Kocham cię, jak... Jutlandię, czyli relacja z wędkarskiego urlopu w Danii

nema44 2012-08-15 Wyprawy wędkarskie

...
Zdarzało mi się niejednokrotnie wyjeżdżać poza granice naszego kochanego kraju, ale nigdy nie miałem okazji do tego, by realizować swą wędkarską pasję gdzie indziej niż w Polsce. Dlatego też, kiedy kolega – przebywający od kilku lat w Danii – zaprosił mnie na kilka dni do siebie, nie wahałem się nawet chwilę.

„Biorę wędki i jadę” – pomyślałem. Jak się później okazało, była to trafna decyzja.
Kolega mieszka w Aarhus, jednym z miast Jutlandii, studenckim ośrodku słynącym z największego portu w Danii. Od jakiegoś czasu można do Aarhus latać z Polski tanimi liniami lotniczymi, ale z uwagi na chęć zabrania sprzętu wędkarskiego zdecydowałem się na wyjazd busem – co okazało się nieco męczącym (17 godzin jazdy), ale w sumie niezbyt drogim i dość wygodnym rozwiązaniem – firma zapewnia bowiem dojazd pod wskazany adres.
Przystań jachtowa w Aarhus

Po dotarciu na miejsce i odespaniu podróży przyszedł czas na formalności. Pierwszą, niezbędną operacją, okazało się wykupienie licencji na połów ryb w Danii. Czynność tę załatwia się np. na poczcie – tygodniowa licencja kosztowała mnie w sumie 130 koron duńskich, czyli około 65 PLN (roczna licencja kosztuje na dzień dzisiejszy 185 koron). W sumie nie za drogo, jest jednak jedno małe ale – w Danii większość rzek i jezior stanowi własność prywatną lub związkową i na nich obowiązują oddzielne licencje – prócz tej krajowej. Dlatego też przed każdym wyjazdem nad daną wodę należy sprawdzić, np. w Internecie, do kogo ona należy, żeby nie narazić się na ewentualne nieprzyjemności.
Bałtyk w okolicach Aarhus

Po załatwieniu formalności przyszedł czas na pierwszą wyprawę. Zaczęliśmy od niewielkiego, płytkiego jeziora, które jednak okazało się bardzo zarośnięte, co uniemożliwiało sinningowanie. Dlatego też po kilkunastu minutach przenieśliśmy się nad wypływający z niego kanał, połączony z pobliskim Bałtykiem.
Niewielki kanał okazał się wspaniałym łowiskiem...

Ciek był niezbyt głęboki (0,5-1,5 m), ale bardzo czysty, co umożliwiało śledzenie tego, co dzieje się pod lustrem wody, nawet bez okularów polaryzacyjnych.
Uroki łowienia w czystej wodzie...

Kolega zapewniał, że w tym ciurku żyją ładne garbusy i szczupaki, do czego początkowo nastawiony byłem nieco sceptycznie. Jednak już pierwsze rzuty udowodniły jego rację. Okoni było mnóstwo – w zasadzie puste rzuty się nie zdarzały.
Pasiaki były przyzwoite...

I pięknie wybarwione...

Po kilku złowionych rybach zacząłem bawić się z przynętami, by nie kaleczyć małych osobników. Bardzo skuteczne okazały się spore gumy – twistery i rippery, a bezkonkurencyjny wprost był kilkucentymetrowy perłowy lunatic, z barwionym na czerwono ogonkiem.
Ryby były złe i dzikie...

Dlatego rzadko zdarzały się puste rzuty...

A prawdziwym killerem okazał się lunatic...

Nad kanałem wreszcie mogłem przetestować rzadko używane w Polsce przynęty. Znakomicie łowiło się na koguty, a już prawdziwym killerem okazały się mikrojigi, kupione jakiś czas temu od kolegi z forum. Zastosowałem je wtedy, gdy zauważyłem, że okonie żerują na jakichś niewielkich robaczkach. Czarny mikrus był pokusą nie do odparcia dla ryb z kolczastym grzbietem. Jedyny minus, że atakowały go także niewielkie sztuki.
Okoniowy standard w Danii

Sam schemat łowienia okazał się niezwykle prosty. Wystarczyło znaleźć nieco głębsze miejsce, najlepiej z jakąś przeszkodą, np. z kępą krzaków czy podwodnych roślin, i można było przez kilkanaście minut ciągnąć okonia za okoniem. Fantastyczne były ataki ryb – po wpadnięciu przynęty do wody w odległości kilku metrów od niej powierzchnię przecinały grzbiety garbusów, a po sekundzie następowało okoniowe pstryknięcie. Łowiłem wędziskiem dedykowanym okoniom (CW 0,5-7 g), dlatego też hol był bardzo emocjonujący. Po zastosowaniu selektywnej przynęty na haku lądowały ryby w rozmiarach 25-30 cm, czyli już całkiem przyzwoite garbusy. Niestety, naprawdę dużego nie udało się złowić, co kolega tłumaczył porą roku. Jesienią poławiane bywały tu garbusy przekraczające 40 cm, jak również blisko metrowe esoxy. Aż trudno w to uwierzyć!!!
Walka na lekkim zestawie była emocjonująca

Pierwszy dzień duńskich łowów okazał się więc niezwykle udany. Dość powiedzieć, że w ciągu kilku godzin złowiłem więcej pasiaków niż przez ostatnich parę sezonów w Polsce. Zaskakujące i smutne jednocześnie… Oczywiście wszystkie ryby wróciły do wody.
Niełatwo o takie garbusy w moich polskich łowiskach...

Następnego dnia wybraliśmy się nad Gudenę – najdłuższą rzekę Danii. Łowisko to słynie z licznych gatunków atrakcyjnych ryb, a jego wybrane odcinki są ogólnodostępne dla wędkarzy. Niestety, trafiliśmy na przybiórkową wodę, mętną i rwącą, utrudniającą skuteczne i przyjemne łowienie. Pozostało nam więc tylko pospacerować nad brzegami i zmienić miejsce. Kolega wybrał niewielkie jezioro położone w dolinie wśród traw, twierdząc, że jest to bardzo dobre łowisko szczupaków. Pamiętając o wczorajszych wynikach, ochoczo zabrałem się do spinningowania. Jednak mimo kilku godzin biczowania wody, zmiany przynęt i brodzenia w poszukiwaniu ryb, jedyną zdobyczą okazały się niewielkie okonie. Tak więc drugi dzień łowów pokazał, że nawet z tak rybnych wód można zejść o kiju. Ale to również świadczy o pięknie naszego hobby – nie wystarczy zarzucić wędkę, by złowić rybę. Na szczęście zdarzają się nawet w najlepszych miejscach dni bezrybia.
Gudena przywitała nas mętnymi wodami...

Jako że szczupaki dały nam nieźle w kość, postanowiliśmy im nie odpuszczać i następnego dnia znowu wylądowaliśmy na tym samym jeziorze. Zbiornik jest tak uroczy, że łowienie w nim, nawet bez efektów w postaci ryb, stanowi przyjemność. Niedostępny w zasadzie bez spodniobutów, po jednej stronie dość głęboki, z twardym dnem, z drugiej zaś płytki i mulisty. Woda ciemna, nieprzejrzysta, jak gdyby przejmująca kolor od pobliskiego torfowiska.
Jezioro wśród traw...

Pierwsze godziny wędkowania po płytszej stronie nie dały żadnego efektu. Postanowiłem więc powędrować w stronę brzegu z głębszą wodą. Gdy tylko zająłem miejscówkę, kolega stojący po drugiej stronie jeziora zameldował, że złowił szczupaka na obrotówkę. Z nadzieją sięgnąłem więc do pudełka i uzbroiłem zestaw w sporą gumę. Była to perłowa imitacja czegoś w rodzaju węgorza, z długim, intensywnie pracującym ogonem. Wykonałem zarzut i dłuższą chwilę czekałem aż przynęta stuknie o twarde dno. Jednak w czwartej sekundzie poczułem – zamiast stuknięcia o dno – wyraźne uderzenie, które skwitowałem szybkim zacięciem. Upragniony opór na kiju i po krótkim, intensywnym holu, na brzegu zameldował się pierwszy ładny esox.
Pierwszy zagryzł dużą gumę...

Po chwili nastąpiło potężne branie kolejnego szczupaka, ale ryba spadła. Zmieniłem pociętą przynętę na inną i w ciągu paru minut złowiłem jeszcze dwa szczupaki.
Kolejny również...

Widząc, że ryby zaczęły intensywnie żerować, zacząłem eksperymenty z wabikami. Znakomita okazała się lekka wahadłówka, która przyniosła mi jeszcze kilka zębatych. Ryby nie były wielkie – mieściły się w granicach od 60 do 70 cm – ale wspaniale walczyły, co świadczy o ich znakomitej kondycji.
Wahadłówki też były skuteczne...

Szaleństwo trwało niespełna godzinę – ryby tak samo niespodziewanie jak zaczęły, tak i skończyły żerowanie. W sumie w jednym miejscu – w ciągu czterdziestu minut – zaliczyłem osiem kontaktów z rybami. Z pięcioma drapieżnikami udało się wygrać. Fantastyczne łowienie!
Miejscówka na zębate

Szczupakowe szaleństwo

Kolejny poranek powitał nas piękną, słoneczną pogodą, która w Dani – nawet latem – nie jest czymś naturalnym. Kolega zadecydował, że tym razem wyruszymy nad leśne jeziorko, które przypadkowo odkrył jakiś czas temu. W czasie podróży mogłem podziwiać uroki Jutlandii, krainy poprzecinanej licznymi rzekami i słynącej ze wspaniałych jezior. Szczególnie imponująco prezentowało się położone wśród zielonych wzgórz jezioro Mosso – jedno z największych na Półwyspie Jutlandzkim.
W tle jezioro Mosso

Kiedy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazało się jezioro jak ze snu. Otoczone ze wszystkich stron lasem, z głęboką, niezwykle czystą wodą. Z brzegu niedostępne bez spodniobutów , za to znakomicie nadające się do brodzenia. Jedyne utrudnienie stanowił dość silny wiatr, dlatego po kilku minutach rzucania postanowiliśmy się przenieść na stronę osłoniętą od wiatru starymi świerkami.
Jezioro jak ze snu...

Po kilkunastu rzutach udało nam się wstrzelić w odpowiednią przynętę i sposób jej prowadzenia. Ryby najlepiej reagowały na gumy w stonowanych barwach, a większość brań następowało z opadu. Ryby żerowały na zboczach – między płytszą i głęboką wodą, dlatego należało wykonywać dość dalekie rzuty. Brania, dzięki zestawom z plecionkami, były dobrze odczuwalne, a hol dawał wiele frajdy. Łowiliśmy głównie okonie, ale co jakiś czas przynętę atakowały szczupaki – wypasione i pięknie ubarwione.
W leśnym jeziorze brały okonie...

Nie brakowało też esoxów...

Zdarzały się nawet całkiem okazałe...

Trudno opisać wrażenie estetyczne z połowów w takim miejscu. Dla mnie, wędkarza wychowanego na polskich rzekach i jeziorach, takie łowy można określić tylko jednym słowem – eldorado. Nic dziwnego, że ostatni dzień urlopu spędziliśmy nad tym samym jeziorem.
Leśny esox

I kolejny...

Leśne jezioro - pożegnalna fotka...

Podsumowując, wędkarski wypoczynek w Danii okazał się bardzo udany. Z czystym sumieniem mogę polecić Jutlandię każdemu, kto pragnie połowić w czystych, rybnych wodach. Presja wędkarska jest tam niewielka, gdyż Duńczycy wolą morskie łowy, a wędkując w słodkich wodach, skupiają się na łososiowatych. Mnie osobiście nie udało się połowić w morzu, ze względu na ograniczony czas, ale miałem okazję obserwować wędkarzy polujących na makrele, łowione na specjalne przywieszki lub na niewielkie filety.
Specjalista od połowu makreli

Jedyny minus mojej wyprawy wynika z tego, że po powrocie z mniejszym zapałem wybieram się na rodzime łowiska. Cóż – żeby ostatecznie przekonać się o naszej beznadziei, trzeba połowić w miejscach, gdzie ludzie – zarówno rządzący, jak i zwykli obywatele – mają inną niż słowiańska mentalność. Piszę te ostatnie słowa z głębokim żalem, bo kocham swój kraj i wiem, że jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim zmieni się w nim cokolwiek na lepsze…

nema44

...

Informacje o Autorze już niebawem...

zobacz profil Autora

Komentarze (3)

Wozik77, 2012-08-15 10:28:13
Nema. Cóż. Podzielam Twój pogląd o mniejszej chęci łowienia w polskich wodach po takiej wyprawie, i dlatego póki co sam na zagraniczne łowiska się nie wybrałem. Wiem że to kiedyś nastąpi ale na razie oddalam ten moment. "W zasadzie nie było pustych rzutów" - jejku. Jak ja tęsknie do takich momentów w połowie okoni, które jeszcze 10-15 lat temu zdarzały mi się na "własnym podwórku" tuż pod mostem Śląsko-Dąbrowskim. :muza: Fajny tekst, dzięki :oklasky::oklasky::oklasky:
waldi-54, 2012-08-22 16:14:44
Fajny tekst i super fotki.:okok: "Garbusy" przepiękne, ale "szczupłe" tak jakoś znajomo wyglądają :oczko: Jednak całość godna pozazdroszczenia. Wielkie brawa:oklasky::oklasky::oklasky::oklasky::oklasky: Pozdrawiam waldi-54:papa2:
bysior, 2012-08-23 01:08:36
Przede wszystkim gratulację za pierwsze (czy tylko te duńskie?) zagraniczne ryby! :oklasky: Piękne zdjęcia i przyzwoite ryby na pewno cieszą, zwłaszcza te na wyjeździe, będzie co powspominać w zimowe wieczory :hura: Co do eldorado i naszych polskich łowisk... ... to nie jest tak że się odechciewa. Może przez chwilę. Bo nam nie odechciewa się nigdy... , a w naszych słowiańskich wodach też można złowić piękne ryby, tylko wystarczy poświęcić trochę więcej czasu niż tam, gdzie ludzie inaczej gospodarują wodami i mają inne podejście do przyrody... Bardzo ciekawa relacja Nema, fajne foty, ryby, krajobrazy i tekst - świetnie się czytało :oklasky: :oklasky: :oklasky: