Krzyk ciszy

Wozik77 2010-08-04 Opowiadania

...
Już dawno czerwiec zamknął za sobą drzwi. Nastały skwarne lipcowe dni. Gwar ośrodków wczasowych tu i ówdzie dawał się we znaki, a przyroda swymi dźwiękami dochodziła do głosu jedynie wczesnym świtem. Nie był to specjalnie lubiany przez niego wędkarski czas. Niby nie zdążył się jeszcze nacieszyć wiosną, a już do głowy dopuszczał myśli o pięknej złotej jesieni, o wrześniowych porankach gryzących policzki swym rześkim powietrzem. Już widział meandry rzeczne, skrzące się w promieniach słońca. Tęsknił.

Na tę sobotę czekał bardzo długo. We wcześniejsze weekendy przedkładał inne sprawy nad spotkanie z jego drugą wielką miłością – mazowiecką Rzeczką, którą odkrył dekadę temu. Nie raz samotnie przemierzał Jej brzegi, by cieszyć się magią obcowania z przyrodą. Czuł się w tym miejscu jak pionier-odkrywca. Ten pejzaż ładował jego biologiczny akumulator, dając mu siłę w dniu codziennym. Tu po prostu odpoczywał.

Budzik tym razem był zbędny. Wstał już wcześniej nie mogąc doczekać się dzisiejszego wędkowania. Poranne pakowanie było tylko formalnością, bo i tak bagaż był gotowy od wczoraj. Z grubsza spojrzał jeszcze czy przypadkiem czegoś nie pominął, dopakował prowiant i butelkę z napojem, wziął pokrowiec z wędką, a chwilę później zawarczał silnik w jego aucie.

Przy dźwiękach radiowej audycji droga minęła bardzo szybko. Z czerni nocy powoli wyłaniała się szarzyzna poranka. Gdzieś na horyzoncie widać było poświatę słońca, co wyraźnie wskazywało na budzący się piękny dzień.

Mazowiecka wieś, do której dotarł pogrążona była we śnie. Znad pól i łąk unosiła się mgła. Z podwórza - obok którego zatrzymał się, wyjrzał miejscowy burek. Popatrzył złowrogo przez chwilę, szczeknął dwa razy, po czym odwrócił się jakby zwąchał swojego.

Poranny spokój przepełniał okolicę. Maszerując przez łąkę kaloszami uwalniał krople rosy więzione przez sieci pajęczyn. Wsłuchiwał się w świergot ptaków. Był zadowolony, bo z każdym kolejnym krokiem zbliżał się do "swojej" rzeki. Ostatni raz był nad Nią w kwietniu. Zastanawiał się, jakim poziomem wody go przywita, czy bardzo zarosła i czy dziś znów mocniej zabije jego wędkarskie serce.

Brakowało ok. 200 metrów do upragnionego celu, kiedy do jego nozdrzy dotarł ten dziwny zapach. Zatrzymał się chcąc zlokalizować skąd pochodzi.
- Może to jakaś padlina w krzakach – na prędce wysnuł hipotezę.

Obrócił się dookoła siebie, lecz dziwna woń wyraźnie nacierała na niego z przodu. Ruszył, lecz z każdym krokiem zapach był coraz bardziej intensywny. Towarzyszył mu nad sam brzeg rzeki.

W końcu dotarł na skarpę, z której rozciągał się widok na piękny rzeczny zakręt. Teraz dopiero oczom jego ukazało się to, czego nigdy nie chciałby oglądać. Rzeka umierała. Miała brunatny kolor i miał wrażenie jakby nie oddychała. Środkiem koryta wśród dziwnej zawiesiny płynęły setki śniętych ryb. Nie brakowało okazów, z jakimi dotąd nie miał okazji się zmierzyć. Były duże szczupaki, brzany, klenie, jazie, okonie, pełno dorodnych leszczy, a nawet król polskich rzek – sum, którego występowania w tym cieku nigdy by się nie spodziewał. Ryby osadzały się na brzegach, gdzie przy wtórowaniu promieni słonecznych rozkładały się. Koszmarny był to widok. Dziwna cisza potęgowała wrażenie. Jeszcze dwie godziny temu wstawał z ogromną nadzieją i radością na to spotkanie, a teraz? Teraz stał zdruzgotany tym widokiem i zadawał sobie pytanie – dlaczego?

Ten ogromny szum w jego głowie brzmiał tak dziwnie w ciszy poranka. Patrząc na konającą Rzekę, jego krtań zaciskała się coraz bardziej.

Wracał roztrzęsiony tym, co zobaczył. Nie włączył nawet radia. Gdy wchodził do domu dochodziła ósma. Po cichu rozpakował rzeczy, wędkę wstawił do kąta. Rozebrał się i delikatnie - by nie zbudzić śpiącej żony, wsunął się pod kołdrę. Leżał jeszcze kilka sekund gapiąc się w sufit, po czym usłyszał szeptane słowa:
- Która godzina? Nie wstajesz? Miałeś przecież jechać na ryby...
- Śpij jeszcze kochanie – odpowiedział - Dopiero ósma. Dziś jednak nie jadę – dodał.

Gdy kończył zdanie po jego policzku spłynęła łezka. Wiedział bowiem, że potrzeba kilku lat zanim jego ukochana Rzeka wróci do swojej świetności. Lat, po których znów w Jej przejrzystej toni zjawią się stada kiełbi i płoci, a pod zwalonym przez bobry konarem czaić się będzie cętkowany szczupak. Zanim znów stając nad Jej brzegami będzie miał w sobie nadzieję na przeżycie wielkiej wędkarskiej przygody.

Dwa dni później wszystkie media trąbiły o ekologicznej tragedii wód wschodniego Mazowsza i części Podlasia. Miał już pewność, że szmat czasu musi jeszcze minąć, aby w jego Rzece znów pojawiło się życie.

Czasu bezpowrotnie straconego...

Wozik77

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (2)

gusto, 2010-11-25 18:51:32
:boisie::beczy:
kojoto, 2011-12-10 19:01:24
Smutne ale prawdziwe. Fajnie opisane. Brawa :oklasky: