejednokrotnie znalazło potwierdzenie w ich atakach na holowane przez nas ryby.

Już pierwszego dnia Paweł rozbija bank, jak przystało na Castor Bank, ponad dwumetrową żaglicą. Mnie udaje się wygrać walkę z prawie półtorametrowym rekinem i łowię kilka niedużych 'kapitanów'. Koledzy na łodzi – Sebastian oraz Rafał także łowią rekiny i inne rafowe gatunki. W ciągu pierwszych dni łowimy kilkanaście gatunków ryb: snapery, jobfishe, bluefiny, grupery, barakudy, makrele. W trollingu pada kilka przepięknie ubarwionych i nad wyraz smacznych koryfen. Niestety nie mamy szczęścia do żadnych z dużych gatunków tuńczyków, jedynie Bonito dbają o to byśmy choć 'powąchali' jak to jest zawalczyć z tuńczykiem - swoją drogą tak niewielka ryba potrafi naprawdę dać czadu na sprzęcie który przecież nie jest w żaden sposób subtelny. Próbujemy wszystkiego – popping, jogging, trolling, od czasu do czasu łowimy na 'mięsko'. Trochę to przeciąganie liny trwało ale w końcu jest – żarłacz czarnopłetwy.


Cesarz małozęby – miejscowi zwą go 'kapitanem'.


Tyle zostaje z bonito po braniu rekina bądź dużego granika. Tym razem ryba wygrała.


Z rozbujanego wiatrami Castor Banku udajemy się w kierunku archipelagu Mitsio. Łowiąc wśród wysepek archipelagu maleją szanse na pelagiczne gatunki, ale za to jest tu więcej 'klasycznych' miejscówek pod GT. Jednak 'gieciaki' albo są najedzone albo też z innego powodu nie potrafimy wstrzelić się początkowo w ich gusta ponieważ łowimy przede wszystkim barakudy. Pada kilka makrel królewskich, ale w końcu przychodzi pora na karanksy po które tu przylecieliśmy... Nareszcie. Naczytałem się o ich sile a teraz mogłem się przekonać, że te wszystkie opisy w żaden sposób nie były przesadzone. Te ryby to istne parowozy.... I choć nie udało nam się złapać karanksa którym można by się pochwalić wśród ich łowców to hole tych które połakomiły się na nasze przynęty na długo zapadły w pamięci. Wędkowanie przerywane jest wizytami na urokliwych wysepkach archipelagu, przeważnie bezludnych, gdzie możemy się posilić przed kolejnymi turami na wodzie.

Kilkaset KM pozwala na sprawne przemieszczanie się po łowisku.


Podczas pobytu na jednej z wysepek towarzyszył nam pewien nad wyraz ciekawsko usposobiony ptaszek. Po kilkunastu minutach podchodów udało mi się w końcu pstryknąć mu fotkę. Chruścielowiec białogardy – gatunek pochodzący z Madagaskaru.


Szykuje się pyszna kolacja. Za takie frykasy w Europie trzeba słono płacić. Tutaj nawet bez targowania ich cena jest lepsza niż w 'Biedronce'


Wieczorami miejscowi podpływali do naszego katamaranu z nadzieją na rybkę. Ich łodzie nie pozwalają na dalekie wypłynięcie, przez co maleje szansa na dobre połowy. W tle widoczne wypalone duże obszary lasów pod uprawy rolnicze. Smutne to ale miejscowa ludność z czegoś żyć musi. Na Madagaskarze nie ma ciężkiego przemysłu więc podstawą gospodarki jest rolnictwo.


Barakudy współpracowały wyjątkowo , choć nie walczą tak zaciekle jak inne dostępne tu gatunki. Za każdym razem gdy wyciągałem z ich szczęk przynętę dziękowałem Bogu , że palce ostawały się całe – co za zębiska....




Jednego dnia przeżywamy na naszej łodzi niewiarygodne chwile, gdzie trafiamy w sam środek żerowego amoku różnego rodzaju madagaskarskich rozbójników. W przeciągu kilku sekund każdy z naszej czwórki ma piękne powierzchniowe branie, które objawia się potężnym rozbryzgiem wody w miejscu gdzie przed chwila był popper, po którym następuje ekspresowy odjazd połączonym z gwizdem hamulca kołowrotka. Na łodzi po kilkuminutowych holach lądują dwa GT oraz cudownie ubarwiony coral grouper Rafała. Jedynie Sebastian ma w tej chwili pecha bo zrywa swojego karanksa (później się nam odgryzie największym GT wyjazdu).

Co tu się działo ... Każdy wieczór wygląda podobnie. Z chłopakami z drugiej łodzi dzielimy się wrażeniami pokazujemy zdjęcia a wszystko to wspomagane jest miejscowym rumem 'Dzana' przy akompaniamencie grzmotów i błysków tropikalnych burz gdzieś w oddali. Chwilo trwaj....


Dzień ma się ku końcowi... czas na odpoczynek po całodziennej 'orce'. Baobaby na tle zachodzącego słońca wyglądały majestatycznie.


Nareszcie udało się te GT rozgryźć. Drapieżnik idealny.



Dobre towarzystwo to podstawa na takich wyprawach. Ja trafiłem wyśmienicie.


Lejący się z nieba żar wymuszał poszukiwanie na łodzi cienia który dawał chwilowe ukojenie od słońca. A o tym, że słońce w tym rejonie świata jest wyjątkowo mocne świadczy kolor skóry na podbiciach moich stóp.


Ocean zachwycał... Chwilę wcześniej na tej rafie wygrzewała się olbrzymia płaszczka i rekin które na nasz widok spokojnie odpłynęły na głębszą wodę.


Tuńczyk bonito. Najmniejszy z tuńczyków. Nam służyły jako przynęta na inne większe gatunki. Najczęściej brały na zestawy trollingowe przeznaczone dla koryfen lub żaglic.


Nosy Anambo. Piękna wysepka otoczona klasycznym atolem w wodach którego trochę popływaliśmy przed kolejną 'rybałką'


Pozostałości morskiej latarni na Nosy Anambo.


Gdzieś wśród wysepek archipelagi Mitsio...


Czerwony snaper, Lucjan dwuplamisty (Lutjanus bohar) jedna z wielu nazw tego gatunku. W Egipcie usłyszę kolejną - Bahara. Niezależnie od nazwy jest to wspaniała sportowa ryba, biorąca agresywnie i naprawdę ostro walcząca. W przeciwieństwie do karanksów przeważnie kończyły na talerzu. Są po prostu pyszne.


Portrecik zbója (na pierwszym planie).


Ta barakuda przez kilkanaście metrów zawzięcie atakowała poppera. To dlatego popping jest tak widowiskową odmianą spinningu.


Nieważne jak mężczyzna zaczyna, ważne jak kończy a Paweł tak zakończył rybaczenie na Madagaskarze. Chyba nie dziwi więc fakt, iż jeden miejscowy taksówkarz został 'wysadzony' przez Pawła ale co wydarzyło się na Madagaskarze niech tam zostanie.


Dni mijały szybko, zbyt szybko a że Madagaskar ma o wiele więcej do zaoferowania niż ryby, dzięki zdolnościom logistycznym Słowika odwiedzamy na koniec rezerwat Lacobe znajdujący się na Nosy Be gdzie po raz pierwszy widzę w środowisku naturalnym lemury, gekony - choć akurat by je zobaczyć to trzeba naprawdę wytężyć wzrok.

Ambatozavavy. Stąd ruszamy do Lacobe. Troszkę nam zejdzie przy wiosłach.


Ale w końcu dobijamy do brzegu. Plaża przy wiosce Ampasipohy. Palma powalona przez morskie fale. Na jej pniu widoczne nacięcia ułatwiające wspinaczkę i zbiór owoców. Po prawej stronie Wianowłostka królewska zwana 'płomieniem Afryki'. Drzewo to w stanie naturalnym występuje na Madagaskarze.


Madagaskar zachwyca swym kolorytem. Kwiat wianowłostki królewskiej


Krocionóg ( Aphistogoniulus sp. ) – madagarski endemit.


Tego jegomościa przedstawiać nie trzeba!


Jeden z mieszkańców lasów Lacobe - Lemur.


Tylko sobie znanym sposobem nasi przewodnicy wypatrywali kolejnych przedstawicieli lokalnej fauny. Ciekawe ile tak perfekcyjnie zakamuflowanych par oczu nas obserwowało Te akurat należą do gekona liścioogonowego.


Tymi łodziami przypłynęliśmy do Lacobe. Aby się wydostać musieliśmy czekać na przypływ. Wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie połączone z drobnymi zakupami miejscowego rękodzieła.

Malgalski 'suchy dok'.


Beztroskie dzieciństwo małych Malgaszy.


Jak było?


Wędkarsko – świetnie choć jest niedosyt... ale to pierwszy wyjazd w tropiki na rybałkę.... Nowa technika, inne ryby, powoli się ich uczę. Brakło dużego GT ale dzięki temu jest co planować...

Poza wędkarsko – wyśmienicie. Nowe wspaniałe znajomości... I jakże inny świat, pełen smaków i kolorów. Świat gdzie jeszcze nie widać tego znanego nam z zachodu pędu za pieniądzem, karierą itp.

Madagaskar mnie oczarował i kiedyś na pewno wrócę... Ale teraz czekają inne 'destynacje ' gdzie podobno dużych i złych GT jest naprawdę wiele... Egipt, Andamany... jest co planować. Już tęsknie za solą w ranach po plecionce, za bujaniem, za tym 'kopnięciem' wyprowadzonym gdzieś z rafy... choć jak się tak zastanowię to jednak za bujaniem tęsknie zdecydowanie najmniej.

lenok77

...

43 wiosny z tego ponad 35 z wędką w dłoni, niemal wyłącznie ze spinningiem :) Początki na tarnowskim Dunajcu, stopniowo z wędką podróżowałem coraz dalej i śmielej :)

zobacz profil Autora

Komentarze (0)

Ten artukuł nie ma jeszcze komentarzy, skomentuj pierwszy!